Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Dawca Przysięgi 2
 
Katalog - dodano
 Noc bez gwiazd
- Peter F. Hamilton
 Cynobrowe pola
- Aleksandra Radlak
 Księga czarownic
- Deborah Harkness
 Szczury Wrocławia. Kraty
- Robert J. Szmidt
 Twarzą w twarz
- Agata Suchocka
 
- skomentowano
 Wiedźmie opowieści
- Olga Gromyko
 Pierwsze słowo
- Marta Kisiel
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Wampir z M-3'' - Andrzej Pilipiuk



Przebudzenie



Liceum zaległo wśród drzew morwy i grzało się w promieniach wiosennego słońca niczym wielki, szary kot. Budynek wzniesiono wedle projektu typowego dla „tysiąclatek”. Był brzydki, ale funkcjonalny. Silikatowa cegła już się sypała. Duże okna straszyły brudnymi szybami.
Było może trzydzieści sekund po dzwonku, gdy Gosia zadyszana wpadła do klasy.
– Małgorzata Brona jak zwykle spóźniona – zrymowała nauczycielka. – Na maturę też się spóźnisz? Siadaj! – westchnęła, robiąc znaczek przy nazwisku.
– Przepraszam – bąknęła dziewczyna. – Tramwaj mi uciekł…
– Po raz piąty w tym tygodniu? – zakpiła kobieta, rzucając okiem w dziennik.
Gosia zajęła swoje miejsce, obok Marty. Założyła nogę na nogę. Położyła na blacie podręcznik, oprawiony w papier z nadrukowanym portretem Limahla. Obok wylądował zeszyt obłożony w okładkę z Limahlem. Wyjęła jeszcze piórnik z nadrukiem przedstawiającym Limahla i dopiero rozejrzała się po klasie.
Dziś przyszli prawie wszyscy. Bronek, drobny brunet w okularach, siedzący po drugiej stronie przejścia spojrzał na nią tęsknie. Pewnie znowu spróbuje zaprosić ją do kina. Sentymentalny dureń, tylko siedzi i książki czyta. I to jakie! Aż skrzywiła się z pogardą na samo wspomnienie tytułów. Same badziewne przedwojenne horrory.
Odwróciła się demonstracyjnie w stronę Konrada. Niestety, największy klasowy przystojniak nie patrzył na nią, tylko schowawszy pod ławką najświeższy numer tygodnika „Veto” przeliczał sobie na końcu zeszytu kursy walut.
– Nie rozglądaj się tak – szepnęła Marta. – Baba jest dziś wściekła. Podobno znowu przesunęli ją na koniec.
– Na koniec? – nie zrozumiała.
– No w kolejce na przydział mieszkania. Powiedz ojcu, niech zadzwoni gdzie trzeba, popchnie sprawę i maturę masz jakby w kieszeni – doradziła.
W jej głosie zabrzmiała jakby nutka zazdrości.
– Przyniosłaś mi Tolkiena? – Koleżanka z ławki wolała zmienić temat.
– Zapomniałam.
Nauczycielka skończyła sprawdzać listę obecności.
– Wyciągamy karteczki – oznajmiła i zaczęła dyktować.
Pytania były jak zwykle trudne, na szczęście Marta jakimś cudem znała odpowiedzi. Gosia, zapuszczając co chwila żurawia coś tam naskrobała. W końcu od czego ma się przyjaciółki?

* * *


Dzwonek na przerwę wybawił od męki… Gosia wyszła z klasy i rozejrzała się za swoim chłopakiem. Nigdzie go nie było widać. Obeszła pół szkoły, nim wreszcie go spostrzegła. Konrad siedział na parapecie i ostentacyjnie liczył swoje cztery banknoty jednodolarowe. Cztery? Nie! Teraz miał ich sześć. Widać wyszedł mu jakiś interes.
– Coś taka skwaszona? – zapytał gdy podeszła.
– Pokłóciłam się z rano ojcem – westchnęła. – Myślałam, że uda się pojechać na wakacje do Szwecji, ale uparł się na tę pieprzoną Bułgarię! – wybuchła. – Niby że arbuzy i ciepłe morze… Wolałabym do Turcji, skórzaną kurtkę bym kupiła…
– Bułgaria? – W oczach chłopaka błysnęło zainteresowanie. – Można tam zawieść walizkę kremów Nivea, spylić po dolarze za sztukę i kupić zegarki elektroniczne albo…
Skrzywiła się w duchu.
– A po co mam się bawić w jakąś handlarę? – wydęła wargi.
Nie odpowiedział. Schował walutę do kieszeni i zastanawiał się nad czymś.
– Widziałeś moją nową bluzkę? – Wyeksponowała dekolt, podstawiając mu piersi niemal przed nos. – Niemiecka, z Pewexu.
Zgodnie z jej oczekiwaniami instynkt przeważył. Zamiast podziwiać ciuch, zapuścił żurawia. Namęczyła się jak diabli nad tym biustonoszem. Dwa tygodnie dziergała go szydełkiem z kordonka, ale była bardzo zadowolona z efektu. Wyszedł tak ażurowy, że więcej nim było dziur niż koronki. Niestety widok niemal nagich piersi wzbudził w chłopaku jedynie przelotne zainteresowanie.
– No, niezła – mruknął. – Tylko czemu znowu z tym pedałkowatym typkiem? – Spostrzegła, że zamiast na jej biust gapi się na portret Limahla. – Rzygać mi się już chce na widok tego blondaska…
Miała na końcu języka ciętą replikę, ale zadzwonił dzwonek. Chemia… Kolejne lekcje wlokły się jak pociąg osobowy. Polonista wyrwał ją do odpowiedzi z lektury. Nie czytała, więc przylufiła. Na matmie okazało się, że nie zabrała z domu zeszytu. Brak pracy domowej. Ponownie przylufiła…
– Co za dzień popierdolony – żaliła się, zakładając kurtkę.
– Ciesz się, że już piątek – skwitowała Marta. – Odpoczniesz przez weekend… Wiosna jest, trzeba spojrzeć na świat z optymizmem. Wykrzesać z siebie trochę radości życia…
– W sobotę muszę posprzątać, w niedzielę ojciec mnie wlecze na Dni Kultury Czechosłowackiej. Wynudzę się jak mops! I wypożyczalnię video ubecja zamknęła. A w poniedziałek oddadzą klasówki z historii – westchnęła. – Do bani to wszystko. Jak tu żyć? I jeszcze te wakacje w Bułgarii…
– Ty weź nie narzekaj! Co ja mam powiedzieć? Ojca znowu pominęli przy podwyżkach – westchnęła koleżanka. – Ty sobie popływasz w ciepłym morzu, a ja co najwyżej z wiejskimi dziewuchami w stawie u dziadków.
– Jak się zwąchał z Solidarnością, to niech teraz cierpi. – Wzruszyła ramionami. – Do zobaczenia! – rzuciła i pobiegła po schodach na górę.
Po chwili była już przed budą.
– Cześć, Gośka – znajomy głos wyrwał ją z zadumy.
Obejrzała się. Drobna blondyneczka z warkoczem miała na imię Iza. Chodziła do pierwszej klasy, ale mieszkała niedaleko, więc znały się z widzenia.
Ubrana jak bazarowa księżniczka, pomyślała Gosia czując ukłucie zazdrości. Tatuś milicjant nieźle prywatną inicjatywę skubie. Ten to się ustawił. Pewnie co miesiąc mu słono płacą za święty spokój…
Iza ubrana była w prawdziwe lycry, włoską haftowaną bluzeczkę i zagraniczne pantofelki. Na ramiona narzuciła kurtkę z jeansu i to prawdziwą amerykańską, szytą żółtą nitką. Pod szyją miała turecki szaliczek, połyskujący jadowicie intensywną barwą odblaskowej zieleni. No i woniało od niej dobrą turecką podróbką dezodorantu „Fa”.
– Cześć – mruknęła Gosia. – Co się stało?
– Sprawę mam… Paskudną raczej. Dalej chodzisz z Konradem?
– A co ci do tego? – nastroszyła się.
– Konrad kumpluje się z moim bratem.
– No… I co z tego? – powtórzyła z roztargnieniem.
– Wiesz jaki jest mój ojciec. Pracoholik, nawet po domu w mundurze chodzi. Całe mieszkanie naćkał mikrofonami. No i wczoraj… Nagrało się coś, o czym powinnaś wiedzieć. – Podała jej kasetę. – Skasuj potem… To niby sekret, ale tacie się nie przyda, a do tego po prostu uznałam, że muszę cię ostrzec…
– Khm… Dziękuję – bąknęła, wrzucając kasetę do torby.
– To na razie. – Iza pobiegła po schodach, żółta kitka włosów podskakiwała na plecach.
Gosia powlokła się na przystanek tramwajowy.
Gdybym miała walkmana, to bym sobie od razu posłuchała, rozczulała się nad sobą. Ale nie. Ojcu żal głupich kilkudziesięciu dolarów. Zebrał na swoich wyjazdach i handelkach z pięć tysięcy i tylko kisi gdzieś w słoiku zakopane… I po co mu to? Sam nie korzysta, a innym nie daje. Się w końcu wnerwię to przekopię rabatki i tyle!
Dojechała na Plac Komuny Paryskiej. Wysiadła z tramwaju. Krzaki porastające wały starego carskiego fortu obsypane były żółtymi kwiatkami. Ruszyła wzdłuż nasypów. Pogoda była naprawdę fajna, ale Gosia naburmuszyła się jak gradowa chmura.
– Ech – westchnęła. – Wiosna. I z czego tu się niby cieszyć? Za rok o tej porze matura…
Zagłębiła się w plątaninę uliczek Żoliborza Oficerskiego. W ostrym słońcu przedwojenne domki straszyły poszarzałymi elewacjami, poczerniała i omszała dachówka prosiła się o wymianę. Kute ogrodzenia, obłaziły z farby odsłaniając bąble i sople rdzy. Kocie łby pokryto nierówno asfaltem.
Wreszcie dziewczyna stanęła przed willą. Namacała w kieszeni jeansów klucze. Furtka zaskrzypiała przeraźliwie…
– Wezmę oleju w strzykawkę i puszczę wreszcie w zawiasy – obiecała sobie licealistka, tak jak co dnia od kilku miesięcy.
Suka Luna usłyszała ją przez drzwi i zaskamlała. Gdy tylko Gosia otwarła drzwi, zwierzę wybiegło radośnie do ogrodu.
Babcia Adelajda siedziała w swoim pokoju przytulona do radia. Na uszach miała toporne ebonitowe radzieckie słuchawki. Na widok wnuczki zsunęła je z uszu.
– Jak było w szkole? – zapytała.
– Zamiast słuchać tej Wolnej Europy, byś się psem czasem zajęła – burknęła dziewczyna.
– A już byłam z Luneczką na spacerku, jakem szła do kościółka – powiedziała babcia. – Poza tym to nie żadna „Wolna Europa” tylko „Głos Ameryki”. Też byś czasem posłuchała, ciekawe rzeczy mówią. I do kościoła powinnaś się wybrać…
Gosia skrzywiła się demonstracyjnie i poszła do swojego pokoju. Na wprost wejścia na meblościance wisiał wieki plakat z podobizną Limahla. Uśmiechał się jakby na powitanie. Druga podobizna, mniejsza ale ładniejsza, oprawiona w ramkę stała na komodzie. Trzeci Limahl spoglądał znad biurka. Dziewczyna cisnęła torbę na łóżko. Zeszyty i książki wysypały się kaskadą.
Obróciła kasetę w dłoniach. Po chwili zastanowienia wsadziła ją do magnetofonu i wcisnęła odtwarzanie. Jakość nagrania była rewelacyjna. Dwa głosy. Jeden niewątpliwie należał do Konrada. Wsłuchała się w dialog.
– Z tej twojej Gośki to niezła dupa.
– Że co? To ty chyba porządnej dupy na oczy nie widziałeś.
– Dała ci?
– Co dała?
– No, bzykałeś ją już?
– A po cholerę? – zdziwił się Konrad. – Kiepska jest. Ani tyłka, ani cycków, ładna też nie. Chuda taka, wypłoszowata. Głupia do tego jak but. No może nogi ma niezłe, ale bzyknąć to bym chciał Mariolkę.
– To po co chodzisz z Gośką?
– A ty wiesz kim jest jej ojciec?
– To ten Brona, co go czasem pokazują w telewizji, ekspert rządowy znaczy się od czegoś?
– No ba. Wiesz jaka to szycha? Do KC kandyduje. Służbową ładę dostał. W willi mieszka, i to niezłej. Dla niego załatwić mi paszport to tyle co splunąć. Jeden telefon i na talerzyku przyniosą. Dlatego gadam tej kretynce jak bardzo ją kocham i czekam aż mnie przedstawi rodzicom. Przecież przyszłemu zięciowi to i owo załatwią. A jak już będę po tamtej stronie żelaznej kurtyny to zostaję i niech mnie cmokną w trąbę.
Gosia wdusiła przycisk „stop” z taką siłą, że magnetofon zarzęził.
– Ty gnoju! – ryknęła. – Ty gówno! Ty ścierwo!
Limahl z plakatu patrzył na nią współczująco.
– Mogłabym wybaczyć mu, gdyby łaził za mną tylko po to żeby mnie przelecieć! – powiedziała z nienawiścią. – Ale tego, że od mojej cnoty wolał paszport nie daruję mu nigdy! Co za parszywe bydlę! Zaraz mu wygarnę, co o nim myślę!
Zerwała się z fotela i ruszyła w stronę aparatu, ale zatrzymała się w pół kroku. No tak. Rodzina Konrada od dwudziestu lat czekała na instalację telefonu…
– A dość już tego! – warknęła. – Przesrane życie, szykują się tragiczne wakacje, parszywy świat, szkoła do dupy. A ja wam wszystkim o! – Pokazała światu gest Kozakiewicza. Wściekłość aż ją dusiła. I naraz błysnął jej iście genialny pomysł.
– Ja wam ścierwa pokażę!
Z łazienki przyniosła pasek do szlafroka. Postawiła stołek pośrodku pokoju. Zaplątała stryczek jednym końcem do żyrandola. Drugi uformowała w pętlę.
– Tylko ciebie kocham – powiedziała do Limahla. – Tylko ty byś mnie zrozumiał… Gdybyś oczywiście gadał po naszemu…
Plakat nie odpowiedział, jedynie patrzył z jeszcze większym współczuciem. Założyła pętlę na szyję i zdecydowanym ruchem kopnęła stołek w kąt. Poczuła jeszcze jak pasek miażdży jej krtań i zapadła ciemność.

* * *


Ocknęła się zupełnie nagle, w jednej chwili przechodząc od snu do pełnej przytomności. Wciągnęła nosem woń kurzu i piwnicznej stęchlizny. Kichnęła jak z armaty.
– Co jest grane? – zdziwiła się.
Leżała na czymś miękkim, choć zarazem niewygodnym. Wokół panował dziwny, zgaszony półmrok. Nad głową miała pikowaną wyściółkę. Pomacała rękami na boki. Ściany? Uniosła głowę i wytężając wzrok spróbowała cokolwiek dojrzeć. Minęła dłuższa chwila, nim pojęła całą straszliwą prawdę.
– Leżę w trumnie!? – wyszeptała.
Z wrażenia próbowała usiąść, ale tylko z rozmachem wyrżnęła głową w wieko. Mimo wyściółki zadudniło jak pusta beczka, a dziewczyna przed oczyma zobaczyła wszystkie gwiazdy moskiewskiego Kremla. Dłuższą chwilę masowała obolałe czoło. Rozejrzała się raz jeszcze wokoło. W półmroku wyraźnie widziała charakterystyczny kształt pudła, w którym była zamknięta.
– No jak w mordę strzelił! – powiedziała na głos.
Zmarszczyła brwi. Przecież trumnę mieli w domu. Widziała ją nieraz. Ojciec kupił „dębową jesionkę” jeszcze w stanie wojennym. Brakowało wtedy wszystkiego, nawet wyżsi funkcjonariusze partyjni szynkę jadali tylko co trzeci dzień. Tata pojechał akurat z delegacją KC na wizytację fabryki mebli w Henrykowie. Oczywiście towarzysze wyższej rangi zgodnie z regułą dziobania mieli pierwszeństwo. W mig wyczyścili wzorcownię z ciekawszych kredensików i stolików. Ale trumną akurat nikt z nich nie był zainteresowany. Trafiła się okazja, to nie namyślał się długo. Kupił za bezcen, przywiózł do domu na dachu malucha i przewidując rychły zgon babci ustawił w piwnicy willi. Tylko że babcia jakoś nie wybierała się na tamten świat. Mebelek od paru lat stał w kącie, porastając kurzem.
– Czyli to głupi dowcip kochanego braciszka i jego porypanych kumpli… – domyśliła się Gosia. – Tylko czemu cokolwiek widzę? Powinno być ciemno.
Zamrugała powiekami. W półmroku majaczyły jej nawet noski tenisówek, które miała na stopach.
– Pewnie tkanina nasączona fosforem albo coś – wydedukowała. – Tylko że to diabelnie trujące!
Pchnęła wieko. Nie ustąpiło. Kopnęła kolanem. Wreszcie załomotała pięścią. Odpowiedziało tylko głuche echo.
– Radek, ty palancie – warknęła. – Poczekaj, tylko stąd wylezę, a dostaniesz takiego kopa…
Uderzyła raz jeszcze. Gucio. Podkuliła nogi i kopnęła w deskę na końcu. Nic z tego. Braciszek pewnie siedzi sobie obok i zaśmiewa się do łez z tym swoim kumplem Mariuszem. Może nawet kamerę wideo przynieśli.
– To wcale nie jest śmieszne, ty głąbie! – wrzasnęła. – Otwieraj w tej chwili!
Odpowiedziało jej milczenie. A gdyby tak przewrócić trumnę na bok? Może wtedy góra odpadnie? Naparła na ściankę i poczuła wyraźnie, że konstrukcja drgnęła. Powoli udało jej się rozhuśtać. Jeszcze trochę… Jeszcze…
Trumna upadła na bok, przekręciła się, dachowała, a potem spadła jakby ze stopnia. Trzasnęła pękająca płyta paździerzowa. Wieko nareszcie odpadło.
Gosia wygrzebała się z wnętrza zła jak osa. Wyprostowała i boleśnie uderzyła o coś głową.
– Co jest grane!?
Rozejrzała się i z wrażenia opadła jej szczęka. Do tej pory sądziła, że znajduje się w piwnicy pod własnym domem. Teraz ze zdumieniem patrzyła na wnętrze niewielkiej, półkoliście sklepionej krypty. Pod ścianami na ceglanych podestach stały cztery trumny. To znaczy stały trzy, bo jej własna spadła przecież na dół.
Dziewczyna machinalnie wepchnęła zdezelowaną skrzynię na miejsce. Wrzuciła do środka poduszkę i przywaliła wszystko wiekiem.
To chyba nie jest dowcip braciszka, pomyślała.
Usiadła na wilgotnym kamieniu i ścisnęła skronie. Zaraz… Jak to było? Ta mała blondynka, nagranie, ten palant Konrad… Na samo wspomnienie zalała ją fala wściekłości. Przypomniała sobie jak wiąże pętlę do lampy, stołek bujający się pod stopami, słodkie spojrzenie Limahla, ciemność…
– Powiesiłam się! – powiedziała na głos. – Ale żyję! Czyli widocznie jakiś niedouczony konował stwierdził zgon i ot tak wpakowali mnie do grobu!
Chciała ponownie zerwać się na równe nogi, ale w porę przypomniała sobie, że sufit jest nisko. Rozejrzała się po wnętrzu krypty. Drewniane trumny były przepróchniałe i przeżarte przez korniki. Aplikacje z miedzianej blachy pozieleniały. W skrzyniach z pewnością spoczywały szkielety pradziadka i innych krewnych.
– Błe! – Wzdrygnęła się. – Umarlaki.
Ciarki chodziły jej po plechach, ale z drugiej strony sądziła, że przestraszy się bardziej. W ogóle krypta trochę ją rozczarowała. Wyglądała mało efektownie. Żadnych przegniłych kości, pokrytych pleśnią czaszek, pajęczyn, szczurów, nietoperzy… Nawet mech nie porastał ścian. Schodki… Weszła po kilku stopniach i zatrzymała przed żeliwną płytą. Pchnęła ją bez przekonania. Wmurowana? Drzwiczki może? Walnęła raz jeszcze. Płyta słabo drgnęła. Po kilku solidnych uderzeniach przeszkoda uchyliła się z piskiem zardzewiałych zawiasów, wpuszczając do wnętrza krypty światło i powietrze.
– No, nareszcie wolna – westchnęła Gosia, wychodząc na zewnątrz.
Odetchnęła głęboko kilka razy i rozejrzała się. Alejka, stare grobowce, kasztany gubiące liście. Powązki. Zatem… Odwróciła się. Nad dziurą wiodącą do podziemi wyraźnie widniał wykuty w piaskowcu napis. „Grób Rodziny Brona”. Czyli słusznie się domyślała. Pochowali ją w grobowcu pradziadka.
Ależ idiotyczna przygoda – pomyślała wesoło. Kumpele nie uwierzą, jak opowiem.
Zatrzasnęła drzwiczki. Siadła na ławeczce by trochę się pozbierać do kupy. Miała wrażenie, że jest kompletnie rozkojarzona, ale ostatecznie nie co dzień ucieka się z trumny. Kasztan pacnął o alejkę tuż obok jej stóp. Kolczasta łupina pękła, odsłaniając błyszczącą, brązoworudą kulkę.
– Do diaska – wymamrotała pod nosem licealistka. – Co jest do cholery grane!? Skąd tu kasztan?
Rozejrzała się wokoło. Teraz dopiero spostrzegła leżące wszędzie liście.
– Jesień!? Gdzieś mi się parę miesięcy zgubiło… Jak to możliwe? – zastanawiała się. – Chyba że… Oż, do cholery… Widocznie gdy się powiesiłam, pętla coś uszkodziła. Rdzeń kręgowy? A może ustał dopływ krwi do mózgu? Pewnie byłam potem nieprzytomna przez całe lato i w końcu zapakowali mnie do trumny i pogrzebali. Tak. To jedyne sensowne wyjaśnienie. Nie ma się co zasiadywać. Trzeba prędko wracać do domu i odkręcić całą sprawę.
Ruszyła przez cmentarz. Po drodze zaczęła zbierać sobie bukiet z pięknych, złocistych liści, ale po chwili go wyrzuciła. Brama była zamknięta, więc skierowała się w stronę kościoła świętego Karola Boromeusza. Tak jak przypuszczała, tamtędy dało się przejść. Dotarła na przystanek tramwajowy. Dwie staruszki siedzące na ławeczce na jej widok wstały, przeżegnały się i chyłkiem umknęły.
– Demonstracyjne zachowania religijne w miejscu publicznym. Co za zabobon – parsknęła.
Od strony Żoliborza powiał wiatr, ale mimo tego, że ubrana była w letnią sukienkę, nie poczuła chłodu.
Ciepła jesień tego roku – pomyślała leniwie.
Wreszcie nadjechała jedynka. Dziewczyna wskoczyła do drugiego wagonu. Nie miała biletu, ale specjalnie jej to nie obeszło. Była tak wkurzona, że gdyby jakiś kanar ją wyhaczył, to chyba podrapałaby mu gębę do krwi.
Koło Dworca Gdańskiego wdrapała się na estakadę wiaduktu i przesiadła w szóstkę. Nie minął kwadrans, gdy była na miejscu. Zapukała do drzwi, a po chwili zniecierpliwiona nacisnęła dzwonek.
Luna zaszczekała we wnętrzu domu. Gosia uśmiechnęła się. Radek otworzył drzwi. Przez sekundę patrzył w zdumieniu na siostrę.
– Co się gapisz jakbyś ducha zobaczył! – warknęła.
– Wampir! – ryknął, uciekając w głąb mieszkania.
– Palant! – rzuciła za nim, pakując się do przedpokoju.
Pies na jej widok zaskamlał żałośnie i z podwiniętym ogonem czmychnął do kuchni. Ojciec stanął w drzwiach salonu. Na widok córki jego twarz w jednej chwili pokryła się trupią bladością.
– Jezus, Maria! – wrzasnął komunista-ateista. – Krzyż! Dawajcie krzyż!
– Skąd ci wezmę krzyż w partyjnym domu? – lamentowała matka, wybiegając z kuchni z tłuczkiem do mięsa w ręku.
– A ten srebrny?
– Sprzedaliśmy!
– Może babcia ma? – Z nadzieją spojrzał w lewo. W szparze między skrzydłem a framugą błyszczało ciekawskie oko.
– Mam, ale nie dam – zarechotała starowinka. – Smażcie się w piekle, czerwone antychrysty.
Dziewczyna skrzywiła się demonstracyjnie.
– Może starczy już tych głupot! – warknęła. – Mamy dwudziesty wiek!
– Czosnek! – Ojciec nadrabiał miną. – Dawaj stara czosnek.
– Skąd wezmę? – pisnęła znowu matka. – Kryzys jest! Nawet sól czosnkowa się skończyła! I nie mów do mnie stara!
– Czy wyście pogłupieli? – parsknęła Gosia rozżalona. – Przestańcie się miotać. Pochowali mnie omyłkowo, to się zdarza! Widać jakiś konował się pomylił i wystawił akt zgonu. Ocknęłam się w trumnie i wyszłam…
– Pochowali cię sześć miesięcy temu! – warknął Radek stając w drzwiach salonu, uzbrojony w dębowy stołek. – Wracaj do grobu, upiorze!
– Jak mnie nazwałeś, palancie? Odszczekaj!
Próbowała go trzepnąć, ale zasłaniał się meblem, a gdy podeszła bliżej, dźgnął ją boleśnie nogami taboretu.
– Mówiłam, księdza wezwać i mszę zamówić – dogadywała babcia ze swojego pokoju. – Ale nie, uparliście się na świecki pogrzeb, to teraz macie! – Zarechotała złośliwie.
– Nie czas teraz na reakcyjne dyrdymały! – wrzasnął pan domu. – Trzeba się jej pozbyć!
– Przyznaj się – chichotała staruszka. – Boisz się, że córcia wampirzyca popsuje ci karierę? To ci dopiero będzie skandal! Jak się towarzysz Pierwszy dowie, to cię z PZPR wywalą w pięć minut.
– Pozbyć się mnie!? – Gosia ryknęła aż zabrzęczały wisiorki żyrandola. – Odwaliło wam?
– Lecę po dubeltówkę! – krzyknął brat i pocwałował po schodach na górę.
Gosia pchnęła drzwi swojego pokoju.
– O żesz wy! – ryknęła. – Co to ma znaczyć!?
Jej kolekcja plakatów z tygodnika „Razem” znikła bez śladu. Szafka z ciuchami była pusta. Tylko piękne kolorowe zdjęcie Limahla, to które oprawiła w ramkę po zdjęciu ślubnym pradziadków, leżało porzucone na parapecie.
– Coście zrobili z moimi ciuchami!? – Złapała portret idola i wróciła do przedpokoju wściekła jak osa. Ojciec na jej widok wycofał się rakiem w stronę salonu.
– Wyrzuciliśmy – bąknął.
Otwarła z rozmachem szafę.
– Ha!
Jej śliczna jeansowa kurteczka na szczęście ciągle wisiała na wieszaku.
– Znalazłam czosnek! – Matka wybiegła z kuchni, trzymając w ręce torebkę. – Ten co z Czechosłowacji przywiozłeś. Granulowany chyba może być? A kysz! – Sypnęła na oślep.
– Jau!
Drobinki, które do niej doleciały, zapiekły jak smagnięcie pokrzywą. W tym momencie u szczytu schodów pojawił się Radek wymachujący dubeltówką.
– Gin, potworze! – wrzasnął i wypalił.



Księga



Nad Szmulkami zapadał paskudny jesienny zmierzch, ale mieszkaniu wampira Marka było ciepło i zacisznie. Gosia wysłuchała dwugodzinnej pogadanki na temat BHP. Ponieważ kompletnie nie miała ochoty wracać do rodzinnego grobu, naszykowała kilka kupionych po drodze motków kordonku i popatrując na wzór wydrukowany w „Filipince”, usiłowała wydziergać szydełkiem koronkową rękawiczkę. Przyjaciel gospodarza, wampir-komunista Igor, nakrywszy twarz „Trybuną Ludu”, drzemał na kanapie. Ślusarz Marek czytał sowiecki podręcznik obsługi tokarki z 1948 roku. Na stronie tytułowej wykaligrafowano starannie dedykację:

Towarzyszowi Sławomirowi Siapciuchowi
z okazji 70-tych urodzin Józefa Stalina
Gminny Sekretarz PZPR w Ozorkowie.


Poniżej wił się zakrętas nieczytelnego podpisu i czerwieniała okrągła pieczęć. Księga oprawiona była w grubą tekturę, grzbiet pokryto czarnym lakierowanym płótnem.
Rieduktostrojenie – mruknął pod nosem rozczulony wampir, zamykając tomik. – Istnieją takie określenia techniczne, które dobrze brzmią tylko po rosyjsku.
– Wydaje się panu, bo pracował pan w carskiej fabryce – zauważyła rezolutnie dziewczyna.
– Co się tak krzywisz? – Odstawił wolumin na regał pomiędzy podobne dzieła.
– No tak sobie pomyślałam, że jak na wampira ma pan dziwne zainteresowania.
Popatrzył na nią zdumiony.
– A jakie niby mam mieć? Jestem ślusarzem od blisko stu lat. To chyba normalne, że interesują mnie zagadnienia dotyczące mojej pracy? W każdym zawodzie niezbędne jest podnoszenie kwalifikacji. To pozwala poprawić jakość wyrobów i wydajność. To nie są lata pięćdziesiąte – westchnął. – Wtedy za przekroczenie normy dawali bilety do kina i teatru, dodatki do pensji i inne takie.
– A jak się wyrobiło kilka miesięcy pod rząd po sześćset procent normy, to i mieszkanie można było dostać – uzupełnił spod gazety Igor. Najwyraźniej się obudził. – I gwiazdek przodowników pracy po kilka mieliśmy… I własnych, i z wyssanych.
– Wysysaliście kumpli!?
– E, nie, ale wiesz, płacili kiepsko, a najlepsza brygada miała premie, więc pracowaliśmy dwutorowo. Odstraszaliśmy bumelantów osłabiających moralnie nasz kolektyw… A konkurentów pozbawialiśmy groźnych pracoholików. I jak się taką gwiazdkę wpięło, to tramwajem za darmo się jeździło. Piękne czasy… Tylko krew była kiepska, grochówka z wkładką mięsną jest może kaloryczna, ale psuje smak okropnie. – Usiadł i ziewnął. – Ale to taka mądrość etapu – dodał uczenie. – Patrząc dialektycznie w procesie budowy nowej socjalistycznej rzeczywistości nawet wampir musi ponieść pewne ciężary dla dobra ogółu.
– A to wszystko mieliśmy dzięki umiejętnościom toczenia i frezowania – podjął Marek. – Raz jak dorobiłem brakujący tłok do silnika amerykańskiego spychacza, to mnie do Orderu Pracy zgłosili, bo uratowałem całą budowę przed zawaleniem planu! Moje zainteresowania są szlachetne i pożyteczne!
– No, nie wiem… – bąknęła. – Moim zdaniem wampiry powinny myśleć… No, o czymś bardziej wzniosłym. O najsubtelniejszych porywach ludzkiego ducha. O genialnych ideach porywających tłumy – zapaliła się.
– Gadali nam o tym polityczni na szkoleniach ideologicznych. Ale marksizm jakoś zawsze wydawał mi się kompletnie jałowy intelektualnie – wyznał ślusarz.
– Bo za mało Lenina przeczytałeś – burknął Igor. – Na szóstym tomie odpadłeś, a ja dojechałem do pięćdziesiątego drugiego!
– Bajeruje – poinformował Gosię Marek. – Dwa ostatnie to indeksy.
– Do teatru chodziliście, czyli nieobce są wam wyższe przeżycia artystyczne… – zamyśliła się.
– No ba. „Wesoła wdówka”, to dopiero fajne przedstawienie, do dziś pamiętam – westchnął komunista.
– Ja tam jestem prostym człowiekiem. Wiesz, horror obejrzę na wideo, kryminał poczytam; uwielbiam te o Sherlocku Holmesie… – snuł rozważania Marek. – Jak jeszcze żyłem, to zamiast wina wolałem sobie kufel Haberbuscha strzelić. Subtelności to nie dla mnie.
– My, wampiry… – zaczęła i umilkła.
– A ty, o czym niby myślisz? – Ślusarz wzruszył ramionami. – O Limahlu zapewne? Jak dla mnie ma strasznie głupią fryzurę, a śpiewa jakby go nożykiem po jajkach połaskotali. O, przepraszam – zreflektował się, przypomniawszy sobie, że rozmawia z nastolatką.
– Rozmyślam o modzie i strojach. O klejnotach, pałacach… O dziełach sztuki i karetach… – rozmarzyła się.
– Wybijają ci hrabiowskie geny po przodku – skwitował lekceważąco Igor – albo się za dużo tych pseudowiktoriańskich horrorów naoglądałaś.
W tym momencie ktoś zapukał do drzwi. Gosia spojrzała spłoszona w stronę przedpokoju.
– Spokojnie – mruknął gospodarz, mocując się z zamkiem. – Tym razem to nie van Helsing – zażartował makabrycznie. – I nie blednij.
– Dlaczego?
– Bo wampiry nie bledną – zachichotał. – Brak krążenia.
Do wnętrza wszedł jakiś przybysz. Był drobny, cały ginął w grubej, puchowej kurtce. Na głowie miał narciarską czapę głęboko nasuniętą na oczy.
– Małgorzato, pozwól że ci przedstawię: to hrabia Xawery Prut, nestor i poniekąd wódz warszawskich wampirów – odezwał się ślusarz.
– Małgorzata, hrabina Bronawska. – Dygnęła, podając dłoń do ucałowania.
Hrabia cmoknął ją z wdziękiem, jakiego nabiera się tylko skutkiem wielowiekowej praktyki, przywitał się z Markiem i ściągnął czapę. Dziewczyna wrzasnęła, aż zadrżał żyrandol.
– Czego się boisz, to tylko wampir – uspokajał ją ślusarz. – Trzy wieki na karku, to i wygląd się zmienia…
Ciekawe czy za trzysta lat też będę miała takie czerwone oczy i spiczaste uszy? – zadumała się Gosia, ale nic nie powiedziała.
– Bronawska. – Głos hrabiego skrzypiał jak wieko trumny. – Z tych Bronawskich, którzy mieli browar na Woli?
– Tak. Moi przodkowie robili dobre piwo? – zaciekawiła się.
– W czasie powstania tysiąc osiemset trzydziestego nazywano je siuśkami artylerzysty. Nie jestem pewien, czy można uznać to za komplement. – Uśmiechnął się kpiąco, odsłaniając przy tym klawiaturę iście krokodylich zębów.
– Zapraszamy na pokoje. – Gospodarz zgiął się w ukłonie, wskazując przybyszowi drzwi saloniku. – Czym chata bogata. To znaczy do jedzenia nic nie ma, ale mogę wyskoczyć na miasto po jakąś przekąskę…
– Nie trzeba. Pozwoliłem sobie odwiedzić was, bo mam sprawę. Coś sobie przypomniałem… – mówił zdejmując wierzchnie okrycie.
Miał na sobie nieprawdopodobnie wytarty czarny smoking oraz flanelową koszulę w kratkę. Na nogach połyskiwały bielą i błękitem potwornie sprane tureckie jeansy.
– Nie gap się tak – westchnął pod adresem dziewczyny. – Czasy są ciężkie, a rodowy majątek przepadł… To i człowiek ubiera się jak potrafi i w to, co zdobędzie.
Ściągnął z nóg „Relaksy”.
– Czym zatem możemy służyć, hrabio? – Ślusarz ponownie ukłonił się przed gościem.
Igor też zwlókł się z kanapy i mimo swojego radykalnie czerwonego światopoglądu oddał pokłon przedstawicielowi byłych klas posiadających.
– Tak sobie leżałem w grobie, przewracałem z boku na bok i nagle zaświtała mi idea. Pomyślcie, czego najbardziej potrzeba nam do szczęścia?
– Krwi młodych, dobrze odżywionych, wysportowanych, niepalących, abstynentek… – westchnął wampir-komunista. – Najlepiej córek badylarzy, cinkciarzy, milicjantów, ubeków i wyższych kręgów partyjnych. – Puścił oko do Gosi.
– Durnyś, mój drogi Igorze. Najważniejsza dla nas jest bowiem wiedza o możliwościach i ograniczeniach naszej rasy.
– To znaczy, że nie wiemy wszystkiego? – zdumiała się dziewczyna.
– Gdy byłem młody, wampiry potrafiły robić rzeczy dziś zapomniane. Przechodziły przez ściany, niezależnie od wieku nie bały się słońca. Tylko zanim mnie tego wszystkiego nauczono, przyszli ci dranie od Kościuszki ze swoimi kosami postawionymi na sztorc. – Wzdrygnął się na samo wspomnienie. – Zaraz potem sytuacja uległa dalszemu pogorszeniu. To na całym świecie był ciężki okres. Ukazała się książka Polidoriego „Wampir”. Ciepłym otworzyły się oczy. Zaczęli zwracać baczniejszą uwagę na wszystko to, w co wcześniej nie wierzyli. I jak ruszyli w tany z kołkami w dłoniach, to w parę lat nie było chyba na kontynencie jednego nienaruszonego grobu! Ale starożytna wiedza nie przepadła tak zupełnie bez śladu. Kilka starych wampirów zebrało się i napisało coś w rodzaju podręcznika…
– „Necronomicon”! – Igor aż poderwał się z kanapy. – Myślałem, że to tylko legenda!
– Wydaje mi się, że nie. Miałem kiedyś znajomka wampira, Marcin Szot się nazywał. Wyjechał do Ameryki zaraz po trzecim rozbiorze i wcięło go na ponad sto lat. Tam przeczekał okres kołkowania. Wrócił niedługo przed drugą wojną, no i miał pecha. Zaraz w trzydziestym dziewiątym namierzyło go Ahnenerbe.
– Co to takiego? – zdziwiła się dziewczyna. – Gestapo jakieś?
– Tajny instytut Himmlera – wyjaśnił Marek. – Oficjalnie powołany do badania dziedzictwa przodków, czyli historii i dorobku rasy aryjskiej. Ale w praktyce zajmowali się wszystkim, co dziwne i tajemnicze. Pewnie chcieli wykorzystać nas do celów militarnych. Złapali jednego wampira, był słaby, wsypał wszystkich, których znał. Kto się nie wyrwał – zginął. Gdzieś z piętnastu naszych wykończyli.
– Osiemnastu – sprostował hrabia. – W tym kilku naprawdę wiekowych, którzy jak ja przetrwali wiele polowań… Mojego przyjaciela dostali niestety w pierwszej kolejności. Tylko, że on przewidywał, iż ta wojna będzie inna niż poprzednie, dlatego jeszcze we wrześniu podjął decyzję o ukryciu swoich pamiątek przywiezionych z USA. Mówił mi o tym przed aresztowaniem.
– Chcesz, mistrzu, powiedzieć, że wśród nich była ta księga? – Ślusarz aż płonął z ciekawości.
– Pamiętam, że miał takie grube tomiszcze oprawione w ludzką skórę, z okuciami na rogach i z tłoczonym, złoconym napisem na grzbiecie. Stała za szybką w serwantce. Raz tylko powiedział, że przegląda ją, gdy najdzie go tęsknota za dawnymi czasami. Pewnie by mi pozwolił poczytać, ale nie wiedziałem wtedy, dlaczego jest taka ważna. Dopiero wiele lat po wojnie usłyszałem po raz pierwszy o „Necronomiconie”, a teraz skojarzyłem, że to musiała być ta właśnie księga! No i tytuł na grzbiecie!
Ze czterdzieści lat dumał zanim się kapnął, pomyślała Gosia z rozbawieniem. Cóż, lepiej późno niż wcale.
– Musimy zdobyć tę księgę – westchnął z nabożeństwem Igor.
– Podobno jedyny znany egzemplarz znajduje się na pokładzie jachtu, który nigdy nie przybija do brzegu. Drugi ponoć miał być w bibliotece uniwersytetu Arkham, problem w tym, że w atlasie nie znalazłem takiego miasta… – dumał ślusarz. – To ten będzie trzeci?
– Ciepli gadają różne bzdury. – Hrabia wzruszył ramionami. – Nie sądzę, by księga istniała tylko w jednym egzemplarzu, ale to jedyny odpis, o którym wiemy. A gdy ją zdobędziemy, będziemy mogli zrobić wszystko – warknął. – Są w niej opisane sekrety wszystkich bytów nekrobiotycznych. Możemy się z niej dowiedzieć na przykład…
– Jak zmienić się w nietoperza! – ucieszył się wampir-komunista.
– Nikt od wieków nie próbował transformacji w nietoperza – skwitował Prut. – Wiele razy poważnie zastanawiałem się, czy to w ogóle możliwe. Na filmach niby się zmieniają, ale coś mi się widzi, że to tylko sztuczka. Trick kinowy, i to w wykonaniu ciepłego aktora. Nie wydaje mi się, by jakiś wampir zgodził się na poniżającą pracę komedianta… No i musieliby użyć nie wiem jakiej taśmy, żeby się nagrało.
– Te filmy kręcą w Ameryce – powiedział w zadumie Igor. – Skoro mają lepsze taśmy, to niewykluczone, że i wampir może zostać aktorem. Tamtejsze społeczeństwo jest pewnie okropne. Nadmiar dolarów musiał ich straszliwie zdemoralizować – dodał rozmarzony. – A może ta księga podpowie nam, jak zrobić fotografię wampira! – zapalił się.
Hrabia uśmiechnął się pobłażliwie.
– A ty znowu o tej loterii wizowej – rzekł z przyganą. – Wybij sobie z głowy, do USA i tak cię nie wpuszczą! A nawet gdyby wpuścili, to wiesz przecież co Coollenowie robią z obcymi wampirami.
– Coollenowie? – zaciekawiła się Gosia. – Kto to?
– Zasrani rzeźnicy! – burknął Xawery. – Lepiej żebyś nigdy ich nie spotkała. Wampiry-sadyści! Wysysają nie ludzi, ale niewinne zwierzątka! Szczeniaczki, kotki, jagniątka, sarenki… A że krew zwierzęca ma kiepską kaloryczność, to kasują tych sarenek po kilka tygodniowo na głowę. Jak wymordują cały las, zmieniają stan, przenoszą się gdzie indziej, i działają tak jak poprzednio aż do kompletnego przetrzebienia zwierzyny. Ohydni kłusownicy!
Dziewczyna aż się wzdrygnęła słysząc o takim bestialstwie.
– A najgorszy z nich jest Edward – dorzucił Marek z nienawiścią w głosie. – To on wymyślił to zwyrodnienie. I jeszcze, na domiar złego, nazywa je …wegetarianizmem!
– Edwardem się nie przejmuj, przecież to idiota – prychnął hrabia. – Chłopak ma tak na oko z osiemnaście lat – zwrócił się do Gosi. – Wymoczek z włoskami na żelu. Wygląda jak przedmiot westchnień głupich amerykańskich dziewuch z głębokiej prowincji. Ale wygląd to nie wszystko. Liczy się to, co w głowie. A on ma tam kompletne siano. Od 1918 roku bez przerwy chodzi do szkoły. To do jednej, to do drugiej. Zdawał maturę już kilkadziesiąt razy, i co?
– Nie rozumiem? – Zatrzepotała rzęsami.
– I nigdy nie zdał! W ogóle nie zaczął studiować! Przygłup. Za to jego przybrane rodzeństwo…
– Bejsboliści zakichani. Ich ulubioną zabawą jest dziurawienie innych wampirów piłeczkami… – warknął Igor. – Wyobraź sobie, że stoisz na górskiej łące, rozkoszujesz się nadciągającą burzą, a tu nagle… Znam takiego, który oberwał, że na wylot przeszło. Z dziesięć lat łaził z dziurą zanim się wygoiło!









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-12-04 (1274 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej