Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Krucjata, t.2
 
Katalog - dodano
 Eliza
- Roxana Wojtas-Tabiś
 Wyprawa Błazna (wyd.M)
- Robin Hobb
 Roar
- Cory Carmack
 Wybawienie
- Jussi Adler-Olsen
 Zabójcy bażantów
- Jussi Adler-Olsen
 
- skomentowano
 Zapisane w kartach
- Anne Bishop
 Ciężko być najmłodszym
- Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa
 Sopel cz.1
- Paweł Kornew
 HEL 3
- Jarosław Grzędowicz
 Evna
- Siri Pettersen
 

''Jedenaście pazurów'' - antologia



’’Szczyt piramidy’’ - Artur Baniewicz


Kharrks zwolnił do truchtu. Południe Starej Gondwany to jednak nie tropiki, o tej porze roku noce są chłodne. Uciekającym ssakom to sprzyja, ale zmiennocieplny dinozaur wychłodził organizm podczas całonocnego pościgu i nie bardzo nadawał się teraz do sprintu. Może gdyby nałożył ocieplacz... Ale jaki urok mają takie łowy? Chodzi przecież o niepowtarzalny klimat pradawnych pościgów za zwierzyną, którą trzeba za wszelką cenę dopaść, bo inaczej troodon zginie z wycieńczenia.
Zużył wiele sił, jeśli zatem uciekinierzy wypatrzą go z daleka i postanowią rozbiec się w przeciwne strony, nie zdoła dopaść obojga. A mogli to zrobić. Hodowcy tresują podopiecznych do tego typu sztuczek – by jedno przeżyło polowanie i dało się sprzedać raz jeszcze. Umowa nie zakładała wprawdzie ram czasowych, lecz w praktyce większość łowców rezygnowała z dalszych łowów, zadowalając się pojedynczą zdobyczą. Cóż, niedzielni myśliwi nie mają zbyt wiele czasu.
Świat, niestety, schodził na krokodyle.
Przegnał posępne myśli, skupił się na biegu. Troodonowi o sylwetce długiego na siedem stóp, spłaszczonego “T” niełatwo skrycie przemierzać las. Niedzielny myśliwy narobiłby hałasu, zaczepiając sztywnym ogonem o mijane zarośla. Kharrx, którego po kampanii marsjańskiej jeden z pismaków nazwał “najgroźniejszym dinozaurem planety Ziemia”, potrącił ledwie parę gałązek.
I udało się: kiedy ujrzał ludzką samicę, ta nawet nie patrzyła za siebie. Siedziała na jakiejś kłodzie, zmęczonymi ruchami wcierając w skórę kamuflaż z rudej gliny.
Zaklął w duchu. Była sama, a pod błotem... biała!
Zbuki stłuki! Samica z Laurazji Środkowej?! Mniejsza o to, że osobniki rasy białej są gorzej umięśnione, co oznacza krótsze łowy, niższy prestiż oraz mniej mięsa. Nie dla chwały i napchania żołądka uganiał się po buszu. Chodziło mu o bukiet subtelnych doznań, które poprzedzają ucztę, a potem jej towarzyszą. A biała miejska samica, pospiesznie sparzona z brunatnym tubylczym samcem, oznaczała prawdopodobnie samicę bezradną, słabą... i porzuconą. Dającą się zabić bez walki, co psuje cały urok polowania.
Zgrzytnął ze złości zębami. Nie aż tak, żeby usłyszała – ale obejrzała się przez ramię zaraz potem. Chcąc nie chcąc, popędził w jej stronę. Nie mógł sobie pozwolić, żeby wrzaskami spłoszyła samca, jeśli – o, spraw, żeby tak było, Wielki Jajcarzu! – ten nie zostawił jej na pastwę losu, a tylko oddalił się na chwilę.
Na szczęście nie wrzeszczała. Może ze zmęczenia – jej nagie ciało, mimo chłodu, spływało potem – może dlatego, że nie miała do kogo.
Walka to wysiłek – a ona zamierzała walczyć.



''Kociarka'' - Piotr Patykiewicz


Powolnym, procesjonalnym krokiem przemierzaliśmy asfaltowy szlak, biała przerywana linia fosforyzowała w świetle latarni i nielicznych rozświetlonych okien. Od dzieciństwa znałem tutaj każdy zakamarek, a jednak rozglądałem się podekscytowany, jakby noc wydobywała z powszedniości jakiś nowy, ukryty wymiar. Czułem się jak neofita sekretnej profesji, która wynagradza wiernych nędzą, samotnością i ludzkimi wyzwiskami. Oczekiwałem wtajemniczenia; musiała przecież istnieć jakaś przyczyna, dla której Kociarka poświęciła tak wiele.
Stukot chodaków umilkł w dole schodów, przed drzwiami zsypu. Z ulgą zrzuciłem torbę z ramienia, wyprostowałem się; dopiero teraz poczułem, że krew przeciekła przez brezent, zwilgotniała koszula lepiła się do pleców. Zrozumiałem, dlaczego staruszka nawet w gorące czerwcowe noce nosiła skórzany płaszcz.
– Wejdziesz ze mną. Nie odzywaj się bez potrzeby. – Z przepastnej kieszeni wydobyła pęk kilkudziesięciu kluczy, nanizanych na metalowe kółko; bez wahania wybrała właściwy. – Trudno zdobyć ich zaufanie, ale jeśli będziesz cierpliwy, na pewno ci się uda.
Wsunęliśmy się do środka. Kociarka zamknęła drzwi, ale nie zapaliła światła. Po upalnym dniu wypełnione kubły cuchnęły straszliwie, zasłoniłem usta i nos chusteczką. Staruszka bez trudu poruszała się w nieprzeniknionym mroku, przy każdym pochyleniu skrzypiał płaszcz. Pomrukując coś do siebie niezrozumiale, rozstawiła na betonowej posadzce spodeczki.
Potem zapadła cisza, jedynie z przewodu zsypowego dobiegały dźwięki odległej muzyki.
Niemal krzyknąłem, gdy tuż za moimi plecami trzasnęła uchylona klapa kubła. Zrozumiałem, że z otwartego okienka pod sufitem zeskoczył kocur, za nim już majaczył cień następnego.
Nadchodziły zewsząd – wyłaziły zza kontenerów, skradały się miękko po rurach ciepłowniczych, szeleściły w papierzyskach. Niewiele widziałem, ale odczuwałem ich obecność, jakby na wysokości moich kolan falowała ciemność. Żaden nie miauknął, nie otarł się o nogawkę; miałem wrażenie, że jestem bardzo uważnie obserwowany. Zdawałem sobie sprawę, że jeszcze nie zyskałem ich akceptacji. Obawiałem się poruszyć, żeby nie przydeptać któregoś.
Niespodziewanie na parking przed blokiem zajechał samochód. Okienko było na poziomie chodnika, więc blask reflektorów liznął sufit i przeciwległą ścianę; zanim zgasł, zobaczyłem dziesiątki rozjarzonych kocich ślepi, które wpatrywały się we mnie z chłodnym zaciekawieniem. Gdy wróciła ciemność, poczułem się nieswojo. Po omacku poszukałem za sobą klamki, ale drzwi były zamknięte na klucz.
– Proszę pani... – wyszeptałem – chcę stąd wyjść.
Nie odpowiedziała. Doznałem irracjonalnego, klaustrofobicznego lęku, zrobiło mi się duszno i gorąco. Koty zapewne wyczuwały mój strach – woń potu, drżenie łydek, szybki oddech; wokół mnie gęstniał nagrzany, wrogi mrok.
I nagle pojąłem, że już po wszystkim – zwierzęta rozpierzchły się bezszelestnie, w zamku zgrzytnął klucz. Przez otwarte drzwi napłynęła do zsypu niebieskawa poświata miejskiej nocy.
– Pierwsze koty za płoty. – Staruszka dobrotliwie szturchnęła mnie laską w pierś. – Nie wpadłeś w panikę, to najważniejsze.
Podniosłem torbę, z przyjemnością wystawiłem rozpaloną twarz na chłodne podmuchy.
– Wcale się nie przestraszyłem – skłamałem, zawstydzony jak mały chłopiec.
– A powinieneś. Gdyby koty uznały, że jesteś dla mnie zagrożeniem, bez wahania wydrapałyby ci oczy. Nawet ja nie mogłabym ich powstrzymać.
Nie wiedziałem, czy mówi prawdę, czy tylko bawi się moją niepewnością. Osobliwa rzecz – wcale nie miałem jej tego za złe. Rozluźniłem się, minione przerażenie spłynęło wzdłuż kręgosłupa zimnym dreszczem.
Czułem, że żyję.

* * *

Tej nocy wszystko było dla mnie nowe. Poznawałem blokowisko od spodu, od jego najciemniejszej strony, której istnienia wcześniej nawet nie podejrzewałem. Niemal każdy budynek miał własną kocią kolonię; rządził tam instynkt drapieżcy, rozgrywały się ciche polowania i głośne walki o samicę. Takie enklawy pierwotnej dziczy trwały wbrew ludzkiemu dążeniu do porządkowania świata, nieokiełznane, niezbadane, niewytłumaczalne. Nawet ci, którzy zapuszczali się tam od czasu do czasu – śmieciarze, członkowie ekip remontowych, zbłąkani pijaczkowie – nie mieli pojęcia, co naprawdę ich otacza. Widywali kątem oka nieuchwytne cienie, słyszeli szmery, odwracali się na pięcie z uczuciem nagłego niepokoju, lecz by przeniknąć głębiej, zrozumieć więcej, brakowało im odwagi i wyobraźni.
Kociarka była moją przewodniczką i jednocześnie gwarantką bezpieczeństwa. Nie domyślałem się, co mogłoby mi zagrażać, ale czułem, że to coś realnego, bliskiego, o co mogłem otrzeć się w mroku. Z każdym kolejnym zejściem do piwnicy czy zsypu umacniałem się w przeświadczeniu, że stosunek tej kobiety do kotów kryje w sobie coś znacznie poważniejszego, niż tylko zwykłą troskę o to, żeby nie były głodne. Nie przypominała nawiedzonej miłośniczki zwierząt; przeklinając szpetnie, rzucała kamieniami w bezdomne psiska, na moich oczach zatłukła laską w kącie śmietnika wielkiego szczura. Dźwigała swoje kocie jarzmo cierpliwie, bez uśmiechu, ale i bez skargi.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-10-28 (1052 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej