Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Po zmierzchu
 
Katalog - dodano
 SI
- Stepan Wartanow
 Zawiść
- John Gwynne
 Czerwone zegary
- Leni Zumas
 Ahsoka
- E. K. Johnston
 Intrygi
- Mercedes Lackey
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Ostatni Boss

Autor: Wajper


Zbliżał się. Powoli. Ostrożnie. Ale dla kogoś, kto znał Lochy jak ja, był hałaśliwy jak stado świeżo wyklutych smocząt. Unieszkodliwił i zabrał pułapkę w Zachodnim Korytarzu. Zniszczył nieumarłych w Sali Klejnotu. Otworzył portal w Sali Bólu. Zaszlachtował wielu pomniejszych Mieszkańców... Poza tym znał Słowa Mocy. W Aurze zostawiał ślad jak skank. To czar leczący ciało, to znowu pomoc bóstwa, napełniająca mięśnie bitewną mocą. Największy pływ wywołał inkantacją przywołania - Aura aż ugięła się, gdy w Lochach pojawiło się leśne stworzenie, zapewne pomocnik do walki. Cóż, w końcu dojdzie do mnie. Wszystkie korytarze Lochów prowadziły do mojej siedziby. Nie będzie pierwszy, i zapewne nie będzie ostatni. Wiedziałem, dokąd prowadzą północne drzwi komnaty. I wiedziałem, dlaczego tak wielu ryzykuje życie, by do nich dotrzeć.

Przeciągnąłem się, aż stawy zajęczały i podniosłem zad z kamiennego siedziska. Pochodnia na ścianie z biblioteczką dogasała. Umieściłem na miejscu nową. Wykonałem gest Słowa Mocy. Aura rozpoznała znak, w powietrzu rozległ się cichy głos mówiący "ignitus", a pochodnia zapłonęła, trzeszcząc wesoło. Nie lubię mroku. Nie lubię też zbytniej jasności. Raz tylko, za cielaka, byłem na Zewnątrz. Na Shay - ależ spieprzałem. Pamiętam śmiech ojca. Gdy później pytał o przyczyny lęku, nie potrafiłem odpowiedzieć. Może to była Jasność tej palącej kuli u góry? Może ta obezwładniająco szeroka przestrzeń, której murów nie byłem w stanie dostrzec pomimo wytężania wzroku do granic? Później dowiedziałem się z Ksiąg, że Zewnętrze nie ma żadnych murów. A sklepienie znajduje się tak wysoko, że potrzeba by tysiąca tysięcy tysięcy Lochów postawionych jeden na drugim, by dosięgnąć tej złotej, parzącej kuli. Od dzieciństwa nie zapuszczałem się dalej niż na poziom drugi. Nie interesowało mnie życie mieszkańców Zewnętrza, w odróżnieniu od Skóroskrzydłych z poziomu pierwszego, którzy zapuszczali się nocami do sadyb położonych w dolinie. Przynosili ze sobą opowieści o dwunożnych, odzianych w stal, którzy zasadzali się na łowców, ogniem i stalą trzebiąc zgłodniałe zastępy. I bardzo dobrze, że nie muszę jeść żarcia z Zewnętrza. Słowa Mocy pozwalały mi na przywołanie dowolnej strawy, żywej lub martwej. Czasem z nudów pozwalałem jedzeniu biegać po mojej komnacie, obserwując jego przerażenie i niezdarne próby ucieczki. Zabijałem je w końcu, oczywiście gołymi łapami, jak uczył ojciec. W szafie po nim znajdowało się wiele toporów, sztyletów i cepów. Jednak moja rasa traktowała stalową broń jako ostateczność, a wykorzystanie jej do walki było przejawem tchórzostwa. Cóż poradzić - czasami, gdy wyjątkowo uparty, uzbrojony w długie ostrze mieszkaniec Zewnętrza docierał do mojego domu, musiałem powiększyć zasięg ramion. Miałem ulubiony topór. Był nasączony Słowami Mocy, dzięki którym lepiej leżał w dłoni i zdawał się być o wiele lżejszy. Ojciec otrzymał go jako dar od jakiejś elfickiej czarownicy, której uratował życie w czasie któregoś tam z kolei Zalewu Arachnidów. Jak opowiadał, elfy to podobne dwunogom istoty mieszkające pośród niebotycznych roślin po drugiej stronie Góry, a arachnidy to wielkie insekty, których czasem rodzi się zbyt dużo, gdy warunki sprzyjają. Poszukują zatem terytoriów do ekspansji, by powiększone liczebnie kolonie mogły się wyżywić. Elfy nie godzą się jednak na odstąpienie własnych ziem. I redukują Mocą i stalą populację Arachnidów, aż te ostatnie stwierdzają, że właściwie nowe domy są im zbędne i zdziesiątkowane wracają do Mgielnej Doliny. Roztargnionym wzrokiem poszukałem księgi ojca, w której opisana była okolica lochów. Przydawała mu się w wyprawach. Było w niej również o naszym największym sekrecie. O miejscu za naszą komnatą, za drzwiami zapieczętowanymi Słowami starszymi od całej naszej rasy. Prowadziły do jaskini, w której Starożytni umieścili... Co tym razem..?

Intruz zdetonował magiczne zabezpieczenie w sali odległej o sto kroków. Uwolnił stworzenie ognia. Wsłuchałem się w wibrację murów, zarazem czując pod kopytami echa odległej walki. Łomot metalowych buciorów. Ciężki tupot Żywiołaka. Chrzęst stali, za pomocą której intruz odłupywał płonące skały ciała przeciwnika. Okrzyk bólu. Jeszcze jeden. Tak nagle, że aż drgnąłem mimowolnie, przez Aurę przetoczyła się fala energii. Oddech skroplił się w lotną wodę. Po plecach przebiegł mi dreszcz, stawiając futro w pion. Mróz... Jakże musiało być zimno w sali Stworzenia Ognia... Intruz musiał użyć nie gestów przywołujących Słowa, ale zwoju. Dwunożni potrafią zapisywać na pergaminach Gesty i uruchamiać błyskawicznie Słowa przez samo odczytanie zapisu. To dlatego nie wyczułem kondensacji Mocy. Kiedyś jeden zaskoczył mnie w ten sposób. Oparzenia goiłem przez wiele cykli snu, na lewym barku futro już nigdy nie odrosło, musiałem je ze wstydem zasłaniać zbrojną nakładką. To wystarczyło, by mnie nauczyć respektu dla świstków, które dwunożni noszą u pasów. Kolejny intruz już nie zdołał użyć Pergaminowego Gestu - odciąłem mu łapę, gdy poń sięgał. Dzisiejszy napastnik był dobrze wyposażony, skonstatowałem, czując w Aurze, jak duch Stworzenia Ognia zwraca swą moc w eter, ginąc na zawsze z lochów. Cóż, w tamtej sali zawsze jest jakieś Stworzenie Żywiołów, Aura sama je wytwarza niedługo po śmierci lokatora. Ciekawiło mnie, czy i ja odrodzę się, gdy moja Moc połączy się z Aurą. Nie chciałem tego jednak jeszcze sprawdzać. Słysząc zbliżające się kroki, powstałem na tylne nogi i spojrzałem na ulubiony topór.

Staliśmy naprzeciw siebie, szacując wzrokiem. Dwunożny miał jasne futro na łbie, jak osesek. Ślepia jednak... Tfu. Oni nie mają ślepiów. Mają "oczy", czytałem w księgach. Jego oczy były niebieskie, wpatrzone we mnie z nienawiścią. I chyba trochę ze strachem, choć ten bardziej wyczuwałem chrapami. W łapie... w ręku ściskał długi miecz, w drugim zaś tarczę. Obydwa przedmioty tchnęły leciutko wplecionymi weń Słowami. Wypuściłem z parsknięciem powietrze. Uniosłem topór i czekałem, spoglądając z góry na intruza. Jego oczy zapłonęły i rzucił się na mnie. Sparowałem wściekłe uderzenie, z naszych oręży błysnęły iskry, gdy nienawidzące się Słowa zetknęły się. Uderzył ponownie, napierając. Cofałem się, cały czas na dwóch nogach, by mieć wolne przednie łapy i zyskać przewagę na różnicy wzrostów. Parując ciosy jedną łapą, w drugiej przyszykowałem Gest Oszołomienia. Gdy cofnął się, by nabrać rozmachu do szarży, cisnąłem Gest. Widziałem zaskoczenie w jego oczach, gdy rozległo się Słowo "narcosi". Zareagował błyskawicznie, zasłaniając się tarczą. Na jej powierzchni błysnął rysunek Gestu, a Aura wypowiedziała "sobri". Słowa zderzyły się i zneutralizowały. Sprytnie. Nie bawiąc się dłużej, natarłem, rąbiąc z rozmachem oburącz. Zasłaniał się rozpaczliwie pawężą, uginając pod siłą mych ciosów. Ręka z mieczem zaczęła się ruszać. Rozpoznałem Gest Boskiej Pomocy. Nie znałem na to Przeciwgestu. Natarłem jeszcze silniej, parskając mocno chrapami. Może zdążę... Niestety. Warknąłem rozdrażniony, gdy Intruz dokończył Gest. Przy wtórze Aurowego "deiconsortio" jego sylwetka rozbłysła. Odepchnął tarczą moją broń, jakby opędzał się od gza. Niedobrze. Role się odwróciły. Blokując rozpaczliwie ciosy, myślałem nad taktyką. Ból. Pchnął mnie ponad styliskiem topora, byłem za wolny. Spróbowałem wybić mu miecz z dłoni, korzystając z tego, że tkwił w mojej zbroi. Skręciłem się gwałtownie. Straciliśmy obaj równowagę, odskoczyliśmy. Wrócił do postawy bojowej. Miecz, niestety, nadal tkwił mocno w jego dłoni. Krążyliśmy dookoła siebie, sapiąc po bitewnym wysiłku. Zrobiłem markowany wypad. Drgnął, ale nie nabrał się. Cały czas szedł bokiem, widziałem jego oczy tuż nad pawężą. Szacował odległość, zbierał siły. Zastanawiałem się, jak długo może trwać ta jego Boska Pomoc. Może odwrócić uwagę jakoś... Wykonałem Gest Otwarcia, kierując myśli ku północnym drzwiom. Z moimi plecami huknęło. Stare zaklęcia obronne zaprotestowały przeciwko mojej symulowanej próbie otwarcia drzwi. "Ignitioglasjoluxmortemortemorte" zajęczała Aura, a przestrzeń za plecami zasyczała ogłuszająco. Ktokolwiek i cokolwiek znajdowałoby się w odległości kilku jardów przed wrotami, uległoby destrukcji po pięciokroć. W ogniu, mrozie i wezwaniu prowadzącym wprost za Trzecie Wrota Śmierci - destrukcji ciała, ducha i pierwiastka energetycznego. Pokaz Mocy Starożytnych ogłuszył i zdekoncentrował Intruza. Oszołomiony ledwo poczuł moment, w którym mój topór posłał spocone czoło znad pawęży ku ścianie.

Odetchnąłem i oparłem się na toporze. Stalowo odziane ciało znikało powoli. Jak zawsze. Odwiesiłem broń. Klapłem na siedzisko. Uhu, troszkę się za mocno zasapałem. Nie jestem już jednak cielęciem. Po dwustu trzydziestu latach wchodzi się w wiek dojrzały, gdy mięśnie tracą systematycznie na młodzieńczej sile. Jeszcze z dwieście lat i nie będę w stanie wygrać nawet z ciela... dzieckiem dwunożnego. Ludzie. O, przypomniało mi się, jakie jest ich miano. Korzystając z rozjaśnionego przez buzującą krew umysłu, zacząłem wertować Księgę ojca w pamięci. Było tam o odzianych stalowo ludziach. Ten, którego zabiłem, korzystał z Gestów Mocy, ale pomocniczo. Znaczy - nie atakował Słowami Mocy. Nie znał gestów palenia, mrożenia, kwasu. To by pasowało do opisu... Na Shay, nie wiem. Wstałem i poszedłem po Księgę. Mam. "Pahlotyn". Tak mówią o sobie dwunogi tego rodzaju. Wczytałem się w opisy ojca. Szkoda, że nie przewidziałem rodzaju przeciwnika wcześniej, mógłbym się lepiej przygotować. Na przykład nie atakowałbym Oszołomieniem, ale raczej... Co jest..?

Opuściłem Księgę i nastroszyłem uszy. Przed komnatą zafalowała Aura, rozległ się Szept jakiegoś Słowa Mocy. Kroki. Słyszałem wyraźne kroki. Niemożliwe. Intruz był sam. Byłem tego pewien tak jak tego, że moje lewe jądro jest większe od prawego. Nie potrafiłem tego wytłumaczyć... Zarówno kwestii jądra, jak i zagadki kroków. Drzwi otworzyły się z hukiem. Pojawiła się w nich opalizująca postać. Staliśmy naprzeciw siebie, szacując wzrokiem. Dwunożny miał jasne futro na łbie, jak osesek. W ręku ściskał długi miecz, w drugim zaś tarczę. Obydwa przedmioty tchnęły leciutko wplecionymi weń Słowami. Musiałem mieć chyba strasznie zdziwioną minę i głupio wyglądać z wpółotwartym pyskiem i takąż księgą w łapie, bo zawahał się przez moment, nim zaszarżował. Całkowicie odruchowo rąbnąłem w niego Słowem, o którym myślałem, zanim mi przerwał. Zgodnie z przewidywaniami "ascardisis" przeleciało swobodnie przez pawęż i zagnieździło w ciele. Wahnął się zdziwiony, czując ruch we własnych jelitach. Poczuł ból, gdy pasożyty zaczęły wyżerać wnętrzności. Opadł na kolana i zawył. Porzucił miecz. Drżącą ręką próbował wykonać jakiś Gest, ale szło mu nieskładnie, pewnikiem sam nie wiedział, o co mu chodzi. Spojrzałem z niesmakiem na swą łapę. Choć nie była w widoczny sposób brudna, otarłem ją o udo. Znałem Słowo przeciwne, ale i tak nie mogłem już mu pomóc. Spomiędzy płatów zbroi wyciekała krew, a od wewnątrz coś zachrobotało pancerzykiem o metal. Pahlotyn wpatrywał się we mnie błagalnie, targany konwulsjami. Złapałem za topór i spełniłem niemą prośbę.

Gdy ciało znikało, wróciłem do lektury. Pahlotyni się sobowtórzyli? Wracali sprzed Pierwszej Bramy? Nie. Księga nic na ten temat nie mówiła. Przejrzałem szybko biblioteczkę, jednak żadna z licznych pozycji nie zawierała nic na ten temat – wiedziałbym po przeszło dwustu latach lektur. Przeszedłem się nerwowo po komnacie, łapiąc na tym, że przekręcam jedno ucho w stronę drzwi. Szept Słowa i odgłos kroków pahlotyna niespecjalnie mnie tym razem zdziwiły. Ledwo otworzyły się drzwi i zanim napastnik zdołał przyjąć postawę, odciąłem mu głowę jednym machnięciem topora. Obserwowałem uważnie znikające zwłoki. Nic mi to nie dało. Ot, znikały jak każde inne, roztapiając się w Aurze. Przeciwnik jednak nie był zwyczajny. Musiałem znaleźć jakiś wzór, schemat. Może należy go zabić w określony sposób..?

Następne godziny upłynęły jak mgnienie. Pracowicie okaleczałem, miażdżyłem, dekapitowałem, paliłem, rozpuszczałem, rozczłonkowywałem, znajdując wciąż nowe metody zadawania śmierci odradzającemu się pahlotynowi. Pochodnie dopalały się, sygnalizując nadejście cyklu snu, a ja wciąż tkwiłem pośrodku nierozwiązanej zagadki. Zacząłem się obawiać o siły. Każda kolejna walka pozbawiała części ich zapasu, pomimo mojej rosnącej wprawy i wypracowania pewnej ergonomii. Odkryłem na przykład, że lekkie, ale precyzyjne trafienie w czubek czaszki działa niezgorzej od potężnego ciosu na odlew w jej podstawę. Odrzuciłem również wszystkie Słowa z rodziny Śmierci, Snu i Iluzji na rzecz bardziej skutecznych Natury, Chaosu i Żywiołów. Opracowałem kilkadziesiąt rodzajów pułapek, które niszczyły Intruza już przy drzwiach. Używałem na zmianę wszystkich oręży. Uważnie notowałem w myślach efekty. Spostrzegłem, że pahlotyn nie zdaje sobie sprawy z sytuacji i jest przekonany, że każda kolejna walka jest pierwszą. Mimo to nigdy nie ulegał temu samemu fortelowi dwa razy pod rząd! Co więcej, za każdym wtargnięciem zestaw otaczających do pomocniczych i ochronnych Słów zmieniał się. Raz wspomagał się Auralną Siłą, innym razem nasycał zbroję środkami neutralizującymi Żywioły lub odbijającymi Słowa Śmierci. Kilkukrotnie doszło do dziwacznego zjawiska – nagle zamierał i przez dłuższą chwilę nie ruszał się z miejsca, wbijając nieobecny wzrok w przestrzeń. Przyglądałem mu się wówczas uważnie, nie atakując. Och, mógłbym go zabić bez trudu, ale łatwe zwycięstwa smakują jak mięso bez krwi, poza tym nie znajdowałem już w akcie mordowania pahlotyna ani odrobiny przyjemności, raczej rosnącą irytację i znudzenie. Nie mogłem się doczekać powrotu do rozmyślań i lektury. A póki co okaleczałem, miażdżyłem, dekapitowałem...

Gdzieś po osiemdziesiątym zwycięstwie doznałem olśnienia. Być może miało to coś wspólnego z uderzeniem, które odłamało mi czubek lewego roga. Podobne wstrząsy zawsze na mnie dobrze wpływały. Ojciec nie raz i nie dwa solidnym trzepnięciem w łeb pomagał zrozumieć wykładane zasady. Po lekturze księgi o "Anatomji Stworów Wszelakych" podejrzewałem, że bicie po łbie zwiększa ukrwienie tegoż. Zrozumiałem, że nie szukam rozwiązania problemu pahlotyna tam, gdzie trzeba. Po zabiciu go po raz kolejny, szybko potruchtałem do drzwi i otworzyłem je na oścież. Usłyszałem Słowo Mocy wyraźniej. Brzmiało jakby... kwiknięcie i "lod". Nic mi to nie mówiło. Znałem Gest "lotum" – wylewał z Aury śliskie błoto na kamienie posadzki. Użyteczne za cielaka, do robienia głupich dowcipów pobratymcom. Bezużyteczne pahlotynowi do odrodzenia się. Kluczem musiało być owo tajemnicze kwiknięcie.

Intruz pojawił się nagle, musiał to zrobić, gdy mrugnąłem, nie widziałem momentu przybycia. Chwyciłem go za podstawę czaszki i łupnąłem jasnym łbem o ścianę, aż na murze pojawiła się arachnidynka pęknięć, a pobliski uchwyt na pochodnię oberwał się, rozsypując chmurę iskierek. Gestem "glacio" zgasiłem ogień i nadstawiłem uszu. Aura wyszeptała coś jakby... "quighlod". Pahlotyn pojawił się chwilę potem. Uśmierciłem go i pędem pobiegłem do biblioteczki. Nie wierząc już pamięci złapałem za Księgę Gestów. Przewertowałem ją szybko. Nic. Ojciec nie znał takiego Słowa. Moment... Na jednej ze stron znalazłem przypis na marginesie... Na Shay. Księga była bardzo stara, brzegi stron rozsypały się i obrosły pleśnią. Jedyne, co mogłem wyczytać, głosiło: "Qui... klęcie, nie opa... stów, niedost... aszne w działan... ma rady, ucie...". Zaklęcie? Czyli Słowo Mocy nie oparte na Aurze, ale płynące z Eteru zewnętrznego? Jakich "stów"? Niedostępne? Dla kogo? Niedostateczne? Do czego? Straszne w działaniu? Ale... Co z " ma rady, ucie"...? Postanowiłem odłożyć domysły na później, pahlotynowi znów przeszkadzała głowa na karku.

– Czego chcesz, Zwitt?
– Rozrywki. – wyrzekł dźwięcznym samiczym głosem – Przyglądam się z Eteru od pewnego... Jak minotaur mówisz na to... Czasu. – wyjaśnił chrapliwym barytonem.
Zwitt był stworzeniem Eteru, ze sfery poza Aurą, czyli z Bezczasu. Okazjonalnie, gdy bardzo chciał, manifestował energię duchową i pojawiał się w wybranym miejscu Lochów. Chędożony hermafroditus. Przybierając oba seksy na raz podkreślał niezależność od sfery materialnej. Wyjaśnił mi to podczas jednej z wizyt. Z Eteru wyciągała go wyłącznie ciekawość. Zawsze pojawiał się, gdy działo się coś nietypowego. Gdy zmarł mój ojciec i ja objąłem Ostatnią Komnatę na wyłączność. Gdy eksperymentowałem z Gestami Żywiołów i wywołałem samospalenie wszystkich istot na Poziomie. Heh, płonęły nawet pod wodą, którą w panice przywołałem, by ratować Lochy od katastrofy. W rezultacie przez dłuższy czas byłem sam, bo to, co się nie spaliło – potopiło z kretesem. Zwitter pomógł wówczas doprowadzić Lochy do porządku zaklęciami z Eteru, chichocząc ze stawiającym futro na kłębie samiczo-samczym odgłosem. Rozrywkę cenił ponad wszystko inne. Daemon uznał niechybnie moje próby uśmiercenia pahlotyna za zabawne – nie dzieliłem jednak jego poglądu na sprawę od jakichś trzech tuzinów powtórek. Miałem nadzieję, że poza obdarzeniem mnie złośliwym uśmiechem zrobi coś więcej. Na przykład wyciągnie z tej przeklętej spirali. Akurat miałem chwilę oddechu, "Fazę Tuż Przed Quiglodem".
– Wiesz, co się dzieje?
Daemon zachichotał, gładząc się owłosioną łapą po gładkiej, ptasiej szyi w rozbawieniu. – Oczywiście. Ale nie mogę. Nie chcę. Nie wolno mi. Nie mam zamiaru. Nie przewidziano. Nie da rady. Ani mi się śni – wyliczał piskiem i basem na przemian. – Oczytany minotaur. Niech czytasz, Księgi mądrość mają, minotaurowi brak, niech czytasz Księgi. – parsknął.
Wzruszyłem ramionami. Potem coś sobie przypomniałem.
– Zwitt. Spójrz na to. Ale tak przez Eter. Powiedz mi, jak było na początku. – podsunąłem mu pod ślepia zapleśniały dopisek na marginesie. Wiedziałem, że czas nie ma dla niego znaczenia i jest w stanie zobaczyć Księgę taką, jaką była przed wiekami.
– Dawniej, dawniej, dawniej. To nic nie było. Był baran. – zachichotał histerycznie, ubawiony własnym żartem - O, jakie rogi miał krzywe. Wszy na runie. O, tu, tu i tu.
Opanowałem irytację.
– Tak, tak. Ale później. Chodzi o ten napis. O ten czas. Tfu, o tamten czas, zaraz po powstaniu dopiska. – dodałem szybko, widząc złośliwy błysk w ślepiach, zwiastujący kolejny głupi żart.
– Dobrze, dobrze, dobrze. Minotaur nudzisz. Dobrze myślisz. Nudzisz. – zwęził źrenice i wlepił spojrzenie w Księgę – "Quikloud. Zaklęcie, nie oparte na Aurze i bez Gestów, niedostępne Przeciwgesty. Straszne w działaniu. Na nie nikt nie ma rady, należy uciekać od repetycji".
– Tylko tyle?
Daemon odwrócił się i rozejrzał.
– Minotaur, uciekasz. Ale gdzie uciekasz? Gdzie, gdzie, gdzie. – wyszczerzył się złośliwie – Minotaur nie myślisz o tym. Nie chwila na to. - wskazał gładką łapą za moje plecy.
Bez odwracania się machnąłem toporem za grzbiet. Ciało pahlotyna łupnęło o podłogę.
– Robi się przewidywalny. – rzuciłem tonem wyjaśnienia – Do rzeczy. Jak dokładnie działa "Quikloud"?
Zwitter zaczął rozmywać się, wyszczerzony. "Łamie... śmierć... w Lochach", dobiegł mnie ostatni szept. Zostałem sam. Albo daemon się znudził, albo nie chciał psuć sobie zabawy, pomagając mi. Może faktycznie nie mógł pomóc. Rozejrzałem się w desperacji. Tamten mur. Chyba się nada.

Do wysiłku walki z pahlotynem doszła żmudna praca nad rozbijaniem osłabionego czasem muru zachodniego. Tłukłem młotem, rozbijając kolejne warstwy kamienia. Działałem jak golem. Tłukłem, robiłem przerwę na mord, tłukłem, mordowałem, tłukłem, mor... Drugi cykl snu mijał. Chciałem już tylko uciec. Tylko i aż tyle.

Pahlotyn zamarł i wpatrzył się nieobecnym wzrokiem w przestrzeń. Zasapany odrzuciłem młot, odwracając od dziury w skale. Zawahałem się. A co mi tam.
– Pahlotyn – wycharczałem. Nigdy, przenigdy mieszkańcy Lochów nie rozmawiali z Zewnętrznymi. Taka była zasada. Nie wiedziałem czemu, znaliśmy Wspólną, jak i oni, Księgi były w niej spisywane. Ale tak mi nakazał ojciec, popierając lekcję solidnym łupnięciem w czaszkę, więc tak robiłem. Znaczy – nie robiłem... Znaczy... Chędożyć. Dziś nic nie było normalnie. – Pahlotyn, słyszysz?
Drgnął i zogniskował spojrzenie na mnie. Wyczytałem w nim zaskoczenie.
– Ty znać wspólna, bydlaku? – wycedził powoli jak do cielaka.
Machnąłem ręką w stronę biblioteczki.
– To nie do zakrycia grzyba. Pahlotyn...
– Palladyn jestem, podła bestio...
-...czemu wciąż...
– ... i zupełnie nie wiem czemu...
-... wracasz...
– ...mam tracić czas...
– ... za każdym razem...
– ... na rozmowę z tobą...
-... gdy cię zabiję?
-... bydla... że co? – oczy mu się rozszerzyły.
– Zabijam cię, a ty wciąż wracasz. – powtórzyłem wyraźnie i powoli, nie kryjąc zmęczenia – Co to jest quikloud? Nie męczy cię ta spirala? Co mam zrobić, byś odszedł i dał mi wrócić do lektury?
Parsknął.
– Jesteś szalona, bestio. Dopiero co tu przybyłem. Na Tyra, nie powstrzymasz mnie, robiąc mi w głowie zamtuz.
– Pahlo... Palladyn. Jesteś tu... sto czterdziesty raz. Zapisuję sobie. Zerknij w Księgę na siedzisku obok. – chwyciłem za młot – A ja trochę popracuję.
Obróciłem się w stronę muru i wróciłem do kucia. Kątem oka widziałem, jak stoi niezdecydowany. Ale nie atakował. Nie mógł? Nie chciał? Zresztą skank go trącał. Skupiłem się na najbliższym kawałku skały.
Przerwało mi chrząknięcie. Palladyn stał z moimi notatkami w dłoniach, oręż odłożył. Wydawał się zagubiony.
–- Nie wiem, jakie czary tu się dzieją –- wyrzekł wreszcie z wahaniem –- Ale to –- machnął Księgą – zawiera... Znaczy... Mam koszmary. Walczę w nich, cały czas z tą samą bestią, żołnierzem, bandytą, magiem i innymi przeciwnikami, których onedgaj ubiłem. W snach oni zabijają mnie. A ja miast się obudzić, jak Tyr przykazał, śnię o walce, wciąż i wciąż tej samej. Podobnie, jak tu napisałeś. Dotąd myślałem, że to mściwe duchy zsyłają mi zmory z zaświatów. Ale teraz... Sam nie wiem.
Przyszło mi coś do łba.
– Na pewno zawsze śnisz o tej samej bitwie?
Spojrzał mętnie na mnie. Wzruszył ramionami.
– Tak, tej samej. Walczę z tym samym wrogiem, raz za razem.
– Ale czy wszystko wygląda tak samo? Na Shay, pomyśl, ludziu! – ryknąłem zniecierpliwiony.
W jego oczach błysnęła irytacja, która jednak szybko ustąpiła. Rozluźnił dłoń zaciśniętą na pasie z pergaminami i odchrząknął.
– Nie. Masz rację, bestio. Jest inaczej. Nie myślałem o tym. Za każdym razem trochę inaczej ginę. I inne zaklęcia mam przygotowane. Inne mikstury. Inaczej wyrychtowany jestem. Na tyłek elfiej panny, mów, co o tym wiesz, bes...
– Łajno wiem, jak i ty, dwunogu. – warknąłem – Co to jest quikloud? Co robi to zaklęcie? Jak je przełamać?
Stal na barkach zadźwięczała, gdy wzruszył ramionami. Miałem dość. Byłem już zbyt zmęczony tym wszystkim. Dość gadania. Z rozmachem przywaliłem ścianie.
– A chudy byk... – łup – cię – łup – chędożył – łup – Jak zechcesz znów umrzeć – łup – daj znać – łup – jeszcze chwilę – łup, łomot – tu będę...

Po trzecim cyklu snu, spędzonym na kuciu, przebiłem się przez skały. Nie na Zewnątrz oczywiście. To była jakaś wielka jaskinia. Czysta próżnia. Pohukiwania nie wracały echem. Upuszczony kamień znikał, jakby go nigdy nie było. Słowo Światła nie odbijało się od niczego w zasięgu ślepiów. Ale skalna ściana była pełna półek, żlebów, można było udać się dalej. W końcu dotrę do granic Góry. Ucieknę z Koszmaru, wyśnionego przez palladyna. Od klątwy jego Zewnętrznego boga, której żadna moc Aury Lochów nie mogła przełamać. Zabrałem z Komnaty ulubione Księgi i oręż, zabiłem po raz ostatni Intruza - nie pamiętał oczywiście naszej rozmowy - i udałem się skalnym korytarzem w nieznane. W zadzie miałem Starożytne Drzwi. Ojciec solidnie natłukł mi do głowy, że przeznaczeniem Mieszkańca Ostatniej Komnaty jest nie przepuścić nikogo dalej. Za Wrotami znajdował się starożytny przedmiot, którego użycie przez mieszkańca Zewnętrza miało zniszczyć cały znany nam świat. Nigdy nie uwierzyłem w tę przepowiednię. Baśń dla cieląt. Tak potężne artefakty nie istnieją, nie było o nich mowy w żadnej z najstarszych ksiąg. Pewnie stary byk wymyślił to, bym nie opuszczał Lochów. Biorąc pod uwagę siłę Słów chroniących Wrota, na pewno była to potężna rzecz. Ale bez przesady. Starożytni nie byli na tyle głupi, by tworzyć narzędzie mogące zniszczyć świat. Nawet głupie dwunogi nigdy by nie wpadły, by stworzyć broń władną niszczyć całe światy. I nie widziałem żadnych powodów, by miały jej użyć, nawet, gdyby istniała. Tylko głupiec wpada do wykopanego przez siebie dołu. Przeskakując nad skalną półką, usłyszałem odległe łupnięcie drzwi w Komnacie. Chędożę. Niech głupiec śni kolejny sen o zabijaniu się, tym razem dla odmiany o Wrota. Ja, Ostatni Minotaur z ósmego Poziomu Lochów, tym razem w tym koszmarze nie mam zamiaru się pojawiać.

...Szybko omiótł wzrokiem całą scenę. Zamarł, po czym grzmotnął kilkukrotnie klawiaturą o biurko.
– Żesz kurrrrrr...! To jak wklepałem god mode'a, to model zasrańca musiał się nie wczytać! – obrócił kamerę na zachód – I kij strzelił teksturę do reszty! Ja pierrrrrrr... – urwał nagle, gdy przez zmęczony umysł przebiła się świadomość konsekwencji błędu programu – Acha... – obrócił kamerę w stronę Przedwiecznych Wrót – No to przynajmniej to... – poruszył myszką i wcisnął "W" na klawiaturze. Zerknął do solucji. – Dobra, teraz tak... Ogień, szesnasty poziom... Lód... Nie wiadomo, zresztą jeden kij – trzasnął tyldę, wpisał kilka komend, zatwierdził Enterem – Teraz trzy gówna, magia śmierci... Hełm Końca Kostuchy, inventory, zmieniamy... Dobra... – skierował kursor na Wrota i kliknął. Na ekranie pojawiła się sekwencja FMV. Palladyn z namaszczeniem brał w ręce Kamień Gestu Ostatecznego Zniszczenia. Przekraczał bramy Miasta. Wręczał Kamień Lordowi Miasta przy wtórze wiwatu tłumu enpeców. Teraz palladyn był obściskiwany przez Lady Bethari, kamera wiodła na zbliżeniu po splecionych sylwetkach, nie omijając zgrabnych, odzianych w stal pośladków kobiety.
– Hehe, teraz to ci wreszcie popuści... – skomentował, dłubiąc w nosie i wycierając palec o spód biurka.
Sekwencja filmowa kończyła się. Nad Miastem i pobliskimi Dolinami, dotąd zasnutymi ciężkimi chmurami, przebijało się Słońce. Na pobliskim wzgórzu wielki lisz podniósł kościste ramiona ku niebu i zawył. Ryk wściekłości odbił się szerokim echem po wzgórzach. Gdy sylwetka nieumarłego powoli dezintegrowała się przy wtórze triumfalnej muzyki, ekran ściemniał się stopniowo, pojawiły się credits.
– I nie masz gnoju kamyczka, nie będzie końca świata... – zarechotał – Nie wygrasz z Playmasterem!
– Damian, stul pysk, jest czwarta nad ranem! Bo ci rozwalę tę skrzynkę w końcu!
Damian obrócił się w stronę drzwi do pokoju.
– Dobra, tato, sorry, juz idę spać! Zgred – dorzucił pod nosem, wyłączając grę – To jeszcze pałka i w kimę... – odnalazł na pulpicie skrót do programu wyświetlajacego tańczącą nad taskbarem striptizerkę.
– Co jest kur... – wpatrzył się w model postaci – To baba, czy, facet... I co z tą dźwiękówką..? – trzepnął obudowę komputera, poruszył kablem od dźwięku. Bezskutecznie. W głośnikach wciąż było słychać upiorny chichot.


Ustka, 2010








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-12-02 (1276 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej