Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Orbita bez końca
 
Katalog - dodano
 Kroniki Jaaru. Megapolis
- Adam Faber
 Syrena
- John Everson
 Siedem śmierci Evelyn Hardcastle
- Stuart Turton
 Gamedec. Czas silnych istot
- Marcin Przybyłek
 Europa w zimie
- Dave Hutchinson
 
- skomentowano
 Dynia i jemioła. Nietypowe historie świąteczne
- Aneta Jadowska
 Wiedźmie opowieści
- Olga Gromyko
 Pierwsze słowo
- Marta Kisiel
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Pod napięciem'' - Jeffery Deaver



Rozdział 2

Kierowca sunął autobusem M70 wraz ze sznurem samochodów w kierunku przystanku na Pięćdziesiątej Siódmej, niedaleko miejsca, gdzie Dziesiąta Aleja przechodzi w Amsterdam. Był w niezłym nastroju. Nowy autobus – niskopodłogowy model z przyklękiem, który opuszczał się przy chodniku, by ułatwić wsiadanie – wyposażono w pochylnię dla niepełnosprawnych, fantastyczny układ kierowniczy oraz, co najważniejsze, siedzenie przyjazne dla siedzenia kierowcy.
Bóg mu świadkiem, że bardzo tego potrzebował, spędzając za kółkiem osiem godzin dziennie.
Nie interesowało go metro ani kolejki Long Island czy Metro North.
Nie, uwielbiał autobusy, mimo obłędnego ruchu, wrogości i arogancji na ulicach. Uważał jazdę autobusem za wyjątkowo demokratyczną. Taksówki były drogie i cuchnące; metro nie zawsze dowoziło pasażera tam, gdzie chciał. A poruszać się pieszo? Przecież to Manhattan. Jeżeli ktoś miał na to czas, świetnie, ale kto miał? Poza tym lubił ludzi i podobało mu się, że każdą osobę, która wsiadała do jego autobusu, mógł powitać skinieniem głowy i uśmiechem. Nowojorczycy, w przeciwieństwie do opinii wielu ludzi, nie byli wcale nieprzyjaźni. Czasem po prostu nieśmiali, niepewni, zamyśleni.
Często wystarczył uśmiech, jedno słowo, kiwnięcie głowy... i zyskiwał nowego znajomego.
Lubił to, nawet gdyby znajomość miała się zakończyć sześć czy siedem skrzyżowań dalej.
Witając pasażerów, miał też okazję wypatrzyć psycholi, pijaczków, speedziarzy i ćpunów i zdecydować, czy powinien wcisnąć przycisk alarmowy.
W końcu to był Manhattan...
Dziś wstał piękny, bezchmurny i rześki dzień. Kwiecień. Jeden z jego ulubionych miesięcy. Około wpół do dwunastej i w autobusie tłoczyli się ludzie zmierzający na wschód, gdzie umówili się z kimś na lunch albo chcieli wykorzystać wolną godzinę na załatwienie jakiejś sprawy. Jadąc w poruszającym się wolno strumieniu aut, skierował swój wielki pojazd na przystanek, gdzie czekało kilka osób.
Zbliżając się tam, przypadkiem rzucił okiem na stary brązowy budynek. Pochodził on z początku dwudziestego wieku, miał okratowane okna, ale wewnątrz zawsze panował mrok; kierowca nigdy nie widział, by ktokolwiek tam wchodził lub stamtąd wychodził. Trochę straszne miejsce, przypominające więzienie. Na froncie wisiała łuszcząca się tablica z białym napisem na niebieskim tle.

Algonquin Consolidated Power an d Light
Podstacja MH-10
Uwaga: wysokie napięcie. Wstęp wzbroniony.


Rzadko zwracał uwagę na budynek, ale dziś jego wzrok przyciągnęło coś niecodziennego. Nigdy czegoś takiego nie widział. Z okna na wysokości około trzech metrów zwisał przewód o średnicy ponad centymetra, pokryty ciemną izolacją prawie końca, gdzie plastik czy gumę zdarto, odsłaniając srebrzyste pasma metalu, przyśrubowane do jakiegoś elementu, płaskiego kawałka mosiądzu. Grubaśny kabel, pomyślał kierowca.
I wywiesili go z okna. Czy to w ogóle bezpieczne?
Zahamował, zatrzymując autobus na przystanku i wciskając guzik otwierający drzwi. Uruchomił się mechanizm przyklęku i podłoga obniżyła się nad chodnikiem, a metalowy stopień zawisł parę centymetrów nad ziemię.
Kierowca odwrócił szeroką, rumianą twarz w stronę drzwi, które rozsunęły się z miłym dla ucha hydraulicznym sykiem. Ludzie zaczęli wsiadać.
– Dzień dobry – powiedział wesoło kierowca.
Osiemdziesięciokilkuletnia kobieta, ściskając w ręku torbę z butiku Henri Bendela, skinęła mu głową i podpierając się laską, poczłapała do tyłu, nie zważając na puste miejsca z przodu, zarezerwowane dla osób starszych i niepełnosprawnych.
Jak można nie uwielbiać nowojorczyków?
Dostrzegł nagły ruch w lusterku wstecznym. Migające żółte światła. Z tyłu nadjeżdżała furgonetka. Z Algonquin Consolidated. Wysiedli z niej trzej robotnicy i stanęli przed budynkiem, rozmawiając. Mieli skrzynki z narzędziami, grube rękawice i kurtki. Nie wyglądali na zadowolonych, ruszając wolnym krokiem do stacji transformatorowej; z pochylonymi ku sobie głowami naradzali się po drodze. Jedna z trzech głów pokręciła się złowróżbnie.
Kierowca spojrzał na ostatniego pasażera, który zamierzał wsiąść do autobusu, młodego Latynosa, trzymającego w ręku MetroCard. Mężczyzna zatrzymał się przed otwartymi drzwiami autobusu. Patrzył w stronę stacji transformatorowej spod zmarszczonych brwi. Unosił głowę, jak gdyby pochwycił jakiś zapach.
Ostra, gryząca woń. Coś się paliło. Kierowca pamiętał, że taki sam zapach towarzyszył awarii pralki, gdy doszło do zwarcia w silniku i spaliła się izolacja. Obrzydliwy, mdlący smród. Zza drzwi stacji unosiła się smużka dymu.
A więc dlatego zjawili się tu ludzie z Algonquin.
Będzie bałagan. Ciekawe, czy odetną prąd i wyłączą się światła na skrzyżowaniach. Dla niego to będzie koniec. Droga przez miasto, trwająca zwykle dwadzieścia minut, przeciągnie się do kilku godzin. Tak czy inaczej, lepiej będzie, jeżeli zrobi miejsce dla strażaków. Dał znak pasażerowi.
– Halo, proszę pana. Muszę jechać. Niech pan już wsia...
Gdy pasażer, wciąż z podejrzliwą miną wciągający zapach dochodzący z budynku, odwrócił się i wsiadł do autobusu, kierowca usłyszał jakieś trzaski z wnętrza stacji. Ostre i krótkie, przypominające wystrzały. Chwilę później cały chodnik między autobusem a kablem zwisającym z okna wypełnił błysk światła, jakby naraz zapłonęło kilkanaście słońc.
Pasażer zniknął w tumanie białego ognia.
Wzrok kierowcy przesłoniła seria szarych powidoków. Ogłuszył go grzmot, który brzmiał jak terkot i huk strzelby jednocześnie. Choć sam był przypięty pasami bezpieczeństwa, cisnęło go plecami na boczne okno.
Porażonymi uszami pochwycił echo wrzasku pasażerów.
Na wpół oślepionymi oczami dojrzał płomienie.
Tracąc przytomność, zastanawiał się, czy to nie on sam jest źródłem ognia.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-11-12 (1013 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej