Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Zaklęcie dla Cameleon
 
Katalog - dodano
 Jadowity miecz
- Rafał Dębski
 Zabójcze maszyny
- Philip Reeve
 Ostatnie konklawe
- Marcin Wolski
 Strażnik rzeczy zagubionych
- Ruth Hogan
 Triskel: Gwardia
- Krystyna Chodorowska
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 

''Pocałunek żelaza'' - Patricia Briggs



Nieludzie



Ciężarówka Zee pruła autostradą jak strzała, mimo że liczyła sobie więcej lat niż ja. Szkoda, że tapicerka nie była w podobnym stanie jak silnik. Przesunęłam się trochę, żeby wystająca sprężyna nie uwierała mnie tak boleśnie w krzyż.
Lampki na desce rozdzielczej oświetlały pobrużdżoną twarz, którą Zee przybrał na użytek świata. Gęste siwe włosy były w nieładzie, jakby mierzwił je palcami.
Po zakończeniu rozmowy z Zee, Warren nie wrócił już do tematu Samuela i Adama, bo w pokoju pojawił się Kyle z murzynkiem. Nie przeszkadzało mi, że Warren wtrąca się w moje sprawy sercowe – ja wystarczająco wtrącałam się w jego, żeby zyskał sobie do tego prawo. Nie chciałam po prostu o tym myśleć.
Droga mijała nam w milczeniu. Znałam starego tetryka na tyle, żeby powstrzymać się od nagabywań. I tak nie wyciągnęłabym z niego żadnych informacji, zostawiłam go więc w spokoju. W każdym razie po pierwszych kilkunastu pytaniach, na które nie udzielił mi odpowiedzi.
– Byłaś już kiedyś w rezerwacie? – zapytał nieoczekiwanie, kiedy przejeżdżaliśmy przez rzekę za Pasco, kierując się na drogę do Walla Walla.
– Nie.
Rezerwat nieludzi w Nevadzie był przyjazny turystom. Wybudowano tam nawet kasyno i niewielki park tematyczny. W przeciwieństwie do Nevady, rezerwat w Walla Walla skutecznie odstraszał wszystkich spoza społeczności nieludzi. Czy taka była polityka rządu, czy sprawiły to wysiłki samych nieludzi, dość że nieciekawa reputacja zniechęcała do odwiedzin.
Zee zabębnił nerwowo palcami na kierownicy. Zgrubiała, pobliźniona skóra na dłoniach, poplamiona głęboko wżartym smarem nie pozostawiała wątpliwości, że ręce te należą do osoby, która całe życie naprawiała samochody.
Tak właśnie miały wyglądać dłonie człowieka, którego postać przyjął Zee. Kiedy kilka lat wcześniej, jakiś czas po ujawnieniu się pierwszego nieczłowieka, Szarzy Panowie, potężne, bezlitosne istoty sekretnie rządzące nieludźmi, zmusiły go do wyjawienia światu swego pochodzenia, Zee nie zawracał sobie głowy zmianą wcześniejszej powierzchowności.
Znałam Zee od ponad dekady i nie widziałam w innej formie niż naburmuszonego starszego mężczyzny. Wiedziałam jednak, że posiada drugą twarz. Większość nieludzi, nawet po ujawnieniu, funkcjonowała w społeczeństwie, przybierając iluzoryczne powłoki. Ludzie nie byli jeszcze gotowi, aby ujrzeć ich prawdziwe postaci. W zasadzie większość i tak posiadała humanoidalne kształty, jednak się nie starzeli. Właśnie przerzedzone włosy, zmarszczki i starcze plamy stanowiły najlepszy dowód, że to nie naturalna postać Zee. Kwaśna mina, natomiast, nie zaliczała się do integralnej części magicznej aparycji.
– Na miejscu nic nie jedz i nie pij – rzekł ostro.
– Spokojnie, czytałam baśnie – przypomniałam. – Żadnych przekąsek, napojów, żadnych przysług. I nie dziękować.
– Bajki. Przeklęte opowiastki dla dzieciaków – mruknął.
– Czytałam też Katherine Briggs – dodałam. – I braci Grimm. – Głównie w poszukiwaniu istoty, którą mógłby być Zee. Nie mówił o tym nigdy, ale sądziłam, że jest kimś. Dlatego też próby zidentyfikowania go stały się dla mnie swego rodzaju hobby.
– No, to już lepiej. Niewiele, ale zawsze. – Znowu zabębnił palcami o kierownicę. – Briggs była archiwistką. W jej opowieściach jest tyle prawdy, co w źródłach, z których korzystała, a te są w większości przeraźliwie niepełne. Zaś Grimmowie w swoich historiach kładą większy nacisk na dostarczenie rozrywki niż faktów. Jedne i drugie są nur Schatten... jedynie echami rzeczywistości. – Obrzucił mnie badawczym spojrzeniem. – Wujek Mike uważa, że możesz się nam przydać. Uznałem, że lepiej wykorzystać w ramach odpłaty tę sytuację, bo nie wiadomo, jaka stanęłaby na twojej drodze w przyszłości.
Zee, narażając się na gniew Szarych Panów, dostarczył mi kilku przedmiotów należących do nieludzi, narzędzi umożliwiających skuteczne pozbycie się wampira-czarnoksiężnika, nad którym kontrolę stopniowo przejmował użyczający mu mocy demon. Z ich pomocą zabiłam wampira, a także jego stwórcę. Jednak, jak to w baśniach bywa, wykorzystanie daru nieludzi po raz drugi, bez zgody właścicieli, niesie ze sobą konsekwencje.
Gdybym wiedziała, że pomoc Zee ma być zapłatą, zadanie od początku wzbudziłoby we mnie obawy – ostatnim razem spłacanie długu wdzięczności nie skończyło się dla mnie zbyt dobrze.
– Dam sobie radę – zapewniłam towarzysza mimo ściśniętego strachem serca.
Skrzywił się kwaśno.
– Nie pomyślałem o konsekwencjach twojej wizyty w rezerwacie po zmroku.
– Przecież ludzie go odwiedzają – zaprotestowałam niepewnie.
– Nie tacy jak ty i nie w nocy. – Potrząsnął głową. – Turyści przychodzą za dnia i widzą tylko to, co mają zobaczyć. W świetle łatwiej oszukać ludzkie zmysły. Ale ty... Szarzy Panowie zakazali polowania na ludzi, jednak mieszkają tam drapieżniki, a trudno przeciwstawić się głosowi natury. Szczególnie, gdy Szarych Panów, którzy ustalają zasady, nie ma na miejscu. Będę tylko ja. Jeśli zobaczysz coś, czego nie powinnaś, niektórzy mogą twierdzić, że działali, chcąc chronić...
W tym momencie przeszedł na niemiecki, a ja zorientowałam się, że od jakiegoś czasu mówił właściwie do siebie. Dzięki Zee zrobiłam większe postępy w niemieckim niż przez dwa lata nauki w szkole, mimo to moja znajomość tego języka nie była aż tak dobra, bym mogła zrozumieć wszystko.
Minęła już ósma, lecz ciepłe promienie słońca kładły się jeszcze na koronach drzew porastających zbocza wzniesień. Większe tworzyły nadal zieloną okrywę, jednak tu i ówdzie krzewy pyszniły się już pełnymi barwami jesieni.
W okolicach Tri-Cities jedynymi drzewami były te podlewane w upalne lata przez ludzi oraz rosnące przy rzece. W miarę zbliżania się ku Walla Walla, gdzie Pasmo Błękitne zapewniało większą wilgotność, okolica stawała się bardziej zielona.
– Najgorsze jest to – ciągnął Zee, przechodząc znów na angielski – że prawdopodobnie nie powiesz nam nic nowego.
– O czym?
Stropiona mina nie pasowała do jego twarzy.
Ja, trochę namieszałem. Pozwól, że zacznę od początku. – Westchnął ciężko. – W rezerwacie mamy własnych stróżów porządku. Działają po cichu, bo świat ludzi nie jest jeszcze gotowy, aby poznać nasze metody egzekwowania prawa. Niełatwo byłoby zamknąć w areszcie któregoś z nas, prawda?
– Wilkołaki mają ten sam problem – stwierdziłam.
Ja, nie dziwię się – przytaknął. – Do rzeczy. Ostatnio mieliśmy w rezerwacie parę niewyjaśnionych śmierci. Uważamy, że ich sprawcą jest ta sama osoba.
– Należysz do sił porządkowych rezerwatu? – zdziwiłam się.
– Nie. Nie mamy czegoś takiego. Nie w sensie policji. Ale Wujek Mike należy do Rady. Uznał, że twój nos może nam się przydać, więc posłał po ciebie.
Wujek Mike prowadził w Pasco bar dla nieludzi i innych magicznych istot. Zawsze czułam, że jest kimś ważnym, bo jak inaczej udałoby mu się trzymać tylu Pradawnych w ryzach? Nie zdawałam sobie jednak sprawy, że jest członkiem Rady. Może przyszłoby mi to do głowy, gdybym wiedziała, że istnieje w ogóle jakaś rada.
– Co ja mogę zrobić takiego, czego nie może jeden z was? – Zee otworzył usta, ale powstrzymałam go gestem. – Nie, nie mam nic przeciwko. Potrafię sobie wyobrazić dużo gorsze sposoby na spłatę długu wobec was. Ale dlaczego akurat ja? A te wasze psy z oczami jak spodki czy koła młyńskie? A wasza magia? Nie możecie znaleźć mordercy dzięki magii?
Niewiele wiedziałam o magii, jednak przypuszczałam, że w rezerwacie nieludzi znajdzie się ktoś o mocach przewyższających w tym wypadku możliwości mojego nosa.
– Może Szarzy Panowie mogliby wskazać zabójcę dzięki magii – przyznał Zee – ale nie chcemy ich w to mieszać. Są zbyt nieprzewidywalni. Poza nimi... – Wzruszył ramionami. – Sprawca jest nieuchwytny. Jeśli chodzi o węch, większość z nas nie została nim hojnie obdarzona. Ten zmysł rozwinęły raczej stworzenia pokrewne zwierzętom, a kiedy Szarzy Panowie uznali, że lepiej nam będzie żyć pośród ludzi, wybili większość zwierzopochodnych istot, które przetrwały pojawienie się Chrystusa i żelaza. Może mieszka tu kilka stworzeń zdolnych wywęszyć człowieka, lecz są zbyt słabe, żeby im zaufać.
– To znaczy?
Spojrzał na mnie ponuro.
– Żyjemy tu inaczej niż wy. Ktoś, kto nie posiada mocy, żeby się bronić, nie może pozwolić sobie na narażanie się silniejszym. Jeśli zabójca dysponuje potężną magią lub posiada koneksje, żaden z nieludzi potrafiących rozpoznać winnego po zapachu, nie zdobędzie się na jego wskazanie. – Wykrzywił się w gorzkim uśmiechu. – Może i nie jesteśmy w stanie kłamać, ale prawda i szczerość to dwie różne rzeczy.
Zostałam wychowana przez wilkołaki, stworzenia, które potrafiły wyczuć kłamstwo na odległość. Dobrze znałam różnicę pomiędzy prawdą a szczerością.
Uderzyło mnie coś, co wcześniej powiedział.
– No tak, ale ja też nie jestem potężna. Co, jeśli się komuś narażę?
– Będziesz moim gościem. – Uśmiechnął się. – Choć może się to okazać niewystarczające, jeśli zobaczysz za dużo. Nasze prawa jasno określają sposób postępowania z wałęsającymi się po Podgórzu śmiertelnikami, którzy naruszają nasze sekrety. Aczkolwiek fakt, że zostałaś zaproszona przez Radę, oraz to, że nie do końca jesteś człowiekiem, powinien zapewnić ci względną nietykalność. Zresztą każdy, kto poczuje się urażony twoimi słowami prawdy, zgodnie z naszymi prawami dotyczącymi gości, stanie raczej przeciwko mnie niż tobie. A ja potrafię się bronić.
W to nie wątpiłam. Zee mienił siebie gremlinem, które to określenie było zapewne tak bliskie prawdzie, jak każde inne, choć akurat to słowo powstało dużo, dużo później niż on sam. Mój towarzysz należał do istot zaprzyjaźnionych z żelazem, co dawało mu przewagę nad większością nieludzi, dla których metal ten stanowi śmiertelne zagrożenie.
Żadna tablica nie informowała o zjeździe na dobrze utrzymaną drogę, w którą skręciliśmy z autostrady. Szosa wiła się pomiędzy niewysokimi, zalesionymi pagórkami, a te zdecydowanie bardziej przypominały Montanę niż jałowe, porośnięte stokłosą i bylicą obszary wokół Tri-Cities.
Za kolejnym zakrętem, pokonawszy gęsty zagajnik topolowy, wjechaliśmy pomiędzy wysokie na pięć metrów mury z beżowych betonowych bloków. Gościnność progów podkreślały dodatkowo umieszczone na szczytach murów zasieki z drutu ostrzowego.
– Wygląda jak więzienie – podsumowałam. Wąska droga biegnąca pomiędzy wysokimi ścianami przyprawiała mnie o klaustrofobię.
– Owszem – przyznał Zee odrobinę ponuro. – Zapomniałem zapytać, masz ze sobą prawo jazdy?
– Tak.
– To dobrze. Musisz mieć na uwadze, Mercy, że wiele istot zamieszkujących rezerwat nie przepada za ludźmi, a w tobie jest wystarczająco dużo z człowieka, żeby czuły wobec ciebie niechęć. Jeśli naruszysz jakąś granicę, najpierw cię zabiją, a potem dopiero dadzą mi szansę szukania sprawiedliwości.
– Będę uważała na to, co mówię – obiecałam.
– Uwierzę, jak zobaczę – prychnął drwiąco. – Żałuję, że nie ma tu Wujka Mike’a. Przy nim nie ważyliby cię tknąć.
– Myślałam, że moja wizyta tutaj jest pomysłem właśnie Wujka Mike’a?
– Owszem, ale on prowadzi interes, nie może tak sobie zostawić baru.
Po kilkuset metrach droga zakręciła ostro, a naszym oczom ukazała się brama i budka strażnicza. Zee zatrzymał się i opuścił szybę.
Wartownik miał na sobie mundur z dużą naszywką „ASN” na ramieniu. Nie interesowałam się Agencją Spraw Nieludzi na tyle, by wiedzieć, z jaką komórką militarną są skojarzeni, o ile w ogóle. Strażnik robił raczej wrażenie najemnego ochroniarza, którego chyba trochę uwierał mundur, mimo że dawał mu pewną władzę. Na plakietce przypiętej na piersi widniało nazwisko O’Donnell.
Gdy pochylił się do okna, wyczułam bijący od niego zapach czosnku i potu, choć nie śmierdział niemytym ciałem. Mam po prostu bardziej wrażliwy nos niż przeciętny człowiek.
– Dokumenty – polecił.
Mimo że nazwisko miał typowo irlandzkie, wyglądał bardziej na Włocha albo Francuza. Grubo ciosaną twarz wieńczyły wyraźne zakola.
Zee wyciągnął z portfela prawo jazdy i podał je wartownikowi, który z namaszczeniem dokonał ceremonii porównywania zdjęcia z twarzą kierowcy. Po chwili kiwnął głową i burknął:
– Jej też.
Już zdążyłam wyjąć swój portfel z torebki, więc od razu wręczyłam dokument Zee, który przekazał go wartownikowi.
– Brak oznaczenia – zauważył O’Donnell, stukając kciukiem w róż mojego prawa jazdy.
– Ona nie jest nieczłowiekiem, panie władzo – wyjaśnił Zee pełnym szacunku tonem. W życiu nie słyszałam, żeby Zee mówił do kogokolwiek w ten sposób.
– Doprawdy? A co w takim razie ją tu sprowadza?
– Jest moim gościem – pospieszył z odpowiedzią Zee, jakby przeczuwał, że lada chwila ofuknę umundurowanego bałwana, że to nie jego sprawa.
Zaiste, strażnik okazał się bałwanem. Podobnie zresztą jak szef ochrony. Sprawdzanie zgodności wyglądu ze zdjęciem w przypadku nieczłowieka? Jedyna cecha wspólna wszystkich nieludzi to umiejętność zmiany właśnie wyglądu. Ich iluzje były tak realne, że potrafiły oszukać nie tylko zmysły ludzkie, ale i prawa materii. Dlatego właśnie ćwierćtonowy, trzymetrowy ogr mógł nosić sukienkę w rozmiarze 36 i jeździć Mazdą Miata. Proces był inny niż w przypadku zmiennokształtnych. Jednak według moich informacji różnił się tak niewiele, że nie miało to znaczenia.
Nie wiem, jaki mieliby okazać dokument Pradawni, ale zdjęcie na pewno się nie sprawdzało. Oczywiście nieludzie z uporem głosili, że potrafią przyjmować tylko jedną postać, choć nigdy nie padło z ich strony oficjalne stwierdzenie na ten temat. Może udało im się przekonać co do tego jakichś biurokratów?
– Proszę wysiąść z samochodu – zwrócił się do mnie bałwan. Sam wyszedł z budki i okrążył półciężarówkę, stając przy moich drzwiczkach.
Zerknęłam na Zee. Kiwnął głową, więc wyskoczyłam na drogę.
Wartownik obszedł mnie dookoła. Z trudem powstrzymałam warknięcie. Nie znoszę mieć obcych za plecami. Nie był chyba tak głupi, na jakiego wyglądał, bo prawdopodobnie wyczuł moje napięcie i stanął z przodu.
– Brass nie lubi, gdy cywile przyjeżdżają tu po zmroku – rzekł do Zee, który też podszedł do nas.
– Mam pozwolenie na jej odwiedziny – odparł Zee tak samo potulnie, jak wcześniej.
Strażnik parsknął, przewracając kartki w swoim notesie, ale nie sadziłam, żeby cokolwiek czytał.
– Siebold Adelbertsmiter. – Błędnie wymówił imię Zee, zabrzmiało jak „Sibolt” zamiast „Zibold”. – Michael McNellis i Olwen Jones. – Michael McNellis to prawdopodobnie Wujek Mike. Albo i nie. Olwena nie znałam wcale, ale znajomych z imienia nieludzi mogłam wyliczyć na palcach jednej ręki i to z zapasem wolnych palców. Nieludzie unikali wyjawiania swoich imion.
– Zgadza się. – Zee po mistrzowsku udawał cierpliwość. A że udawał, wiedziałam tylko dlatego, że nigdy nie miał cierpliwości do głupców. Ani nikogo innego, swoją drogą. – Nazywam się Siebold – wymówił swoje imię w ten sam sposób, co strażnik.
Urzędas zabrał moje dokumenty i zniknął w budce. Ciężarówka zasłaniała mi widok na stróżówkę, lecz dobiegł mnie klekot klawiatury. Trwało to kilka minut, po których O’Donnell wrócił i oddał mi prawo jazdy.
– Trzymaj się z dala od kłopotów, Mercedes Thompson. Uroczysko to nie miejsce dla grzecznych dziewczynek.
Najwyraźniej O’Donnell spał, kiedy Bóg rozdawał wyczucie. Nie byłam zwykle przewrażliwiona na swoim punkcie, ale w jego ustach określenie „dziewczynka” zabrzmiało obelżywie. Pomna ostrzegawczego spojrzenia Zee, powstrzymałam się od komentarza, odebrałam spokojnie prawo jazdy i wsunęłam je do kieszeni spodni.
Nie kontrolowałam chyba jednak mimiki, bo O’Donnell nagle zbliżył do mnie twarz.
– Słyszałaś, co powiedziałem, dziewczynko?
Owiał mnie zapaszek szynki i musztardy, które musiał jeść na kolację. Czosnku raczej używał dzień wcześniej. Może w pizzy lub lasagne.
– Słyszałam – potwierdziłam tak łagodnie, jak potrafiłam. Trzeba przyznać, że talentem aktorskim z pewnością nie dorównywałam Zee.
O’Donnell musnął palcami wiszącą u pasa broń.
– Może zostać dwie godziny. Jeśli nie wróci do tego czasu, przyjdziemy jej szukać – rzucił do mojego towarzysza.
Zee skłonił głowę na podobieństwo filmowych karateków, nie spuszczając oczu z twarzy strażnika. Odczekał, aż O’Donnell wróci do budki, i dopiero wtedy wsiadł do samochodu. Zrobiłam to samo.
Wrota stalowej bramy rozchyliły się niechętnie, jakby oddając nastawienie wartownika. Materiał, z jakiej wykonano bramę, był pierwszym przejawem kompetencji, jaki tu dostrzegłam. Jeśli mury nie były zbrojone, mogły powstrzymać co najwyżej ludzi takich jak ja, lecz nie tutejszych mieszkańców. Druciane zasieki lśniły tak, że nie mogły być wyprodukowane z niczego innego jak z aluminium, metalu absolutnie niegroźnego dla nieludzi. Oczywiście wszelkie zabezpieczenia miały rzekomo zapewniać spokój i chronić mieszkańców rezerwatu, więc teoretycznie nie miało znaczenia, że nieludzie mogą sobie wchodzić i wychodzić pomimo murów i strażników.
Zee minął bramę, wjeżdżając na teren Uroczyska.
Nie jestem pewna, czego spodziewałam się po rezerwacie, może wojskowych baraków albo angielskich chat? Zamiast tego ujrzałam rzędy schludnych, zadbanych parterowych domków z jednostanowiskowymi garażami, identycznej wielkości ogródkami otoczonych jednolitymi ogrodzeniami, siatką od frontu i cedrowym płotem z tyłu.
Różniły je tylko kolory elewacji oraz zagospodarowanie ogródków. Wiedziałam, że rezerwat powstał w latach osiemdziesiątych, lecz zabudowania wyglądały jakby postawiono je zaledwie rok temu.
Tu i ówdzie stały samochody, w większości SUV-y i półciężarówki, ale nigdzie nie dostrzegłam ludzi. Jedyną oznaką życia, poza mną i Zee, był czarny pies, obserwujący nas błyszczącymi inteligencją ślepiami zza ogrodzenia jasnożółtego domku.
Pies podnosił tutejszą atmosferę Stepford do poziomu superdreszczowca.
Odwróciłam się, żeby podzielić się z Zee swoimi wrażeniami, i nagle zdałam sobie sprawę, że mój nos mówi mi dziwne rzeczy.
– Gdzie jest woda? – zapytałam.
– Jaka woda? – zdziwił się, unosząc brwi.
– Czuję mokradła, wodę, zgniliznę i rośliny.
Obrzucił mnie zagadkowym spojrzeniem.
– To właśnie mówiłem Wujkowi Mike’owi. Nasze iluzje działają najlepiej na wzrok i dotyk, nieźle na smak i słuch, ale znacznie gorzej w przypadku węchu. Większość ludzi ma kiepski węch, więc w zasadzie to bez znaczenia. A ty już przy pierwszym spotkaniu wyczułaś, że jestem nieczłowiekiem.
Nie do końca. Nigdy nie spotkałam dwóch ludzi, którzy pachnieliby identycznie, uznałam zatem, że specyficzna, ziemista nuta woni Zee oraz jego syna Tada jest tylko częścią ich zapachów. Żyłam w tym przekonaniu dość długo, dopóki nie nauczyłam się wyczuwać różnic pomiędzy ludźmi i nieludźmi. Jeśli nie mieszka się w pobliżu jednego z czterech rezerwatów nieludzi, szansa na spotkanie Pradawnego jest niewielka. Zanim nie przeprowadziłam się do Tri-Cities i nie zaczęłam pracować dla Zee, nie natknęłam się na żadnego nieczłowieka albo o tym nie wiedziałam.
– Więc gdzie te bagna? – powtórzyłam.
Pokręcił głową.
– Mam nadzieję, że uda ci się przejrzeć sposoby, jakimi zacierał za sobą ślady morderca, ale sekrety rezerwatu powinnaś zostawić w spokoju. Dla własnego dobra, Liebling.
Skręcił w ulicę, bliźniaczą do innych, które mijaliśmy. Tu jednak, przy jednym z domów, ośmio, może dziewięcioletnia dziewczynka bawiła się jo-jo. Śledziła wzrokiem wirujący, podskakujący krążek z intensywnością, która nie osłabła, gdy Zee zaparkował przed budynkiem. Dopiero gdy pchnął bramkę, złapała jo-jo i zwróciła na nas dorosłe oczy.
– Nikt nie wchodził – odezwała się.
Zee skinął głową.
– To miejsce ostatniej zbrodni – rzucił do mnie. – Odkryliśmy je dzisiaj rano. Oprócz tego jest jeszcze sześć, ale tam kręci się sporo osób. Tu przebywała tylko ona – wskazał na dziewczynkę – i Wujek Mike. Oboje są członkami Rady. Poza nimi, od śmierci ofiary nie było tu nikogo.
Spojrzałam na nieletniego członka Rady. Dziewczynka uśmiechnęła się do mnie, po czym zrobiła balon z gumy do żucia.
Zdecydowałam, że najbezpieczniej będzie ją zignorować.
– Więc mam wywęszyć osobę, która pojawiła się we wszystkich miejscach zbrodni, tak?
– Jeśli dasz radę.
– Ale zapachów nie przechowuje się w żadnej bazie, jak odcisków palców. Nawet jeśli zidentyfikuję woń, nie będę wiedziała, do kogo należy. Chyba że będziesz to ty, Wujek Mike, albo ta tutaj członkini Rady. – Wskazałam brodą dziewczynkę.
Zee uśmiechnął się niewesoło.
– Jeśli uda ci się wyłowić jeden zapach, który powtarza się we wszystkich domach, osobiście obwiozę cię po całym rezerwacie, a nawet całym stanie, dopóki nie znajdziesz sukinsyna.
W tym momencie zrozumiałam, że to sprawa osobista. Zee przeklinał rzadko, a po angielsku nigdy. A już na pewno pilnował, żeby nie używać przy mnie wulgaryzmów zawierających słowo „suka”.
– Lepiej wejdę tam sama – powiedziałam. – Żebyś nie wnosił dodatkowych zapachów. Masz coś przeciwko, żebym przemieniła się w samochodzie?
Nein, nein. Idź.
Wracając do półciężarówki, czułam na plecach wzrok dziewczynki. Skoro przybrała tak niewinną, bezbronną formę, musiała być niezwykle groźna.
Wskoczyłam na miejsce pasażera, które zapewniało najwięcej przestrzeni i zrzuciłam ubranie. Przemiana wilkołaków jest niezwykle bolesna, szczególnie jeśli zwlekają z nią podczas pełni i księżyc wyciąga z nich wilka przemocą.
Moja transformacja nie przysparza cierpienia, wprost przeciwnie, jest dość przyjemna, jakbym przeciągała się po długiej pracy. Ale robię się po niej głodna, a częste przemiany w krótkim czasie powodują zmęczenie.
Przymknęłam powieki, płynnie wsuwając się w formę kojota. Podrapałam się zadnią łapą po uchu, żeby pozbyć się resztek mrowienia, i wreszcie dałam susa przez otwarte okno.
W ludzkiej postaci mam wyczulone zmysły. W zwierzęcej wyostrzają się jeszcze trochę, ale główna różnica polega na czymś innym. Jako kojot wszystkie informacje, których dostarczają mi uszy i nos, odbieram i przetwarzam znacznie lepiej niż jako człowiek.
Przytknęłam nos do ziemi zaraz na ścieżce za furtką, próbując ogarnąć wszystkie zapachy domu. Zanim dotarłam do ganku, rozróżniałam już woń mężczyzny (w każdym razie istoty płci męskiej, choć nie miałam pojęcia, jakiej istoty), właściciela budynku. Wyłowiłam także zapachy jego najczęstszych gości, jak na przykład dziewczynki, która powróciła do zabawy, tym razem jednak skupiając uwagę bardziej na mnie niż na krążku.
Poza tym jednym zdaniem na początku nie zamieniła już z Zee ani słowa. Mogło to oznaczać, że za sobą nie przepadali, choć w mowie ich ciał nie dostrzegłam oznak antypatii czy spięcia. Może po prostu nie mieli sobie nic do powiedzenia?
Zee otworzył mi drzwi i przez próg wytoczyła się fala odoru śmierci.
Cofnęłam się mimowolnie. Najwyraźniej nawet Pradawni po śmierci podlegali prawom natury. Nie istniał żaden racjonalny powód do ostrożności, z jaką przekradłam się przez próg, ale czasem, szczególnie w formie kojota, górę biorą we mnie instynkty.



O'Donnell



Adres O’Donnella znalazłam w książce telefonicznej. Mieszkał w Kennewick, nieopodal Olympii, w niewielkim domu z zadbanym ogródkiem frontowym i białym płotem ogradzającym podwórko od tyłu. Te zbudowane z pustaków segmenty były niezwykle popularne w okolicy. Niedawno ktoś wiedziony mylnym przekonaniem uznał, że pomalowanie elewacji na niebiesko i zamontowanie okiennic złagodzi nijaki charakter budynku.
Przejechałam obok, zatrzymując spojrzenie na żółtej taśmie policyjnej umieszczonej na drzwiach tego, oraz sąsiadujących po obu stronach domów.
Znalezienie odpowiedniego miejsca do zaparkowania zajęło mi trochę czasu. W takiej okolicy ludzie szybko zwracają uwagę na obce samochody. Wreszcie stanęłam na placyku przy pobliskim kościele.
Założyłam obrożę, na której widniał adres i numer telefonu Adama. Jedna wizyta w schronisku nauczyła mnie doceniać ten środek ostrożności. Nie przypominałam co prawda psa, ale w mieście nie było krewkich rolników skłonnych strzelać do mnie bez sprawdzenia obroży.
Znalezienie miejsca do przemiany stanowiło nieco większe wyzwanie. Schronisko jeszcze bym zniosła, jednak nie zamierzałam dać się aresztować za publiczne obnażanie. W końcu trafiłam na pusty dom z tabliczką agencji nieruchomości na froncie i otwartą szopą na narzędzia w ogródku.
Stamtąd do celu dzieliło mnie kilka przecznic. Na szczęście ogrodzenie dobrze osłaniało podwórko O’Donnella, bo musiałam przemienić się z powrotem i wyjąć przyczepione do obroży wytrychy.
Pomyślnym zrządzeniem losu lato nie spieszyło się z odejściem i noce były jeszcze ciepłe, bo trochę trwało nim całkiem goła, uporałam się wreszcie z zamkami. Samuel nauczył mnie posługiwać się wytrychem, gdy miałam czternaście lat. Od tamtej pory nie korzystałam z tej umiejętności zbyt często – ledwie kilka razy, gdy zatrzasnęłam kluczyki w samochodzie.
Zaraz po otwarciu drzwi umieściłam wytrychy z powrotem pod obrożą. Na szczęście porządna taśma klejąca nie straciła przyczepności.
Pralnia znajdowała się w korytarzu zaraz przy wejściu, a szczęśliwym trafem na suszarce leżał brudny ręcznik. Użyłam go do wytarcia drzwi, klamki, zamka i wszystkiego, czego dotykałam. Nie wiedziałam, czy można zidentyfikować też ślady bosych stóp, więc na wszelki wypadek przetarłam też miejsca, gdzie stawałam, sięgając po ręcznik. Po skończeniu cofnęłam się na próg i rzuciłam gałgan z powrotem na suszarkę.
Drzwi przymknęłam, nie zatrzaskując ich jednak, po czym przybrałam znów postać kojota, kuląc się przed wzrokiem świadków, których nie było. Miałam całkowitą pewność, że nikt mnie nie widział. Łagodny powiew przyniósłby ze sobą zapach przyczajonego gdzieś człowieka. Mimo to nie opuszczało mnie wrażenie, że jestem obserwowana, zupełnie jakby dom był świadom mojej obecności. Nieprzyjemne uczucie.
Podkuliwszy niewygodnie ogon, skupiłam się na zadaniu, żeby jak najszybciej mieć je za sobą. Niestety, w przeciwieństwie do domów nieludzi, ten kipiał od świeższych i dawniejszych zapachów. Policja, technicy kryminalni, to oczywiste, jednak nawet wcześniej bywało tu wielu gości.
Nie przypuszczałam, że taki odpychający prostak jak O’Donnell mógł mieć aż tylu przyjaciół.
Wśliznęłam się do pierwszego pomieszczenia z brzegu, które okazało się kuchnią i natłok zapachów z korytarza przerzedził się znacznie. Trzy, cztery słabe nuty, plus O’Donnell i jakiś mężczyzna używający wyjątkowo kiepskiej wody kolońskiej.
Szafki były pootwierane, wysunięte szuflady prawie wisiały na końcach prowadnic. Na blacie leżała sterta ścierek.
Może Pan Koloński przeszukiwał dom w ramach śledztwa? No, chyba że O’Donnell był typem trzymającym naczynia w nieporządnych piramidach tylko po jednej stronie półek, a środki czystości na podłodze przy otwartej, ziejącej pustką szafką pod zlewem .
W nikłej poświacie księżyca ciemnił się czarny proszek, pokrywający płaszczyzny drzwiczek i blatów. Doszłam do wniosku, że to substancja, za pomocą której policja wyodrębnia odciski palców – telewizja jest świetnym narzędziem edukacyjnym, a w dodatku Samuel był uzależniony od tych tasiemcowych seriali o technikach kryminalnych.
Przesunęłam wzrokiem po podłodze, lecz nie dostrzegłam niczego ciekawego. Niewykluczone, że przesadziłam z tym wycieraniem śladów stóp na linoleum.
Pierwszy pokój, znajdujący się naprzeciwko kuchni, był niewątpliwie sypialnią O’Donnella. Osoby bywające w kuchni gościły i tutaj, włącznie z Panem Kolońskim.
To pomieszczenie też ktoś przeszukiwał w pośpiechu. Zawartość szuflad wyrzucono na łóżko, a komodę przewalono na bok. Każdą kieszeń spodni wywleczono na lewą stronę.
Zastanawiałam się, czy policja zostawiłaby po sobie taki bałagan.
Wycofawszy się do korytarza, ruszyłam do kolejnego pokoju. Na podłodze królowały trzy wywrócone do góry nogami stoliki karciane. Rozbite szyby w oknie zaklejono taśmą policyjną. Ktoś, kto narobił takich szkód, musiał być wściekły i stawiałam, że nie należał do szeregów policji.
Lawirując między odłamkami szkła, podeszłam do okna. Należało do tych nowoczesnych, plastikowych, z podnoszoną dolną częścią. Cokolwiek w nie uderzyło, prawie wypchnęło ramę ze ściany.
Jednak już wcześniej wiedziałam, że sprawca dysponował wielką siłą. Koniec końców oderwał ofierze głowę.
Porzuciłam okno na rzecz sprawdzenia reszty pokoju. Mimo panującego tu bałaganu, w rzeczywistości nie było co oglądać – trzy stoliki, jedenaście składanych krzeseł... Spojrzałam znowu na okno dochodząc do wniosku, że jedno z nich, ciśnięte z wielką siłą, mogłoby uczynić takie szkody.
W kącie, pod sporym wgnieceniem w ścianie, leżało dziwnie znajome metalowe ustrojstwo. Przyjrzawszy się bliżej, odkryłam, że to stara frankownica. Ktoś z jej pomocą wysyłał stąd masowo korespondencję.
Zniżyłam nos, koncentrując się na tym, co mi przekazywał. Pomieszczenie to odwiedzało wiele osób, więcej niż kuchnię czy sypialnię. Zapachy tłoczyły się tutaj tak samo, jak w korytarzu i przy tylnym wejściu.
Większość domów posiada charakterystyczny zapach, na który składa się wiele czynników, na przykład aromaty używanych środków czystości lub brak powyższych czy woń ciał mieszkających w nim ludzi. Ten pokój pachniał inaczej niż pozostałe. Bywało w nim – powiodłam wzrokiem po krzesłach – dziesięcioro, może dwanaścioro osób i to na tyle często, by zostawić po sobie trwały ślad.
Świetnie, pomyślałam. Biorąc pod uwagę sposób, w jaki potraktował mnie O’Donnell, każdy z jego znajomków mógł chcieć go zabić. Jednakże – spojrzałam znów na okno – wśród gości nie zidentyfikowałam żadnego nieczłowieka czy innego legendarnego stworzenia, zaś zwykły człowiek nie zdemolowałby w ten sposób futryny, ani tym bardziej nie oderwałby O’Donnellowi głowy.
Mimo wszystko zapamiętałam wszystkie zapachy stałych gości.
Skończywszy obwąchiwanie pomieszczenia, postanowiłam przejść do pokoju, który zostawiłam sobie na koniec z dwóch powodów. Po pierwsze, jeśli istniała groźba, że ktoś mnie zobaczy, to właśnie przez wielkie, wychodzące na ulicę okno salonu. Po drugie, nawet ludzki nos mógł bez trudu powiedzieć, że właśnie tam zabito O’Donnella, a ja miałam serdecznie dość rzezi i odoru krwi.
Myślę, że bardziej strach przed tym, co tam zastanę, skłonił mnie do ponownego odwiedzenia sypialni, bo na pewno nie przeczucie, że coś pominęłam.
Kojot, a przynajmniej ja, ma nie więcej niż pół metra w kłębie. Prawdopodobnie dlatego nie spojrzałam wcześniej na wiszące w sypialni obrazy. Na pierwszy rzut oka wydały mi się plakatami. Do tego wniosku przystawał rozmiar, kształt, tanie czarne ramy oraz pleksi. Poza tym panował tu większy mrok niż w rozjaśnionej księżycem kuchni. Jednak stojąc w drzwiach, miałam lepszy widok na ściany.
Rzeczywiście, były to plakaty, i to wyjątkowo ciekawe jak na pracownika ochrony zatrudnionego przez ASN.
Pierwszy przedstawiał odziane w niedzielną sukieneczkę dziecko. Dziewczynka miała jasne, kręcone włosy, okrągłą buzię, zadarty nosek i różowe usteczka. Siedziała w ogrodzie na marmurowej ławce i spoglądała na trzymany w ręku kwiat. Nad zdjęciem widniał wytłuszczony napis „Strzeż dzieci”. Pod spodem, mniejszy informował o spotkaniu inicjatywy obywatelskiej Świetlana Przyszłość, mającym odbyć się osiemnastego listopada, przed dwoma laty.
Podobnie jak Stowarzyszenie Johna Laurena, Świetlana Przyszłość również głosiła hasła antynieczłowiecze. Zrzeszenie to jednak było mniejsze i osadzone w nieco innej klasie społecznej. Członkowie SJL, jak Ryan, wywodzili się z warstw bogatej inteligencji. Poparcie finansowe zdobywali, organizując bankiety i turnieje golfowe. Świetlana Przyszłość natomiast działała na bazie tradycyjnych pikników z namiotami, na których sympatycy bawili się, wysłuchiwali przemówień, po czym wrzucali pieniądze do puszczonego w obieg kapelusza.
Pozostałe afisze wyglądały podobnie, różniły się jedynie datami. Trzy z nich zaprojektowano na zloty w Tri-Cities, jeden na spotkanie w Spokane. Plakaty skomponowano profesjonalnie i wydrukowano na błyszczącym papierze.
Szablony, domyśliłam się, drukowane w siedzibie głównej bez dat i miejsc, które później w miarę potrzeb nanoszono dermatografem.
Dom O’Donnella musiał być jedną z kwater organizacji. Stąd maszyna do masowej wysyłki korespondencji oraz tylu przychodzących.
Zamyślona, powędrowałam do salonu. Ostatnio widziałam chyba zbyt wiele krwi, bo to nie ona, choć rozbryzgana w wielkiej ilości i z rozmachem, była pierwszą rzeczą, jaka uderzyła mnie po wejściu.
Moją uwagę od razu przyciągnęła znajoma woń, przesączająca się spod odoru krwi i śmierci, zupełnie niepasująca do tego miejsca. Coś, co pachniało podobnie jak las w domu nieczłowieka. Zaraz potem zdałam sobie sprawę, że cokolwiek to jest, posiada ogromny ładunek magii.
Znalezienie źródła okazało się jednak bardziej problematyczne. Miałam wrażenie, jakby bawiło się z moim nosem w ciepło-zimno, dając mi znaki intensywnością natężenia magii. Wreszcie zatrzymałam się przy solidnej, szarej lasce, wetkniętej w kąt za drzwiami razem z inną, dłuższą, misternie rzeźbioną i pachnącą zwykłym tworzywem sztucznym.
Na pierwszy rzut oka podpora niczym się nie wyróżniała, choć na pewno była stara. Po chwili zdałam sobie sprawę, że rączkę wykonano nie ze stali, a ze srebra i że widnieje na niej słabo niewidoczny grawer. Niestety, w pokoju panował mrok, a nawet ja nie widziałam tak dobrze, żeby rozróżnić szczegóły.
Przedmiot ten mógł mieć równie dobrze wymalowany fluorescencyjną farbą napis „Ważny Trop”. Przez chwilę intensywnie rozważałam zabranie laski, ale doszłam do wniosku, że skoro przetrwała rewizję mordercy i policji, raczej nikt jej stąd nie wyniesie.
Podporę otulał aromat dymu drzewnego oraz tytoniu fajkowego. Uznałam, że O’Donnell wykradł ją z domu leśnego nieczłowieka.
Zostawiwszy laskę w spokoju, wróciłam do przeszukiwania reszty salonu.
Wzdłuż ścian ciągnęły się wbudowane regały, zapełnione głównie płytami DVD oraz kasetami video. Jeden przeznaczono na kolorowe gazety, które mężczyźni czytali „dla ciekawych artykułów”, po czym spierali się na temat różnic między artyzmem i pornografią. Sądząc po zdjęciach na okładkach, magazyny z dolnej półki w ogóle zarzuciły pretensje do jakiegokolwiek artyzmu.
Inny regał posiadał w dolnej części drzwiczki. Górne półki pozostawały prawie puste, jeśli nie liczyć kilku... kamieni. Rozpoznałam sporą druzę ametystową i wyjątkowo piękny okaz kwarcu. O’Donnell kolekcjonował minerały.
Na odtwarzaczu DVD leżało otwarte pudełko filmu „Nasz cudowny samochodzik”. Jakim cudem ktoś taki jak O’Donnell mógł być fanem Dicka Van Dyke’a? W głowie mignęła mi myśl, czy O’Donnell zdążył przed śmiercią obejrzeć film.
Prawdopodobnie właśnie ten moment zadumy sprawił, że usłyszałam skrzypienie desek podłogowych uginających się pod stopami nieżyjącego mieszkańca tego domu.
Także inni ludzie, ci całkiem ludzcy ludzie, widują duchy. Może nie tak często i nie w świetle dnia, ale jednak. Ponieważ na miejscach zbrodni w rezerwacie nie pojawiły się żadne duchy, założyłam podświadomie, że i tu ich nie będzie. Nic bardziej mylnego.
Do pokoju wsnuł się cień O’Donnella. Podobnie jak w przypadku wielu duchów i on nabierał ostrości w miarę, jak się na nim skupiałam. Dostrzegałam szwy na niebieskich dżinsach, ale jego twarz stanowiła zamazaną plamę.
Zaskomliłam, lecz minął mnie, nie zaszczycając spojrzeniem.
Tylko niewielka część duchów potrafi nawiązać kontakt z żyjącymi w takiej formie, jak przed śmiercią. Nie zdawałam sobie sprawy, że rozmawiam z duchami, dopóki nie przyłapała mnie na tym mama, pytając, do kogo mówię.
Inne duchy z kolei powtarzają czynności, do których nawykły za życia. Czasem także reagują, ale zwykle nie da się z nimi prowadzić dialogu. Nieopodal miejsca, gdzie się wychowałam, pewien duch rolnika co rano wychodził, by nakarmić krowy, które pozdychały pół wieku wcześniej. Czasami zauważał mnie i machał ręką lub witał skinieniem głowy, zupełnie jak człowiek pozdrawiający przechodnia. Kiedy jednak próbowałam go zagadnąć, nie przestawał wykonywać swojej pracy, jakbym dla niego nie istniała.
Trzecią grupę stanowią te zrodzone w tragicznych okolicznościach. Przeżywają własną śmierć, dopóki całkiem nie znikną. Czasem trwa to kilka dni, w innych wypadkach mogą powtarzać scenę nawet przez całe wieki.
O’Donnell nie widział mnie, mimo że stałam przed jego nosem, nie należał więc do tej pierwszej, przydatnej kategorii duchów.
Mogłam jedynie obserwować, jak podchodzi do regału z kamieniami i dotyka czegoś na górnej półce. Przedmiot stuknął o półkę z płyty wiórowej. O’Donnell stał przez chwilę, całkowicie skupiony na obiekcie, muskając go palcami.
Poczułam rozczarowanie. Jeśli powtarzał tylko czynność, która wykonywał co dnia, niczego ciekawego się nie dowiem.
Naraz jednak drgnął, jakby zaalarmowany dźwiękiem, którego ja nie słyszałam, po czym ruszył szybko do drzwi. Usłyszałam skrzypienie zawiasów, choć prawdziwe skrzydło, wyraźniejsze od zjawy, ani drgnęło.
Wyglądało na to, że O’Donnell nie jest duchem „nawykowym”. Usiadłam wygodniej, gotowa na oglądanie sceny zabójstwa.
Na pewno znał swojego gościa. Traktował go ze zniecierpliwieniem, lecz po krótkiej rozmowie cofnął się, wpuszczając przybysza do środka. Nie widziałam tego drugiego – nie był martwy – podobnie jak nie słyszałam nic poza stukotem i skrzypieniem desek, odgłosami będącymi echem rozgrywających się tu wydarzeń.
Obserwując zachowanie O’Donnella, domyśliłam się, że morderca podszedł wprost do regału. Mowa ciała gospodarza wskazywała na rosnącą wobec przybysza wrogość. Jego pierś zaczęła unosić się gwałtownie, uczynił też porywczy gest ręką, po czym ruszył agresywnie w stronę intruza.
Naraz coś chwyciło go za ramię i gardło. Nieomal widziałam kształt dłoni na bladej skórze O’Donnella. Wyglądała na ludzką. Zanim jednak zdołałam lepiej się przyjrzeć, atakujący dowiódł, że nie ma w nim krzty człowieczeństwa.
Wszystko potoczyło się niewiarygodnie szybko. W jednej chwili O’Donnell był cały i żywy, a w następnej jego ciało podrygiwało i wiło się na podłodze, zaś głowa toczyła się w podskokach, lądując tuż pod moimi łapami. Tym razem ujrzałam twarz O’Donnella wyraźnie. Oczy zachodziły mgłą, lecz usta poruszały się, formując słowo, któremu brakło mocy tchu. Na obliczu dominował nie strach, a gniew, jakby ofiara nie zdążyła sobie uświadomić, co się stało.
Nie jestem mistrzem w czytaniu z ruchu warg, ale w tym wypadku odniosłam sukces.
„Moje”.
Drżałam jeszcze przez kilka minut po odejściu zjawy O’Donnella. Nie była to pierwsza śmierć, jaką widziałam – morderstwo to jedna z najczęstszych przyczyn narodzin ducha. Raz nawet sama odcięłam komuś głowę – to najlepszy sposób na zabicie wampira. Nie zrobiłam tego jednak w tak brutalny sposób, choćby dlatego, że nie miałam tyle siły, by ją oderwać.
Wreszcie otrząsnęłam się przypominając, że mam sporo do zrobienia, a w każdej chwili ktoś mógł zorientować się, że po miejscu zbrodni biega sobie kojot. Przytknęłam nos do dywanu ciekawa, czego mogę się dowiedzieć.
Wyodrębnienie jakiegokolwiek zapachu z przesiąkniętych krwią O’Donnella tkanin i ścian, okazało się nie lada wyzwaniem. W rogu pokoju złowiłam słaby ślad należący do Wujka Mike’a, ale ulotnił się tak szybko, że mimo ponownego, dłuższego obwąchiwania, nie zdołałam go znowu wychwycić. Pan Koloński także przebywał w salonie, podobnie jak gospodarz, Zee oraz Tony. Dopiero w tym momencie zdałam sobie sprawę, że Tony był wśród policjantów dokonujących aresztowania. Ktoś zwymiotował przy drzwiach frontowych, ale świadczył o tym tylko odór, gdyż miejsce dokładnie wytarto.
Poza tym panował tu ruch zapachowy, jak w centrum handlowym. Kręciło się zbyt wiele osób, by cokolwiek wywnioskować. Mogłabym wyniuchać konkretny ślad, ale rozróżnić wszystkie... Raczej niemożliwe.
Poddałam się, wracając do kąta, gdzie wcześniej wyczułam obecność Wujka Mike’a. Chciałam sprawdzić, czy uda mi się wychwycić woń jeszcze raz lub przynajmniej odkryć, jakim sposobem udało mu się zostawić tak nikły trop.
Nie wiem, jak długo myszkowałam w tym miejscu, nim podniósłszy głowę, ujrzałam kruka.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-10-29 (985 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej