Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Martwy rewir
 
Katalog - dodano
 Immersja
- Erick Pol
 Jadowity miecz
- Rafał Dębski
 Zabójcze maszyny
- Philip Reeve
 Ostatnie konklawe
- Marcin Wolski
 Strażnik rzeczy zagubionych
- Ruth Hogan
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 

''Koniasz. Wilk samotnik, t.2'' - Miroslav Žamboch



Przelotny kontakt



Bamegi ukrywał przed ludźmi swój zły humor. Varatchi okazał niezadowolenie z postępu poszukiwań i po raz pierwszy sięgnął po swój własny plan. Dysponując informacją, że Koniasz wyruszy z Krachtiburga z kupiecką karawaną, rozkazał, żeby zlikwidować wszystkie grupy kupców, jakie następnego dnia ruszą w kierunku bagien. Ninja uważał, że takie rozwiązanie nie jest dobre. Zbyt brutalne i bardzo trudne w realizacji, ze względu na siły, jakie miał do dyspozycji. Nie mógł tego użyć jako argumentu, gdyż Ferusi nigdy nie mówił swemu zwierzchnikowi, jak małą ilością ludzi realizowane są jego rozkazy. Wynikało to z siły wojowników ninja, a teraz niestety obracało się przeciw Bamegiemu. Gdyby mógł ściągnąć ludzi z Malanska, dysponowałby osiemnastoma, a właściwie już tylko piętnastoma żołnierzami. Jeśli miał starannie wykonać zadanie, tak żeby nikt nie uciekł, potrzebował co najmniej dwukrotnej przewagi liczebnej. Tego nauczyło go doświadczenie.
W ostatniej chwili powstrzymał się przed nerwowym zabębnieniem palcami o stół. Nikt nie powinien wiedzieć, że sprawy idą nie po jego myśli. Popatrzył surowo na znajome twarze. Nie wiedzieli o jego rozterkach, co było dobre, bo to on dowodził, on był odpowiedzialny za sukces. Brak sukcesu... tego nie tolerowano.
Wszystko się skomplikowało z powodu poprzednich, chaotycznych, a przez to bardzo szkodliwych akcji Konwentu, zaś teraz znów z powodu aktywności straży miejskiej. Czuł się z tego powodu coraz gorzej. A do tego jeszcze Varatchi zażądał, żeby zajął się masakrą, jaką ludzie Konwentu odkryli na jednej z farm. Miasto miało status niezawisłego i Varatchi nie mógł prowadzić oficjalnego śledztwa własnymi siłami. Drugi co do ważności człowiek w cesarstwie oczywiście był w stanie pociągać za sznurki i zmusić władze miasta do działań zgodnych z jego życzeniem, ale trudno byłoby wówczas ukryć posiadane informacje. Tego Varatchi z jakiegoś powodu chciał uniknąć za wszelką cenę. Bamegi dobrze wiedział, że dyskrecja i profesjonalne działanie stanowi podstawę wysokiej wartości klanu ninja. Oddział tysiąca żołnierzy też w wielu przypadkach podołałby zadaniu... ale z o wiele większym rwetesem i późniejszymi komplikacjami dyplomatycznymi.
Zadanie było trudne, a ludzi do jego wykonania niewielu, miał jednak nadzieję, że dzisiejszej nocy odkryje chociaż część kart należących do nieznanych przeciwników. Chciał się dowiedzieć, kim są ludzie z karawany zorganizowanej na sposób wojskowy. I jaki mają ładunek. Udało mu się podsłuchać, że nie szykują się do odjazdu jutro rano ale zdecydowani są obozować w mieście jeszcze dzień czy dwa. Gdyby miał paru ludzi więcej, mógłby ich nadal śledzić.
Na nocny wypad wziął ze sobą Gaspru i trójkę z drugiego zespołu. Współpracował już wcześniej tylko z Valitem, ale można było polegać i na nim i na jego wyborze pozostałej dwójki.

Szli rozproszeni, chwilami nawet nie tymi samymi ulicami, ale utrzymywali dystans pozwalający się wzajemnie słyszeć. Wszyscy dobrze znali miasto i znali swój cel. Bamegi z zadowoleniem stwierdził, że chociaż jego ludzie są blisko, to ma problem ich usłyszeniem i zauważeniem. I tak powinno być.
Doszedł do szeregu domów ogrodzonych drewnianymi płotami, za którymi znajdował się obóz kupców. Z łatwością przeskoczył przez parkan, kucnął i czekał. W tym ogrodzie psa nie trzymano, stwierdził to już za dnia. W innych były ale dało się słyszeć tylko zduszone szczeknięcie i krótki skowyt. Po problemie. Bamegi chciał się zorientować w terenie przed atakiem. Okrążył dom, dochodząc do ściany zwróconej ku obozowi. Nie znalazł drzewa, na które mógłby się wspiąć, zawrócił więc w stronę domu, wsunął czubek buta w szparę między dwiema belkami, oparł rękę o szorstkie drewno i przeniósł ciężar ciała na nogę. Szło mu nieźle, powierzchnia dawała wystarczającą ilość punktów podparcia, łatwo mógł się wspiąć. Na dach nie wchodził, z doświadczenia wiedział że na zwykłych domach nie są one zbyt mocne. Trzymał się górnych krawędzi belek nośnych i wychylał się w stronę wozów, usiłując rozeznać jakieś szczegóły. Zdołał to zrobić, kiedy zasłonił ręką oczy przed światłem księżyca. Trzy wozy stały tam, gdzie poprzednio, tylko teraz tworzyły trójkąt. Między nimi znajdowała się jaśniejsza plama, powiew wiatru spowodował, że pojawiły się na niej czerwone iskry. Zagaszone ognisko. Już dostrzegł strażnika - stał w luce między wozami, przodem do wolnej przestrzeni. Zdradził go połysk metalu pod szyją, w miejscu gdzie pozornie cywilna odzież nie zakrywała zbroi.
W ogrodzie krótko odezwał się świerszcz. Bamegi wydobył piszczałkę noszoną na sznureczku pod ubraniem i odpowiedział wysokim piskiem nietoperza. W ten sposób potwierdził, że on też odkrył tylko jednego strażnika
Zaczął złazić ze ściany. Zgodnie z planem to Gaspru powinien zabić strażnika i przetrząsnąć wozy. Bamegi chciał obejrzeć obóz z zewnątrz a do środka wejść tylko w razie pojawienia się jakiegoś nieoczekiwanego szczęśliwego zbiegu okoliczności. Valit z pozostałymi obserwował okolicę i zabezpieczał ewentualny odwrót.
Dotarłszy na ziemię, przeskoczył płot i wyczekiwał przykucnięty z głową opuszczoną w dół. Tylko z ukosa obserwował okolicę.
Strażnik już nie stał ale pomału obchodził zewnętrzną linię wozów, drobne kamyki chrzęściły pod jego butami. Czy Gaspru zauważył, że strażnik ma zbroję? Bamegi dla pewności ujął broń, podobną do małego sztyletu, z ostrzem nie dłuższym niż szerokość dłoni. Strażnik przeszedł obok luki między wozami zaledwie parę kroków od Bamegiego. Nigdzie nie było widać Gaspru. Jednak nagle na tle jaśniejszej płachty wozu pojawił się cień, przy gwałtownym ruchu zachrzęściła kolczuga, głuchy odgłos uderzenia i ninja ostrożnie położył na ziemi bezwładne ciało.
Bamegi opuścił swoje miejsce, wymienił krótkie spojrzenie z Gaspru i zaczął obchód zamiast strażnika. Nie domyślał się, jak drugi ninja zabił strażnika, nie było zapachu krwi, więc prawdopodobnie zrobił to bez użycia broni.
Pokonał pierwszy krąg, wiedząc że Gaspru będzie potrzebował czasu, żeby się zorientować w środku. Noc była spokojna, nikt ze śpiących w wozach podróżnych nie podejrzewał, że przybyli goście. Podczas drugiego okrążenia Bamegiego coś zaniepokoiło, nie wiadomo czemu i przez pewien czas podejrzliwie spoglądał w ciemność między dwoma wozami. Taka akcja targa nerwy każdemu człowiekowi, nawet bardzo doświadczonemu, uspokajał sam siebie. Odwrócił się szybko i znalazł się twarzą w twarz z ciemną sylwetką wychodzącą z cienia. Nieprzyjaciel zaatakował pchnięciem, Bamegi odskoczył przewidująco i tylko dlatego zdołał się uratować przed ciosem drugiego miecza, który nieznajomy trzymał jako lewak.
- Nieprzyjaciel – krzyknął Bamegi.
Zrobił wypad z mieczem w jednej a sztyletem w drugiej ręce, podwójne brzęknięcie stali podkreśliło wagę ostrzeżenia.
- Cholera! Alarm! Atakują obóz! - zmącił spokój nocy głos kogoś wyrwanego gwałtownie ze snu.
Bamegi przerwał kontakt z przeciwnikiem, żeby zorientować się w sytuacji. Spostrzegł dwóch swoich ludzi nadbiegających z ciemności, żeby zabezpieczyć ucieczkę, dokładnie według planu. Jednak zanim rzucił się znowu do walki, jego przeciwnik zniknął między wozami, równocześnie zadźwięczała broń i ktoś jęknął.
- Tu jest ich więcej! – rozległ się okrzyk.
To nie była prawda, Gaspru został sam wewnątrz trójkąta wozów. Bamegi przecisnął się miedzy wozami; właśnie zapaliła się pierwsza pochodnia. Spostrzegł Gaspru, jak ciskał bezwładną postacią w dwóch zaspanych mężczyzn z mieczami. Wysoki nieznajomy, z którym Bamegi starł się przed chwilą, obalił na ziemię jednego z zaspanych mężczyzn i pognał wzdłuż ścian wozów, łomocząc w nie i budząc ludzi śpiących wewnątrz.
Budzi ich, zrozumiał Bamegi. Żeby nam narobić kłopotów. Ruszył za nim, ale drogę zastąpił mu chłop wynurzający się jakimś cudownym sposobem spod jednego z wozów. Ninja szczęśliwie odbił sztyletem pchnięcie w pachwinę, biegnąc szybko zostawił za sobą miecz przeciwnika, uderzył go rękojeścią w twarz i ciął w plecy mężczyznę, który zaatakował Gaspru.
- Wycofujemy się! - krzyknął Bamegi, żeby było jasne, iż o żadnej walce z przeważającymi siłami nie ma mowy.
Gaspru usłyszał, w ogólnym zamieszaniu zdołał odbić cięcie w ramię i uderzył przeciwnika drugą ręką w pierś. Mężczyzna upadł, a Bamegi zdołał zadać pchnięcie drugiemu z nieprzyjaciół. Trafił w rękę, którą tamten się zasłaniał, ale to wystarczyło.
W ten sposób zyskali czas i wolną przestrzeń do ucieczki. Bamegi przeskoczył między wozami, a Gaspru uciekł długim szczupakiem pod jednym z nich. Spostrzegli szczupłą wysoką sylwetkę odskakującą przed wypadem jakiegoś ninja i natychmiast atakującą pchnięciem. Właściwie Bamegi nie widział tej akcji, usłyszał tylko jak jego człowiek głośno westchnął i zwalił się na ziemię.
To ten żebrak, uświadomił sobie. Poznał go po sposobie, w jaki trzymał głowę w momencie, kiedy obejrzał się, aby skontrolować sytuację za sobą. Może spoglądał na obóz a może odgadł zamysł Bamegiego i został na miejscu, żeby wesprzeć obrońców i przysporzyć napastnikom jak największych strat. Chłodna kalkulacja... Bamegi pochylił się, żeby ruszyć na niego.
- Strzelajcie! Wystrzelajcie ich wszystkich! - zatrzymał go pełen wściekłości głos i widok dwóch mężczyzn nakładających strzały na cięciwy przygotowanych już łuków.
Inny zapalał właśnie pochodnię, której blask przesunął bezpieczną strefę ciemności tak daleko, że ninja nie mieli szans na dobiegnięcie tam na czas. Bamegi jednym płynnym ruchem wyrwał z pochwy na ramieniu trójgraniasty nóż do rzucania i cisnął go płaskim torem. Obracające się ostrze stworzyło wrażenie migoczącego dysku metalowego. Nóż ominął szyję mężczyzny i trafił w pochodnię. Płomień się rozproszył, blask zamigotał i przygasł, ciemność skoczyła do przodu w chwili, gdy zadźwięczały cięciwy łuków.
Bamegi słyszał przed sobą biegnącego Gaspru.
- Kiedy się ich pozbędziemy, wrócimy po ciało – syknął.
Nie chciał zostawiać śladu, po którym mogli ich wyśledzić. Nieco dalej ktoś krzyknął boleśnie, klinga związała się z, klingą ale pojedynek skończył się szybciej niż zaczął. Bamegi miał nadzieję, że zwyciężył jego człowiek - w końcu ciemność była ich żywiołem. Namacał ciało, drugi ninja pomógł mu zarzucić je sobie na plecy i zanim zapalono kolejną pochodnię, zniknęli w głębi ulicy.



Żywy lub martwy



- Prr – Łasica zatrzymał zaprząg, żeby nie najechać na wóz przed nimi. Liama wraz z rodziną Mapuszi przyłączyła się do karawany kupców, handlujących trzcinowymi matami, którzy z powodu złej pogody uznali sezon za przedwcześnie skończony. Pozostałe wozy przyłączyły się do innych karawan kupieckich, w których zaoferowano im miejsca.
- Niech pani potrzyma – powiedział Łasica, oddał jej lejce, zeskoczył z wozu i poszedł obejrzeć biały papier, przybity do drewnianej bramy.
Nagły deszcz spowodował, że ulice natychmiast opustoszały, ludzie chowali się pod arkadami lub wbiegali do domów. Liama naciągnęła na głowę kaptur i ciaśniej zapięła płaszcz wokół ramion. Jechała na wozie sama. Miała bardzo mało rzeczy i udzieliła miejsca manatkom Mapuszi.
Łasica przez chwilę studiował papier, potem rozejrzał się i jednym ruchem zdarł go z drzwi. Wóz przed nimi wreszcie ruszył i Liama potrząsnęła lejcami. Ale Łasica siedział już obok niej.
- Niech pani spojrzy – podał jej zmoczony arkusz.
To nie był papier, lecz droższy, bardziej trwały pergamin. Ostrożnie rozwinęła go na kolanie. Zobaczyła portret, znała tę twarz. Z nieprzyjemnym uczuciem, zmieniającym się z każdym słowem w przekonanie, że jest bardzo źle, czytała na głos tekst pod rysunkiem:
Poszukiwany żywy lub martwy. Za jakiekolwiek informacje prowadzące do ujęcia tego człowieka wyznaczona jest nagroda w wysokości dziesięciu tysięcy złotych. Ponadto dla uczciwego obywatela tytuł Zasłużonego dla Imperium. Dla wszystkich pozostałych darowanie dotychczasowych win i kar z wyjątkiem zbrodni przeciw cesarzowi. Uwaga, poszukiwany jest uzbrojony i niebezpieczny, nie starajcie się go zatrzymywać. Czarodziej, morderca, pederasta, podpalacz, rabuś. Często występuje pod nazwiskiem Koniasz.
Podpisani byli główny śledczy Konwentu Afronsi Nubus i główny radny miasta Krachtiburga Alfred Crepki.
- Co to znaczy? - Liama zwróciła się do Łasicy.
- To znaczy, że go nie złapali i z jakiegoś powodu myślą, że nadal jest w mieście. A bardzo by chcieli go dopaść. Już te pieniądze są wielką pokusą, ale darowanie wszystkich win włącznie z zabójstwem... Uznali go za czarodzieja, żeby akcję mógł zainicjować Konwent.
Wóz pomału trząsł się na bruku, a Łasica myślał.
- Na jego miejscu natychmiast bym zniknęła, ten portret jest znakomity – oceniła Liama.
Oberwanie chmury zmieniło się w prawie przyjemną mżawkę i ulice stopniowo znów się zaludniły.
- Ja też – odparł Łasica – Dlaczego myślą, że ciągle tu jest? Co by go tu mogło trzymać?
Ta uwaga spowodowała, że Liamie mocniej zabiło serce. Nie, ten rozdział był zamknięty. Miała nadzieję, że już Koniasza nie zobaczy. I żałowała tego. Skupiła się na ważniejszych sprawach.
Co będzie, jeśli Konwent znów ogłosi blokadę miasta? Co, jeśli wpadną w pułapkę?
W drogę wyruszyło czternastu dorosłych i piętnaścioro dzieci. Wierzyła już, że zdołają uciec, że są uratowani, a tu znów niebezpieczeństwo.
- Blokady z jego powodu nie ogłoszą, nie zatrzymałaby go – powiedział po dłuższej przerwie Łasica. – Nie jedzie na wozie tak jak my. W nocy przelezie przez obwałowania i rozpłynie się niby dym na wietrze.
Trochę to uspokoiło Liamę, ale nie za bardzo. Rozglądała się nieustannie, jednak nie dostrzegła niczego niezwykłego, prócz tego, że na co drugim rogu wisiało ogłoszenie: Poszukiwany żywy lub martwy.
- Ktoś na to wydał niezłe pieniądze – uznał Łasica, krzywiąc się.
Jego listy gończe tak nie zaniepokoiły.
Zakręt, koła rozchlapały głęboką, ciągle powiększającą się kałużę, otworzył się widok na barierę, oznaczającą granicę miasta. Była otwarta i o dziwo nie stali przy niej celnicy ani żołnierze gwardii miejskiej. Liama odetchnęła z ulgą, Łasica popatrzył na nią porozumiewawczo. Udało się, byli uratowani.
Wozy pomału posuwały się do przodu, przejechały obok opuszczonej budki, służącej do wypisywania kwitów celnych i handlowych, a potem pierwszy wóz, który wjechał na niską fałdę terenu zatrzymał się i woźnica wysiadł. Liama popatrzyła na Łasicę, który wzruszył tylko ramionami, zahamował wóz i oboje ruszyli piechotą naprzód. Zobaczyli linię żołnierzy otaczających miasto. Jeden od drugiego o dziesięć metrów, rząd zaczynał się i kończył w mglistym oparze.
Od tej linii wracało ku miastu kilka wozów, które próbowały przejechać i widocznie im się to nie udało.
Czekali. Liama zrozumiała, że jej nadzieje obróciły się wniwecz. Przegrała, za długo to trwało.
- To są oddziały Varatchiego – poinformował ich woźnica jednego z powracających wozów. – Rada miasta oprosiła o pomoc przy schwytaniu niebezpiecznego czarodzieja. – Kupiec splunął przy tym słowie. – Bez pozwolenia innych arystokratów nie mogą wejść do miasta, ale podobno tak też pomogą. Nikt nie może wyjechać. Zły czas dla handlu. Nie ma co z nimi dyskutować – machnął ręką – To wojsko Varatchiego. Nie lubią gadania po próżnicy.
Liama przełknęła ślinę. Strach wrócił natychmiast, przynosząc ze sobą starą znajomą kluchę w gardle, utrudniającą oddychanie.
- Powołali tysiąc żołnierzy tylko po to, żeby złapać jednego człowieka? - Nie mogła w to uwierzyć. – Zamknęli całe miasto?
- Jest ich jeszcze więcej, z pięć tysięcy – poprawił ją Łasica. – I nie chodzi tylko o jednego człowieka. Chodzi też o was – kiwnął w kierunku Liamy i wozów z tyłu. – To będzie gra o wysokie stawki, a my widzimy na razie tylko kilka kart.
Liamę opuściły nagle wszystkie siły. Tyle starań, a teraz wszystkich ich złapią i zabiją. Była tego pewna.
Droga powrotna wlokła się w nieskończoność. Po co w ogóle wracać, mogła usiąść na bruku i czekać aż ktoś przyjdzie, zabierze ją nie wiadomo dokąd i zabije. Wozy z czworoboków nie jechały już w składzie karawan, wracały trzymając się razem. Dzieci wyczuły ponury nastrój dorosłych, milcząc siedziały stłoczone między pakunkami z oczami rozszerzonymi ze strachu. Chmury obniżyły pułap, ulice zatonęły w lodowatej mgle, która aż paliła w płucach przy oddechu.
W końcu dotarli do pierwszego z czworoboków, w którym mieszkała jedna z rodzin, która miała emigrować.
- Nic nam już nie pomoże, prawda? - zwróciła się do Liamy kobieta pomagająca zejść z wozu pięcioletniemu dziecku.
Liama nie odpowiadała, uświadamiając sobie z gorzką ironią, że nawet teraz ludzie jej ufali. Dali się wprawdzie namówić do ucieczki, ale zachowali w sercach nadzieję, że to ich właściwie nie dotyczy. Że chodzi o jakiś kardynalne nieporozumienie, które z czasem się wyjaśni. Tę nadzieję zniszczyła obecność wojska otaczającego miasto.
- Nie wiem – nie zdobyła się na lepszą odpowiedź.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-11-20 (1018 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej