Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
I dusza moja
 
Katalog - dodano
 Epoka diamentu
- Neal Stephenson
 Kroniki Jaaru. Tajemne imię
- Adam Faber
 Hajmdal. Księżyce monarchy
- Dariusz Domagalski
 Alyssa i czary
- A.G. Howard
 Prawda i iluzja
- Jennifer Sommersby
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Akacja'' - David Anthony Durkham



Rozdział 1



Zabójca opuścił twierdzę Mein Tahalian przez wielką bramę główną, przeciskając się przez szczelinę między okutymi jodłowymi balami. Wyjechał o wschodzie słońca, odziany jak zwykły żołnierz Meinów. Miał na sobie szczelnie go okrywający płaszcz z jeleniego futra, który zakrywał mu nogi i grzał jego wierzchowca. Pierś chronił mu napierśnik – dwie żelazne płyty, podbite wydrzym futrem. Jechał na południe przez zaśnieżoną, skrzącą się od mrozu krainę.
Panowało tak przejmujące zimno, że przez pierwsze dni oddech mężczyzny krystalizował się, ledwie opuściwszy jego usta. Para wodna utworzyła dziwną narośl wokół warg, przypominającą wejście do tunelu albo jaskini. Z brody zwieszały mu się grudki lodu, które, ocierając się o siebie, podzwaniały niczym szklane dzwoneczki. Nawet kiedy przejeżdżał przez skupiska budynków, spotykał niewielu ludzi. Na śniegu widywał tropy białych lisów i zajęcy, lecz rzadko same zwierzęta. Raz ze szczytu głazu przyglądał mu się śnieżny kot, niezdecydowany, czy uciekać przed jeźdźcem, czy go ścigać. Skończyło się na tym, że mężczyzna przytroczył go sobie do pleców.
Kiedyś wjechał na szczyt wzniesienia i ujrzał na równinie przed sobą stado reniferów. Był to od zamierzchłych czasów widok niezwykły. Początkowo sądził, że może trafił na zgromadzenie mieszkańców świata duchów. Potem jednak wyczuł piżmowy zapach zwierząt. To rozproszyło tajemniczą atmosferę. Zjechał w dół, w stado, uszczęśliwiony szybkością, z jaką zwierzęta umykały przed nim. Grzmot ich kopyt odzywał mu się echem w głębi piersi.
Gdyby ziemie Meinów należały do nich, mógłby zapolować na te renifery tak jak jego przodkowie. Lecz jego pragnienie nie zmieniło rzeczywistości. Rasa ludzi zwanych Meinami, wysoki północny Płaskowyż Mein, wielka forteca Tahalian, królewski ród, który powinien rządzić tym terytorium – wszystko to przez ostatnie pięćset lat podlegało Akacji. Zostali pokonani, zdziesiątkowani i zmasakrowani, a następnie poddani rządom obcych gubernatorów. Nakładano na nich nieuczciwe podatki i ograbiano z wojowników, z których wielu wysyłano do służby w akacjańskiej armii w odległych krajach i pozbawiano kontaktu z przodkami. Tak przynajmniej postrzegał to jeździec – jako niesprawiedliwość, która nie powinna trwać w nieskończoność.
Dwa razy podczas pierwszego tygodnia zjeżdżał z głównej drogi, by uniknąć punktów kontrolnych Północnej Straży. Dokumenty miał w porządku. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa nie zostałby zatrzymany, lecz nie ufał Akacjanom, a myśl, że mógłby udawać, że uznaje ich władzę, napawała go odrazą. Każde takie dodatkowe półkole przybliżało go do Gór Czarnych, ciągnących się równolegle do jego trasy. Ich szczyty sterczały ze śniegu niczym olbrzymie, ostre płyty obsydianu. Gdyby wierzyć starym opowieściom, te szczyty były grotami włóczni, którymi rasa rozgniewanych olbrzymów przebiła dach swego świata, leżącego pod powierzchnią ziemi.
Po dziesięciu dniach jazdy dotarł na skraj Methaliańskiej Krawędzi, południowej granicy Meinu. Zatrzymał się na chwilę, by spojrzeć na bujne lasy rozciągające się tysiąc metrów niżej, świadom, że już nigdy więcej nie odetchnie powietrzem płaskowyżu. Zdjął wierzchowcowi osłonę z łba i rzucił ją na ziemię. Luźniej ułożył wodze, by nie zdradzały jego pochodzenia. Mimo że wciąż było chłodno, a ziemię pokrywała warstewka szronu, rozpiął płaszcz i też zrzucił go na ziemię. Wyjął sztylet i przeciął rzemień przytrzymujący hełm, po czym cisnął go w krzaki i potrząsnął głową. Oswobodzone z ciasnoty kutego metalu jego długie, brązowe włosy rozwiały się na wietrze. Niezbyt przypominały jasnoblond włosy typowe dla większości przedstawicieli rasy Meinów, co zawsze wprawiało go w zakłopotanie.
Włożył bawełnianą koszulę, by ukryć pod nią napierśnik, i zjechał z wyżyny. Podążał szlakiem wijącym się zakosami na tereny porośnięte liściastymi lasami i usiane ludzkimi osadami; tworzyły one północne rubieże ziem zarządzanych bezpośrednio z Alesji, biurokratycznej siedziby akacjańskiego rządu.
Ponieważ własne mistrzowskie opanowanie języka imperium napawało go wstrętem, rzadko się do kogokolwiek odzywał, chyba że nie miał wyboru. Kiedy sprzedawał konia handlarzowi na południowym skraju lasów, mamrotał, zakrywając usta dłonią. Jako zapłatę przyjął monety królestwa, ubranie nieprzyciągające uwagi i solidne wysokie buty ze skóry, jako że resztę drogi na wybrzeże zamierzał odbyć pieszo. W ten sposób po raz drugi zmienił swój wizerunek.
Poszedł głównym traktem wiodącym na południe, przez ramię przewiesił sobie pokaźny worek, powypychany tu i tam przedmiotami, których miał jeszcze potrzebować. Noce spędzał skulony w zagłębieniach na skraju gospodarstw lub w zagajnikach. Chociaż miejscowi uważali, że kraj tkwi w okowach zimy, jemu pogoda bardziej przypominała tahaliańskie lato. Było mu tak ciepło, że się pocił.
Niedaleko portowego miasta Alesja jeszcze raz pozbył się ubrania. Zdjął napierśnik i, obciążywszy go kamieniami, utopił w rzece, a potem wyjął płaszcz uszyty w zimnych pomieszczeniach Meinów z nadzieją, że zostanie uznany za autentyczny. Kiedy go sobie udrapował na ramionach, wyglądał jak Vadajanin. Chociaż Vadajanie byli pradawnym zakonem, nie funkcjonowali już jako sekta religijna. Byli uczonymi, którzy badali i przechowywali dawną wiedzę pod oficjalnym kierunkiem kapłanki Vady. Była to powściągliwa grupa, gardząca sprawami imperium, i jako jej przedstawiciel nie będzie budził zdumienia, że jest tak nierozmowny.
Dla dopełnienia wyglądu mężczyzna ogolił sobie głowę po bokach, a długie włosy na czubku związał w ciasny węzeł opleciony cienkimi rzemykami. Ogolona skóra była blada i różowa jak u świni, więc wtarł w nią barwnik używany do przyciemniania drewna. Po tych zabiegach tylko najbystrzejsze oko mogłoby wykryć, że nie jest uczonym, którego udawał.
Tak naprawdę nazywał się Thasren Mein. Pochodził ze szlachetnego rodu i był synem zmarłego Heberena Meina, młodszym bratem Hanisha, prawowitego wodza plemion Płaskowyżu Mein, oraz Maeandera, dowódcy Punisarich, elitarnej gwardii i dumy jego narodu. Takie pochodzenie przynosiło chlubę, lecz Thasren zrezygnował z tego wszystkiego, by zostać zabójcą. Po raz pierwszy jego życie nabrało prawdziwego sensu. Jeszcze nigdy nie był tak skoncentrowany, tak pełen przekonania o słuszności swych działań. Wypełniał misję, której zaprzysiągł życie. Jak wielu ludzi wie, po co oddycha, i rozumie, co musi zrobić, zanim przeniesie się w pośmierć? On miał wielkie szczęście.
Z pokładu statku transportowego patrzył, jak z jasnozielonego morza wyłania się bezładny stos skał tworzących wyspę Akacja. Z daleka wyglądała niewinnie. Jej najwyższy punkt znajdował się na południowym krańcu. W środku pofałdowane tereny uprawne i łańcuchy wzgórz nieco opadały, lecz zaraz znów się wznosiły serią płaskowyżów, które pokolenia osadników uformowały w teren odpowiedni do wzniesienia pałacu. Wyspę porastały akacje z wielkimi pióropuszami listowia usianymi gdzieniegdzie białymi kwiatami. Mimo długiej linii brzegowej wyspy stosunkowo niewielka jej część była łatwo dostępna – nie miała wielu plaż i portów.
Przepływając obok wież strzegących portu, Thasren dostrzegł flagę imperium, zwisającą bezwładnie w nieruchomym powietrzu. Znał jej kolory, więc wiedział, co by zobaczył, gdyby się rozwinęła: żółte słońce wewnątrz kwadratu o czerwonych brzegach, a pośrodku czarną sylwetkę drzewa, od którego wyspa wzięła swą nazwę. Każde dziecko w Znanym Świecie rozpoznawało to godło, bez względu na to, gdzie się urodziło. Zabójca musiał powstrzymać chęć odchrząknięcia i pogardliwego splunięcia flegmą.
Zszedł ze statku na nabrzeże w tłumie innych pasażerów – kupców, robotników, kobiet i dzieci – przeskakujących nad pasmem krystalicznie czystej wody. Było wśród nich kilku innych Vadajan, lecz Thasren unikał kontaktu wzrokowego z nimi. Stojąc na mocnym kamiennym nabrzeżu pośród mijających go pasażerów, pojął, że za chwilę wejdzie w paszczę wroga. Gdyby którykolwiek z otaczających go ludzi poznał jego imię, Thasren stałby się celem wszystkich sztyletów, szabli i włóczni na wyspie. Odczekał chwilę, zaskoczony, że nikt go nie rozpoznał.
Beznamiętnie patrzył na wielki mur z różowawego kamienia. Za nim sterczały w górę iglice, wieże i kopuły. Były pomalowane na granatowo, ciemnoczewono albo rdzawobrązowo, a niektóre, pozłocone, lśniły w blasku słońca. Tarasowate budowle wyglądały z daleka jak strome skały. Był to piękny widok; nawet Thasren musiał to przyznać.
Te budowle w niczym nie przypominały niskiego, ponurego domu zabójcy. Tahalian był zbudowany z potężnych jodłowych bali, do połowy wkopany w ziemię dla ochrony przed zimnem, pozbawiony ozdób, jako że długo w ciągu roku spowijał go zimowy mrok, a śnieg zalegał wysoko na wszystkich płaskich powierzchniach.
Thasren ruszył powoli w stronę bram dolnego miasta. Musiał się dostać do samego pałacu. Jeśli będzie trzeba, przebierze się, użyje podstępu, byleby dotrzeć do celu. Tam odpowie na pytanie ledwie miesiąc wcześniej zadane od niechcenia przez drugiego brata. Jeśli pragną zabić zwierza o wielu kończynach, powiedział wtedy Maeander, to może na początek obciąć mu łeb? Potem będą mogli zająć się kończynami i tułowiem zataczającego się stworzenia, pozbawionego wzroku i przywództwa. Wystarczy, by zabójca znalazł się dostatecznie blisko głowy i zaczekał na odpowiedni moment, by ją ugodzić, i to publicznie, by wieść o tym czynie, przekazywana z ust do ust, rozprzestrzeniła się jak zaraza.


Rozdział 2



Żeby urozmaicić sobie monotonię porannych lekcji, dwunastoletnia Mena Akaran zawsze siadała dokładnie w tym samym miejscu, na kępce trawy za rodzeństwem. Z tego doskonałego punktu obserwacyjnego mogła patrzeć przez szparę w kamiennej balustradzie okalającej dziedziniec na wielopoziomowe tarasy pałacu. Za zachodnim murem miasta teren nieco opadał, a następnie przechodził w pofalowane pola uprawne. Najdalsze wzniesienie, a zarazem najwyższe, stanowił cypel znany jako Skała Portowa. Mena wyprawiła się tam kiedyś z ojcem i pamiętała smród i hałas, jaki czyniły mieszkające tam morskie ptaki, oraz przyprawiający o zawrót głowy widok urwiska opadającego pionowo pięćset metrów prosto w spienione fale.
Tego ranka Mena nie słuchała nauczyciela, błądząc myślami gdzieś indziej. Wyobrażała sobie, że jest mewą i skacze ze skały. Runęła w dół i wyrównała lot nad powierzchnią wody. Pomykała między żaglami łodzi rybackich i nad barkami handlowymi. Na pełnym morzu fale były wyższe. Turkusowa woda zmieniła odcień na niebieski, a potem na atramentową czerń. Mena leciała nad ławicami połyskujących sardeli i grzbietami wielorybów, wypatrując nieznanego, które musiało w końcu pojawić się na białym od grzywaczy horyzoncie...
– Meno? Jesteś z nami, królewno? – Patrzył na nią Jason, królewski nauczyciel, obaj bracia i siostra. Dzieci siedziały na wilgotnej trawie, a Jason stał przed nimi z księgą w jednej ręce, a z drugą wspartą na biodrze. – Słyszałaś pytanie?
– Oczywiście, że nie – stwierdził Aliver.
Miał szesnaście lat i był najstarszym z królewskich dzieci, a także prawowitym następcą tronu. Ostatnio urósł i był już wyższy od ojca; zmienił mu się również głos. Na jego twarzy malował się wyraz znudzenia – ta choroba dopadła go przed rokiem i wciąż nie opuszczała.
– Znów myślała o rybach. Albo o morświnach – dodał Aliver.
– Ani ryby, ani morświny nie mają związku z omawianym przez nas tematem – rzekł Jason. – A zatem powtórzę pytanie: kogo założyciel dynastii akarańskiej wysadził z siodła pod Galaralem?
To tego pytania nie dosłyszała? Każdy umiał na nie odpowiedzieć! Mena nie znosiła odpowiadać na proste pytania. Wiedza sprawiała jej przyjemność tylko wtedy, gdy dzięki niej wyróżniała się spośród innych. Dariel, jej młodszy brat, wiedział, kto był pierwszym królem i co zrobił, a miał tylko dziewięć lat. Przeciągała milczenie jak długo się dało, lecz kiedy Aliver otworzył usta, by z niej zadrwić, wyrecytowała szybko:
– Założycielem dynastii był Edifus. Urodził się w cierpieniu i mroku w Krainie Jezior, lecz zwyciężył w krwawej wojnie, która ogarnęła cały świat. Starł się z fałszywym królem Tathem pod Galaralem i zmiażdżył jego siły dzięki pomocy Mówców Santoth. Edifus był pierwszym w nieprzerwanej linii dwudziestu jeden akarańskich królów, z których najmłodszym jest mój ojciec. Synowie Edifusa, Thalaran, Tinhadin i Praythos, rozpoczęli umacnianie imperium poprzez ciąg kampanii nazywanych Wojnami Rozdziału...
– Dobrze – przerwał jej Jason. – To więcej, niż prosiłem...
– Mewa.
– Co takiego?
– Byłam mewą, a nie rybą czy morświnem.
Wykrzywiła się do Alivera, a potem posłała taką samą minę Corinn.
Jakiś czas później, po bezskutecznych próbach powrotu do swych ptasich wyobrażeń, Mena zadowoliła się śledzeniem rozmowy. Omawiano kwestie geograficzne. Corinn wymieniła wszystkie sześć prowincji – Ląd zaraz na północ od Akacji, satrapię Meinów na dalekiej północy, Konfederację Candoviańską na północnym zachodzie, Talay na południu od wyspy i górskie plemiona Senivalu na zachodzie; ostatnią prowincję tworzył łańcuch wysp o wspólnej nazwie Archipelag Vumu, chociaż nie miał scentralizowanego rządu jak pozostałe – i udało jej się powiedzieć coś o ich rodach panujących i ustroju.
Jason rozwinął na trawie mapę i kazał dzieciom przycisnąć jej krawędzie kolanami. Mapy sprawiały szczególną przyjemność Darielowi. Pochylił się nisko i powtarzał wszystko, co powiedział nauczyciel, jakby przekazywał te informacje jakiemuś innemu słuchaczowi. Mena postanowiła mu przerwać.
– Dlaczego Akacja zawsze znajduje się na środku wszystkich map? – zapytała. – Jeśli, jak nas uczyłeś, Jasonie, świat się zakrzywia i nie ma końca, jak jedno miejsce może być jego środkiem, a nie inne?
Corinn uznała pytanie za niemądre. Zerknęła na Jasona z uniesionymi brwiami i zaciśniętymi ustami. W wieku piętnastu lat – z jej oliwkową cerą i zaokrągloną twarzą – była akacjańską pięknością. Odziedziczyła wiele cech po ich zmarłej matce, Aleerze.
– Akacja po prostu jest środkiem świata, Meno. Każdy to wie.
– Zwięźle powiedziane – przyznał Jason – lecz Mena ma rację. Wszystkie narody uznają siebie za pierwsze. Pierwsze, główne i najważniejsze, tak? Kiedyś powinienem wam pokazać mapę z Talay. Oni rysują świat zupełnie inaczej. I dlaczego nie mieliby siebie uważać za środek świata? Także są wielkim narodem...
Aliver parsknął śmiechem.
– Bądź poważny! Ci ludzie chodzą półnadzy. Polują z włóczniami i czczą bogów, którzy wyglądają jak zwierzęta. Nadal mają małe rządy plemienne – wodzów i tak dalej. Są nie lepsi od ciągle się sprzeczających Meinów.
– I jest tam za gorąco – dodała Corinn. – Podobno przez pół roku ziemia jest wysuszona na pył. Wodę biorą z wykopywanych w niej dziur.
Jason zgodził się, że talayski klimat jest surowy, szczególnie na dalekim południu. Dobrze wiedział, że Talayanie zawsze będą uważać swoje obyczaje za gorsze od akacjańskich. Akacja nie bez powodu kontroluje cały Znany Świat.
– Jesteśmy utalentowanym narodem – stwierdził. – Lecz jesteśmy także narodem łaskawym. Nie powinniśmy pogardzać Talayanami ani żadnym innym...
– Nie powiedziałem, że nimi gardzę. Mają swoje obyczaje i kiedy zostanę królem, postaram się je szanować. Ale dlaczego wyciągnąłeś tę mapę? Chcesz nas czegoś nauczyć czy nie?
Jason usłyszał zniecierpliwienie w głosie Alivera, więc skinął głową, uśmiechnął się i nie ciągnął już tematu. Owszem, był nauczycielem, lecz nigdy nie zapominał, że jest także służącym. Czasami Menie wydawało się, że nie jest to najlepsze rozwiązanie. Jak mieli się nauczyć prawdy o świecie, skoro mogli uciszać swoich nauczycieli samym podniesieniem głosu?
Lekcja toczyła się dalej; słuchali Jasona, nie przerywając mu. Kilka minut później wyszedł na dwór ich ojciec, król Leodan, aby odetchnąć porannym powietrzem. Jego twarz przypominała wygarbowaną skórę. Skronie miał przyprószone siwizną, podkreślającą kolor jego ciemnych włosów i zdradzającą jego wiek oraz królewskie obciążenia. Spojrzał na dzieci, skinął głową nauczycielowi, a potem rozejrzał się po wyspie.
– Jasonie, zamierzam ci dzisiaj przeszkodzić – odezwał się. – Niedługo przybędzie delegacja z Aushenii i w ciągu najbliższych tygodni nie będę miał dla moich dzieci tyle czasu, ile bym chciał. Mam ochotę na przejażdżkę. Jeśli moje dzieci zechcą mi towarzyszyć, chętnie je zabiorę...
Dzieci przystały na propozycję i nim upłynęła godzina, wszyscy wyjechali galopem przez jedną z małych bocznych bram pałacu. Rodzeństwo jeździło konno od czwartego albo piątego roku życia i wszyscy byli znakomitymi jeźdźcami, nawet Dariel. W dyskretnej odległości za nimi jechało dziesięciu gwardzistów. Nikt sobie nie wyobrażał, że na Akacji królowi zagraża jakieś niebezpieczeństwo, lecz jako monarcha dość często był zmuszony ulegać obyczajom wywodzącym się z groźniejszych czasów.
Pojechali wysoko położoną drogą prowadzącą na zachód. Wąski szlak czasami przecinał tak strome grzbiety, że można było z obu stron oglądać porośnięte jałowcami zbocza, opadające aż do samego morza. Spomiędzy krzewów tu i tam strzelały w górę kolczaste korony akacji; to one oczywiście dały nazwę wyspie i nieformalny tytuł dynastii akarańskiej. Jednocześnie wyróżniały tutejszy krajobraz wśród pejzażu innych wysp Morza Wewnętrznego, na żadnej innej bowiem nie rosły akacje.
Kiedy Mena była młodsza, te drzewa ją przerażały. Były sękate i kolczaste, nieruchome, a mimo to groźne. Dopiero niedawno zaczęła się czuć w ich pobliżu swobodnie. Do pokoju Dariela został przeniesiony stary, wygładzony i poskromiony okaz, służący chłopcu jako zabawka do wspinania. To w dużym stopniu złagodziło niepokój Meny. Zrozumiała, że akacje można ścinać, przenosić i przerabiać na zabawki dla dzieci; trudno zatem bać się czegoś takiego.
Jeźdźcy zjechali na nierówną plażę południowego wybrzeża, pozostawioną w naturalnym stanie, z której rozciągał się widok na przeciwną stronę zatoki, na urwiska tętnice ptasim życiem. Przez chwilę jechali w luźnej grupie, omijając wielkie, wybielone przez słońce konary drzew wyrzucone na brzeg, albo wjeżdżając wśród rozbryzgów piany do turkusowej wody. Kiedy zsiedli z koni, Aliver zaczął rzucać muszlami w fale. Corinn stała z rozpostartymi rękoma na próchniejącym pniu ogromnego drzewa i wystawiała twarz na podmuchy chłodnego wiatru. Dariel uganiał się po piasku za krabami.
Mena szła obok ojca. Leodan krążył między dziećmi, zainteresowany wszystkim, co robią, i roześmiany, ponieważ kiedy przebywał z nimi, bawiło go wiele rzeczy. Mena trzymała gałązkę wyrzuconą na brzeg, wodząc opuszkami palców po wygładzonym drewnie. Nie myślała o tym, czy taka sytuacja – król bawiący się ze swoimi dziećmi – jest czymś niezwykłym. Tak po prostu zawsze było. Nie umiała wyobrazić sobie innej możliwości. Zastanawiała się jednak, czy ktoś oprócz niej dostrzega napięcie pod maską ojcowskiej wesołości. Okazywanie radości przychodziło mu nie bez wysiłku. Nadal odczuwał ból spowodowany brakiej jednej osoby.
Tego wieczoru, znalazłszy się z powrotem w ciepłym ulu pałacu, Mena i Dariel zwinęli się na jej łóżku, by wysłuchać ojcowskiej opowieści. Jak wszystkie pomieszczenia w pałacu, pokój Meny był duży, z wysoko sklepionym sufitem i podłogą z polerowanego białego marmuru. Mena nie nadała mu osobistego charakteru, w odróżnieniu od pełnego koronek, rozmaitych poduszek i kolorów gniazdka Corinn. Meble Meny były antyczne, zrobione z sękatego, twardego drewna i obite materiałem łaskoczącym skórę. Na ścianach wisiały gobeliny przedstawiające postacie z akacjańskiej historii. Mena potrafiła wymienić czyny tylko niektórych z nich, lecz odczuwała ich obecność w pokoju jako chroniącą ją siłę. Pilnowały jej. Były przecież rodziną jej ojca. Jej rodziną.
Leodan siedział na stołku przy łóżku.
– Chyba dotarliśmy do punktu – powiedział – w którym muszę wam opowiedzieć o Dwóch Braciach i o tym, jak zaczął się ich spór. Szkoda, że Corinn i Aliver są już za duzi na opowieści. Tę kiedyś lubili, mimo że jest smutna.
I król zaczął opowiadać, że w dawno temu żyli dwaj bracia, Bashar i Cashen, którzy byli sobie tak bliscy, że nie można było ich rozdzielić. Bardzo się kochali i czerpali wielką radość ze swojego towarzystwa. A przynajmniej tak było do dnia, kiedy przybyła do nich delegacja z pobliskiej wioski i oznajmiła, że ponieważ są tak dobrymi i szlachetnymi braćmi, mieszkańcy wioski błagają, by jeden z nich został kimś, kto się nazywa „królem”. Śniący prorok powiedział tym ludziom, że jeśli będą mieli króla, zaznają dobrobytu. Bardzo go potrzebowali, jako że od lat prześladowały ich głód i niezgoda. Nie potrafili zdecydować, kogo spośród siebie wybrać, więc postanowili poprosić, by królem został jeden z braci.
Bracia zapytali, czy obaj mogą zostać królami, lecz wieśniacy odparli, że to niemożliwe, że królem może być tylko jeden człowiek. Tak powiedział im prorok. Braciom nadal podobał się pomysł królowania, oznajmili więc, że wieśniacy mogą wybrać jednego z nich, a drugi zaakceptuje ich decyzję. A w sekrecie zawarli układ, że po stu latach zamienią się rolami.
Tak więc wybrano na króla Cashena. Przez sto lat jego rządów ludowi dobrze się wiodło. Lud prosperował. Bashar zawsze był u boku brata, lecz pierwszego dnia sto pierwszego roku poprosił, by Cashen przekazał mu koronę. Ten zmierzył go zimnym wzrokiem. Przyzwyczaił się do królowania, polubił władzę. Bashar przypomniał mu o umowie, lecz Cashen stwierdził, że nigdy o czymś takim nie rozmawiali. Usłyszawszy to, Bashar zawrzał gniewem i zaczął się mocować z bratem. Cashen powalił go i czując nagły strach i wstyd, uciekł z wioski na wzgórza. Wyzbył się całej miłości do brata, a jej miejsce zajęła gorycz. Bashar gonił go po wzgórzach, aż zapędzili się w góry. Tymczasem na niebie zebrały się burzowe chmury, niebo rozświetliły błyskawice i lunął deszcz.
Dariel dotknął palcem ojcowskiego nadgarstka.
– Czy to prawda?
Leodan nachylił się ku niemu i szepnął:
– Każde słowo.
– Powinni byli rządzić po kolei – powiedział Dariel głosem, w którym brzmiało znużenie.
– Kiedy Bashar dogonił brata, uderzył go w głowę laską. Pod Cashenem ugięły się kolana, ale zaraz się otrząsnął i rzucił na brata. Bashar tym razem zakręcił laską i trafił Cashena w kolana. Ten się przewrócił na plecy, więc Bashar odrzucił laskę, podniósł brata i, trzymając go nad głową, ruszył w stronę przepaści. Tam zrzucił brata ze skał. Lecz Cashen nie zginął. Na dole wstał i zerwał się do biegu. Przebył dolinę w poprzek wielkimi susami i wspiął się po przeciwnym stoku. Kiedy stanął na szczycie góry, niebo przeszyła błyskawica. Światło było oślepiające i Bashar musiał zakryć oczy. Kiedy odzyskał wzrok, spostrzegł, że piorun trafił w Cashena. Nie padł on jednak martwy na ziemię. Cały drżał od krążącej w nim energii, a po jego skórze i zwęglonym ciele przebiegały fale błękitnego światła. Znów ruszył biegiem i teraz był jeszcze szybszy. Stawiając ogromne kroki, wspiął się na szczyt sąsiedniej góry i przeskoczył go, nawet nie oglądając się na brata.
Po długiej chwili ciszy Mena zapytała:
– Czy to już koniec?
Leodan skinął głową w stronę uśpionego Dariela.
– Nie – odpowiedział, wsuwając ręce pod ciało chłopca – to nie wszystko, lecz to koniec na dzisiaj. Bashar zrozumiał, że jego brata pobłogosławił jakiś bóg. Zrozumiał też, że zostali wrogami i czeka ich długa i trudna walka. Prawdę mówiąc, oni wciąż walczą. – Leodan wyprostował się z Darielem przewieszonym przez ręce. – Czasami, jeśli się wytęży słuch, można usłyszeć, jak w górach rzucają w siebie kamieniami.
Patrząc, jak ojciec wychodzi przez otwarte drzwi, zwraca się w stronę żółtego światła padającego od lampy w korytarzu i znika, Mena zwalczyła nagłą chęć zawołania do niego. Przeraziła się, że ojciec na zawsze zniknie w tym korytarzu. Kiedy była młodsza, często wołała go raz po raz, prosząc o pocieszenie, opowieści i obietnice, aż ojciec tracił cierpliwość albo ona sama zasypiała ze zmęczenia. Później jednak zaczęła się wstydzić uczuć towarzyszących jej przy rozstaniu z ojcem. To był ciężar, który musiała dźwigać.
Uświadomiła sobie, że zaciska dłonie na pościeli. Rozluźniła palce, próbując się uspokoić. Powiedziała sobie, że to bezpodstawny strach. Leodan zapewniał ją przecież wiele razy, że nigdy jej nie opuści. Obiecał to. Dlaczego nie mogła mu uwierzyć? Czy dlatego, że mogłoby to być zniewagą jej nieżyjącej matki? Wiedziała, że wiele dzieci w jej wieku nie doświadczyło utraty żadnego z rodziców. Nawet śpiący Dariel nie pamiętał matki na tyle, by za nią tęsknić. Nie znał tego, co utracił. Jaka to dobra rzecz, taka niewiedza. Gdyby tylko Mena urodziła się zamiast Dariela jako najmłodsza z rodzeństwa... Nie była pewna, czy to podła myśl, krzywdząca jej brata, lecz długo się nad nią zastanawiała.


Rozdział 3



Gdy Thaddeus Clegg wszedł do swojej komnaty, miał pewność że kobieta zaraz zemdleje z wyczerpania. Stała pośrodku pomieszczenia oświetlonego blaskiem pochodni. Jej sylwetka odcinała się na tle pomarańczowego światła padającego z kominka. Kobieta słaniała się ze zmęczenia. Ubranie miała brudne jak wieśniaczka, lecz pod warstwą zaskorupiałego błota Thaddeus widział błysk kolczugi. Na hełmie kobiety był osadzony kosmyk jasnego końskiego włosia.
– Przepraszam cię, posłanniczko, że musiałaś na mnie czekać, stojąc – odezwał się Thaddeus. – Moi służący są służbistami nawet wbrew rozsądkowi.
Oczy kobiety zapłonęły.
– Dlaczego zostałam zatrzymana tutaj, kanclerzu? Z rozkazu generała Leeki Alaina z Północnej Straży moja wiadomość jest przeznaczona dla króla Leodana.
Thaddeus odwrócił się do służącego, który wszedł za nim do komnaty, i kazał przynieść posłanniczce posiłek. Kiedy mężczyzna wyszedł, powłócząc nogami, Thaddeus wskazał kobiecie jedną ze stojących za nim kanap, ale dopiero kiedy sam usiadł, kobieta poszła za jego przykładem. Wyjaśnił jej, że została przyprowadzona do niego właśnie dlatego, że wiadomość jest przeznaczona dla króla. Jako kanclerz pierwszy otrzymywał wszystkie informacje.
– Z pewnością o tym wiesz – powiedział z lekką naganą w głosie.
W wieku pięćdziesięciu sześciu lat Thaddeus nie był już tak przystojny jak w młodości. Palące słońce akacjańskiego lata wyryło na jego twarzy głębokie zmarszczki – widział ich coraz więcej za każdym razem, kiedy spoglądał w lustro. Mimo to, kiedy tak siedział wyprostowany w migoczącym blasku ognia, z rękami splecionymi na kolanach i otulony zimowym ciemnoczerwonym płaszczem, kanclerz wyglądał bardzo na miejscu w swojej roli powiernika władcy największego imperium Znanego Świata. Urodził się kilka miesięcy po Leodanie Akaranie, w rodzinie o niemal równie królewskim rodowodzie, lecz bardzo wcześnie powiedziano mu, że jego rolą jest służenie przyszłemu królowi, a nie aspirowanie do jego stanowiska. Został powiernikiem króla i często widywał go takim, jakim mogła go oglądać tylko najbliższa rodzina. Jego rola i pozycja zostały określone w chwili jego narodzin, podobnie jak w przypadku każdego z dwudziestu dwóch pokoleń kanclerzy przed nim.
Wrócił służący z tacą zastawioną talerzami z wędzonymi ostrygami i sardelami, winogronami i dwiema karafkami, jedną z wodą z sokiem z cytryny, drugą z winem. Thaddeus zachęcił gestem kobietę, by się częstowała.
– Nie chcę między nami nieporozumień – rzekł. – Widzę, że jesteś sumiennym żołnierzem, a sądząc po twoim stroju, miałaś ciężką podróż. O tej porze roku Mein musi być lodową pustynią. Napij się. Odetchnij. Pamiętaj, że znajdujesz się za murami Akacji. A potem powiedz mi to, co musisz.
– Generał Alain przysyła...
– Tak, mówiłaś, że przysłał cię Leeka. A nie gubernator?
– Ta wiadomość pochodzi od generała Alaina – powiedziała wysłanniczka. – Przysyła królowi i jego czworgu dzieciom wyrazy czci oraz umiłowania. Oby żyli długo. Ponawia przysięgę lojalności i prosi, by król uważnie wysłuchał jego słów. Wszystkie są prawdziwe, nawet jeśli jego wiadomość wyda się niewiarygodna.
Thaddeus zerknął na służącego. Kiedy mężczyzna wyszedł z komnaty, kanclerz powiedział:
– Król słucha poprzez mnie.
– Hanish Mein planuje wojnę z Akacją.
Thaddeus się uśmiechnął.
– To nieprawdopodobne. Meinowie nie są głupcami. Jest ich mało. Imperium Akacjańskie rozdeptałoby ich jak mrówki. Od kiedy Leeka stał się takim...
– Wybacz mi, panie, ale nie skończyłam raportu. – Wysłanniczka sprawiała wrażenie zasmuconej tym faktem. Potarła powieki. – Musimy stawić czoło nie tylko Meinom. Hanish Mein zawarł sojusz z ludem zza Pól Lodowych. Przeszli ponad dachem świata na południe, do Meinu.
Kanclerz zrobił zafrasowaną minę.
– To niemożliwe.
– Przysięgam na moją prawą rękę, panie, że przybywają na południe całymi tysiącami. Sądzimy, że posłuchali wezwania Hanisha Meina.
– Wypuścił się poza granice Znanego Świata?
– Widzieli ich zwiadowcy. To dziwny lud, barbarzyński i gwałtowny...
– Obce ludy zawsze są uważane za barbarzyńskie i gwałtowne.
– Przerastają normalnych ludzi więcej niż o głowę. Jeżdżą na wełnistych, rogatych zwierzętach, które tratują ludzi. Przybywają nie tylko żołnierze, ale kobiety, dzieci i starcy, z wielkimi wozami niczym ruchome miasta, ciągniętymi przez wiele setek zwierząt, o jakich nigdy przedtem nie słyszałam. Podobno mają też ze sobą wieże oblężnicze i inne dziwne rodzaje broni, a także prowadzą wielkie stada bydła...
– Opisujesz nomadów. To są wytwory wyobraźni jakiegoś kłamcy.
– Jeśli to są nomadzi, to nasz świat takich nie widział. Splądrowali miasto Vedus na dalekiej północy. Powiedziałam „splądrowali”, lecz w istocie po prostu się przez nie przetoczyli. Nie zostawili nic, zabrali ze sobą wszystko, co miało jakąkolwiek wartość.
– Skąd wiesz, że Hanish Mein ma z tym coś wspólnego?
Posłanniczka utkwiła wzrok w kanclerzu. Mogła mieć najwyżej dwadzieścia pięć lat, lecz na jej twarzy już było widać niezwykłe cierpienie i ból. Thaddeus wierzył, że kobiety żołnierki są o wiele twardsze niż przeciętny mężczyzna. Ona wiedziała, o czym mówi, a on powinien był to uznać.
Thaddeus wstał i gestem nakazał kobiecie podejść do wiszącej na przeciwległej ścianie dużej mapy imperium.
– Pokaż mi to na mapie. Powiedz mi wszystko, co wiesz.
Rozmawiali przez następną godzinę; on z coraz większą powagą zadawał pytania, ona z przekonaniem odpowiadała. Wodząc wzrokiem po mapie, Thaddeus mimowolnie wyobraził sobie smagane wiatrem pustkowie, o którym rozmawiali. Żaden inny rejon Znanego Świata nie sprawiał tylu kłopotów, co Satrapia Meinów. Była to surowa ziemia leżąca na północnym płaskowyżu, kraina dziewięciomiesięcznych zim i jasnowłosych ludzi, którym udawało się tam przeżyć. Płaskowyż nosił taką samą nazwę jak jego mieszkańcy, lecz Meinowie nie pochodzili stamtąd. Byli niegdyś klanem z Lądu, żyjącym u wschodnich podnóży Gór Senivalskich, dość podobnym do dawnych Akacjan. Po wysiedleniu przez Starych Akaran zamieszkali na płaskowyżu i musieli nazywać go domem przez dwadzieścia dwa pokolenia, tyle samo czasu, ile Akaranie mieli bazę na Akacji.
Meinowie byli ludem plemiennym, wojowniczym i swarliwym, równie surowym i bezdusznym jak zamieszkiwana przez nich kraina, o kulturze stworzonej wokół złośliwego panteonu duchów zwanego Tunishnevre. Byli dumni ze swego pochodzenia i chronili czystość, żyjąc w izolacji od świata. Zawierali małżeństwa tylko między sobą i potępiali łączenie się z innymi rasami. Dzięki tak postrzeganej czystości rasowej każdy Mein mógł zdobyć dla siebie tron w pojedynku na śmierć i życie, zwanym maseretem.
System ten sprzyjał gwałtownym zmianom władzy, a każdy nowy wódz musiał zdobyć przychylność mas. Po koronacji wódz przyjmował nazwę rasy jako swoje imię, co oznaczało, że reprezentuje cały naród. W ten sposób ich obecny przywódca, Hanish z rodu Heberen, w dzień swego pierwszego maseretu, kiedy zachował koronę zmarłego ojca, stał się Hanishem Meinem. Fakt, że Hanish kipiał nienawiścią do Akacji, nie był dla kanclerza niczym nowym. Lecz to, co mówiła ta kobieta, przeszło jego wyobrażenia.
Zachęcana przez Thaddeusa, posłanniczka zjadła wszystko z talerza. Przyniesiono następny, tym razem z twardym serem, który trzeba było kroić ostrym nożem. Kanclerz ukroił trójkątne kawałki dla nich obojga, a potem z nożem w dłoni słuchał, wpatrując się w swoje odbicie w ostrzu.
Wysłanniczka usiłowała walczyć z sennością, lecz powieki opadały jej coraz bardziej.
– Obawiam się, że zasypiam – powiedziała w końcu – lecz wszystko ci już wyjaśniłam. Czy mogę stanąć przed obliczem króla? To są sprawy przeznaczone dla jego uszu.
Na wzmiankę o królu Thaddeusowi przyszła nagle do głowy myśl, jakiej wcale by się nie spodziewał w tej chwili. Przypomniał sobie pewien dzień zeszłego lata, kiedy znalazł Leodana w labiryntowych ogrodach pałacu. Król siedział na kamiennej ławie w niszy utworzonej przez oplecione pnączami fragmenty dawnych murów, które stanowiły fundament skromniejszej siedziby pierwszego króla. Na kolanach trzymał najmłodszego syna, Dariela. Razem przyglądali się jakiemuś drobnemu przedmiotowi w dłoni chłopca. Kiedy Thaddeus podszedł bliżej, król podniósł na niego uradowany wzrok.
– Spójrz, Thaddeusie. Odkryliśmy owada z nakrapianymi skrzydełkami – powiedział tak, jakby to była najważniejsza rzecz na świecie.
Thaddeus najbardziej lubił króla w tych chwilach dnia, kiedy mężczyzna miał czysty wzrok, niezmącony mgłą, która przesłaniała mu oczy co wieczór. W tych mrocznych momentach stawał się ponury, lecz z dziećmi... cóż, w towarzystwie dzieci był głupcem pamiętającym młodość. Mądrym głupcem, który wciąż znajdował w świecie coś cudownego...
– Kanclerzu?
Thaddeus wzdrygnął się. Uświadomił sobie, że od pewnego czasu oboje siedzą w milczeniu. Poczuł na palcu ostry czubek noża do sera.
– Król musi usłyszeć o tym wszystkim w ciągu godziny – powiedział. – Mówisz, że generał Alain przysłał cię prosto tutaj? Nie rozmawiałaś o tym z gubernatorami?
– Moja wiadomość była przeznaczona dla króla Leodana – odparła.
– I słusznie. Posiedź tu chwilę. Ustalę twoje spotkanie z królem. Oddałaś nam wielką przysługę.
Kanclerz wstał. Wciąż trzymał w ręce nóż, ale ruszył do drzwi, jakby o nim zapomniał. Kiedy minął krzesło posłanniczki i znalazł się za nią, odwrócił się. Przekręcił nóż w dłoni i chwycił trzonek tak mocno, że aż pobielały mu kostki. Jedną ręką przytrzymał czoło kobiety, a drugą podciął jej gardło. Nie był pewien, czy nóż nada się do tego celu, dlatego użył więcej siły, niż było trzeba. Lecz zadanie zostało wykonane. Posłanniczka nie wydała żadnego dźwięku. Jeszcze przez chwilę stał tuż za nią; klinga noża i i trzymająca ją dłoń były zakrwawione. Potem rozprostował palce i nóż upadł na podłogę.
Thaddeus nie był tak całkowicie oddany królowi, jak się wydawało, i po raz pierwszy w życiu potwierdził ten fakt krwawym, nieodwracalnym czynem. Ta okrutna prawda oszołomiła go. Z wielkim wysiłkiem uspokoił się i uporządkował myśli. Odeśle służących, a potem pozbędzie się ciała i posprząta. Zajmie mu to resztę nocy, ale nawet nie będzie musiał wychodzić ze swojej części pałacu. Pod komnatą, w której stał, znajdował się loch. Wystarczy tylko przeciągnąć kobietę po prowadzących do niego kręconych schodach, wepchnąć ją do środka, zamknąć drzwi na klucz i zaczekać, aż szczury, owady i robactwo spokojnie oczyszczą jej kości.
Poradzenie sobie z moralnymi konsekwencjami tego, co właśnie rozpoczął, takie łatwe już nie będzie.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-11-11 (1072 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej