Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Czarownica z Radosnej
 
Katalog - dodano
 Fandom
- Anna Day
 Przebudzenie Lewiatana
- James S. A. Corey
 Przepaść
- Michelle Paver
 Spętani przeznaczeniem
- Veronica Roth
 Wyklucie
- Ezekiel Boone
 
- skomentowano
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 Idiota skończony
- Antologia
 Plus/minus
- Olga Gromyko
 Plus/minus
- Olga Gromyko
 

''Jedenaście pazurów'' - antologia



''Kot Szrekingera'' - Jaga Rydzewska


Panie są dwie.
Jedna ma żółte włosy i szaroniebieski mundur. Siedzi za biurkiem, obraca długopis w kościstych palcach, a jej czerwone, błyszczące paznokcie aż migoczą, bo odbija się w nich światło lampki. Druga pani, grubiutka i pyzata, uśmiecha się przyjemnie w moją stronę.
– Jak masz na imię? – pyta.
– Justynka.
Tak należy mówić. Moje prawdziwe imię jest bardzo długie, zresztą wszyscy i tak używają nieprawdziwego.
– Ja jestem Pani Psycholok, Justynko. A to jest Pani Policjantka. – Grubiutka ruchem głowy wskazuje panią w mundurze.
Co znaczy Policjantka, to wiem. Ogląda się te filmy. Ale Psycholok? Śmieszne nazwisko. A może to wcale nie nazwisko, tylko zawód? Psycholok, Spycholok, Psolok. Aha.
– Czy pani zakręca psom loki?
– Nie, kochanie. Psycholok to ktoś, kto rozmawia z dziećmi. Powiedz, podoba ci się tutaj?
– Nie.
Właściwie nie wiem czemu. Pokój jest cały kolorowy. Dwie ściany niebieskie, dwie zielone i niebieski sufit z żółtymi gwiazdkami. Siedzę na dorosłym, dużym krześle i nogi mi dyndają. Dalej stoi dziecięcy stolik i dwa dziecięce krzesełka, a obok na podłodze w równym rządku ułożono lalki i misie. Przez okno widać tylko siwiuteńkie niebo z pręgą ciemnoszarych chmur. To kolory Gagatka. Zupełnie jakby mój kot rozciągał się tam w górze, zogromniały i rozleniwiony. Może on naprawdę jest w niebie.
– A lubisz chodzić do przedszkola?
– Tak sobie.
– Dlaczego?
Za dużo głupich dzieci. Przezywają się i w ogóle gadają głupoty. I nasza pani ciągle narzeka. Puszczają nam głupią muzykę, każą się uczyć głupich wierszyków. Już jestem na to za stara.
– Ale zaczęłaś teraz zerówkę i już za rok idziesz do szkoły, prawda? Może w szkole bardziej ci się spodoba.
– Nie wiem. Tam jest całe zatrzęsienie wielgachnych dzieciaków i one biją, jak ktoś jest mniejszy. I sprzedają narkotyki, a to bardzo źle.
– No tak, no tak – mruczy Pani Psolok. – A lubiłaś swojego tatę, Justynko?
– Niespecjalnie.
Pani Psolok i Pani Policjantka patrzą na siebie. Pani Psolok znów się do mnie uśmiecha.
– Czemu?
– Bo mój tata jest drań i wstrętny skurczysyn. Tak powiedziała mamusia, tylko nigdy przenigdy nie wolno było tego powtarzać przy babci, bo babcia to mama taty. Tata nas rzucił. Ja długo chorowałam, jak byłam mała, i tata myślał, że to mi już zostanie na całe życie i on się będzie musiał męczyć z chorym dzieckiem. I jak mamusia jeździła ze mną po szpitalach, to on sobie znalazł Tą Sukę i pojechał z nią do Warszawy. Potem do mnie dzwonił. Czasami. Przysyłał mi prezenty na urodziny, ale nigdy nie to, co chciałam, i prawie w ogóle nie przyjeżdżał, nawet na Wigilię. Pewnie dlatego, że myśmy mieli kota, i tata nie mógł wziąć Tej Suki do nas, boby nam kota zagryzła.
Pani Policjantce za stołem robi się coś dziwnego z twarzą. Jakby chciała kichnąć.
– A później mieszkał w Warszawie z taką Panią Klaudią i jak go spytałam, jakiego koloru jest jego pies, to powiedział, że nie ma żadnego psa, bo Pani Klaudia jest alergiczna i bardzo kaszle od sierści. Więc pewnie oddał komuś Tą Sukę.
Pani Policjantka prycha nagłym śmiechem. Z czego ona się śmieje? Z biednej suni, której tata nie chciał? Ja chyba tej pani nie lubię.
– Powiedz nam, Justynko – odzywa się Pani Policjantka – a kogo ty właściwie lubisz?
Zaczynam machać nogami, pięty uderzają mi o nogi krzesła. Czy ona wie, co myślę? Może to czarownica?
– Kota – szepcę. – Gagatka.





''Nietak'' - Mirosława Sędzikowska


– Stop! Stop! – wrzasnął Kędzia, przyciskając ręcznik do przegubu. Chlapał krwią nie tylko na podłogę, ale gdzie popadnie.
– Stop! Renegocjacja kontraktu!
Astralna błona pękła, buchnęło smrodem. Ahton Werk, demon trzeciej kategorii, długim susem wskoczył do pokoju.
– Reno... – zasapał. – A co to, kurwa, jest?
Roman zakwilił i padł na kolana. Ahton Werk może był tylko trzeciej kategorii, ale i tak nieźle się prezentował w roboczym stroju, na który składały się rogi, kopyta, ogon, kosmate cielsko i czerwone ślepia. Wiedział, jak ważne jest pierwsze wrażenie.
– Rene... – zająknął się Kędzia. Zapach na chwilę go sparaliżował.
Ahton Werk wyszczerzył kły. Wszyscy wiedzą, że astral śmierdzi. Na to nie ma rady. Nawet Anioł Stróż wydziela smrodek, który dyskretnie rozpędza ruchem skrzydeł. Ahton Werk zerknął pod osłonę i przestał się szczerzyć. Coś było nie tak. Stróż w najmniejszym stopniu nie wyglądał na przejętego. Najbardziej przypominał znudzonego człowieka, który kręci młynka palcami i nie wie, co zrobić z czasem.
– Odwołuję tamto zlecenie! – Roman Kędzia odzyskał dech. – Chcę czegoś innego.
– Czego?
– Sławy!
– Na tym świecie? – upewnił się Werk.
– A na jakim?
Demon spojrzał ze wstrętem. Drań przehandlował własną duszę i jeszcze pyskuje.
– Da się zrobić – powiedział. – Ale towar natychmiast do odbioru.
– Nie zaszkodzi mi to? – trzeźwo zapytał Kędzia.
– Nawet nie zauważysz różnicy – zapewnił demon.
Podniósł kontrahenta i głęboko sięgnął pazurem. W tym momencie śmiertelnik powinien duszę wykrztusić albo wypluć. Nic. Demon spróbował wytrząsnąć duszę. Znowu nic. Coś było nie tak. Dusza Romana Kędzi, jakby wiedząc, że na zewnątrz nie czeka jej nic dobrego, przywarła do chrząstek psychiki, a nawet usiłowała wpełznąć w tkanki. W takiej sytuacji demon musiał przystąpić do czynności bardziej zaawansowanych, które później media okrzyknęły najbardziej okrutną, bestialską zbrodnią w dziejach Southampton.
Ahton Werk patrzył z niemą odrazą na duszę Romana Kędzi, wijącą mu się na szponie. Przypominała małą, czarną, oślizłą żabę.
Anioł Stróż z ubolewaniem powachlował skrzydłami.
– Anomalia – powiedział. – Pech. Zdarza się. Spadam – dodał raźno. – Nic tu po mnie.
Stróż odleciał z ulgą, uwolniony od pilnowania kalekiej, niedorozwiniętej duszy.
Demon wytarł pazury.
Co za pech – pomyślał. – Ludziom nie można ufać.
Ponieważ sam uważał się za demona godnego zaufania, ze swej strony dotrzymał warunków kontraktu.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-10-25 (1017 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej