Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Oko Księżyca
 
Katalog - dodano
 Epoka diamentu
- Neal Stephenson
 Kroniki Jaaru. Tajemne imię
- Adam Faber
 Hajmdal. Księżyce monarchy
- Dariusz Domagalski
 Alyssa i czary
- A.G. Howard
 Prawda i iluzja
- Jennifer Sommersby
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Maszyna różnicowa'' - William Gibson, Bruce Sterling



ITERACJA PIERWSZA

Anioł z Goliadu



Złożony obraz, optycznie kodowany przez eskortowiec liniowca powietrznego „Lord Brunel”: widok z góry na przedmieście Cherbourga, 14 października 1905 roku.
Willa, ogród, taras.
Usuwając z tarasu poręcz z kutego żelaza, odsłaniamy wózek inwalidzki i jego pasażerkę. Promienie słońca odbijają się jaskrawo od niklowanych szprych w kołach.
Pasażerka, właścicielka willi, opiera artretyczne dłonie na pledzie utkanym na krosnach Jacquarda.
Te dłonie zbudowane są ze ścięgien, tkanki, kości i stawów. Spokojne działanie czasu i informacji sprawiło, że włókna ludzkich komórek splotły się w kobietę.
Nazywa się Sybil Gerard.
Poniżej, w zaniedbanym francuskim ogrodzie, bezlistne winorośle oplatają drewniane kraty na białych, łuszczących się ścianach. Ciepły podmuch rozwiewa siwe włosy przy szyi, niosąc przez otwarte okno z pokoju zapachy węglowego dymu, jaśminu i opium.
Kobieta spogląda uważnie w niebo, na ogromną sylwetkę o nieopisanym wdzięku – metal, jeszcze za jej życia, nauczył się latać. Tę wspaniałość wyprzedzają maleńkie bezpilotowe aeroplany, które z warkotem nurkują na tle czerwieniejącego horyzontu.
Jak szpaki, myśli Sybil.
Sterowiec rozjaśnia się od środka; prostokątne złociste okna sugerują ludzkie ciepło. Bez wysiłku, z niezrównaną łatwością funkcji organicznych, Sybil wyobraża sobie daleką muzykę: muzykę Londynu. Pasażerowie spacerują, piją, flirtują, może tańczą.
Budzą się nieproszone myśli, umysł splata perspektywy, z emocji i wspomnień składa znaczenia.
Przypomina sobie swoje życie w Londynie. Siebie, dawno temu, idącą Strandem, przeciskającą się przez tłum przy Temple Bar. Dalej... Miasto Pamięci rozrasta się wokół niej, aż po mury Newgate, gdy pada na nie cień jej ojca na stryczku...
Szybka jak odchylony promień światła Pamięć zbacza tutaj w inny zaułek – taki, w którym zawsze trwa wieczór...


* * *



Jest 15 stycznia 1855 roku.
Pokój w Grand Hotelu przy Picadilly.
Jedno krzesło stoi przechylone do tyłu, blokując oparciem drzwi. Na drugim wiszą ubrania: damski płaszcz z falbaną, ubłocona spódnica z grubego sukna, męskie kraciaste spodnie i wcięty surdut.
Dwie postacie w pościeli na łóżku pokrytym fornirem z klonowego drewna; na dworze, w lodowatym uścisku zimy, Big Ben wybija dziesiątą: szorstkie, organowe dźwięki i płonący węglem oddech Londynu.
Pod zimną kołdrą Sybil przysunęła stopy do rozgrzanej ceramicznej butelki owiniętej flanelą. Czubki palców musnęły łydkę mężczyzny i ten dotyk wyrwał go z głębokiego zamyślenia. Taki już był ten dandys, Mick Radley.
Spotkała go w Akademii Tańca Laurenta przy Windmill Street. Teraz, kiedy już się poznali, bardziej by jej pasował do Kellnera przy Leicester Square, a nawet do Portland Rooms. Zawsze się zastanawiał, planował, mruczał pod nosem. To ją martwiło. A pani Winterhalter nie byłaby zadowolona; „dżentelmena z kół politycznych” należało traktować z delikatnością i dyskrecją. Te cechy pani Winterhalter posiadała w nadmiarze, nie uznawała ich jednak u swoich dziewcząt.
– Dość łajdaczenia się, Sybil – rzekł Mike.
To jedno z tych jego niespodziewanych stwierdzeń: konkluzja czegoś, co właśnie sobie przemyślał.
Uśmiechnęła się; twarz do połowy ukryła pod ciepłym brzegiem kołdry. Wiedziała, że lubi jej uśmiech, uśmiech zepsutej dziewczyny. Obróć to w żart, nakazała sobie.
– Gdybym się nie łajdaczyła, czyż teraz leżałabym tu z tobą?
– Koniec z bieganiem za mężczyznami.
– Chodzę tylko do dżentelmenów.
Mick parsknął rozbawiony.
– A więc uważasz mnie za dżentelmena?
– Bardzo szykownego dżentelmena – potwierdziła, by mu pochlebić. – Eleganckiego. Wiesz, że nie lubię radykalnych lordów. Pluję na nich, Mick.
Sybil zadrżała, choć raczej z zadowolenia niż z lęku. Dopisało jej szczęście: gwarantowało steki, gorącą czekoladę, łóżko z czystą pościelą w dobrym hotelu. W błyszczącym, nowiutkim hotelu z centralnym ogrzewaniem parowym, choć chętnie by zamieniła niespokojne, bulgoczące i stukające zwoje radiatorów na blask ognia w kominku.
W dodatku przystojny był ten Mick Radley, musiała to przyznać. Ubierał się modnie, miał pieniądze i nie żałował ich. Jak dotąd nie zażądał od niej niczego obrzydliwego czy niezgodnego z naturą. Mick był dżentelmenem z Manchesteru w podróży i wkrótce pewnie wyjedzie, wiedziała więc, że związek nie potrwa długo. Jednak przynosił jej korzyści, a po rozstaniu mógł przynieść jeszcze większe, jeśli uda się wzbudzić w nim poczucie winy i wielkoduszność.
Mick oparł się o grubą puchową poduszkę i wsunął palce o zadbanych paznokciach w kędzierzawe włosy. Miał na sobie jedwabną nocną koszulę, z pianą koronki na froncie. Nosił tylko to, co najlepsze. Teraz chciał pewnie porozmawiać. Mężczyzn po pewnym czasie nachodzi zwykle taka ochota. Na ogół mówią o swoich żonach.
Ale Dandys Mick zawsze wracał do polityki.
– A więc nienawidzisz lordów, Sybil?
– Dlaczego nie? – spytała. – Mam swoje powody.
– Jestem tego pewien – odparł.
Spojrzał na nią chłodno, z taką wyższością, że przeszedł ją dreszcz.
– O co ci chodzi, Mick?
– Wiem, jakie masz powody, by nienawidzić rządu. Znam twój numer.
Ogarnęło ją zdumienie, potem strach. Usiadła na łóżku. W ustach czuła posmak zimnego żelaza.
– Trzymasz swoją kartę w torebce – powiedział. – Podałem twój numer znajomemu z magistratu. Przepuścił go przez rządową Maszynę, a ona wydrukowała twoje akta z Bow Street. Ta-ta-ta, jak grzechotka. – Uśmiechnął się drwiąco. – Teraz wiem o tobie wszystko, dziewczyno. Wiem, kim jesteś.
Próbowała zachować zuchwały ton.
– A kimże takim, panie Radley?
– Nie Sybil Jones, skarbie. Jesteś Sybil Gerard, córka Waltera Gerarda, agitatora luddytów.
Wdarł się do jej ukrytej przeszłości.
...Szumiące gdzieś daleko Maszyny, przędące historię...
Mick obserwował jej twarz i śmiał się z tego, co na niej zobaczył. Rozpoznała to spojrzenie – takie jak u Laurenta, kiedy pierwszy raz wypatrzył ją na zatłoczonym parkiecie. Zachłanne.
– Od jak dawna wiesz? – Głos jej drżał.
– Od naszej drugiej nocy. Przecież podróżuję z generałem. Ma wrogów, jak każda ważna osoba. Jako jego sekretarz i asystent nie mogę ryzykować.
Sybil odsunęła się.
– Szpiegowałeś bezbronną dziewczynę – oświadczyła. – Jesteś prawdziwym draniem, i tyle.
Ale słowa go nie dotknęły – był zimny i twardy niczym sędzia albo jakiś lord.
– Może i szpiegowałem, ale wykorzystuję rządową maszynerię dla własnych słodkich celów. Nie jestem donosicielem i nie będę potępiał rewolucjonisty, jakim był Walter Gerard... cokolwiek mówią o nim dzisiaj radykałowie. Twój ociec był bohaterem.
Przesunął poduszkę.
– Tak, Walter Gerard był moim bohaterem... Słuchałem, jak w Manchesterze mówił o Prawie do Pracy. Był wspaniały. Gardła nas bolały od wrzasków. Ech, dobre Piekielne Koty... – Głos Micka stał się ostry i surowy, zabrzmiał w nim akcent z Manchesteru. – Słyszałaś o Piekielnych Kotach, Sybil? Za dawnych dni?
– Uliczny gang. Bezdomni chłopcy z Manchesteru.
Mick zmarszczył czoło.
– Byliśmy bractwem! Gildią przyjaciół! Twój ojciec znał nas dobrze. Można powiedzieć, że był naszym politycznym patronem.
– Wolałabym, żeby nie wspominał pan mojego ojca, panie Radley.
Mick niecierpliwie potrząsnął głową.
– Kiedy usłyszałem, że skazali go i powiesili... – Słowa jak sopel lodu wbity między żebra – wzięliśmy z chłopakami pochodnie i łomy i zaczęliśmy szaleć. Prawdziwe dzieło Neda Ludda, dziewczyno! Lata minęły... – Delikatnie strzepnął gors nocnej koszuli. – Niewielu ludziom opowiadam tę historię. Rządowe Maszyny mają długą pamięć.
Teraz zrozumiała wielkoduszność Micka i jego czułe słówka, te dziwne uwagi, jakie do niej kierował: o tajemnych planach, lepszej przyszłości, znaczonych kartach i ukrytych asach. Pociągał za sznurki, uzależniał ją od siebie. Córka Waltera Gerarda była cenną zdobyczą dla takiego człowieka jak Mick.
Wyśliznęła się z pościeli i w samych pantalonach i koszuli ruszyła po lodowatej podłodze do fotela. Szybko, w milczeniu przeszukiwała stos ubrań. Płaszcz z falbaną, żakiet, rozłożysta klatka krynoliny z opadającą na nią spódnicą, brzęcząca zbroja gorsetu...
– Wracaj do łóżka – rzucił leniwie Mick. – Nie bądź śmieszna. Jest zimno. – Pokręcił głową. – To nie jest tak, jak myślisz, Sybil.
Nie obejrzała się nawet. Gorset włożyła przy oknie, gdzie przez pokrytą lodem szybę ledwie przeświecało światło ulicznej latarni. Szybkim, wprawnym szarpnięciem zaciągnęła na plecach sznurówki.
– A jeśli nawet – dodał z namysłem Mick – to tylko w niewielkim stopniu.
Po drugiej stronie ulicy publiczność wychodziła właśnie z opery: eleganckie towarzystwo w długich płaszczach i cylindrach. Okryte derkami dorożkarskie konie tupały nogami po czarnym makadamie. Ślady śniegu z przedmieść bielały jeszcze na parowym powozie jakiegoś lorda. W tłumie krążyły prostytutki. Nieszczęsne duszyczki! W taką mroźną noc trudno doprawdy znaleźć przyjazną twarz wśród wszystkich tych żabotów i diamentowych spinek.
Sybil odwróciła się do Micka, zakłopotana, zagniewana, a przede wszystkim przestraszona.
– Komu jeszcze o mnie powiedziałeś?
– Nikomu – zapewnił. – Nawet mojemu przyjacielowi generałowi. Nikt jeszcze nie powiedział, że Mick Radley jest niedyskretny. Więc wracaj do łóżka.
– Nie – odparła. Stała wyprostowana, bose stopy przemarzały jej na zimnej podłodze. – Sybil Jones może dzielić z tobą łoże... Ale córka Waltera Gerarda nie jest osobą pozbawioną znaczenia.
Mick zamrugał, wyraźnie zdziwiony. Zastanowił się, pocierając wąski podbródek, wreszcie skinął głową.
– Muszę się więc pogodzić ze stratą, panno Gerard. – Usiadł i dramatycznym gestem wskazał drzwi. – Wkładaj zatem spódnicę, te twoje buciki na mosiężnych obcasach, panno Gerard, i wynoś się razem ze swoim znaczeniem. Ale szkoda by było, gdybyś teraz wyszła. Przydałaby mi się sprytna dziewczyna.
– Nie wątpię, ty draniu – rzuciła Sybil, ale zawahała się. Miał jeszcze jedną kartę w rękawie. Poznała to po jego minie.
Uśmiechnął się, mrużąc oczy.
– Byłaś kiedy w Paryżu, Sybil?
– W Paryżu? – Jej oddech kondensował się w powietrzu.
– Tak. Wesoły, cudowny Paryż, kolejny cel podróży generała, kiedy tylko zakończy cykl wykładów w Londynie. – Mick poprawił koronkowe mankiety. – Nie powiem na razie, do czego byłabyś mi potrzebna. Ale generał to świetny strateg, a rząd francuski przeżywa pewne trudności, co wymaga pomocy ekspertów. – Roześmiał się tryumfalnie. – Ale widzę, że to cię nudzi.
Sybil przestąpiła z nogi na nogę.
– Zabierzesz mnie do Paryża, Mick? – spytała wolno. – To obietnica czy jakaś chytra sztuczka?
– Uczciwa, szczera i bez sztuczek. Jeśli mi nie wierzysz, to sprawdź. Mam w płaszczu bilet na prom z Dover.
Sybil przeszła do krytego brokatem fotela i podniosła gruby płaszcz Micka. Zadrżała z zimna i narzuciła go na ramiona. Pierwszorzędna ciemna wełna... Czuła się jak otulona ciepłą warstwą pieniędzy.
– Poszukaj w przedniej prawej kieszeni – powiedział Mick. – W portfelu.
Był rozbawiony i pewny siebie – jakby go bawiło, że mu nie wierzy. Sybil wsunęła zziębnięte dłonie do kieszeni. Były głębokie, aksamitne w dotyku.
Lewa ręka uchwyciła twardy, zimny metal. Wyciągnęła groźnego, brzydkiego wielolufowego derringera. Rękojeść wykładana kością słoniową, błysk stalowych kurków i mosiężnych naboi: mały jak jej dłoń, ale ciężki.
– Nieładnie. – Mick zmarszczył brwi. – Schowaj to z powrotem. Grzeczna dziewczynka.
Sybil odłożyła broń, ostrożnie, ale szybko, jakby trzymała żywego kraba. W drugiej kieszeni zalazła portfel z czerwonej marokańskiej skóry. Wewnątrz były wizytówki, cartes-de-visite z jego maszynowo drukowanym portretem. I londyński rozkład jazdy kolei.
I jeszcze ozdobny prostokąt sztywnego kremowego papieru: bilet pierwszej klasy na Newcomena z Dover.
– Będą ci potrzebne dwa bilety – stwierdziła. – Skoro naprawdę chcesz mnie tam zabrać.
Mick przytaknął.
– I jeszcze jeden na pociąg z Cherbourga. Nic prostszego. Mogę zatelegrafować po bilety z recepcji.
Sybil zadrżała znowu i mocniej otuliła się płaszczem. Mick roześmiał się.
– Nie rób takiej kwaśnej miny. Ciągle myślisz jak ladacznica. Skończ z tym. Zacznij myśleć sprytniej, bo na nic mi się nie przydasz. Teraz jesteś dziewczyną Micka. Wszystko przed tobą.
Odpowiedziała mu powoli, z wahaniem.
– Nigdy nie byłam z żadnym mężczyzną, który wiedział, że jestem Sybil Gerard.
Kłamała, oczywiście. Był przecież Egremont: człowiek, który ją zniszczył. Charles Egremont doskonale wiedział, kim ona jest. Ale już się nie liczył. Żył teraz w innym świecie, razem ze swoją dziobatą, szacowną małżonką, swymi szacownymi dziećmi i szacownym miejscem w Parlamencie.
Zresztą Sybil nie łajdaczyła się z Egremontem. W każdym razie nie w ścisłym sensie tego słowa. To kwestia poziomu.
Widziała, że tym kłamstwem sprawiła Mickowi przyjemność. Pochlebiła mu.
Otworzył błyszczące pudełko z cygarami, wyjął jedno i zapalił od olejowego ognika zapalniczki. Pokój wypełnił się słodkim zapachem tytoniowego dymu.
– Dlatego teraz trochę się mnie wstydzisz, co? – zapytał w końcu. – Cóż, to mi odpowiada. To, co wiem, daje mi większą władzę nad tobą. Większą niż same pieniądze.
Zmrużył oczy.
– Liczy się tylko to, co człowiek wie. Prawda, Sybil? Liczy się bardziej niż ziemia i pieniądze, bardziej niż pochodzenie. Informacja. Jest teraz modna.
Przez moment Sybil nienawidziła go za tę swobodę i pewność. Ogarnęła ją złość, ostra i prymitywna. Stłumiła to uczucie. Nienawiść rozpłynęła się, straciła czystość, zmieniła się w skrępowanie. Owszem, nienawidziła go, ale tylko dlatego, że poznał ją naprawdę. Wiedział, jak nisko upadła Sybil Gerard, która była kiedyś wykształcona, dumna i wyniosła, nie gorsza od arystokratek.
Z czasów sławy ojca, z dzieciństwa, pamiętała chłopców podobnych do Micka Radleya. Obszarpanych, gniewnych chłopców z fabryk, po tuzinie za pensa, którzy po wiecach tłoczyli się wokół ojca i robili wszystko, co im rozkazał. Zrywali tory kolejowe, wybijali zatyczki z kotłów maszyn napędzających krosna, rzucali mu pod nogi policyjne hełmy. Ona i ojciec uciekali z miasta do miasta, często nocą, mieszkali w piwnicach, na strychach, w anonimowych pokojach, ukrywali się przed policją radykałów i sztyletami innych spiskowców. A czasami, kiedy jego własne płomienne mowy rozpalały w nim emocje, ojciec obejmował ją i solennie obiecywał nowy świat. Miała żyć jak arystokratka w zielonej i spokojnej Anglii... kiedy tylko runie tron Króla Pary, kiedy Byron i jego Industrialni Radykałowie zostaną całkowicie zniszczeni...
Ale konopna lina zdławiła słowa ojca. Radykałowie wciąż rządzili, szli od zwycięstwa do zwycięstwa, tasowali świat niczym talię kart. A teraz Mick Radley znalazł się na szczytach, Sybil Gerard zaś – na dnie.
Stała w milczeniu, otulona płaszczem Micka. Paryż... Obietnica kusiła ją, a kiedy pozwoliła sobie w nią uwierzyć, poczuła nagły jak błyskawica dreszcz podniecenia. Zmusiła się, by pomyśleć o porzuceniu Londynu. Wiodła tu złe, marne, brudne, ale przecież nie do końca rozpaczliwe życie. Wciąż miała coś do stracenia: wynajęty pokój na Whitechapel i najdroższego Toby’ego, kota. Była też pani Winterhalter, organizująca spotkania między szybkimi dziewczętami i dżentelmenami z kół politycznych. Pani Winterhalter była wyzyskiwaczką, ale też damą i kimś pewnym; trudno będzie znaleźć kogoś podobnego. Straci też swych dwóch stałych dżentelmenów, Chadwicka i Kingsleya, których widywała po dwa razy w miesiącu. Stały dochód, który chronił ją przed ulicą. Ale Chadwick miał zazdrosną żonę w Fulham, a w chwili ogłupienia Sybil ukradła najlepsze spinki Kingsleya. Wiedziała, że ją podejrzewa.
Zresztą żaden z nich nie wydawał pieniędzy tak swobodnie jak Mick.
Zmusiła się, by rzucić mu możliwie najsłodszy uśmiech.
– Spryciarz z ciebie, Micku Radleyu. Wiesz, że trzymasz mnie na smyczy. Może z początku się zezłościłam, ale nie jestem taka tępa, żeby nie poznać się na takim galancie.
Mick dmuchnął dymem.
– Sprytna jesteś – stwierdził z podziwem. – Rzucasz pochlebstwami jak anioł. Ale mnie nie oszukasz, więc i siebie nie oszukuj. Mimo wszystko jesteś laleczką, jakiej mi trzeba. Wracaj do łóżka.
Posłuchała.
– Na Jowisza! – zawołał. – Twoje śliczne stópki zmieniły się w dwie bryły lodu. Dlaczego nie nosisz pantofelków? – Z determinacją szarpnął jej gorset. – Pantofelków i czarnych jedwabnych pończoch – dodał. – Laleczka pięknie wygląda w łóżku, kiedy ma na nogach czarne jedwabne pończochy.


* * *



Stojący przy drugim końcu oszklonej lady subiekt Aarona spojrzałna Sybil podejrzliwie. Stał z wyniosłą miną, w swoim zgrabnym czarnym surducie i wypolerowanych butach. Wiedział, że coś się dzieje – umiał to wywąchać. Sybil czekała, aż Mick zapłaci. Skromnie złożyła dłonie na spódnicy i obserwowała go z ukosa spod błękitnego ronda kapelusza. Pod spódnicą, wciśnięty w kratę krynoliny, tkwił szal, porwany szybko, kiedy Mick przymierzał cylindry.
Umiała kraść w sklepach – sama się tego nauczyła. Wymagało to silnych nerwów. W tym cały sekret. I odwagi. Nie wolno patrzeć w lewo ani w prawo – po prostu złapać, unieść spódnicę, wepchnąć i opuścić. A potem stać całkiem spokojnie, z książką psalmów w dłoni, niczym panna z dobrego domu.
Subiekt przestał się nią interesować. Przyglądał się teraz grubasowi, który przebierał w jedwabnych podwiązkach. Sybil szybko sprawdziła spódnicę: nic nie było widać.
Młody piegowaty kasjer o poplamionych atramentem palcach wprowadził numer Micka do maszyny kredytowej na ladzie. Zgrzyt, pstryk, pociągnięcie dźwigni z kościaną gałką – i po wszystkim. Wręczył Mickowi drukowany kwit i opakował zakupy w sztywny zielony papier.
Aaron i Syn nie zauważą nawet straty kaszmirowego szala. Może odkryją to maszyny obrachunkowe przy kontroli, ale strata ich nie zaboli. Ich pałac handlowy był zbyt wielki, zbyt bogaty. Wszystkie te greckie kolumny, żyrandole z irlandzkiego kryształu, miliony zwierciadeł – sala za salą pełne gumowych butów jeździeckich i francuskiego mydła, lasek, parasoli, sztućców, oszklonych szafek ze srebrną zastawą, broszek i prześlicznych złotych pozytywek... A przecież to tylko jeden z tuzina sklepów. Do tego – dobrze wiedziała – Aaron nie był naprawdę elegancki, nie był sklepem arystokratów.
Tyle że w Anglii można zajść wszędzie, jeśli tylko człowiek jest sprytny i ma pieniądze. Pewnego dnia pan Aaron, brodaty żydowski handlarz z Whitechapel, zostanie lordem. Przy krawężniku postawi swój własny parowy powóz ze swoim własnym herbem na drzwiczkach. Parlament radykałów nie przejmie się, że pan Aaron nie jest chrześcijaninem. Dali tytuł nawet Charlesowi Darwinowi, chociaż twierdził, że Adam i Ewa byli małpami.
Windziarz we francuskiej liberii otworzył przed nią klekoczącą mosiężną kratę. Mick wszedł za nią z paczką pod pachą. W chwilę później jechali już na dół.
Wyszli od Aarona w gwar i szum Whitechapel. Mick sięgnął do kieszeni po plan ulic, a Sybil spojrzała na zmieniające się litery, biegnące wzdłuż frontu sklepu. Mechaniczny fryz, rodzaj powolnego kinotropu dla ogłoszeń Aarona, zrobiony z kawałków malowanego drewna, obracających się kolejno za mozaiką ukośnych szybek. ZAMIEŃ SWOJE RĘCZNE PIANINO, zachęcały zmienne litery, NA PIANOLĘ KASTNERA.
Po zachodniej stronie Whitechapel horyzont jeżył się dźwigami budowlanymi i nagimi stalowymi szkieletami, dla ochrony przed rdzą malowanymi czerwoną minią. Starsze budynki pokryły rusztowania; zdawało się, że czego tylko nie burzono, by zrobić miejsce nowemu, to przerabiano na jego obraz. Słyszała dalekie sapanie z wykopów i czuła drżenie chodnika – to potężne maszyny ryły kolejną linię metra.
Mick bez słowa skręcił nagle w lewo. Kapelusz miał przekrzywiony na bok, a kraciaste nogawki migały pod brzegiem długiego płaszcza. Musiała podbiec, żeby nie zostać z tyłu. Obszarpany chłopak z blaszanym numerkiem w klapie zamiatał z przejścia topniejący śnieg. Nie zwalniając kroku, Mick rzucił mu pensa i wszedł w uliczkę zwaną Zaułkiem Rzeźników.
Dogoniła go i wzięła pod ramię; mijali czerwono-białe tusze wiszące na czarnych żelaznych hakach: wieprzowe, baranie, cielęce. I grubych mężczyzn w poplamionych fartuchach, zachwalających swój towar. Kobiety tłoczyły się wokół nich z koszami w rękach: służące, kucharki, szacowne panie domu przy mężach. Czerwony na twarzy, zezowaty rzeźnik zastąpił Sybil drogę, demonstrując w dłoniach sine mięso.
– Hej, panienko... Kup swojemu dżentelmenowi nereczek na pasztet!
Sybil pochyliła głowę i wyminęła go.
Załadowane owocami nosiłki stały przy krawężnikach; sprzedawcy nawoływali klientów, a ich aksamitne płaszcze połyskiwały guzikami z mosiądzu lub masy perłowej. Każdy miał przypiętą blaszkę z numerem, choć – według Micka – przynajmniej połowa z nich była fałszywa. Równie fałszywa, jak wagi i odważniki. Derki i kosze leżały na wykreślonych kredą kwadratach na chodniku. Mick opowiadał, jak można poprawić wygląd wyschniętych owoców i dodać życia śniętym węgorzom. Uśmiechnęła się, widząc, jaką przyjemność sprawia mu popisywanie się tą wiedzą. Handlarze zachwalali swoje miotły, mydło i świece, ponury kataryniarz kręcił oburącz korbą, a jego machina napełniała uliczkę jazgotem dzwonków, strun i bębnów.
Mick przystanął obok drewnianego blatu na kozłach, pilnowanego przez zezowatą wdowę w żałobnej bombazynowej sukni, z kikutem glinianej fajki w zębach. Przed nią stały rzędami fiolki oleistej substancji. Sybil uznała, że to jakaś lecznicza mikstura, gdyż na każdej buteleczce przylepiono niebieską kartkę z niewyraźnym obrazkiem dzikiego Indianina.
– A cóż to takiego, mateczko? – Mick stuknął palcem w zalany czerwonym woskiem korek.
– Olej skalny, mój panie – odparła, wyjmując fajkę z ust. – Nazywają to barbadoską smołą.
Przeciągła wymowa drażniła ucho, ale Sybil zrobiło się jej żal. Jakże daleko znalazła się ta kobieta od tych obcych miejsc, które były jej domem.
– Doprawdy? – zdziwił się Mick. – Nie pochodzi przypadkiem z Teksasu?
– Lecznicza maść z tajemnego źródła Natury, rozkwit zdrowia i życia każdemu zapewnia z góry. Zbierana przez dzikiego Senecę z wód Oil Creek w Pensylwanii. Trzy pensy za buteleczkę, z gwarancją uleczenia.
Kobieta spoglądała na Micka z dziwną miną, przysłaniając powiekami blade oczy ukryte w siatce zmarszczek – jakby odnajdywała w zakamarkach pamięci jego twarz. Sybil zadrżała.
– Życzę szczęścia, mateczko – rzucił Mick z uśmiechem przypominającym Sybil pewnego złośliwego detektywa, jasnowłosego małego człowieczka, który pracował wokół Leicester Square i w Soho. Dziewczęta nazywały go Borsukiem.
– Co to jest? – spytała, ujmując Micka pod ramię. – Co ona sprzedaje?
– Olej skalny – wyjaśnił i zerknął przez ramię na przygarbioną kobietę w czerni. – Generał opowiadał, że w Teksasie wypływa z ziemi...
– I naprawdę leczy? – zainteresowała się Sybil.
– Nieważne – mruknął. – Dość już gadania. – Rzucił radosne spojrzenie w głąb zaułka. – Tam widzę jednego. Wiesz, co masz robić.
Sybil kiwnęła głową i przez targowy tłum zaczęła się przeciskać w stronę człowieka, którego wypatrzył Mick. Był to sprzedawca ballad, chudy, o zapadniętych policzkach, z długimi tłustymi włosami pod cylindrem owiniętym jaskrawą szarfą w groszki. Ugiął ręce w łokciach, a dłonie złożył jak do modlitwy. Rękawy wygniecionego surduta były ciężkie od nutowych zwojów.
– „Tory do nieba”, panie i panowie – nawoływał wprawnie. – „Ze świętej prawdy tory odlane, na skale wieków kładzione; klamry miłości wiążą je z sobą, przez Boga w niebiesiech stworzone”. Piękna melodia i tylko dwa pensy, panienko.
– Ma pan „Kruka San Jacinto”? – spytała Sybil.
– Mogę zdobyć, mogę zdobyć – zapewnił sprzedawca ballad. – A co to takiego?
– O wielkiej bitwie w Teksasie, o wielkim generale.
Mężczyzna uniósł brwi. Oczy miał niebieskie i błyszczące szaleństwem, może z głodu, może z religijnego uniesienia albo od dżinu.
– Więc ten Jacinto to któryś z krymskich generałów? Francuz?
– Nie, nie. – Sybil uśmiechnęła się z politowaniem. – Generał Houston. Sam Houston z Teksasu. Bardzo mi zależy na tej pieśni.
– Dzisiaj po południu kupuję świeże publikacje. Poszukam twojej pieśni, panienko.
– Będę potrzebować przynajmniej pięciu egzemplarzy. Dla przyjaciół.
– Za dziesięć pensów dostaniesz sześć.
– Niech będzie sześć. Dziś po południu, w tym miejscu.
– Wedle życzenia, panienko. – Sprzedawca dotknął ronda cylindra.
Sybil odwróciła się i zniknęła w tłumie. Udało się. Nie było nawet tak źle. Czuła, że zdoła się przyzwyczaić. Może to ładna melodia, która spodoba się ludziom, kiedy balladzista będzie musiał sprzedać te sześć kopii.
Mick pojawił się nagle u jej ramienia.
– Nieźle – pochwalił.
Sięgnął do kieszeni płaszcza i gestem sztukmistrza wyjął kawałek jabłecznika: jeszcze gorący, posypany cukrem i owinięty w zatłuszczony papier.
– Dziękuję – powiedziała zaskoczona, ale zadowolona.
Miała właśnie zamiar zatrzymać się, ukryć gdzieś i wyjąć skradziony szal, a przecież Mick by to zobaczył. Nie widziała go, ale on ją obserwował. Taki już był. Nigdy o tym nie zapomni.
Przeszli, razem i osobno, wzdłuż Somerset i przez cały targ przy Petticoat Lane. Zapadł wieczór i zapłonęły światła: lśniące gazowe latarnie, biało świecące karbidówki, brudne lampy olejne, łojowe świece na straganach. Harmider ogłuszał Sybil, ale sprawiła radość Mickowi, oszukując jeszcze trzech sprzedawców ballad.
W wielkiej, jaskrawo oświetlonej oberży na Whitechapel, gdzie trójkątne płomienie gazu migotały na złocistej tapecie, Sybil przeprosiła go i wyszła do toalety. Tam, bezpieczna w cuchnącej kabinie, wyjęła szal. Był cudownie miękki i miał cudowny fiołkowy kolor – jeden z tych nowych barwników, które mądrzy ludzie otrzymują z węgla. Złożyła starannie zdobycz i wsunęła ją za gorset, gdzie była bezpieczna. Potem wyszła na zewnątrz i powróciła do swego opiekuna, którego znalazła przy stoliku. Kupił jej dżin z miodem.
Usiadła.
– Dobrze sobie radziłaś – stwierdził i przysunął jej szklaneczkę.
W sali pełno było żołnierzy z Krymu na przepustkach, Irlandczyków z wiszącymi im u ramion ulicznicami. Wszyscy mieli coraz bardziej czerwone nosy i stawali się coraz bardziej hałaśliwi. Za szynkwasem nie pracowały kobiety, ale potężni, zwaliści barmani w białych fartuchach, z pałkami ukrytymi pod kontuarem.
– Dżin to napój dla dziwek, Mick.
– Wszyscy lubią dżin. A ty nie jesteś dziwką, Sybil.
– Ladacznicą, kobietą wszeteczną... – Spojrzała na niego ostro. – Jak jeszcze byś mnie nazwał?
– Teraz jesteś z Mickiem Dandysem – odparł. Oparł się wygodnie i wsunął kciuki w wycięcia kamizelki. – Jesteś awanturnicą.
– Awanturnicą?
– Jak diabli. – Wyprostował się. – Twoje zdrowie.
Pociągnął dżinu z brandy, posmakował z nieszczęśliwą miną i przełknął.
– Mniejsza z tym, kochanie. Zaprawiają to terpentyną, albo ja jestem Żydem.
Wstał.
Wyszli. Uwiesiła mu się na ramieniu, próbując skłonić do zwolnienia kroku.
– Czyli ty też jesteś awanturnikiem, Micku Radleyu. Tak?
– Właśnie tak, Sybil – przyznał cicho. – A ty będziesz u mnie terminować. Dlatego rób, co ci powiem, i bądź posłuszna. Ucz się sztuczek tego fachu. A pewnego dnia wstąpisz do związku. Do gildii.
– Jak mój ojciec, co? Żartujesz sobie z tego, Mick. Z tego, kim był on i kim ja jestem.
– Nie – stwierdził Mick krótko. – On był staromodny i dziś jest nikim.
Sybil skrzywiła się.
– A czy nas, zepsute dziewczyny, przyjmują do tej twojej szykownej gildii?
– To gildia wiedzy – wyjaśnił z powagą. – Wodzowie i politycy mogą nam odebrać najróżniejsze rzeczy. Z pomocą swoich przeklętych praw, swoich fabryk, sądów i banków... Mogą przebudować świat wedle własnej woli, mogą ci zabrać dom, rodzinę, nawet pracę, którą wykonujesz... – Mick gniewnie wzruszył ramionami; szczupłe barki napięły gruby materiał płaszcza. – A nawet okraść córkę bohatera z jej cnoty, jeśli, mówiąc to, nie jestem nazbyt zuchwały. – Mocnym, bolesnym chwytem przycisnął jej dłoń do rękawa. – Ale nigdy nie odbiorą ci tego, co wiesz. Prawda, Sybil? Tego ci zabrać nie potrafią.


* * *



Sybil usłyszała w korytarzu kroki Hetty, potem zgrzyt jej klucza w drzwiach. Pozwoliła, by ptasie organki ucichły z wysokim jękiem.
Hetty zerwała z głowy ośnieżony kapelusz i strząsnęła z ramion ciężki granatowy płaszcz. Grubokoścista, hałaśliwa brunetka z Devonu, należała do dziewcząt pani Winterhalter. Piła za dużo, ale była na swój sposób miła i zawsze dobra dla Toby’ego.
Sybil złożyła korbkę z porcelanowym uchwytem i zamknęła podrapane wieko taniego instrumentu.
– Ćwiczyłam. Pani Winterhalter chce, żebym zaśpiewała w przyszły czwartek.
– Do licha z tym babskiem – rzuciła Hetty. – Myślałam, że dzisiaj wypada ci noc z panem C. Czy może z panem K.?
Tupała dla rozgrzewki przed małym kominkiem. Nagle zauważyła pudełka z butami i kapeluszami od Aarona i Syna.
– A niech mnie! – zawołała z uśmiechem, nieco tylko krzywym z zazdrości. – Nowy amant, co? Masz szczęście, Sybil Jones!
– Może... – Odchylając głowę do tyłu, Sybil sączyła gorący cytrynowy kordiał, który łagodził drapanie w podrażnionym gardle.
– Winterhalter nic o nim nie wie? – Hetty mrugnęła porozumiewawczo.
Sybil z uśmiechem pokręciła głową. Hetty jej nie zdradzi.
– Wiesz coś o Teksasie, Hetty?
– To kraj w Ameryce. Rządzą tam Francuzi, tak?
– Nie, ten to Meksyk. Czy chciałabyś pójść na pokaz do kinotropu? Przemawia były prezydent Teksasu. Mam bilety... Za darmo.
– Kiedy?
– W sobotę.
– W sobotę tańczę – oznajmiła Hetty. – Może Mandy pójdzie. – Chuchnęła w dłonie. – W nocy odwiedzi mnie przyjaciel. Nie będzie ci przeszkadzać?
– Nie.
Pani Winterhalter surowo żądała, by żadna z dziewcząt nie przyjmowała mężczyzn w swoim pokoju. Tę zasadę Hetty łamała często, jakby zachęcając dozorcę, Cairnsa, by na nią doniósł. Jako że pani Winterhalter płaciła czynsz bezpośrednio jemu, Sybil rzadko miała okazję z nim rozmawiać. Jeszcze rzadziej widywała jego zgryźliwą żonę z grubymi łydkami, gustującą w okropnych kapeluszach. Ani Cairns, ani jego żona nigdy nie naskarżyli na Hetty, choć Sybil nie mogła zrozumieć, dlaczego. Przecież pokój Hetty sąsiadował przez ścianę z ich sypialnią. A Hetty zawsze robiła bezwstydny harmider, kiedy sprowadzała do siebie mężczyzn: zwykle zagranicznych dyplomatów, ludzi o dziwnym akcencie i – sądząc po odgłosach – paskudnych nawykach.
– Jak chcesz, możesz dalej śpiewać. – Hetty przyklęknęła przed zasypanym popiołem paleniskiem. – Masz piękny głos. Nie powinnaś marnować swoich darów.
Drżąc, dorzucała do ognia pojedyncze bryłki węgla. Zdawało się, że gryzący chłód wtargnął do pokoju przez pękniętą futrynę zabitego gwoździami okna, i przez jedną ulotną chwilę Sybil czuła w powietrzu czyjąś obecność, miała wyraźne wrażenie, że jest obserwowana, że czyjeś oczy wpatrują się w nią z innego świata. Pomyślała o nieżyjącym ojcu. Ucz się używać głosu, Sybil, powtarzał jej. Ucz się mówić. To wszystko, co mamy, żeby z nimi walczyć. Było to w ostatnich dniach przed aresztowaniem, kiedy zrozumieli, że radykałowie znowu zwyciężyli. Pojęli to wszyscy, może z wyjątkiem Waltera Gerarda. Wtedy zobaczyła – tak wyraźnie, że zamarło w niej serce – absolutną otchłań klęski ojca. Jego ideały miały zaginąć – nie zostać zapomniane, ale całkowicie usunięte z historii, miażdżone znowu, i znowu, i znowu – jak trup bezpańskiego psa pod dudniącymi kołami pociągu. Ucz się mówić. To wszystko, co mamy...
– Poczytasz mi? – poprosiła Hetty. – Zrobię herbaty.
– Dobrze.
W nieuporządkowanym, nerwowym życiu z Hetty głośne czytanie stanowiło jeden z nielicznych rytuałów, dających poczucie domowego ciepła. Sybil sięgnęła po dzisiejsze Ilustrowane Wiadomości Londyńskie, ułożyła krynolinę na trzeszczącym, cuchnącym wilgocią fotelu i spojrzała na pierwszą stronę. Pisali o dinozaurach.
Radykałowie wariowali na punkcie dinozaurów. Oto rycina siedmiu mężczyzn, wśród nich lorda Darwina, wpatrzonych w jakiś nieokreślony kształt zagłębiony w węglowej płycie w Turyngii. Sybil przeczytała podpis, pokazała Hetty obrazek. Kość. To coś w węglu okazało się monstrualną kością, długą na wzrost człowieka. Zadrżała. Przewróciwszy kartkę, natrafiła na wizję artysty ukazującą potwora takiego, jak mógł wyglądać naprawdę: obrzydliwość z podwójnym rzędem groźnych trójkątnych zębów wzdłuż wypukłego grzbietu. Zdawało się, że jest wielkości przynajmniej słonia, chociaż wstrętny łeb miał niewiele większy od psiego.
Hetty nalała herbaty.
– Gady panowały nad całym światem, tak? – zacytowała i nawlekła igłę. – Nie wierzę w ani jedno słowo.
– Dlaczego nie?
– To na pewno kości tych przeklętych olbrzymów z Biblii. Tak przecież mówią księża.
Sybil milczała. Żadne z tych wyjaśnień nie wydawało się jej bardziej prawdopodobne. Przeszła do drugiego artykułu, który wychwalał Artylerię Królewską na Krymie. Znalazła rycinę dwóch przystojnych młodych oficerów, podziwiających dalekosiężne działo. Miało lufę grubą jak fabryczny komin i bez trudu poradziłoby sobie ze wszystkimi dinozaurami lorda Darwina. Uwagę Sybil zwrócił jednak drugi rysunek, przedstawiający artyleryjską Maszynę. Skomplikowana struktura zachodzących na siebie trybów była dziwnie piękna, niby ozdobiona barokowymi wzorami tapeta.
– Masz coś do cerowania? – spytała Hetty.
– Nie, dziękuję.
– Przeczytaj teraz ogłoszenia. Nie znoszę tych wojennych nonsensów.
Była tam PORCELANA HAVILAND z Limoges we Francji; VIN MARIANI, francuski tonik, z listem pochwalnym Aleksandra Dumasa oraz Księgą Przepisów, Portretami i Autografami Osób Sławnych, po zgłoszeniu się w siedzibie firmy przy Oxford Street; pasta SILVER ELECTRO SILICON, nie drapie, nie ściera się, jest jak żadna inna; DZWONEK ROWEROWY „NOWA PODRÓŻ”, który dźwięczy własnym głosem; WODA LITOWA DOKTORA BAYLEYA leczy chorobę Brighta i skazę moczanową; „REGENT” GURNEYA, KIESZONKOWA MASZYNA PAROWA, przeznaczona do napędzania domowych maszyn do szycia.
To ostatnie zainteresowało Sybil, choć nie dlatego, że obiecywało dwukrotnie szybszą pracę przy koszcie pół pensa za godzinę.
Reklamie towarzyszył rysunek gustownie ozdobionego małego kotła, ogrzewanego gazem lub naftą. Charles Egremont kupił taki dla swojej żony. Maszynę dostarczono razem z gumową rurą, która poręcznie wsunięta pod uchylone okno odprowadzała nadmiar pary. Mimo to – o czym Sybil dowiedziała się z zachwytem – maszyna zmieniła bawialnię madame w turecką łaźnię.
Gazeta się skończyła i Sybil poszła spać. Koło północy obudził ją głośny i rytmiczny zgrzyt sprężyn w łóżku Hetty.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-10-28 (1170 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej