Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Dziedzictwo Posłańca
 
Katalog - dodano
 Dotąd dobrze
- Ursula K. Le Guin
 Coś
- John W. Campbell
 Zmierzch Bogów
- Michał Gołkowski
 Czara Cieni
- Frances Hardinge
 Śpiew kukułki
- Frances Hardinge
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Elantris - Brandon Sanderson



Niegdyś, kiedy Raoden stawał na murach Elantris, aby spojrzeć w dół – zarówno dosłownie, jak i w przenośni – na jego mieszkańców, widział okrywający miasto brud. Teraz sam w nim stał. Każda powierzchnia – od ścian budynków po liczne pęknięcia w bruku – była pokryta patyną brudu. Śliska, oleista substancja wyrównywała koloryt Elantris, wszystkim barwom nadając ten sam jednolity, przygnębiający odcień – kolor stanowiący mieszaninę pesymizmu czerni z nieczystymi zieleniami i brązami ścieków.
Przedtem udawało mu się dostrzec kilku mieszkańców miasta. Teraz mógł ich również słyszeć. Kilku Elantrian leżało na cuchnących kocich łbach rynku. Wielu siedziało bezmyślnie w kałużach ciemnej wody, które pozostały po nocnej ulewie. I wszyscy jęczeli. Większość czyniła to cicho, mamrocząc coś pod nosem, lub popiskując z bólu. Tylko jedna z kobiet w głębi placu wrzeszczała jak opętana. Po chwili jednak ucichła, jakby zabrakło jej tchu lub sił na dalsze krzyki.
Większość była odziana w coś, co wyglądało jak łachmany – luźne, ciemne odzienie, równie brudne jak ulice. Z bliska jednak Raoden rozpoznał tę odzież. Spojrzał na własne, białe trumienne szaty. Były długie i powiewne, jak wstęgi zszyte razem w długą, luźną tunikę. Len na ramionach i kolanach był już zabrudzony od ocierania się o bramy miasta i kamienne filary. Raoden domyślał się, że wkrótce będą nie do odróżnienia od strojów innych Elantrian.
Oto czym się stanę, pomyślał Raoden. To się już zaczęło. Za kilka tygodni będę tylko pozbawionym nadziei ciałem, trupem jęczącym gdzieś w kącie.
Z żalu nad swym losem wyrwał go nagle słaby ruch po drugiej stronie rynku. Kilku Elantrian siedziało w kucki w mrocznym podcieniu po drugiej stronie placu, na wprost niego. Niewiele mógł wyczytać z ciemnych sylwetek, ale wydawało się, że na coś czekają. Czuł na sobie ich wzrok.
Uniósł rękę, by osłonić oczy przed światłem, i dopiero wtedy przypomniał sobie, że trzyma w dłoni mały pleciony kosz. Zawierał on rytualną ofiarę Korathi wysyłaną z umarłym w kolejne życie – lub w tym przypadku, do Elantris. Kosz zawierał bochen chleba, pęczek wątłych warzyw, garść ziarna i małą flaszkę wina. Zwykłe ofiary dla umarłych były znacznie obfitsze, ale to była ofiara dla Shaod.
Raoden spojrzał znów na postaci w bramie i przypomniał sobie plotkę, którą słyszał jeszcze tam, na zewnątrz, o tym, jak brutalni bywają Elantrianie. Cienie jeszcze się nie poruszyły, ale spojrzenia, które czuł na sobie, były irytujące. Odetchnął głęboko i zszedł na bok, poruszając się wzdłuż murów miejskich ku wschodniej części rynku. Postaci wciąż mu się przyglądały, ale nie poszły za nim. Po chwili nie widział już bramy, a sekundę później skręcił szybko w jedną z bocznych uliczek.
Odetchnął głęboko, czując, że udało mu się przed czymś uciec, choć nie wiedział przed czym. Po kilku chwilach był już pewien, że nikt go nie śledzi, i zaczął się wstydzić własnego niepokoju. Do tej pory nie natknął się jeszcze na nic, co potwierdzałoby krążące na temat Elantris plotki. Pokręcił głową i ruszył dalej. Smród wręcz obezwładniał. Wszechobecne ścieki wydzielały smród pleśni i zgnilizny, jak gnijące grzyby. Raoden był tak oszołomiony tym odorem, że omal nie nadepnął na starca skulonego pod ścianą budynku. Człowiek jęknął żałośnie, wyciągnął chudą rękę. Raoden spojrzał w dół i przeszedł go dreszcz. „Starzec” miał nie więcej niż szesnaście lat. Pokryta sadzą skóra istoty była ciemna i plamista, ale twarz należała do dziecka, nie do mężczyzny. Raoden mimowolnie cofnął się o krok.
Chłopiec jakby zrozumiał, że straci wkrótce szansę, i wyprostował rękę z nagłym przypływem sił, jaki daje tylko desperacja.
– Jedzenie? – wymamrotał ustami, w których brakowało połowy zębów. – Proszę.
Ręka opadła, widocznie zapas jego sił się wyczerpał. Ciało również opadło i znów oparło się o kamienną ścianę. Oczy jednak nie ustawały w śledzeniu Raodena. Smutne, pełne bólu
oczy. Raoden widział już wcześniej żebraków w Zewnętrznych Miastach i prawdopodobnie nie raz został oszukany przez szarlatanów.
Ten chłopiec jednak nie udawał.
Sięgnął do kosza i wyciągnął bochen ofiarnego chleba, podając go chłopcu. Wyraz niedowierzania, jaki przebiegł po twarzy nieszczęśnika był chyba jeszcze bardziej niepokojący niż rozpacz, której miejsce zajął. To stworzenie dawno temu straciło nadzieję i żebrało bardziej z przyzwyczajenia, niż czekając na pomoc.
Raoden minął chłopca i ruszył dalej wąską uliczką. Miał nadzieję, że miasto okaże się mniej ponure, kiedy opuści rynek, sądząc, że być może brud nawarstwiał się na skutek większego ruchu. Mylił się jednak – uliczka tonęła w takiej samej warstwie błota, jeśli nie grubszej.
Za jego plecami rozległ się nagle stłumiony łomot. Raoden obejrzał się, zaskoczony. U wylotu bocznej uliczki stała grupa ciemnych postaci, pochylona nad spoczywającym na ziemi ciałem. Żebrak. Raoden z drżeniem patrzył, jak pięciu mężczyzn pożera bochenek chleba, walcząc o niego między sobą i ignorując rozpaczliwe okrzyki chłopca. Wreszcie jeden, widocznie zirytowany, spuścił na głowę chłopaka zaimprowizowaną pałkę, z chrzęstem, który rozległ się w całym zaułku. Mężczyźni skończyli jeść chleb i spojrzeli na Raodena, który z lękiem cofnął się o krok. Chyba zbyt pochopnie uznał, że nie jest śledzony. Kiedy pięciu mężczyzn wolno ruszyło w jego stronę, Raoden okręcił się na pięcie i rzucił do ucieczki.
Za plecami słyszał odgłosy pościgu. Z przerażeniem biegł przed siebie – jako książę nigdy by tego nie uczynił. Biegł na oślep, spodziewając się, że za chwilę zabraknie mu tchu, a w boku odezwie się ostre ukłucie bólu, jak zwykle, kiedy się zmęczył. Nic się jednak nie stało, zamiast tego poczuł jedynie ogromne znużenie i osłabienie, wydawało mu się, że zaraz upadnie. Było to okropne uczucie, jakby życie uchodziło z niego kropla po kropli.
Z desperacją rzucił za siebie ofiarny koszyk. Wykonując niezgrabny ruch, stracił równowagę i niewidoczna wyrwa w bruku wprowadziła go w bezładny poślizg, ciskający go na masę gnijącego drewna. Drewno – które niegdyś mogło być stertą skrzyń – zatrzeszczało i zamortyzowało upadek.
Raoden usiadł szybko, aż kawałki rozmiękczonej drzewnej miazgi rozprysły się naokoło. Napastnicy jednak stracili już zainteresowanie. Cała piątka klęczała w błocie, wymacując rozrzucone warzywa i ziarno, zbierając je z bruku i wyławiając z ciemnych kałuż. Raoden poczuł, że żołądek podchodzi mu do gardła, kiedy jeden z mężczyzn wsunął palce w szczelinę między kamieniami, wydobył spomiędzy nich papkę, w której było więcej ziemnej mazi niż kukurydzy, i łapczywie wepchnął do ust. Po podbródku pociekła mu brudna ślina, poruszające się wargi przypominały kociołek pełen bulgoczącego błota.
Jeden z napastników zauważył, że Raoden im się przygląda. Warknął i sięgnął po pałkę wiszącą mu u boku. Raoden rozpaczliwie macał wokół siebie w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby służyć jako broń, aż znalazł deskę, która wydała mu się nieco mniej zgniła od pozostałych. Podniósł ją w niepewnych dłoniach, usiłując groźnie wyglądać.
Bandyta przystanął. Sekundę później jego uwagę odwrócił dochodzący z tyłu okrzyk radości. Jeden z pozostałych odnalazł maleńki bukłak z winem. Walka, która się natychmiast wywiązała, sprawiła, że napastnicy na dobre zapomnieli o Raodenie.
Wkrótce cała piątka znikła – czterech mężczyzn goniło piątego, szczęśliwca czy może naiwniaka, który dopadł bukłak jako pierwszy i postanowił uciec z cennym napitkiem. Raoden usiadł na stercie drewna, całkiem oszołomiony. A więc tym się staniesz...
– Zdaje się, że zapomnieli o tobie, sule – usłyszał czyjś głos.
Raoden poderwał się. Opodal, na niewielkich schodkach, rozparł się leniwie mężczyzna. Jego gładka, łysa czaszka błyszczała w świetle poranka. Zdecydowanie był Elantrianinem, ale przed przemianą musiał należeć do innej rasy niż Raoden, pochodzącej spoza Arelonu. Skóra mężczyzny nosiła zdradzieckie ślady Shaod, ale jej nietknięte fragmenty nie były białe, lecz ciemnobrązowe.
Raoden napiął mięśnie, gotów zmierzyć się z zagrożeniem, lecz ten człowiek nie okazywał ani pierwotnej dzikości, ani porażającej słabości, jakie prezentowali inni mieszkańcy. Wysoki, o zgrabnej sylwetce, miał szerokie dłonie i bystre oczy. Przyglądał się Raodenowi z niejaką zadumą. Raoden odetchnął z ulgą.
– Kimkolwiek jesteś, cieszę się, że cię widzę. Myślałem, że wszyscy tutaj są umierający lub postradali zmysły.
– Nie możemy być umierający – odpowiedział pogardliwie mężczyzna. – My już nie żyjemy. Kolo?
– Kolo. – Obce słowo było mu jakby znajome, podobnie, jak silny akcent tamtego. – Nie pochodzisz z Arelonu?
Mężczyzna pokręcił głową.
– Jestem Galladon, z suwerennego Królestwa Duladelskiego. Ostatnio pochodzę z Elantris, krainy ścieków, szaleństwa i wiecznego potępienia. Miło cię poznać.
– Duladen? – powtórzył Raoden. – Przecież Shaod dotyka jedynie ludzi z Arelonu.
Wstał, otrzepał się z kawałków drewna i skrzywił, kiedy poczuł ból w stłuczonym palcu. Był pokryty błotem i przesiąkł już odorem Elantris.
– Duladen to mieszanina ras: arelickiej, fjordelskiej, teodzkiej... Wszystkich tam znajdziesz.
Raoden zaklął cicho.
Galladon uniósł brew.
– Co się dzieje, sule? Drzazga ci się wbiła w nieodpowiednie miejsce? A właściwie, jeśli się zastanowić, to nie ma na to odpowiednich miejsc.
– To mój palec! – odparł Raoden, kuśtykając po śliskich kamieniach.
– Coś się z nim dzieje. Potknąłem się, kiedy biegłem, ale ból nie chce zniknąć.
Galladon pokręcił ze smutkiem głową.
– Witaj w Elantris, sule. Nie żyjesz, twoje ciało nie będzie się regenerowało jak należy.
– Co? – Raoden podszedł do stopni, na których siedział Galladon i usiadł obok. Palec bolał go wciąż tak samo jak w momencie uderzenia.
– Każdy ból, sule – szepnął Galladon. – Każde skaleczenie, każde uderzenie, każdy siniec, każde ukłucie – pozostaną z tobą, aż oszalejesz z bólu. Jak powiedziałem, witaj w Elantris.
– Jak to znosicie? – zapytał Raoden, masując palec. To było takie głupie, drobne uderzenie, ale i tak musiał hamować łzy bólu, napływające mu do oczu.
– Nie znosimy. Albo jesteśmy bardzo ostrożni, albo kończymy jak ci rulos, których widziałeś na rynku.
– Na rynku... Idos Domi! – Raoden dźwignął się na nogi i pokuśtykał w stronę rynku.
Odnalazł młodego żebraka w tym samym miejscu, przy wylocie alejki. Wciąż żył... na swój sposób.
Oczy chłopca były zwrócone ku niebu, źrenice drgały lekko. Poruszał ustami, ale nie wydobywał się z nich żaden dźwięk. Z boku jego szyi widniała ogromna rana, obnażająca kręgi i krtań. Chłopak próbował oddychać, ale czynił to ostatkiem sił. Nagle palec Raodena przestał być aż tak ważny.
– Idos Domi... – wyszeptał, odwracając głowę.
Ogarnęły go mdłości. Wyciągnął rękę i przytrzymał się ściany budynku, by nie upaść. Pochylił się, z całych sił starając się nie uczynić obfitszymi nieczystości spływających po bruku.
– Jemu już niewiele pomoże – rzekł Galladon rzeczowym tonem, kucając przy żebraku.
– Jak...? – zaczął Raoden, ale urwał, bo żołądek znowu zaczął go nękać. Z głośnym pluskiem usiadł w błocie i po kilku głębokich oddechach zdołał wreszcie zapytać: – Jak długo będzie tak żył?
– Wciąż nic nie rozumiesz, sule – odrzekł ze smutkiem w głosie Galladon. – On nie żyje. Każdy z nas nie żyje. Dlatego przecież tu jesteśmy. Kolo? Chłopiec pozostanie w takim stanie na zawsze. A właściwie tak długo, jak długo trwa zwykle wieczne potępienie.
– I nic nie możemy zrobić?
Galladon wzruszył ramionami.
– Możemy próbować go spalić, o ile uda nam się rozpalić ogień. Ciała Elantrian palą się chyba lepiej niż przeciętnych ludzi, niektórzy uważają też, że dla naszego ludu to godna śmierć.
– A... – Raoden wciąż nie mógł się zdobyć na to, by spojrzeć na chłopca. – A jeśli to zrobimy, co stanie się z nim... z jego duszą?
– On nie ma duszy – odparł Galladon. – Przynajmniej tak twierdzą kapłani. Korathi, Derethi, Jesker... wszyscy mówią to samo. Jesteśmy przeklęci.
– To nie jest odpowiedź na moje pytanie. Czy ból ustanie, jeśli go spalimy?
Galladon spojrzał na chłopca. Po dłuższej chwili wzruszył ramionami.
– Niektórzy powiadają, że jeśli się nas spali, albo odetnie głowę, albo zrobi coś, co spowoduje całkowite zniszczenie ciała, po prostu przestaniemy istnieć. Inni z kolei twierdzą, że ból nie ustanie. Że staniemy się bólem. Uważają, że będziemy unosić się bezmyślnie, niezdolni do odczuwania czegokolwiek oprócz bólu. Nie podoba mi się ani jedna, ani druga opcja, więc będę po prostu starał się pozostać w jednym kawałku. Kolo?
– Tak – szepnął Raoden. – Kolo.
Odwrócił się, wreszcie zbierając całą odwagę, by spojrzeć na rannego chłopca. Jego wzrok znów padł na ogromną ranę i krew wolno wypływającą z niej na ziemię – jakby płyn po prostu znajdował się w żyłach, niczym woda stojąca w bajorze. Z nagłym dreszczem przerażenia Raoden uniósł rękę i dotknął piersi.
– Moje serce nie bije! – zawołał. Dopiero teraz zdał sobie z tego sprawę.
Galladon spojrzał na Raodena, jakby usłyszał całkowicie idiotyczne stwierdzenie.
– Sule, jesteś martwy. Kolo?









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-05-15 (1626 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej