Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Luka i ogień życia
 
Katalog - dodano
 Piękna krew
- Lucius Shepard
 Immersja
- Erick Pol
 Jadowity miecz
- Rafał Dębski
 Zabójcze maszyny
- Philip Reeve
 Ostatnie konklawe
- Marcin Wolski
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 

''Olśnienie'' - Poul Anderson



Dzień, w którym wszystko zaczęło się zmieniać…

O świcie królik przycisnął nos do prętów pułapki w którą wpadł, popchnął je w górę – i był wolny. W tej chwili skończyła się dominacja Człowieka nad światem zwierząt.
Przed śniadaniem dziesięcioletni chłopiec bezmyślnie bazgrał jakieś wykresy – i odkrył rachunek różniczkowy. Na całym świecie system szkolnictwa stał się nagle bezużyteczny.
Wczesnym popołudniem biuro Petera Corintha w Instytucie Badań Zaawansowanych huczało z podekscytowania. Nadszedł pierwszy raport, a Corinth gwizdnął myśląc o implikacjach. Wciąż było zbyt wcześnie, aby do reszty świata mogło już dotrzeć, co się stało. Ale jutro, myślał Peter, jutro naprawdę będzie o tym głośno.
Gotowy czy nie, rodzaj ludzki był na drodze do ogromnego, umysłowego skoku. Nadchodziła nowa era – nieprzewidywalna i obiecująca – i już nic nigdy nie będzie takie samo.


ROZDZIAŁ 1


Pułapka zatrzasnęła się o zachodzie słońca. W świetle jego ostatnich, czerwonych promieni, przerażony królik rzucał się na ścianki swego więzienia, dopóki strach i otępienie nie spowodowały, że skulił się i dygotał bezradnie w rytm uderzeń własnego serca. Nie poruszał się, kiedy zapadła ciemność i pojawiły się gwiazdy. Ale gdy wstał księżyc i białe światło zalśniło lodowato w jego wielkich oczach, królik popatrzył w stronę mrocznego lasu.
Nie potrafił zatrzymać wzroku na zbyt bliskich obiektach, jednak po chwili zdołał skupić spojrzenie na wejściu do pułapki. Wszedł do środka, klapa opadła za nim, a na jej drewnianej powierzchni dostrzegł tylko płytkie zadrapania, które sam zrobił. Bardzo powoli, sztywniejąc ze strachu w białej, nierzeczywistej poświacie księżyca, przywołał wspomnienie opadającej klapy i aż pisnął z przerażenia. Była tam, solidna na tle oddychającego lasu, najpierw na moment zawisła w górze, by zaraz potem z głuchym łoskotem opaść w dół. Ta dwoistość przedtem–potem była czymś, czego królik nigdy wcześniej nie doświadczył.
Księżyc wznosił się coraz wyżej, kołysząc się na niebie pełnym gwiazd. Gdzieś w pobliżu rozległo się pohukiwanie sowy, królik zamarł w bezruchu, gdy przelatywała nad nim jak duch. W głosie ptaka pobrzmiewał strach i oszołomienie. Wreszcie sowa zniknęła i otoczyły go tylko szepty i zapachy nocy. Przez długi czas siedział wpatrując się w klapę i przypominał sobie, jak opadała.
Księżyc zmierzał powoli w stronę blednącego na zachodzie nieba. Być może królik nawet trochę szlochał na swój króliczy sposób. Świt na razie był tylko mgiełką w mroku spowijającym pręty klatki stojącej pod szarymi drzewami. Nisko, na jej drzwiczkach znajdowała się poprzeczka.
Powoli, bardzo powoli, królik przesunął się w stronę zablokowanego wyjścia. Odsunął się od tej rzeczy, która go tu zamknęła. Pachniała człowiekiem. Potem ją powąchał, czując na pyszczku zimną i mokrą rosę. Poprzeczka odrobinę opadła.
Królik skulił się i naparł na nią barkiem. Potem napiął mięśnie, pchnął ku górze i drewniana klapa zadrżała. Sapał i poświstywał z wysiłku i zdenerwowania. Spróbował jeszcze raz. Z poskrzypywaniem zawiasów klapa uniosła się i królik wystrzelił na wolność.
Przez chwilę dygotał z napięcia. Zachodzący księżyc oślepiał go. Klapa z trzaskiem opadła na miejsce, a on odwrócił się i pobiegł w las.

Archie Brock pracował do późna, zbierając pniaki z wykarczowanego pola w pobliżu drogi północnej. Pan Rossman chciał do środy usunąć je wszystkie, aby wreszcie zacząć orkę na swoim nowym polu. Obiecał Brockowi premię, jeśli to zrobi. Archie zabrał więc ze sobą obiad i pracował aż do zmroku. Potem ruszył pieszo w trzymilową drogę do domu, ponieważ nie pozwolono mu używać jeepa ani furgonetki.
Był zmęczony, lekko obolały i żałował, że nie ma piwa. Ale w zasadzie nie myślał o niczym, po prostu stawiał nogę za nogą i pokonywał kolejne jardy. Drzewa w ciemnej ścianie lasu po obu stronach drogi rzucały długie cienie na podświetlony księżycem kurz. Słyszał grające świerszcze i pohukiwanie sowy. Powinien był wziąć strzelbę i zastrzelić ją zanim zacznie zagrażać kurczakom. Pan Rossman nie miał nic przeciwko temu, że Brock poluje.
Tego wieczoru zabawnie układały się jego myśli. Zazwyczaj po prostu szedł przed siebie, zwłaszcza gdy był tak zmęczony, jak teraz, ale – może ze względu na księżyc – zaczął sobie przypominać różne rzeczy, a w jego głowie formowały się słowa, zupełnie jakby ktoś je wypowiadał. Pomyślał o swoim łóżku i o tym, jak miło byłoby wracać z pracy samochodem; tyle tylko, że prowadząc miewał kłopoty z orientacją i spowodował kilka stłuczek. Dziwne, że mu się to przytrafiło, bo w sumie nie wydawało się to takie trudne: trzeba tylko zapamiętać kilka znaków i mieć oczy szeroko otwarte, to wszystko.
Jego stopy uderzały głucho o asfalt. Odetchnął głęboko, wciągając do płuc chłodne, nocne powietrze i popatrzył w górę. Gwiazdy naprawdę były dziś wielkie i jasne.
Wróciło do niego kolejne wspomnienie – ktoś kiedyś powiedział, że gwiazdy są jak słońce, tylko dalej. Wtedy nie miało to większego sensu. Ale może tak właśnie było? Światło lampy też jest tylko maleńką kropką, dopóki nie spojrzy się na nie z bliska, wtedy staje się bardzo duże. A jeśli gwiazdy były tak duże, jak słońce, to musiały być okropnie daleko.
Stanął jak wryty. Poczuł jak nagle przeszył go zimny dreszcz. Dobry Jezu! Jak wysoko były te gwiazdy!
Ziemia jakby usunęła mu się spod nóg, miał wrażenie, że zawisł na malutkiej skale wirującej wariacko w nieskończonych ciemnościach, a wokół płonęły i dźwięczały wielkie gwiazdy tak wysoko w górze, że uświadamiając to sobie, aż zakwilił.
Poderwał się do biegu.

Chłopiec wstał wcześnie, chociaż było lato i nie musiał iść do szkoły, a do śniadania zostało jeszcze sporo czasu. W świetle wschodzącego słońca ulica i miasteczko za oknem wyglądały bardzo czysto i jasno. Po ulicy przetoczyła się ciężarówka, a w stronę mleczarni, z pudełkiem na lunch w ręce, szedł człowiek w niebieskim drelichu. Poza tym chłopiec czuł się tak, jakby miał cały świat dla siebie. Ojciec wyszedł już do pracy, a mama, zanim przygotowała mu śniadanie, lubiła wrócić na godzinkę do łóżka. Siostra nadał spała, więc właściwie chłopiec był w domu całkiem sam.
Później miał przyjść po niego przyjaciel, z którym pójdzie na ryby, ale najpierw chciał popracować nad swoim modelem samolotu. Umył się tak starannie, jak można się spodziewać po dziesięciolatku, ze spiżarni wziął bułkę i wrócił do swojego pokoju i zagraconego biurka. Samolot zapowiadał się niezwykle obiecująco – prawdziwe cudo, Shooting Star z nabojem z dwutlenku węgla, dającym nie lada odrzut. Jednak z jakiegoś powodu tego ranka nie wyglądał tak dobrze, jak jeszcze wczoraj. Chłopiec żałował, że nie może zbudować prawdziwego silnika odrzutowego.
Westchnął, odsunął pracę i wziął kartkę papieru. Zawsze lubił bawić się liczbami, a jeden z nauczycieli nauczył go trochę algebry. Niektórzy koledzy nazywali go z tego powodu pupilkiem nauczyciela, dopóki nie stoczył z nimi zwycięskiej bójki. A to było naprawdę ciekawe, nie tak, jak tabliczka mnożenia. Tutaj cyfry i litery coś znaczyły. Nauczyciel powiedział, że jeśli naprawdę chce budować statki kosmiczne kiedy dorośnie, to musi porządnie nauczyć się matematyki.
Zaczął rysować jakieś wykresy. Różne równania dawały różne obrazki. Zabawnie było zobaczyć, jak x = ky  c daje prostą linię, podczas gdy x² + y² = c zawsze było okręgiem. Tylko jak zmienić jeden z iksów, aby był równy 3, a nie 2? Co się stanie, jeśli jednocześnie to samo zrobi się z y? Nigdy wcześniej o tym nie myślał!
Z kącika ust wysunął czubek języka i mocno ścisnął ołówek. Jakby podstawić coś pod x i y, jedno z nich trochę przekształcić, a potem…
Właśnie zbliżał się do odkrycia rachunku różniczkowego, ale mama zawołała go na śniadanie.


ROZDZIAŁ 2


Peter Corinth wyszedł spod prysznica z gromkim śpiewem na ustach i zastał Sheilę zajętą smażeniem bekonu i jajek. Uniósł jej miękkie, brązowe włosy, pocałował jej kark, a ona odwróciła się do niego z uśmiechem.
– Wygląda jak anioł i gotuje jak anioł – oświadczył.
– Hej, Pete – powiedziała – przecież ty nigdy…
– Nigdy nie potrafiłem znaleźć słów – zgodził się. – Ale to szczera prawda, najdroższa.
Pochylił się nad patelnią i z pełnym zadowolenia westchnieniem wdychał zapach smażeniny.
Mam przeczucie, że to jeden z tych dni, kiedy wszystko idzie dobrze – powiedział. – Odrobina hubris (1), przez którą bogowie niewątpliwie ześlą na mnie nemezis (2).
Hubris, Nemesis, Ate (3) – jej szerokie, gładkie czoło przecięła malutka zmarszczka. – Pete, już wcześniej używałeś tych słów. Co one znaczą?
Zamrugał. Dwa lata po ślubie wciąż był bardzo zakochany w swojej żonie, a kiedy tak po prostu przed nim stała, jego serce ze szczęścia wywijało fikołki. Była łagodna, radosna, piękna i umiała gotować – ale nie miała w sobie nic z intelektualistki. Podczas wizyt jego przyjaciół siadała cicho z boku i nie brała udziału w rozmowie.
– Dlaczego chcesz wiedzieć? – zapytał.
– Tak się tylko zastanawiałam – odparła.
Wszedł do sypialni i zaczął się ubierać. Drzwi zostawił uchylone, aby słyszała, co ma do powiedzenia na temat podstaw greckiej tragedii. Poranek był zbyt piękny, by rozwodzić się nad tak ponurym tematem, ale słuchała uważnie, od czasu do czasu wtrącając jakieś pytanie. Gdy już się ubrał, uśmiechnęła się i podeszła do niego.
– Mój ty kochany, niezgrabny fizyku – powiedziała. – Jesteś jedynym człowiekiem, jakiego znam, który w garniturze prosto z pralni wygląda tak, jakby przez tydzień spał w nim w samochodzie.
Poprawiła mu krawat i wygładziła marynarkę. Przeciągnął ręką po swoich czarnych włosach, zmierzwił je niemiłosiernie i podszedł z nią do stołu kuchennego. Para unosząca się znad kubka z kawą osiadła na jego rogowych okularach. Zdjął je i przetarł szkła krawatem. Jego szczupła twarz ze złamanym nosem wyglądała bez nich zupełnie inaczej – młodziej, może tylko na trzydzieści trzy lata, czyli tyle, ile faktycznie miał.
– Wpadłem na to zaraz po przebudzeniu – powiedział smarując masłem kanapkę. – Chyba mam całkiem nieźle wytrenowaną podświadomość.
– Mówisz o rozwiązaniu swojego problemu? – spytała Sheila.
Przytaknął, zbyt zaabsorbowany, aby zastanowić się, co oznacza jej pytanie. Zazwyczaj po prostu pozwalała mu mówić, w odpowiednich miejscach wtrącając „tak” lub „nie”, ale tak naprawdę nie słuchając. Cała jego praca była dla niej czymś bardzo tajemniczym. Czasami myślał sobie, że jego żona żyje w świecie dziecka, który nie jest jeszcze poznany, ale za to podniecający i dziwny.
– Próbowałem zbudować analizator fazowy rezonansu połączeń molekularnych w strukturach krystalicznych – powiedział. – No, nieważne. Rzecz w tym, że przez kilka ostatnich tygodni tkwiłem w miejscu, próbując zaprojektować obwód działający tak, jak chciałem i nic mi z tego nie wychodziło. A dziś po prostu obudziłem się z pomysłem, który może się sprawdzić. Zastanówmy się…
Jego wzrok stracił ostrość. Jadł nie czując smaku. Sheila zaśmiała się cicho.
– Mogę dziś wrócić późno – powiedział przy drzwiach. – Jeśli mój pomysł okaże się trafiony, to nie chciałbym przerywać pracy, aż – Bóg wie, jak długo. Zadzwonię.
– W porządku, kochanie. Udanego polowania.
Kiedy wyszedł, Sheila jeszcze przez chwilę się uśmiechała. Pete był – cóż, po prostu miała szczęście i tyle. Nigdy specjalnie tego nie doceniała, ale dzisiejszy poranek wydawał jej się jakiś inny. Wszystko było wyraźne i jasne, jakby była w górach, które jej mąż tak kochał.
Myjąc naczynia i sprzątając mieszkanie mruczała coś do siebie. W głowie przesuwały się wspomnienia, małe miasteczko w Pensylwanii, gdzie dorastała, college o profilu ekonomicznym i to, jak cztery lata temu przyjechała do Nowego Jorku, aby podjąć pracę w biurze firmy należącej do przyjaciół rodziny. Dobry Boże, jakże nie nadawała się do takiego życia! Impreza za imprezą, narzeczony po narzeczonym i cały ten szybko mówiący, zamaszyście gestykulujący, wystudiowanie twardy, wszechwiedzący tłum, wśród którego zawsze musiała mieć się na baczności. W porządku, wyszła za Pete’a w rewanżu po tym, jak Bill nazwał ją idiotką i wyszedł – ale to już nieważne. Zawsze lubiła tego nieśmiałego, cichego mężczyznę i teraz nie żałowała swojej decyzji.
Pewnie jestem nudna, powiedziała sobie, i dobrze mi z tym.
Sheila wiodła zwykłe życie niepracującej żony, nic szczególnie interesującego. Kilkoro przyjaciół wpadało czasem na piwo i pogawędkę, w niedzielę chodziła do kościoła – sama – Pete, agnostyk, spał wtedy do późna; wakacje spędzali w Nowej Anglii albo w Górach Skalistych; w nieodległej przyszłości planowali dziecko – czego chcieć więcej? Niegdyś wraz z przyjaciółmi wyśmiewała się ze sztampy i nudy mieszczańskiego życia; jednak teraz sama tak żyła, a dawni przyjaciele zamienili tylko jedną rutynę na inną, stary zestaw sloganów zastąpili nowym i poniekąd zatracili poczucie rzeczywistości.
Sheila zdumiona potrząsnęła głową. Dotąd nie śniła na jawie, to do niej niepodobne. Nawet myśli miała jakieś inne niż zwykle.
Uporała się z obowiązkami domowymi i zajęła się sobą. Zazwyczaj przed lunchem relaksowała się chwilę przy ulubionych powieściach kryminalnych; potem robiła zakupy, czasem szła do parku, czasem odwiedzała jedną z przyjaciółek. Wreszcie przygotowywała kolację i czekała na Pete’a. Ale dzisiaj…
Wzięła powieść detektywistyczną, którą miała zamiar przeczytać. Przez chwilę niezdecydowanie gładziła jaskrawą okładkę i prawie zabrała się do czytania. Potem, potrząsając głową, odłożyła ją i podeszła do zapchanej półki z książkami, wyciągnęła należący do Pete’a zniszczony egzemplarz Lorda Jima i wróciła na fotel. Późnym popołudniem uświadomiła sobie, że całkiem zapomniała o lunchu.

Corinth spotkał w windzie Feliksa Mandelbauma. Stanowili rzadki w Nowym Jorku przypadek sąsiadów z tego samego budynku, którzy zostali bliskimi przyjaciółmi. Sheila, wychowana w atmosferze małego miasteczka nalegała, aby poznać wszystkich mieszkańców, przynajmniej na ich piętrze, a w przypadku Mandelbaumów Corinth bardzo się z tego cieszył. Sarah była pulchną, cichą Hausfrau (4) w wieku emerytalnym, miłą, lecz nieco bezbarwną; za to jej mąż ulepiony był z innej zgoła gliny.
Felix Mandelbaum urodził się pięćdziesiąt lat temu w hałasie i brudzie czynszówek na East Side, a życie nie szczędziło mu kopniaków; jednak z dużym zaangażowaniem oddawał ciosy. Wykonywał najróżniejsze prace, był obwoźnym sprzedawcą owoców, a w czasie wojny wykwalifikowanym mechanikiem i agentem operacyjnym O.S.S.(5), gdzie przydawały się jego talenty językowe i umiejętność dogadywania się z ludźmi. Jednocześnie robił karierę jako działacz związkowy – zaczynał od najniższego szczebla, by dojść bardzo wysoko w pracy, którą wykonywał dziś: oficjalnie pełnił obowiązki sekretarza wykonawczego miejscowego związku, a w rzeczywistości był „wygaszaczem problemów”, którego głos bardzo liczył się w radach narodowych. Nie w tym rzecz, że był radykałem; mawiał, że poznał radykalizm od podszewki, a to wystarczy, aby zniechęcić każdego rozsądnego człowieka. W istocie twierdził, że jest jednym z ostatnich prawdziwych konserwatystów – a by się zakonserwować, trzeba się dostosować. Był samoukiem, jednak bardzo oczytanym, miłującym życie bardziej, niż ktokolwiek inny z kręgu Corintha, może poza Natem Lewisem.
– Dzień dobry – powiedział Corinth. – Spóźniłeś się dziś.
– Niezupełnie.
Mandelbaum mówił szybko, z ostrym, nowojorskim akcentem. Był niski, żylasty i siwowłosy, w pomarszczonej twarzy ze śladami po ospie błyszczały przenikliwe, ciemne oczy.
– Obudziłem się z pewnym pomysłem. Z gotowym planem reorganizacji. Zdumiewające, że nikt na to wcześniej nie wpadł. O połowę zmniejszę papierkową robotę. Wszystko sobie rozrysowałem.
Corinth smętnie potrząsnął głową.
– Feliksie, powinieneś już wiedzieć, że Amerykanie za bardzo kochają papierkową robotę, aby oddać ci chociaż jedną kartkę – powiedział.
– Nie widziałeś Europejczyków – mruknął Mandelbaum.
– Wiesz co – powiedział Corinth – to zabawne, że wpadłeś na ten pomysł akurat dzisiaj. Przypomnij mi, abym cię później wypytał o szczegóły, bo to wydaje się interesujące. Ale rzecz w tym, że ja też obudziłem się dziś z rozwiązaniem problemu, który przez ostatni miesiąc nie dawał mi spokoju.
– Hm? – Mandelbaum przyjął ten fakt do wiadomości, prawie można było zobaczyć, jak obraca go w rękach, wącha i odkłada na bok. – Dziwne.
Winda zatrzymała się na dole i tam się rozstali. Corinth jak zwykle poszedł do metra. Nie miał samochodu; w tym mieście było to po prostu nieopłacalne. Zauważył, że w pociągu było ciszej, niż zwykle. Ludzie byli mniej hałaśliwi i zachowywali się jakoś spokojniej, jakby byli głęboko pogrążeni w myślach. Ze ściśniętym gardłem zerknął do gazety, zastanawiając się, czy to już się zaczęło, ale nie znalazł w niej niczego szczególnie sensacyjnego – może poza lokalną wiadomością o psie zamkniętym na noc w piwnicy, który jakimś sposobem otworzył zamrażarkę, wyciągnął z niej mięso i zaczekał, aby się rozmroziło. Został znaleziony w pełni szczęścia i obżarty po dziurki w nosie. Poza tym na całym świecie toczyły się różne walki i strajki, w Rzymie odbyła się komunistyczna demonstracja, czworo ludzi zginęło w wypadku samochodowym – słowa wyglądały jakby prasy drukarskie wycisnęły z nich każdą, najmniejszą nawet kroplę krwi.
Utykając nieznacznie, przemierzał trzy przecznice Manhattanu dzielące go od Instytutu Rossmana. W tym samym wypadku, w którym złamał sobie nos, doznał kontuzji prawego kolana. To uchroniło go wprawdzie przed służbą wojskową, ale prosto z college’u przeniesiono go do pracy przy Projekcie Manhattan.
Skrzywił się na to wspomnienie. Hiroszima i Nagasaki wciąż leżały ciężarem na jego sumieniu. Odszedł zaraz po wojnie. Nie chodziło tylko o dokończenie studiów, lub o ucieczkę od tajnych projektów i małostkowych intryg w ośrodku badań rządowych. Ucieczka do źle opłacanego, ale zdrowego życia akademickiego była ucieczką przed poczuciem winy. Stąd, jak przypuszczał, wzięły się jego późniejsze zajęcia – Atomic Scientists (6), United World Federalists (7), Progressive Party (8). Kiedy myślał, jak bardzo owe organizacje podupadły, gdy przywoływał szumne deklaracje z początków działalności o tym, że będą tarczą broniącą świata przed sowieckim zagrożeniem, zastanawiał się, czy mimo wszystko naukowcy byli wtedy przy zdrowych zmysłach.
Często zadawał sobie pytanie, czy wycofanie się w czystą naukę i pasywność polityczną – głosowanie na pozbawionych energii Demokratów i nic poza tym – miało więcej sensu? Nathan Lewis, otwarcie określający się jako reakcjonista, był członkiem lokalnego komitetu Republikanów, a jako radosny pesymista wciąż próbował coś naprawiać; albo Felix Mandelbaum, równie realistyczny jak Lewis, jego partner do szachów i dyskusji, czekający na ostateczne utworzenie prawdziwej Amerykańskiej Partii Pracy, miał mnóstwo nadziei i energii. Przy nich Corinth czuł się dosyć blado.
A jestem młodszy od nich obu!
Westchnął. Co się z nim działo? Zapomniane sprawy i niezbyt przyjemne myśli kłębiły mu się w głowie, łączyły się w nowe łańcuchy brzęczące uporczywie pod czaszką. I to właśnie wtedy, gdy udało mu się znaleźć rozwiązanie własnego problemu.
Ta refleksja wysunęła się na pierwszy plan. To także było niezwykłe: normalnie dość opornie zmieniał tor myślenia. Szedł przed siebie z nową werwą.
Instytut Rossmana był zlepkiem kamieni i szkła, zajmował pół przecznicy i pośród swoich starszych sąsiadów niemal lśnił nowością. Znany był jako raj naukowców. Gromadzili się tutaj ludzie zewsząd, naukowcy o najróżniejszych specjalizacjach, przyciągani nie tyle dobrą pensją, co możliwością swobodnego prowadzenia badań dowolnie wybranych kwestii. Mieli tu do dyspozycji najlepsze wyposażenie i nie napotykali żadnych przeszkód ze strony ludzi, którzy chcieli wykorzystać naukę w celach politycznych, bądź przemysłowych. Nie obywało się bez politykowania i kopania dołków, ale działo się to w mniejszym stopniu, niż w przeciętnym college’u; to był Instytut Badań Zaawansowanych – może mniej zawiłych a bardziej energetycznych, ale z pewnością było w nim więcej miejsca. Lewis kiedyś zacytował to Mandelbaumowi jako dowód kulturowej konieczności istnienia klasy uprzywilejowanej.
– Myślisz, że jakikolwiek rząd sfinansowałby coś takiego, a potem zostawił to na pastwę losu?
– W Brookhaven (9) robią to mniej więcej tak samo – odparł Mandelbaum, ale jak na jego możliwości, był to słabo przekonujący argument.
Corinth skinął głową dziewczynie na stoisku z gazetami w holu, pomachał kilku znajomym i westchnął zirytowany powolnością windy.
– Siódme – powiedział automatycznie, gdy wreszcie przyjechała.
– Wiem, panie Corinth – uśmiechnął się windziarz. – Pracuje pan tutaj, zaraz… prawie sześć lat, zgadza się?
Fizyk zamrugał. Windziarz zawsze stanowił dla niego część mechanizmu; wymieniali zwyczajowe uprzejmości, ale nie miało to żadnego znaczenia. Nagle Corinth dostrzegł w nim istotę ludzką, żyjący i jedyny w swoim rodzaju organizm, część ogromnej, bezosobowej sieci, która ostatecznie stała się całym wszechświatem, sam do niego należał. Ale dlaczego w ogóle o tym myślę? zapytał ze zdumieniem sam siebie.
– Widzi pan – powiedział windziarz – zastanawiałem się nad czymś. Obudziłem się dzisiaj i zacząłem się zastanawiać, po co to robię, a jeśli chcę czegoś więcej, niż praca, pensja, i…
Umilkł zakłopotany, gdy zatrzymali się na trzecim piętrze, aby wypuścić jednego z pasażerów.
– Zazdroszczę panu. Pan dokądś zmierza.
Winda dotarła na siódme piętro.
– Mógłby pan, no… zacząć uczęszczać na kursy wieczorowe – powiedział Corinth.
– Myślę, że tak zrobię, sir. Gdyby był pan tak uprzejmy i coś mi polecił… Cóż, może później. Muszę już jechać.
Drzwi zasunęły się gładko, a Corinth ruszył marmurowym korytarzem do swojego laboratorium.
Miał dwóch stałych współpracowników, Johanssona i Grunewalda, poważnych młodych ludzi, którzy pewnie marzyli o tym, że któregoś dnia będą mieć własne laboratoria. Kiedy wszedł i zdjął płaszcz, obydwaj byli już na miejscu.
– Dzień dobry.
– Pete, myślałem o czymś – gdy szef podszedł do swojego biurka znienacka odezwał się Grunewald. – Mam pomysł na obwód, który może zadziałać.
Et tu, Brute (10) – wymamrotał Corinth.
Usiadł na stołku, podwijając pod siebie długie nogi.
– Posłuchajmy.
Sztuczka wymyślona przez Grunewalda była bardo zbliżona do tego, co sam wymyślił. Johansson, zazwyczaj milczący, kompetentny i nic poza tym, przytaknął ochoczo, kiedy dotarły do niego wstępne założenia pomysłu. Corinth przejął kontrolę nad dyskusją i przez pół godziny zapisywali kartki papieru skomplikowanymi symbolami z dziedziny elektroniki.
Rossman może niespecjalnie interesował się powołanym przez siebie Instytutem, ale człowiek z jego kontem bankowym mógł sobie pozwolić na altruizm. Takie badania pomagały przemysłowi. Zrobił fortunę na metalach lekkich, od surowej rudy począwszy, na gotowych produktach skończywszy. Przy okazji zajmował się tuzinem innych interesów i chociaż oficjalnie był już prawie na emeryturze, nadal trzymał swoją wypielęgnowaną rękę na pulsie. Nawet bakteriologia mogła się okazać pożyteczna – nie tak dawno temu za pomocą bakterii udało się wyekstrahować olej z łupków ilastych – a badania Corintha nad strukturami krystalicznymi mogły oznaczać zysk dla metalurgii. Grunewald rozkoszował się wizją tego, co taki sukces oznaczałby dla ich reputacji zawodowej. Część obliczeń, którą w przeznaczonym dla ich zespołu czasie zamierzali wpuścić do komputera, była gotowa już przed południem. Rysowali jeszcze elementy potrzebnego obwodu.
Zadzwonił Lewis z propozycją wspólnego lunchu.
– Jestem dziś w wirze pracy – powiedział Corinth. – Myślę, że po prostu zamówię na górę kilka kanapek.
– Cóż, ja też i trochę się zapętliłem – powiedział Lewis. – Miałem nadzieję, że rozmowa z tobą pomoże mi znaleźć błąd w rozumowaniu.
– Och, w porządku. Spotkamy się w kantynie?
– Jeśli chcesz po prostu zapełnić żołądek, to pewnie tak.
Lewis słynął z trzygodzinnych lunchów uzupełnianych winem i muzyką skrzypcową. Nabrał takich przyzwyczajeń mieszkając w Wiedniu, jeszcze przed Anschlussem (11).
– Pierwsza może być? Do tego czasu pospólstwo już się nasyci.
– Okay.
Corinth odłożył słuchawkę i na nowo pogrążył się w chłodnej ekstazie swojej pracy. Upływ czasu uświadomił sobie o pierwszej trzydzieści i przeklinając pognał do kantyny.
Kiedy Corinth napełnił swoją tacę, Lewis właśnie sadowił się przy stoliku.
– Wiedziałem, że się spóźnisz – powiedział. – Co wziąłeś? Pewnie typowe stołówkowe żarcie – pies mielony z budą, filet z jeża morskiego, pieczoną specjalność szefa kuchni, pieczonego szefa kuchni – zresztą, nieważne.
Pociągnął łyk kawy i zamrugał.
Nie wyglądał na kogoś delikatnego: niski, kwadratowy czterdziestoośmiolatek o wyrazistych oczach za grubymi szkłami bez oprawek, łysy i zaczynający tyć. Był duszą każdego spotkania. Jednak osiem lat pobytu w Europie zmieniło jego zapatrywania i utrzymywał, że jego powojenne wizyty na starym kontynencie miały charakter wyłącznie gastronomiczny.
– Trzeba ci żony – powiedział Corinth z zapałem neofity.
– Też tak sądziłem, bo moje libertyńskie czasy zaczynają odchodzić w niepamięć. Ale nieważne. Już i tak za późno.
Lewis zaatakował krwisty stek.
– W tej chwili bardziej mnie interesują histologiczne aspekty biologii – wymamrotał z pełnymi ustami.
– Mówiłeś, że masz jakiś problem.
– W dużej mierze chodzi o moich asystentów. Wszyscy są dziś podenerwowani, a młody Roberts ma jeszcze bardziej wariackie pomysły, niż zazwyczaj. Ale taka jest moja praca. Mówiłem ci o tym, prawda? Badam komórki nerwowe – neurony. Próbuję utrzymać je przy życiu w różnych sztucznych środowiskach i patrzę, jak ich właściwości elektryczne zmieniają się w zależności od warunków. Mam różne wycinki z różnych tkanek – taka zmodyfikowana metoda Lindbergha–Carrela (12). Szło nam całkiem nieźle – a dzisiaj, przy rutynowej kontroli, wyniki okazały się zupełnie inne. Więc sprawdziłem wszystkie jeszcze raz – każda próbka się zmieniła!
– Hm? – Corinth uniósł brwi i przez chwilę żuł bez słowa. – Coś nie tak ze sprzętem?
– Nic nie znalazłem. Żadnej różnicy – poza samymi komórkami. Mała, ale znacząca zmiana.
Lewis zaczął mówić szybciej, coraz bardziej podekscytowany.
– Wiesz, jak działają neurony? Jak komputer cyfrowy. Neuron jest stymulowany przez – no, przez stymulant, wysyła sygnał, a potem przez krótki czas jest nieaktywny. Następny neuron w nerwie odbiera sygnał i potem też jest na krótko dezaktywowany. No i dziś się okazało, że wszystko się plącze. Czas braku aktywności jest o dobrych kilka mikrosekund krótszy, no – powiedzmy, że cały system reaguje wyraźnie szybciej niż normalnie. A same sygnały też są mocniejsze.
Corinth przez chwilę trawił informację, a potem odezwał się ostrożnie.
– Wygląda na to, że trafiłeś na coś dużego.
– Więc co jest przyczyną? Medium, aparatura jest taka sama jak wczoraj, mówię ci. Dostaję fioła próbując ustalić, czy to potencjalna nagroda Nobla, czy tylko kiepska technika!
Bardzo powoli, jakby umysł wzdragał się przed przyjęciem niejasnej hipotezy, Corinth nabrał tchu.
– Dziwne, że stało się to akurat dzisiaj.
– Hm?
Lewis poderwał głowę, a Corinth wyłuszczył mu własne spostrzeżenia.
– Bardzo dziwne – zgodził się biolog. – A ostatnio nie było żadnych wielkich burz – ozon stymuluje mózg – jednak moje kultury i tak są izolowane w szkle…
Jego oczy błysnęły.
Corinth rozejrzał się.
– Halo, tam jest Helga. Ciekawe, dlaczego tak późno? Hej, tutaj!
Wstał, machając energicznie, a Helga Arnulfsen wzięła swoją tacę i przysiadła się do ich stolika.
Była wysoką, smukłą i przystojną kobietą, długie blond włosy przylegały do kształtnej głowy, jednak coś w jej sposobie bycia – bezosobowa energia, powściągliwość, a może jedynie niekobieca szorstkość mowy i ubioru – sprawiało, że była mniej atrakcyjna, niż mogłaby być. Zmieniła się od starych czasów, od wojny, pomyślał Corinth. Robił doktorat w Minnesocie, a Helga studiowała tam dziennikarstwo. Dobrze się razem bawili; jednakże był zbyt mocno i zbyt beznadziejnie zakochany w swojej pracy i innej dziewczynie, aby myśleć o niej poważnie. Później korespondowali ze sobą, a dwa lata temu załatwił jej pracę w sekretariacie Instytutu. Była teraz asystentką dyrektora administracyjnego i doskonale sobie radziła.
– Rany, co za dzień! – mocną, szczupłą dłonią przeciągnęła po włosach, strzepnęła je w dół i uśmiechnęła się do nich ze znużeniem. – Wszyscy mają kłopoty i wszyscy zwalają je na mnie. Gertie się wściekła…
– Hm? – Corinth spojrzał na nią z pewnym zaniepokojeniem. Dziś obliczał na wielkim komputerze swoje równania. – Co się dzieje?
– To wiedzą tylko Bóg i Gertie, ale żadne z nich nie ma nic do powiedzenia. Allanbee dziś rano wykonał rutynowy test i wynik okazał się błędny. Błąd jest niewielki, ale to wystarczy, żeby odbiło wszystkim, którzy potrzebują precyzyjnych odpowiedzi. Od tego czasu szuka przyczyny próbując dociec, w czym rzecz, ale na razie bez powodzenia. I musiałam ułożyć nowy grafik!
– Bardzo dziwne – mruknął Lewis.
– Potem różne przyrządy, zwłaszcza w sekcjach fizyki i chemii, lekko powariowały. Polarymetr Murchinsona wykazał błąd rzędu – och, coś strasznego, jakaś jedna dziesiąta procenta, czy coś takiego, nie wiem.
– Naprawdę? – pochylił się Lewis, wysuwając szczękę. – Więc może to nie moje neurony, tylko instrumenty szwankują… nie, niemożliwe. Nie w takim stopniu. To musi być coś w samych komórkach – ale jak mam to zmierzyć, jeśli wszystkie narzędzia wysiadają? – Z płonącym wzrokiem rzucił jakieś siarczyste, niemieckie przekleństwo.
– Wielu chłopców przyszło ze śmiałymi, nowymi projektami, wszyscy naraz – dodała Helga. – Natychmiast chcą dostępu do takich rzeczy, jak ta wielka wirówka i dostają szału, kiedy im mówię, że muszą zaczekać na swoją kolej.
– Wszyscy akurat dzisiaj, hm? – Corinth odepchnął swój deser i wyciągnął papierosa. – „Zdziwniej i zdziwniej powiedziała Alicja” (13) – oczy mu się rozszerzyły i gwałtownie machnął ręką. – Nat, zastanawiam się…
– O czym wy mówicie? – zapytała Helga.
– A, o takich tam.
Kończyła jedzenie, a Corinth mówił. Lewis wydmuchiwał kłęby dymu, siedział i nie odzywał się, zamknięty w sobie.
– Hm. – Helga postukała w blat długim, niepomalowanym paznokciem. – Brzmi interesująco. Wszystkie komórki nerwowe, łącznie z tymi, które mamy w głowach, nagle przyspieszyły?
– To jeszcze bardziej oczywiste – powiedział Corinth. – To może być, bo ja wiem, fenomen elektrochemiczny? Skąd mam wiedzieć? Nie szukajmy za daleko, zanim tego nie sprawdzimy.
– Tak. Zostawię to wam. – Helga zapaliła papierosa i zaciągnęła się głęboko. – Przychodzi mi na myśl kilka oczywistych rzeczy do sprawdzenia – ale to wasza działka.
Odwróciła się i posłała Corinthowi łagodny uśmiech zarezerwowany tylko dla kilku ludzi.
– A propos, co u Sheili?
– Dobrze, dobrze. A co u ciebie?
– W porządku – w jej odpowiedzi wyczuwało się smutek.
– Musisz do nas wpaść kiedyś na kolację.
Prowadzenie zdawkowej konwersacji, podczas gdy umysł był zajęty nowym problemem, nie stanowiło wysiłku.
– Nie widzieliśmy się od dość dawna. Jeśli chcesz, zabierz ze sobą swojego nowego chłopaka, kimkolwiek jest.
– Jima? A, jego. Rzuciłam go w zeszłym tygodniu. Ale przyjdę, jasne.
Podniosła się.
– Wracam do kieratu, koledzy. Do zobaczenia.
Corinth zerknął za nią, gdy szła w stronę kasy.
– Ciekawe, dlaczego nie może się z nikim związać. Jest ładna i inteligentna – wymamrotał niemal wbrew sobie. Jego myśli pędziły dziś we wszystkich kierunkach.
– Nie chce – odparł krótko Lewis.
– Nie, pewnie nie. Odkąd poznaliśmy się w Minneapolis, zmieniła się, zrobiła się jakaś zimna. Dlaczego?
Lewis wzruszył ramionami.
– Myślę, że wiesz – powiedział Corinth. – Zawsze lepiej niż ktokolwiek inny rozumiałeś kobiety. A ona chyba cię lubi.
– Rozumiemy się – stwierdził Lewis. – I oboje umiemy trzymać język za zębami.
– Dobrze, dobrze – zaśmiał się Corinth. Podniósł się. – Wracam do laboratorium. Nie znoszę grzebaniny przy analizatorze fazowym, ale cała ta sprawa… – zamilkł na chwilę. – Wiesz co, pogadajmy z innymi i podzielmy prace, co? Każdy sprawdzi coś innego. W takiej sytuacji nie potrwa to długo.
Lewis kiwnął głową i wyszedł za nim.

Do wieczora wyniki były gotowe. Gdy Corinth na nie popatrzył, ogarnął go chłód. Nagle poczuł się mały i bezradny.
Zjawiska elektromagnetyczne uległy zmianie.
Zmiana nie była wielka, ale sam fakt, że to, co powinno stanowić wieczne i niezmienne oblicze natury, zmieniło się na tyle, że setki systemów filozoficznych runęły w gruzy. Subtelność problemu miała w sobie coś elementarnego. Jak dokonać ponownego pomiaru podstawowych czynników, skoro zmieniły się same czynniki?
Istniały pewne sposoby. We wszechświecie nie ma stałych absolutnych, wszystko wokół istnieje w zależności od czegoś. Pewne dane zmieniły się jednak znacząco w stosunku do innych.
Corinth pracował nad ustaleniem stałych elektrycznych. Dla metali były takie same, albo niemal takie same, jak przedtem. Wyraźnie zmienił się jednak opór i przenikalność izolatorów – stały się nieco lepszymi przewodnikami.
Z wyjątkiem urządzeń precyzyjnych, jak komputer Gertie, zmiana charakterystyk elektromagnetycznych nie była znacząca. Za to złożony i delikatnie zrównoważony mechanizm, znany człowiekowi jako żywa komórka, zmienił się bardzo wyraźnie; najbardziej zmienił się neuron, jako najbardziej rozwinięta i wyspecjalizowana ze wszystkich komórek – a zwłaszcza różnorodność neuronów znalezionych w ludzkiej korze mózgowej. I tutaj zmiana była odczuwalna. Drobne impulsy elektryczne, dzięki którym funkcjonuje sieć neuronowa, przepływały bardziej gwałtownie, bardziej intensywnie.
Być może to dopiero początek zmian.
Helga zadrżała.
– Potrzebuję drinka – powiedziała. – I to bardzo.
– Znam taki bar – powiedział Lewis. – Wpadnę na jednego i dotrzymam ci towarzystwa, potem wrócę jeszcze popracować. A co z tobą, Pete?
– Jadę do domu – powiedział fizyk. – Bawcie się dobrze.
W jego słowach nie było entuzjazmu.
Wyszedł, ledwie świadom tego, że jest ciemno i bardzo późno. To, co się dziś zdarzyło, dla niektórych jego kolegów jest zapewne czymś nowym, cudownym i ekscytującym; Corinth jednak nie mógł się powstrzymać od myśli, że może wszechświat zamierza jednym beztroskim ruchem pozbyć się całego ludzkiego gatunku. A jaki będzie efekt w odniesieniu do ludzkiego ciała…?
Chyba zrobili wszystko, co było możliwe w tej chwili. Sprawdzili tyle, ile się dało. Helga powiadomiła Biuro Standardów w Waszyngtonie. Dowiedziała się tam, że kilka innych laboratoriów z różnych punktów kraju także doniosło o wystąpieniu anomalii. Dopiero jutro, pomyślał Corinth, zacznie się o tym mówić.
Na zewnątrz – w Nowym Jorku nocą – prawie nic się nie zmieniło, może było odrobinę ciszej, niż zazwyczaj. Kupił gazetę na rogu i zaczął ją przeglądać. Mylił się, czy rzeczywiście dostrzegał tam subtelną różnicę – zdania miały w sobie coś osobistego, były bardziej literackie. Przeszły przez zaporę korektorską, ponieważ sam korektor się zmienił i nie zdawał sobie z tego sprawy? Nie znalazł tam wzmianki o wielkiej przyczynie, odkrycie było zbyt duże i zbyt świeże, w przeciwieństwie do starych spraw – wojen, zamieszek, podejrzeń, strachu, nienawiści i chciwości w rozpadającym się, chorym świecie.
Nagle do niego dotarło, że przeczytanie strony Timesa zajęło mu jakieś dziesięć minut. Wepchnął gazetę do kieszeni i poszedł do metra.


-------------------------------------------------------------------------------------

1) Hubris (gr.) – arogancka duma
2) Nemezis – grecka bogini zemsty
3) Ate – w mitologii greckiej córka Zeusa i bogini niezgody Eris; Jest uosobieniem zaślepienia prowadzącego do zbrodni, jak i kary za złe czyny.
4) Hausfrau – (niem.) – Kobieta domowa
5) O.S.S. – Office of Strategic Services (ang. Biuro Służb Strategicznych) – agencja wywiadowcza Stanów Zjednoczonych działająca w latach 1942 – 1945. Poprzednik CIA.
6)Emergency Committee of Atomic Scientists (ECAS) został założony przez Alberta Einsteina i Leo Szilarda w 1946 r. Miał za zadanie uświadamiać opinię publiczną o zagrożeniach związanych z rozwojem broni nuklearnej i propagować jej pokojowe użytkowanie.
7) United World Federalists – po II wojnie światowej na całym świecie zaczęły powstawać organizacje, których celem było stworzenie „nowego porządku” zapobiegającego wybuchowi kolejnej wojny. World Federalist Movement (WFM) został założony w 1947 r. w Szwajcarii, sekretariat organizacji znajduje się w Nowym Jorku. Organizacja zrzesza ludzi pracujących nad umocnieniem struktur demokratycznych na całym świecie.
8) Progressive Party – Partia Postępu; założył ją w USA w 1912 r, Theodor Roosevelt. Postulował walkę z korupcją i daleko posunięte zmiany w strukturach władzy, co miało prowadzić do swobodnego rozwoju gospodarki.
9) Brookhaven National Laboratory – multidyscyplinarne laboratorium naukowe w USA (stan Nowy Jork, hrabstwo Suffolk), w centralnej części wyspy Long Island. Założone po drugiej wojnie światowej na miejscu wcześniejszej bazy wojskowej Camp Upton miało za zadanie prowadzić badania nad pokojowym wykorzystaniem energii jądrowej.
10) Et tu, Brute – (łac.) „I ty, Brutusie, przeciwko mnie?”, słowa Cezara wypowiedziane przed śmiercią.
11) Anschluss Österreichs – (pol. przyłączenie Austrii) – wcielenie Austrii do III Rzeszy dokonane w dniu 12 marca 1938.
12) W 1912 roku Alexis Carrel, francuski chirurg i laureat Nagrody Nobla, zaczął hodować komórki z serca zarodków kurzych i przez ponad 20 lat utrzymywał tę hodowlę w swoim laboratorium w Rockefeller Institute for Medical Research w Nowym Jorku.
Ten eksperyment wzbudził powszechne zainteresowanie możliwością wykorzystania nauki do przedłużania ludzkiego życia. Carrel wspólnie z lotnikiem Charlesem Lindberghiem rozpoczął prace nad prototypem płuco–serca, aparatu zastępującego pracę serca, na przykład w czasie operacji.
13) Lewis Carroll „Alicja w Krainie Czarów”, przekład Maciej Słomczyński


Jeśli jesteś ciekaw ciągu dalszego, książkę kupisz tutaj.








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-10-31 (981 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej