Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Mroczna zemsta
 
Katalog - dodano
 Nemezis
- James Swallow
 Pęknięta korona
- Grzegorz Wielgus
 Szablon
- Agnieszka Sudomir
 Czerwona opcja
- Siergiej Niedorub
 Okrutny książę
- Holly Black
 
- skomentowano
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Ślepa Bogini'' - Anne Holt



Był martwy. Definitywnie. Nie miała żadnych wątpliwości. Później jednak nie potrafiła wytłumaczyć, skąd miała taką pewność. Może to z powodu pozycji, w jakiej leżał, może z powodu twarzy zagrzebanej w gnijących liściach albo psiej kupy tuż przy uchu... w końcu nawet najgorszy pijak, jeśli ma bodaj odrobinę szacunku dla siebie, nie kładzie się z nosem przy psiej kupie.
Delikatnie obróciła ciało. Przodu głowy po prostu nie było. Nie istniało nic, co pozwoliłoby rozpoznać osobę, stwierdzić jej tożsamość. Ale klatka piersiowa bez wątpienia należała do mężczyzny. Widniały w niej trzy dziury.
Kobieta szybko się odwróciła, bo targnął nią odruch wymiotny, ale jego wynikiem był tylko bolesny skurcz w żołądku i nieprzyjemny, kwaśny posmak w ustach. Puszczone zwłoki bezwładnie opadły z powrotem na brzuch. Zbyt późno się zorientowała, że przesunęła je akurat na tyle, by głowa trafiła w ekskrementy, które rozprysnęły się po mokrych ciemnoblond włosach ofiary. Widząc to, zwymiotowała. Jakby drwiąc ze zmarłego, obryzgała go pomidorowoczerwoną zawartością żołądka, a niestrawione ziarenka groszku, który zjadła na obiad, ułożyły się na plecach zmarłego jak jadowicie zielone kropki.
Karen Borg poderwała się do biegu. Przywołała psa i wzięła go na smycz. Biegł przy niej zachwycony niespodziewaną zabawą, dopóki się nie zorientował, że jego pani zanosi się płaczem. Wtedy znienacka przyłączył się do żałobnego chóru przenikliwym popiskiwaniem i wyciem.
Nie zwalniali, nie zatrzymywali się nawet na moment.


Poniedziałek, 28 września, z retrospekcją



Budynek policji w Oslo, Grønlandsleiret 44. Adres bez historycznych skojarzeń, inaczej niż Møllergata 19, a już na pewno niż Victoria terrasse. Adres Grønlandsleiret 44 przywoływał na myśl zmęczenie, szarość i nowoczesność, którym towarzyszyły nieprzyjemny posmak państwowej niewydolności i wewnętrznych sporów. Budynek był duży, lekko wygięty w łuk, zupełnie jakby nie potrafił się oprzeć uderzeniom wiatru. Wciśnięty był między dom Boży a więzienie, za plecami miał zniszczoną zabudowę niewielkich domków na Enerhaugen, a przed sobą najbardziej zanieczyszczoną i ruchliwą dzielnicę miasta, od której oddzielał go jedynie ogromny trawnik. Wejście było nieprzyjazne i odpychające, zdecydowanie za małe w stosunku do dwustumetrowej fasady, do tego ściśnięte i ustawione pod kątem, prawie schowane, jakby chciało utrudnić dostęp do wnętrza, a ucieczkę ze środka wprost uniemożliwić.
W poniedziałek o wpół do dziesiątej rano adwokat Karen Borg dotarła do drzwi wejściowych, pokonawszy pnącą się lekko pod górę, wybrukowaną ścieżkę, na tyle długą, że zdążyła poczuć pot na plecach. Doszła do wniosku, że pagórek usypano celowo – widać do Komendy Okręgowej Policji w Oslo wszyscy powinni wchodzić spoceni.
Całym ciałem naparła na ciężkie, metalowe drzwi i weszła do holu. Gdyby miała więcej czasu, zwróciłaby pewnie uwagę na niewidzialną granicę biegnącą środkiem podłogi. Po słonecznej stronie tej ogromnej przestrzeni oczekiwali na czerwone dowody przynależności państwowej żądni wrażeń i podróży Norwegowie. Od strony północnej zaś, wciśnięci pod galerię, siedzieli ciemnoskórzy przybysze, zalęknieni, spoceni po godzinach oczekiwania na bezwzględnych urzędników policyjnych do spraw cudzoziemców.
Ale Karen Borg była już trochę spóźniona, spojrzała więc tylko w górę, na galerie biegnące wzdłuż ścian. Po jednej stronie widoczne były szeregi niebieskich drzwi i niebieskie linoleum na podłodze, po drugiej, tej od południa, wszystko było w kolorze żółtym. W zachodniej ścianie dostrzegła wejścia prowadzące do bocznych korytarzy – czerwonego i zielonego. Otwarta przestrzeń holu wznosiła się na wysokość siedmiu pięter. Karen Borg doszła do wniosku, że był to dowód szczególnego marnotrawstwa, bo pokoje w związku z tym z pewnością musiały być malusieńkie. Szybko uznała, że najważniejsze obszary – czyli biuro komendanta okręgowego policji i kantyna – znajdują się na siódmym piętrze, a jeszcze wyżej, w przestrzeni niewidocznej z holu, mają swoją siedzibę, niczym bogowie na Olimpie, służby bezpieczeństwa.
Zupełnie jak w przedszkolu, pomyślała Karen Borg, przyglądając się kolorowym ścianom. Żeby wszyscy trafili na swoje miejsca.
Szła na trzecie piętro, do strefy niebieskiej. Trzy windy wyraźnie postanowiły zmusić ją do wejścia po schodach. Po czterech minutach wpatrywania się w świetlną kropkę nad drzwiami, która przesuwała się w górę i w dół, ani razu nie zatrzymując się przy jedynce, Karen Borg ustąpiła – ruszyła na górę piechotą.
Bez trudu odnalazła drzwi pokoju o czterocyfrowym numerze. Niebieskie drzwi pokryte były resztkami naklejek, które ktoś kiedyś próbował zerwać. Myszka Miki i Kaczor Donald uparcie opierali się jednak eksterminacji i szczerzyli do niej zęby, pozbawieni nóg i połowy twarzy. Już lepiej by to wyglądało, gdyby zostawiono ich w spokoju. Karen Borg zastukała, a słysząc głos ze środka, weszła.
Håkon Sand nie sprawiał wrażenia człowieka tryskającego energią. W pokoju pachniało wodą po goleniu, a na krześle, jedynym oprócz tego, na którym sam siedział, leżał wilgotny ręcznik. Karen zauważyła, że Håkon Sand ma mokre włosy.
Chwycił ręcznik, rzucił go w kąt i poprosił, by usiadła. Siedzenie było wilgotne, ale udała, że tego nie widzi.
Håkon Sand i Karen Borg byli starymi przyjaciółmi, chociaż teraz rzadko się widywali. Podczas przypadkowych spotkań na ulicy albo u wspólnych przyjaciół wymieniali tylko wytarte frazesy: „jak się masz”, „dawno się nie widzieliśmy” czy „któregoś dnia musimy się umówić na obiad”, i na tym się kończyło.
– Cieszę się, że przyszłaś.
Jego wygląd mówił jednak coś innego. Powitalny uśmiech był wystrzępiony i zwiędły po dwudziestu czterech godzinach w pracy.
– Facet nie chce nic mówić. Powtarza tylko, że masz być jego obrońcą.
Karen Borg zapaliła papierosa. Wbrew wszelkim ostrzeżeniom Głównego Urzędu ds. Zdrowia paliła papierosy marki Prince, zawierające maksymalne ilości nikotyny i substancji smolistych, pewnie dlatego nikt nigdy nie prosił jej o poczęstowanie papierosem.
– Więc musisz go przekonać, że to niemożliwe. Po pierwsze, jestem świadkiem w sprawie, ponieważ to ja znalazłam zwłoki. Po drugie, nie znam się na prawie karnym, nie zajmowałam się tym od dyplomu. Czyli od siedmiu lat.
– Od ośmiu – poprawił ją. – Od naszego dyplomu minęło już osiem lat. Ale na zakończenie miałaś jedną z trzech najlepszych ocen, i to na sto czternaście osób. Ja byłem piąty od końca. To oczywiste więc, że będziesz się znać na prawie karnym, jeśli tylko zechcesz.
Wyraźnie był poirytowany, a to się udzielało. Nagle Karen znów poczuła się jak na studiach, takie właśnie napięcia się między nimi wtedy pojawiały. A powody zawsze były te same – jej niezmiennie wspaniałe wyniki i jego wyboista droga ku dyplomowi. Prawdę mówiąc, pewnie nigdy by go nie zdobył, gdyby nie ona. To ona go bez przerwy ciągnęła, prośbą i groźbą, jakby z takim brzemieniem na plecach jej sukces był łatwiejszy do udźwignięcia. Z jakiegoś powodu, którego nigdy nie sprecyzowali i o którym nigdy nie rozmawiali, oboje uważali, że to ona ma wobec niego dług wdzięczności, a nie odwrotnie. Później zawsze ją złościło to poczucie, że jest mu coś winna. Dlaczego jednak przez całe studia trzymali się razem jak papużki nierozłączki, tego nie rozumiał nikt. Nigdy przecież nie zostali kochankami, nie posunęli się dalej poza delikatne obściskiwanie się po kilku kieliszkach, a mimo to tworzyli niezwykłą parę przyjaciół, nierozłącznych, wiecznie się kłócących, ale zawsze pełnych wzajemnej troski, dzięki czemu stali się wręcz nietykalni i odporni na niezliczone pułapki czyhające w okresie studiów.
– Jeśli chodzi o twój status świadka, to w tej chwili mam go gdzieś. Najważniejsze, żeby facet zaczął mówić. A najwyraźniej nie zacznie, dopóki nie zgodzisz się zostać jego obrońcą. Do tego całego świadkowania wrócimy, jeśli ktoś się przyczepi, a nim to się stanie, na pewno upłynie dużo czasu.
„To całe świadkowanie”. Håkon nigdy zbyt precyzyjnie nie posługiwał się językiem prawniczym, teraz jednak Karen Borg nie potrafiła tego tak gładko przełknąć. Håkon był w końcu młodszym prokuratorem policji, a więc strażnikiem prawa i porządku. Karen Borg bardzo chciała nadal wierzyć, że policja traktuje prawo poważnie.
– Nie mogłabyś z nim przynajmniej porozmawiać?
– Pod jednym warunkiem. Wyjaśnisz mi, i to wiarygodnie, skąd on wie, kim jestem.
– To akurat był faktycznie mój błąd.
Håkon uśmiechnął się z wyrazem takiej ulgi, jaką odczuwał za każdym razem, gdy Karen wytłumaczyła mu coś, co wcześniej dziesięć razy czytał bez zrozumienia. Potem przyniósł z sekretariatu dwie filiżanki kawy i opowiedział historię o młodym obywatelu Holandii, którego jedyny związek z życiem gospodarczym – przynajmniej według wstępnych teorii policji – polegał na szmuglowaniu narkotyków w Europie. Historia wyjaśniała, w jaki sposób tenże Holender, który obecnie, milcząc jak głaz, czekał na Karen Borg w najokropniejszej oficynie Norwegii, czyli w areszcie Komendy Okręgowej Policji w Oslo, dowiedział się, kim jest akurat Karen Borg – nieznana szerzej opinii publicznej, ale odnosząca wielkie sukcesy trzydziestopięcioletnia prawniczka specjalizująca się w sprawach gospodarczych.


* * *



– Brawo dwa-zero wzywa zero-jeden.
– Zero-jeden do Brawo dwa-zero. O co chodzi?
Policjant mówił cicho, jakby czekał na powierzenie mu w zaufaniu jakiejś tajemnicy. Tak jednak nie było. Miał właśnie dyżur w centrali operacyjnej, a głośne mówienie było tu tabu, stanowczość cnotą, a zwięzłość – koniecznością.
Umundurowani funkcjonariusze siedzieli w tym amfiteatralnie urządzonym pomieszczeniu niczym kury na grzędzie, wpatrzeni w wiszący na przeciwległej ścianie ogromny plan Oslo. W centrali usytuowanej w samym środku budynku policji nie było ani jednego okna, a mimo to noc i tak się tu wdzierała. Wszystko za sprawą łączności z wozami patrolowymi życzliwego numeru 002, służącego pomocą mniej lub bardziej potrzebującym mieszkańcom miasta.
– Na Bogstadveien na trotuarze siedzi mężczyzna. Nie można się z nim dogadać. Ma zakrwawione ubranie, ale nie widać, żeby był ranny. Żadnego dowodu tożsamości. Nie stawia oporu, ale zakłóca ruch. Przywozimy go.
– W porządku, Brawo dwa-zero. Zgłoście się, kiedy znów będziecie wyjeżdżać. Zero-jeden, bez odbioru.


* * *



Nieco ponad pół godziny później mężczyzna zabrany z ulicy stał już w izbie przyjęć. Ubranie rzeczywiście miał solidnie zakrwawione. Przeszukiwał go młodziutki uczeń szkoły policyjnej, z gołymi jeszcze pagonami, bez jednej belki, która chroniłaby go przed taką właśnie brudną robotą. Chłopak był śmiertelnie przerażony, pewnie bał się krwi, być może zarażonej wirusem HIV. Dłońmi w rękawiczkach ściągnął z tamtego rozpiętą skórzaną kurtkę, pod którą był równie brudny T-shirt, pierwotnie biały. Krew poplamiła też dżinsy, chociaż i bez tego facet nie wyglądał na szczególnie zadbanego.
– Dane osobiste – poprosił dyżurny zmęczonym głosem, wyglądając ponad kontuarem.
Mężczyzna nie odpowiedział, tęsknie natomiast zerknął na paczkę papierosów, którą słuchacz szkoły policyjnej schował już do papierowej torby razem z zabraną złotą obrączką i pękiem kluczy związanych nylonową żyłką. Jedyne uczucie, jakie malowało się na twarzy zatrzymanego, to było pragnienie zapalenia papierosa, ale i ono zniknęło, kiedy tylko chłopak oderwał oczy od torby i spojrzał na dyżurnego. Od policjanta dzieliła go solidna barierka umocowana do betonowej posadzki jakieś pół metra przed wysokim i szerokim drewnianym kontuarem, zza którego ledwie widać było nos i rzadkie siwe włosy funkcjonariusza.
– Twoje dane, człowieku! Jak się nazywasz? Kiedy się urodziłeś?
Nieznajomy uśmiechał się, ale nie była to drwina. Raczej łagodna sympatia dla zmęczonego policjanta, jak gdyby chłopak chciał przekazać, że jego milczenia nie należy traktować w kategoriach osobistych. Nie zamierzał nic mówić, więc dlaczego po prostu nie zamkną go w celi, żeby mieć to już za sobą? Uśmiech był wręcz przyjazny, chociaż milczący. Dyżurny źle go jednak zrozumiał.
– Zaprowadź go do celi! Czwórka jest wolna. Niech tu, do cholery, nie stoi i dłużej mnie nie prowokuje!
Chłopak nie protestował. Posłusznie poszedł do celi numer cztery. W korytarzu przed drzwiami do każdej z cel stały buty. Zniszczone obuwie przeróżnych rozmiarów, niczym wizytówki informujące, kto za drzwiami mieszka. Chłopak pewnie się domyślił, że ta reguła dotyczy również jego, w każdym razie bez ponaglania zrzucił adidasy i ustawił je porządnie przy drzwiach.
Cela miała mniej więcej trzy metry na dwa i była totalnie przygnębiająca – jasnożółte, puste, bez najmniejszego nawet graffiti ściany i podłoga. Jedynym plusem, jaki mógł przyznać temu pomieszczeniu, dalekiemu od hotelowego pokoju, było to, że gospodarze najwyraźniej nie oszczędzali prądu. Światło świeciło zbyt mocno, a temperatura musiała dochodzić co najmniej do dwudziestu pięciu stopni.
Tuż za drzwiami znajdował się kibel; to coś nie zasługiwało na określenie ubikacja czy toaleta. Było to wymurowane podwyższenie z dziurą pośrodku. Na ten widok chłopak poczuł, jak żołądek mu się ściska, zapowiadając poważne zatwardzenie.
Brak jakichkolwiek napisów pozostawionych na ścianach przez wcześniejszych gości nie oznaczał, że miejsce to nie jest często odwiedzane. Wprawdzie chłopak też nie przyszedł tu prosto spod prysznica, to jednak rodzimy fetor – mieszanka szczyn i ekskrementów, potu i lęku, strachu i przekleństw – sprawił, że jego żołądek znów zaprotestował. Wszystko to musiało po prostu wsiąknąć w ściany, bo na pierwszy rzut oka w pomieszczeniu było naprawdę czysto. Prawdopodobnie spłukiwano je codziennie.
Zza pleców dobiegł go szczęk ryglowanych drzwi, a potem głos mężczyzny z sąsiedniej celi:
– Cześć, jestem Robert. Jak ci na imię? Czego gliny od ciebie chcą?
Ale Robert też nie miał szczęścia. Po chwili i on musiał skapitulować, podobnie jak tamten policjant.
– Gnojek! – mruknął po kilku minutach, na tyle jednak głośno, by komunikat dotarł do adresata.
Na końcu celi znajdowało się poprzeczne podwyższenie. Przy dużej dawce dobrej woli dałoby się może nazwać je pryczą, ale nie miało materaca, nigdzie nie było też koca. No i dobrze, bezimienny aresztant już i tak się oblewał potem. Po chwili położył się, wtykając pod głowę zwiniętą skórzaną kurtkę, i natychmiast zasnął.


* * *



Kiedy w niedzielę, pięć po dziesiątej, młodszy prokurator policji Håkon Sand przyszedł do pracy, anonimowy więzień jeszcze spał. Håkon Sand nic o nim jednak nie wiedział. Miał kaca, a nie powinien. Był zły na siebie, ale co z tego? Mundurowa koszula i tak lepiła się do ciała. Idąc do pokoju prokuratorów, wsunął palec pod kołnierzyk, starając się zyskać chociaż trochę luzu. Mundur to niezłe gówno. Początkowo wszyscy byli nim zafascynowani, w domu stawali przed lustrem, wypinali się, gładzili palcami dystynkcje na pagonach, belkę, koronę i jedną gwiazdkę aplikanta. Gwiazdki z czasem mogły się rozmnożyć do dwóch lub trzech, pod warunkiem jednak, że zdoła się wytrzymać dostatecznie długo, by zdobyć stopień młodszego prokuratora lub prokuratora policji. Tymczasem uśmiechali się do odbicia w lustrze, mimowolnie prostowali plecy, stwierdzali, że włosy trzeba ostrzyc, czuli się czyści i zadbani. Wystarczyło jednak kilka godzin spędzonych w pracy, a okazywało się, że w akrylowych ciuchach zaczynają cuchnąć, a sztywny kołnierzyk koszuli zostawia na szyi bolesną czerwoną smugę.
Dyżury prokuratorskie uważano za kompletne dno, wszyscy jednak chcieli je brać. Praca była z reguły nudna, a przez to nieznośnie męcząca, nie wolno było się nawet zdrzemnąć, chociaż zakaz ten zazwyczaj łamano. Tyle że dobrze płacono. Każdy prokurator z rocznym stażem miał mniej więcej jeden dyżur w miesiącu, co zapewniało dodatkowe pięćdziesiąt tysięcy rocznie. Było więc warto. Najważniejszą jednak wadą było to, że dyżur zaczynał się o trzeciej po południu, czyli po pełnym dniu pracy, a kiedy kończył się o ósmej następnego dnia rano, płynnie przechodził w zwykły, nowy dzień roboczy. W weekendy dyżury zostały podzielone na dwudziestoczterogodzinne zmiany, przez co stawały się wyjątkowo lukratywne.
Poprzedniczka Sanda już się niecierpliwiła. Chociaż według regulaminu zmiana powinna nastąpić o dziewiątej, zgodnie z cichą umową ci, którzy rozpoczynali dyżur w niedzielę, mogli zjawić się godzinę później. Osoba schodząca z dyżuru zawsze wtedy przestępowała już z nogi na nogę, i tak też zachowywała się jasnowłosa aplikantka.
– Wszystko, co musisz wiedzieć, jest w dzienniku – oświadczyła. – Kopie dokumentów tej sprawy zabójstwa z piątku wieczorem masz na biurku. Dużo dziś roboty. Już wypisałam czternaście propozycji dobrowolnego poddania się karze i dwa postanowienia z paragrafu jedenaście.
Niech to cholera! Mimo najszczerszych chęci Håkon Sand nie mógł zrozumieć, dlaczego to on ma być bardziej kompetentną osobą do podejmowania decyzji o przejęciu opieki nad nieletnim niż ludzie z Urzędu Ochrony Praw Dziecka. A zawsze to właśnie policja musiała decydować, gdy sytuacja jakiegoś dzieciaka pogarszała się nagle poza godzinami pracy urzędu. Tyle że dwa postanowienia w sobotę to – statystycznie rzecz biorąc – ani jednego w niedzielę. Przynajmniej mógł mieć taką nadzieję.
– Poza tym w oficynie jest pełno. Zrób rundę od razu, jak tylko będziesz mógł – dodała blondynka.
Wziął od niej klucze i przypiął je sobie do paska. Zajrzał do podręcznej kasetki – zawierała to, co powinna. Liczba blankietów paszportowych też się zgadzała. Dziennik prowadzony był na bieżąco.
Formalności zostały zakończone. Håkon postanowił natychmiast zaliczyć rundę wlepiania grzywien. Nim wyszedł z pokoju, przejrzał jeszcze dokumenty leżące na biurku. O zabójstwie słyszał w wiadomościach z regionu Østlandet. Zmasakrowane zwłoki znaleziono nad rzeką Aker. Policja nie ma żadnych śladów. Frazes, pomyślał. Policja zawsze ma jakieś ślady, tyle że często okazują się zbyt słabe.
Teczki ze zdjęciami wykonanymi na miejscu zdarzenia naturalnie jeszcze nie dołączono. W zielonej okładce znalazło się jednak kilka fotografii wykonanych polaroidem. Były straszne. Håkon Sand do tej pory nie przyzwyczaił się do zdjęć martwych ludzi. A przecież w ciągu pięciu lat spędzonych w policji, przy czym trzy ostatnie lata w wydziale A 2.11, grupie do spraw przestępstw przeciwko życiu i zdrowiu, widział ich dość. Wszystkie podejrzane zgony zgłaszano policji, która umieszczała je w systemie komputerowym, oznaczając kodem POD. „Podejrzany zgon” to pojęcie dość szerokie. Håkon widział więc ludzi spalonych, utopionych, zatrutych spalinami, zakłutych nożem, zastrzelonych i uduszonych. A nawet takich, którzy żyli w całkowitej samotności, i w całkowitej samotności, niezauważeni przez nikogo, umierali. Dowiadywano się o tym dopiero wtedy, kiedy sąsiad z dołu poczuł nagle nieprzyjemny zapach w jadalni i zobaczył na suficie wykwity wilgoci, po czym oburzony dzwonił na policję; nawet tych nieszczęśników rejestrowano jako „POD” i honorowano w ten wątpliwy sposób, że ostatnie zdjęcia wykonywano im post mortem. Håkon Sand oglądał zwłoki zielone, zwłoki niebieskie, zwłoki czerwone, żółte i wielobarwne, a także pięknie różowe – zatrute tlenkiem węgla ciała, których dusze nie mogły już dłużej wytrzymać na tym świecie.
A mimo to zdjęcia z polaroida okazały się bardziej drastyczne niż większość, które oglądał do tej pory. Odrzucił je gwałtownym ruchem. I jakby chcąc o nich jak najszybciej zapomnieć, sięgnął po raport. Suche fakty spisane nieporadnym językiem. Håkon Sand ze złością zmarszczył brwi. Podobno wymagania stawiane kandydatom do Wyższej Szkoły Policyjnej były coraz surowsze, nie obejmowały jednak – jak widać – umiejętności wyrażania się na piśmie.
Jego uwagę przykuła końcówka raportu:
„Przy wskazywaniu miejsca zdarzenia obecna była świadek Karen Borg. Znalazła ciało podczas spaceru z psem. Zwłoki były obrzygane. Świadek Borg powiedziała, że to ona”.
Adres i tytuł zawodowy świadka potwierdziły, że chodzi o tę właśnie Karen. Håkon przeciągnął palcami przez włosy i stwierdził, że należało je rano umyć. Pomyślał chwilę i postanowił w tygodniu zadzwonić do Karen. Skoro na nim takie wrażenie zrobiły tylko zdjęcia, to zwłoki musiały być w naprawdę strasznym stanie. Tak, na pewno do niej zadzwoni.
Odłożył papiery na stół i zamknął teczkę. Na moment zatrzymał się na litanii nazwisk wypisanych na górze z lewej strony: Sand/Kaldbakken/Wilhelmsen. A więc to jemu przydzielono sprawę. Kaldbakken był nadzorującym komisarzem, a Hanne Wilhelmsen miała kierować śledztwem.
Przyszła pora na grzywny.
W niedużej drewnianej kasetce znalazł gruby plik kart zatrzymania. Pełne obłożenie. Szybko przerzucił papiery. Głównie pijaństwo. Jeden damski bokser, jeden najwyraźniej chory psychicznie, który w ciągu dnia miał być przewieziony do szpitala Ullevål, i jeden poszukiwany złodziej; ci trzej ostatni posiedzą jeszcze, pijakami zajmie się po kolei. Cel karania ich grzywną pozostawał dla Håkona bardzo niejasny, większość wypisanych mandatów i tak trafiała do najbliższego śmietnika, a nieliczne, które płacono, obciążały konto pomocy społecznej. Taki obieg publicznych pieniędzy przyczyniał się, oczywiście, do utrzymywania zatrudnienia na pewnym poziomie, ale trudno go raczej nazwać rozsądnym.
Wreszcie pozostała jedna karta zatrzymania. Bez nazwiska.
– Co to jest?
Odwrócił się do dyżurnego, otyłego pięćdziesięcioletniego mężczyzny, który z pewnością nie mógł liczyć na więcej niż trzy belki, jakie już zresztą miał na pagonach; cóż, w końcu przyznawano je za staż pracy, a nie za kwalifikacje. Håkon Sand już dawno się przekonał, że facet jest po prostu głupi.
– Jakiś idiota. Już siedział, kiedy przyszedłem na służbę. Podobno odmówił podania personaliów.
– A co zrobił?
– Nic. Rozsiadł się gdzieś na środku ulicy. Cały zakrwawiony. Możesz mu wlepić grzywnę za to, że nie chce podać nazwiska. I za zakłócanie porządku. I za to, że jest gnojkiem.
Po pięciu latach w policji Sand nauczył się, że czasami trzeba policzyć do dziesięciu. Teraz jednak musiał dojść aż do dwudziestu. Nie chciał konfliktu wyłącznie z powodu jakiegoś durnia w mundurze, który nie rozumie, że pozbawianie ludzi wolności to odpowiedzialność.
Idąc do celi numer cztery, Håkon Sand na wszelki wypadek zabrał ze sobą szefa aresztu. Okazało się, że mężczyzna bez nazwiska już nie spał. Patrzył na nich ze zrezygnowaną miną, wyraźnie powątpiewając w ich dobre zamiary. Wyraźnie sztywny i zdrętwiały usiadł na pryczy i wymówił pierwsze słowa, odkąd znalazł się w areszcie:
– Czy mógłbym dostać coś do picia?
Mówił po norwesku, ale jednocześnie jakby nie po norwesku. Håkon Sand nie potrafił stwierdzić, w czym rzecz, bo zdanie zostało sformułowane idealnie, a mimo to było w nim coś obcego. Czyżby znorweszczony Szwed?
Oczywiście dostał coś do picia; colę kupioną za własne pieniądze przez Håkona Sanda. Pozwolono mu nawet wziąć prysznic, dostał też czysty T-shirt i spodnie. Także przyniesione z szafki Sanda. Specjalne traktowanie zatrzymanego wzbudziło niezadowolenie pracowników aresztu, ale Håkon Sand kazał po prostu zapakować zakrwawione łachy do torby i oświadczył:
– To ubranie to ważny materiał dowodowy!


* * *



Młody człowiek naprawdę nie chciał nic mówić. Wprawdzie dokuczliwe pragnienie po tylu godzinach spędzonych w gorącej celi rozwiązało mu język, ale zaraz się okazało, że potrzeba komunikowania się była bardzo tymczasowa. Kiedy zaspokoił pragnienie, znów zamilkł.
Niewielki pokój należący do Hanne Wilhelmsen był potwornie zagracony. Stała tu dwudrzwiowa szafa na dokumenty, trzy rzędy brzydkich aluminiowych półek wypełnionych segregatorami i biurko z dziwnie pochyłym blatem. Była to sprawka zakładowego lekarza, który wpadł kiedyś na pomysł zatrudnienia ergoterapeuty, a ten oświadczył, że pochyłe blaty są świetne na kręgosłup. Nikt jego wywodów nie rozumiał, a wkrótce nawet przekonali się, że konieczność nieustannego schylania się po rzeczy spadające z takiego blatu tylko pogłębia problemy z kręgosłupem. Poza tym w pokoju mieściły się już tylko dwa krzesła, a na jednym z nich siedział zatrzymany.
Urocza Hanne Wilhelmsen niedawno awansowała na sierżanta. Po szkole policyjnej, którą ukończyła jako najlepsza na roku, dziesięć lat pracowała w Komendzie Okręgowej Policji w Oslo. O Hanne wszyscy mówili dobrze, co już samo w sobie było niezwykłym osiągnięciem w miejscu pracy, w którym dziesięć procent czasu poświęca się na mówienie źle o innych. Okazywała posłuszeństwo zwierzchnikom, a przecież nikt nie uważał jej za lizuskę, miała też odwagę wygłaszać własne opinie, była lojalna wobec systemu, chociaż od czasu do czasu zgłaszała propozycje ulepszeń, które na ogół okazywały się na tyle dobre, że je realizowano. Oprócz tego miała intuicję, jaką obdarzony jest zaledwie jeden na stu policjantów. Takie czucie w koniuszkach palców, które mówiło, kiedy podejrzanego trzeba kusić i prosić, a kiedy mu grozić i uderzyć pięścią w stół.
Hanne szanowano i podziwiano. Zasługiwała na to, a jednak nikt z pracujących w tym wielkim szarym budynku tak naprawdę jej nie znał. Zawsze brała udział w dorocznych świątecznych przyjęciach organizowanych przez wydział, w letnich zabawach, a od czasu do czasu przychodziła nawet na jakieś urodziny, świetnie tańczyła, rozmawiała o pracy i obdarzała wszystkich wokół promiennymi uśmiechami, ale zawsze wychodziła do domu dziesięć minut po pierwszej osobie opuszczającej imprezę. Ani za wcześnie, ani za późno. Nigdy się też nie upijała, w związku z czym nigdy się nie wygłupiła. Z nikim się nie przyjaźniła i nikt nigdy się do niej nie zbliżył. Hanne Wilhelmsen czuła się dobrze ze sobą i ze światem, ale wykopała głęboką fosę odgradzającą jej życie zawodowe od prywatnego.
Prawda była taka, że Hanne Wilhelmsen kochała inną kobietę i uważała, że upublicznienie tej wiadomości zniszczyłoby idealny obraz osoby, który przez tyle lat tworzyła. Jedno gwałtowne potrząś­nięcie długimi ciemnobrązowymi włosami wystarczało, by uciąć wszelkie pytania na temat wąskiej obrączki na prawej dłoni, jedynej biżuterii, jaką nosiła. Obrączkę dostała od swojej partnerki, gdy jako dziewiętnastolatki zamieszkały razem. Owszem, krążyły różne plotki, zawsze krążą, ale Hanne była taka ładna, taka kobieca, a i lekarka, którą daleki znajomy znajomego trochę znał, a którą ktoś inny widział kilka razy z Hanne Wilhelmsen, też zachwycała niemal cukierkową urodą. Plotki nie mogły więc być prawdziwe. Poza tym Hanne Wilhelmsen, kiedy już musiała wkładać mundur, zawsze występowała w spódnicy; inne policjantki tego nie robiły, bo spodnie były zdecydowanie bardziej praktyczne. Szybko więc uznano, że plotki wynikały z czystej złośliwości.
I tak Hanne żyła swoim życiem, świadoma, że to, co nie zostanie potwierdzone, nigdy nie stanie się do końca prawdą. Najważniejsze dla niej było to, by zawsze, ale to zawsze dobrze wykonywać swoją pracę. Perfekcja otaczała ją jak tarcza obronna. Tego właśnie chciała. A ponieważ nie rozpychała się łokciami i nie miała ambicji wykraczających poza solidne wykonywanie obowiązków, to ani zazdrość, ani zawiść nie były w stanie obalić otaczających ją obronnych murów.
Hanne uśmiechnęła się do Håkona Sanda.
– Nie wierzysz, że będę zadawać właściwe pytania?
– Przestań. Przecież wiem, że to twoja gra. Mam tylko wrażenie, że coś w tym jest. I tak jak mówiłem, jeśli nie jesteś temu za bardzo przeciwna, chętnie będę się przysłuchiwał. To nie jest wbrew regulaminowi – dodał szybko.
Znał jej potrzebę trzymania się ustalonych zasad i szanował ją za to. Obecność policyjnych prokuratorów podczas przesłuchania podejrzanego była rzeczą niezwykłą, ale dopuszczaną przez regulamin. Już wcześniej mu się to zdarzało, głównie dlatego, że chciał sprawdzić, jak to się odbywa w praktyce, chociaż czasami szczególnie angażował się w jakąś sprawę. Funkcjonariusze zazwyczaj nie mieli nic przeciwko jego obecności, wręcz więcej – jeśli siedział cicho i nie mieszał się do przesłuchania, większości zdawało się to pochlebiać.
Jak na sygnał oboje odwrócili się do zatrzymanego. Hanne Wilhelmsen oparła na biurku prawy łokieć, a palce z długimi, pomalowanymi bezbarwnym lakierem paznokciami zaczęły biegać po klawiszach elektrycznej maszyny do pisania, która piętnaście lat temu była szczytem nowoczesności. Teraz jednak brakowało jej „e”, bo czcionka była już wytarta i w efekcie taśma zamiast litery zostawiała na papierze tylko niewielki kleks.
– Jeśli nadal będziesz milczał, będzie to trwało długo. – Głos Hanne brzmiał łagodnie, wręcz współczująco. – Mnie za to płacą, prokuratorowi Sandowi też, ty natomiast dalej będziesz siedział. Prędzej czy później pewnie cię wypuścimy, ale może coś zrobisz, żeby się to stało prędzej?
Młody człowiek pierwszy raz sprawiał wrażenie zdezorientowanego.
– Nazywam się Han van der Kerch – odezwał się po chwili. – Jestem Holendrem, w Norwegii przebywam legalnie. Studiuję.
A więc wyjaśniło się, skąd ten język norweski taki nienorweski. Håkon Sand przypomniał sobie idola swojej młodości, holenderskiego panczenistę Arda Schenka, także doskonale mówiącego w tym języku, wróciło też wspomnienie starej, uwielbianej w dzieciństwie książki Holender Jonas Gabriela Scotta, która w dużym stopniu przyczyniła się do tego, że po latach, podczas międzynarodowych mistrzostw piłki nożnej zawsze kibicował pomarańczowym.
– Nic więcej nie powiem.
Znów zapadła cisza. Håkon Sand czekał na następny ruch Hanne Wilhelmsen.
– No tak, to twój wybór i twoje prawo. W takim razie posiedzimy tu długo. – Wkręciła kartkę do maszyny, jakby już teraz wiedziała, że będzie miała co zapisywać. – A na razie posłuchaj, jaką mamy teorię.
Odsunęła krzesło, aż rozległo się nieprzyjemne zgrzytnięcie. Zaproponowała Holendrowi papierosa, sama też zapaliła. Chłopak sprawiał wrażenie wdzięcznego. Håkon Sand był mniej zadowolony, odsunął się razem z krzesłem i otworzył drzwi, żeby zrobić przeciąg. Okno już było uchylone.
– W piątek wieczorem znaleźliśmy zwłoki – mówiła cicho Hanne Wilhelmsen. – Bardzo zmaltretowane. Ten człowiek prawdopodobnie nie chciał umierać, a już z pewnością nie w taki paskudny sposób. Strasznie krwawił. A ty, kiedy cię znaleźliśmy, cały byłeś zakrwawiony. Być może my, policjanci, nie jesteśmy zbyt bystrzy, ale z reguły potrafimy dodać dwa do dwóch. Na ogół wychodzi nam cztery. A teraz wydaje nam się, że właśnie tyle wyszło.
Sięgnęła po popielniczkę stojącą na półce za jej plecami. Była to pozbawiona gustu pamiątka gdzieś z południa Europy, faun z brązowego butelkowego szkła, wykrzywiony w złośliwym uśmiechu, z ogromnym sterczącym fallusem. Absolutnie nie w stylu Hanne Wilhelmsen, pomyślał Sand.
– Wobec tego powiem wprost. – Głos policjantki brzmiał teraz ostrzej. – Jutro dostaniemy wstępne wyniki analizy krwi znalezionej na twoim ubraniu. Jeśli okaże się, że pasuje ona do naszego przyjaciela bez twarzy, to będziemy mieć więcej niż dość, żeby cię aresztować. Potem zabierzemy się do przesłuchania. I będziemy to powtarzać. Może minie tydzień bez żadnej wiadomości od nas, ale znów się zjawimy, na przykład kiedy będziesz już spał. Posiedzimy kilka godzin, ty nic nie będziesz mówił, więc cię odprowadzimy, i znów po ciebie przyjdziemy. To bardzo męczące. Dla nas oczywiście też, ale my się możemy zmieniać. Z tobą będzie gorzej.
Håkon Sand zaczął mieć wątpliwości, czy Hanne Wilhelmsen w pełni zasłużyła na swoją sławę rycerskiej obrończyni regulaminu. Metody przesłuchania, jakie w tej chwili opisywała, zdecydowanie nie występowały w żadnym podręczniku. Miał też wątpliwości, czy wolno w taki sposób grozić zatrzymanemu.
– Masz prawo do adwokata, na koszt państwa – wtrącił się więc do rozmowy.
– Żadnego adwokata! – zaprotestował ostro młody człowiek. Ostatni raz zaciągnął się papierosem, zgasił go przesadnym gestem i powtórzył: – Nie chcę żadnego adwokata. Sam sobie najlepiej poradzę.
Pytające, niemal błagalne spojrzenie powędrowało w kierunku leżącej na stole paczki papierosów. Hanne Wilhelmsen podała mu papierosy i zapałki.
– I uważacie, że to ja. No tak, to może być prawda.
A więc podstawowe potrzeby chłopaka zostały wreszcie zaspokojone: prysznic, skromne śniadanie, coś do picia i dwa papierosy. Najwyraźniej też się już wygadał. Odchylił się do tyłu i znieruchomiał, wpatrzony gdzieś przed siebie nieobecnym spojrzeniem.
– No tak. – Sierżant Wilhelmsen zachowywała się tak, jakby cały czas kontrolowała sytuację. – Wobec tego będę mówić dalej. – Zaczęła przeglądać kartki zebrane w bardzo cienkiej teczce z aktami. – Tak więc znaleźliśmy te mało przyjemnie wyglądające zwłoki. Zamordowany nie miał przy sobie żadnych dokumentów, ale nie miał też twarzy. Tyle że nasi chłopcy dobrze znają środowisko ludzi związanych z narkotykami. Wystarczyło im ubranie, ciało i włosy. Uważają też, że to zabójstwo z zemsty, a mnie się to wydaje nawet dość rozsądne. – Splotła palce i założyła ręce za głowę. Masując kark kciukami, patrzyła prosto w oczy Holendra. – Uważam, że zabiłeś tego faceta. Jutro, kiedy przyjdą wyniki badań z Instytutu Medycyny Sądowej, zyskamy większą pewność. Ale technicy nie będą potrafili mi powiedzieć, dlaczego to zrobiłeś. Dlatego musisz mi pomóc.
Jej słowa pozostały bez echa. Chłopak nawet się nie skrzywił. Wciąż miał na twarzy ten obcy, nieco pogardliwy uśmieszek, zupełnie jakby uważał się za pana sytuacji. A przecież wcale tak nie było.
– Szczerze mówiąc, uważam, że mądrze byś postąpił, zaczynając mówić – ciągnęła niezrażona policjantka. – Może zrobiłeś to na własną rękę, a może na zlecenie. Może nawet zostałeś do tego zmuszony, a to by miało decydujące znaczenie dla twojej przyszłości.
Przerwała, zapaliła kolejnego papierosa i popatrzyła mężczyźnie prosto w oczy. Wciąż milczał. Hanne demonstracyjnie westchnęła i wyłączyła maszynę do pisania.
– Nie ode mnie zależy, jaką karę poniesiesz. Jeśli oczywiście jesteś winny. Ale na pewno byłoby dla ciebie lepiej, gdybym zeznając w sądzie, mogła wtrącić kilka miłych słów o woli współpracy.
Håkon Sand poczuł się nagle tak jak w dzieciństwie, kiedy podczas oglądania środowego kryminału musiał nagle iść do ubikacji, ale bał się nawet o tym pomyśleć ze strachu, że ominie go coś ekscytującego.
– Gdzie go znaleźliście?
Pytanie Holendra całkowicie zaskoczyło Håkona. Po raz pierwszy dostrzegł też cień niepewności na twarzy policjantki.
– Tam, gdzie go zabiłeś.
– Odpowiedzcie na moje pytanie. Gdzie znaleźliście tego faceta?
I Håkon, i Hanne wahali się.
– Dobrze wiesz, że przy moście Hundremannsbrua nad rzeką Aker – powiedziała Hanne, nie spuszczając oka z młodego człowieka, by nie przeoczyć najdrobniejszego drgnienia w jego twarzy.
– Kto znalazł zwłoki? Kto zgłosił to policji?
Håkon Sand postanowił wykorzystać chwilę zawahania Hanne.
– Spacerowiczka. Adwokat. Tak naprawdę moja przyjaciółka. Mogę się tylko domyślać, co musiała przeżyć.
Hanne Wilhelmsen wpadła we wściekłość, ale Håkon Sand za późno zauważył ostrzegawczy ruch jej ręki. Teraz, pod groźnym spojrzeniem, mocno się zarumienił.
Van der Kerch wstał.
– Jednak chcę adwokata – oświadczył nagle. – Tę kobietę. Jeśli ją ściągniecie, przemyślę wszystko i może będę mówił. Jeśli nie, wybieram dziesięć lat w samotności w więzieniu Ullersmo.
Nie czekając na zgodę, podniósł się z krzesła i ruszył w stronę drzwi, gdzie grzecznie czekał na odprowadzenie do celi. Hanne Wilhelmsen poszła za nim, nie poświęcając już ani jednego spojrzenia wciąż czerwonemu jak burak prokuratorowi.


* * *



Kawa nie była zbyt dobra, choć świeżo zaparzona. Bezkofeinowa, jak wyjaśnił Håkon Sand. W ohydnej popielniczce leżało sześć niedopałków.
– Potem była na mnie okropnie wkurzona. Cóż, miała powód. Pewnie sporo czasu upłynie, zanim znów będę mógł uczestniczyć w przesłuchaniu. Ale facet się zaparł. Albo ty, albo nikt inny.
Pocierał skronie i czochrał włosy, które całkiem mu już wyschły.
– Poprosiłem Hanne, żeby przedstawiła chłopakowi wszystkie wady tego wyboru, ale podobno dalej się upiera. Wiem, wygłupiłem się. Ale trochę się zrehabilituję, jeśli zdołam cię namówić, żebyś mi pomogła.
Karen Borg westchnęła. Przez sześć lat nie robiła nic innego poza wyświadczaniem przysług Håkonowi Sandowi. Wiedziała, że i tym razem mu nie odmówi. Ale przynajmniej sprzeda się drogo.
– Nie obiecuję nic ponad to, że z nim porozmawiam – oświadczyła krótko, wstając.
Wyszli z pokoju. Ona przodem, on za nią. Jak za dawnych czasów.


* * *



Młody Holender, nalegając na rozmowę z Karen Borg, obiecywał złożenie wyjaśnień, teraz jednak wydawało się, że całkiem o tym zapomniał. Håkon wyszedł z pokoju, zostawiając ich samych.
Karen w milczeniu przyglądała się chłopakowi. Był dobrze zbudowany, miał ładną, chociaż dość zwyczajną twarz, ciemnoblond włosy, teraz już dłuższe, ale fryzura nadal zachowała niezwykle elegancki i modny kształt. No i jego dłonie – delikatne, wręcz kobiece. Czyżby grał na fortepianie? To ręce kochanka, pomyślała nagle Karen Borg, absolutnie nie mając pojęcia, jak poradzić sobie z tą sytuacją. Przywykła do sal konferencyjnych i przestronnych jasnych biur bogato wyposażonych, umiała postępować z mężczyznami w drogich garniturach i krawatach, albo z kobietami noszącymi aktówki i pachnącymi perfumami Shalimar. Wiedziała wszystko o prawie akcyjnym i zakładaniu spółek, a zaledwie trzy tygodnie wcześniej zainkasowała honorarium w wysokości stu pięćdziesięciu tysięcy koron za sprawdzenie obszernego kontraktu dla jednego ze swoich największych klientów. Jej praca polegała głównie na czytaniu liczących pięćset stron umów, sprawdzaniu, czy ujęto w nich to, co obiecano, i wpisywaniu „OK” na okładce. Siedemdziesiąt pięć tysięcy za literę.
Słowa więźnia były najwyraźniej równie cenne.
– Prosiłeś o rozmowę ze mną – zaczęła. – Nie rozumiem jednak dlaczego. Może właśnie od tego zaczniemy.
Chłopak zmierzył ją wzrokiem, ale nadal milczał. Bujał się na krześle, w górę i w dół, w górę i w dół. Zdenerwowało to Karen.
– Nie jestem adwokatem, jakiego potrzebujesz. Znam kilku takich. Mogę zadzwonić w parę miejsc i w mgnieniu oka załatwić ci świetnego obrońcę.
– Nie!
Przednie nogi krzesła uderzyły o podłogę. Holender nachylił się i po raz pierwszy popatrzył Karen prosto w oczy. Powtórzył:
– Nie. Chcę ciebie. Nigdzie nie dzwoń.
W tym momencie Karen uświadomiła sobie, że oto siedzi sam na sam z mężczyzną, który prawdopodobnie jest mordercą. Od tamtego piątkowego wieczoru bez przerwy prześladowało ją wspomnienie pozbawionych twarzy zwłok. Wzięła się w garść. Jeszcze nigdy w tym kraju żaden klient nie zabił swego adwokata, a już na pewno nie w budynku policji. Powtórzyła to sobie w myślach trzy razy i trochę się uspokoiła. Papieros pomógł.
– No to odpowiedz mi wreszcie, czego ode mnie chcesz?
Wciąż milczenie.
– Dziś po południu odbędzie się posiedzenie sądu w twojej sprawie. Nie pójdę tam, jeśli nie będę wiedziała, co zeznasz.
Groźba też nie pomogła, chociaż Karen odniosła wrażenie, że w jego oczach pojawił się cień zatroskania. Podjęła więc ostatnią próbę.
– Poza tym zaczyna mi się spieszyć.
I wymownie zerknęła na zegarek. Nad lękiem zaczęła górować irytacja. Narastała. Holender najwyraźniej to zauważył. Krzesło znów zaczęło się przechylać.
– Nie huśtaj się!
Nogi krzesła znów uderzyły o podłogę. Karen zdobyła minimalną przewagę.
– Nie pytam cię o prawdę – mówiła już spokojniejszym głosem. – Chcę tylko wiedzieć, co zeznasz w sądzie. I muszę dowiedzieć się tego już teraz.
Doświadczenie Karen Borg w postępowaniu z kryminalistami, ale takimi bez śnieżnobiałych kołnierzyków i jedwabnych krawatów, ograniczało się do wrzasku za złodziejem, który odjeżdżał na jej nowiutkim rowerze. Ale w końcu oglądała kryminały w telewizji, a tam adwokat Matlock mówił właśnie: „Mnie nie chodzi o prawdę, chcę wiedzieć, co zeznasz w sądzie”. W jej ustach te słowa nie zabrzmiało może tak samo dobrze, ale chyba poskutkowały.
Upłynęła chwila, chłopak przestał się huśtać, za to szurał krzesłem po linoleum. Odgłos był ze wszech miar irytujący.
– To ja zabiłem tego człowieka, którego znalazłaś.
Karen Borg odczuła bardziej ulgę niż zdumienie. Wiedziała, że to on. Mówił prawdę. Podsunęła mu cukierka. Już wcześniej się zorientowała, że tak jak ona lubi palić z cukierkiem w ustach. Nabrała tego zwyczaju wiele lat temu, trochę wierząc, że mentol zabije nieprzyjemny zapach z ust, a kiedy zrozumiała, że wcale tak nie jest, zdążyła już to polubić.
– To ja zabiłem tego faceta – powtórzył, jakby chciał kogoś przekonać. Nie było to wcale konieczne. – Nie wiem, kto to jest. To znaczy, kto to był. To znaczy wiem, jak się nazywa i jak wygląda. Wyglądał. Ale go nie znałem. Znasz jakichś adwokatów karnistów?
– Oczywiście. – Uśmiechnęła się z ulgą, lecz chłopak nie odwzajemnił uśmiechu. – To znaczy znam i nie znam. Z żadnym się nie przyjaźnię, jeśli o to ci chodzi. Ale znajdziemy dla ciebie dobrego obrońcę. Cieszę się, że rozumiesz, czego potrzebujesz.
– Ja cię nie proszę o załatwienie nowego adwokata. Pytam, czy znasz jakichś, tak prywatnie.
– Nie. Chociaż tak. Paru moich kolegów ze studiów zajęło się sprawami karnymi, ale żaden z nich nie jest w pierwszej lidze. Przynajmniej na razie.
– Często się z nimi widujesz?
– Tylko sporadycznie, raczej przypadkiem.
To była prawda. Przykra prawda. Karen Borg nie miała już zbyt wielu przyjaciół. Jeden po drugim znikali z jej życia. Ścieżki ich życia z czasem całkiem zarosły, choć niekiedy się krzyżowały, a wtedy wypowiadali do siebie kilka uprzejmych zdań nad kuflem piwa wypijanego latem w kawiarnianym ogródku albo przed seansem kinowym w późny jesienny wieczór.
– To dobrze. Wobec tego chcę ciebie. Mogą mnie oskarżyć o to morderstwo, a ja się zgodzę na areszt. Ale musisz załatwić tylko jedno, żebym siedział tutaj, w budynku policji. Niech mnie nie przenoszą do więzienia okręgowego.
Chłopak nie przestawał jej zaskakiwać.
Gazety co jakiś czas – słusznie zresztą – rozpisywały się o dramatycznych warunkach panujących w areszcie w budynku policji. Cele, w których zatrzymani mieli przebywać najwyżej dwadzieścia cztery godziny, nawet na tak krótki pobyt się nie nadawały. A on tu właśnie chciał zostać. I to na wiele tygodni.
– Dlaczego?
Nachylił się. Czuła jego oddech, nieprzyjemny po kilku dniach bez szczoteczki do zębów, więc się odsunęła.
– Nikomu nie ufam. Muszę pomyśleć. Zastanowię się i za kilka dni znów możemy porozmawiać. Proszę, przyjdź do mnie za kilka dni.
Wyraźnie był bardzo poruszony, wręcz na granicy rozpaczy, i Karen po raz pierwszy poczuła dla niego niemal współczucie.
Wstukała numer telefonu, który Håkon naskrobał jej na kartce.
– Skończyliśmy. Możesz po nas przyjść.


* * *



Karen Borg uniknęła stawiennictwa w Sądzie do spraw Przesłuchań i dobrze się stało. Wcześniej tylko raz była obecna na posiedzeniu dotyczącym tymczasowego aresztowania – było to w czasie studiów, kiedy ciągle jeszcze wierzyła, że będzie mogła wykorzystywać swoją wiedzę, by pomóc potrzebującym. Siedziała wówczas w sali numer siedemnaście, w ławce dla publiczności. Co pół godziny zapadała decyzja o tymczasowym aresztowaniu kolejnego podejrzanego; spośród jedenastu ludzi tylko jeden przekonał sędziego, że z całą pewnością nie popełnił przestępstwa. Wtedy jeszcze Karen z trudem rozpoznawała, kto jest obrońcą, a kto oskarżycielem, bo w przerwach uśmiechali się do siebie jak najlepsi kumple, częstowali papierosami i opowiadali anegdoty z sal sądowych, dopóki nieszczęsny zatrzymany nie zajął wyznaczonego miejsca, wtedy, niczym prawdziwi aktorzy, rozchodzili się na swoje strony, żeby stanąć do walki. Policja wygrała wtedy dziesięć rund, wszystko toczyło się szybko, wydawało się efektywne, a było bezwzględne. Mimo młodzieńczego zapału i chęci zajmowania się obroną musiała jednak przyznać, że postanowienia wydane przez sędziego przyjmowała bez szczególnej reakcji. Podejrzani, zapewniający o swej niewinności i wściekający się na sąd, wydawali jej się niebezpieczni, brudni, niesympatyczni i mało przekonujący. Niektórzy płakali, wielu przeklinało. A jednak przyjacielska atmosfera, która powracała na salę sądową, kiedy tylko policjanci chwytali aresztowanego pod pachy i wyprowadzali z sali sądowej, budziła jej oburzenie. Dwaj przeciwnicy, którzy zaledwie przed chwilą skakali sobie do oczu, odsądzając się nawzajem od czci i wiary, jakby nigdy nic wracali do niedopowiedzianych anegdot, a sędzia wychylał się w ich kierunku, żeby lepiej słyszeć, z uśmiechem kręcił głową i wtrącał zabawne uwagi, dopóki nie zjawił się kolejny nieszczęśnik. Karen Borg doszła wtedy do wniosku, że od sędziów należy trzymać się z daleka, a przyjaźnie zawierać wyłącznie poza salą sądową. Do sądów wciąż miała ten sam nabożny stosunek, dlatego cieszyła się, że w ciągu ośmiu lat przepracowanych w kancelarii adwokackiej jej noga ani razu tam nie postała. Udawało jej się rozwiązywać wszystkie problemy, zanim dochodziło do rozprawy.
Aresztowanie Hana van der Kercha załatwiono w trybie administracyjnym. Podejrzany pisemnie wyraził zgodę na osiem tygodni aresztu z zakazem korespondencji i widzeń, a policja, nie kryjąc zresztą zdumienia, wyraziła zgodę na pozostawienie go w oficynie. Uznano go po prostu za dziwaka.
Karen Borg, którą ominęła więc wizyta w sądzie, wróciła do swojej kancelarii – piętnastu prawników, piętnaście ich sekretarek i dziesięciu aplikantów miało swoje biura na Aker Brygge. Piętro niżej początkowo był sklep z ekskluzywną odzieżą męską, trzykrotnie bankrutujący i zastąpiony teraz przez H&M, oraz McDonald, który zastąpił przytulny i drogi lunch bar. Tak więc towarzystwo nie było może najlepsze, ale sprzedaż lokalu oznaczałaby katastrofalną stratę, poza tym plusem było położenie w samym centrum miasta.
Na szklanych drzwiach widniał napis: Greverud & Co, od nazwiska starego Greveruda, który mimo osiemdziesięciu dwóch lat co piątek zaglądał do kancelarii. Założył firmę tuż po wojnie, bazując przede wszystkim na swoim udziale w procesach o zdradę stanu. W 1963 roku adwokatów było już pięciu, w efekcie bardzo długa nazwa – Greverud, Risbakk, Helgesen, Farmøy & Nilsen – stała się zbyt męcząca dla sekretarki odbierającej telefony. W połowie lat osiemdziesiątych kupili cząstkę tego, co zdaniem wszystkich miało stać się świątynią kapitału w Oslo. Jako jedni z nielicznych zdołali tu przeżyć.
Właśnie w tej na wskroś solidnej firmie studentka Karen Borg dostała swoją ostatnią wakacyjną pracę. W Greverud & Co potrafiono docenić jej wysiłek i bystry umysł. Karen była czwartą dziewczyną, która kiedykolwiek tu próbowała, ale pierwszą, której się powiodło. Kiedy rok później zdobyła dyplom, zaproponowano jej zatrudnienie, ciekawych klientów i niemoralnie wysoką pensję. Nic dziwnego, że uległa pokusie.
I chyba nigdy tak naprawdę nie żałowała. Dała się wciągnąć w fascynujący świat kapitału, uczestniczyła w realnej grze w Monopol, i to w najciekawszym pod tym względem dziesięcioleciu. Okazała się tak dobra, że po rekordowo krótkim czasie, czyli po trzech latach, zaproponowano jej partnerstwo. Nie mogła odmówić. Propozycja jej pochlebiła, ale czuła też, że zwyczajnie na nią zasłużyła. Teraz zarabiała półtora miliona koron rocznie i prawie już zapomniała, dlaczego kiedyś, dawno temu zdecydowała się na studiowanie prawa. A popularne wśród lewicujących studentów szale i swetry projektu Sigrun Berg ustąpiły miejsca zgrabnym garsonkom kupowanym na Bogstadveien i kosztującym fortunę.
Zadzwonił telefon. Karen wcisnęła przycisk głośnego mówienia. Wiedziała, że dzwoniący zwykle tego nie lubią, bo ich głos zniekształca wtedy echo, ona jednak uważała, że daje jej to pewną przewagę.
– Dzwoni adwokat Peter Strup – powiedziała sekretarka. – Jesteś teraz na spotkaniu czy może już wyszłaś do domu?
– Peter Strup? A czego on ode mnie chce?
Nie potrafiła ukryć zdumienia. Peter Strup był znany przede wszystkim jako przewodniczący Stowarzyszenia Obrońców, osobliwej unii adwokatów specjalizujących się w prawie karnym, którzy czuli się zbyt dobrzy lub zbyt słabi, by być – jak inni – jedynie członkami Norweskiego Związku Adwokatów. Kilka lat wcześniej uznano go za najprzystojniejszego mężczyznę w Norwegii, poza tym dał się poznać jako jeden z najbardziej wszechstronnych komentatorów niemal wszystkich dziedzin życia. Miał sześćdziesiąt kilka lat, wyglądał na czterdzieści i pokonywał trasę narciarskiego Biegu Birkebeinerów, mieszcząc się w czasie czołówki. Oprócz tego był podobno przyjacielem rodziny królewskiej, czego w sposób godny podziwu nigdy nie potwierdził w obecności jakiegokolwiek dziennikarza.
Karen Borg nigdy go nie poznała, nigdy też z nim nie rozmawiała, chociaż, oczywiście, często o nim czytała.
– Połącz mnie z nim – zdecydowała po chwili wahania.
– Słucham, tu Karen Borg – powiedziała bezbarwnym, niemal obojętnym tonem.
– Dzień dobry, mówi mecenas Peter Strup. Nie zajmę pani dużo czasu. Dowiedziałem się, że wyznaczono panią na obrońcę pewnego Holendra podejrzanego o zabójstwo nad rzeką Aker w piątkowy wieczór. Czy to prawda?
– Owszem, poniekąd się to zgadza.
– Poniekąd?
– Rzeczywiście zostałam wyznaczona, ale niewiele jak dotąd z nim rozmawiałam.
Odruchowo przerzucała leżące przed nią papiery. Nagle rozległ się czarujący śmiech Strupa.
– A od kiedy to zaczęliście pracować za czterysta dziewięćdziesiąt pięć koron za godzinę? Sądziłem, że wynagrodzenie według państwowych stawek nie pokryje nawet czynszu na Aker Brygge. Tak źle już wam się powodzi, że musi pani się wcinać w nasz rynek?
Karen Borg nie uznała tego za złośliwość. Jej stawka za godzinę często znacznie przekraczała dwa tysiące koron, wszystko naturalnie zależało od klienta. Roześmiała się.
– Zarabiamy tyle, że nam wystarcza. To przypadek, że mam bronić tego chłopaka.
– No tak, właśnie tak myślałem. Cóż, sam nie narzekam na brak roboty, ale zwrócił się do mnie jeden z jego kumpli, prosząc, bym mu pomógł. Ten kumpel to mój stary klient, a rozumie pani, my, obrońcy, musimy się opiekować naszymi klientami, zwłaszcza tymi stałymi. – Znów się roześmiał. – Innymi słowy, chętnie przejmę to zlecenie, bo zakładam, że nieszczególnie pani na nim zależy.
Karen nie wiedziała, co odpowiedzieć. Pokusa zrzucenia całej tej sprawy na barki najlepszego karnisty w kraju była naprawdę wielka. Peter Strup z pewnością poradziłby sobie lepiej niż ona.
– Dziękuję, to bardzo miło z pana strony, ale chłopak się uparł, żebym to była ja, i w pewnym sensie obiecałam, że go nie zostawię. Oczywiście przekażę mu tę propozycję i zadzwonię, jeśli sprawa będzie aktualna.
– Dobrze, wobec tego tak się umówmy. Ale na pewno pani rozumie, że powinienem otrzymać tę wiadomość jak najszybciej. Muszę przecież się zapoznać ze sprawą, sprawdzić, co się da zrobić.
Pożegnali się.
Karen czuła się odrobinę zdezorientowana. Wiedziała, że podkradanie sobie klientów, czy też – jak to wielu określało – rozsądna zmiana adwokata zdarza się dużo częściej wśród karnistów niż radców prawnych, to jednak dziwiło ją, że także i Peter Strup podobnie postępuje. Niedawno wymieniono jego nazwisko w pewnym reportażu mówiącym o przeciąganiu spraw karnych na miesiące, a nawet i lata, ponieważ najbardziej znani adwokaci mieli długie terminy. Chociaż z drugiej strony taka propozycja jest miła. Szczególnie że prosił go o to kolega van der Kercha. Ona trzymała wszystkich swoich klientów na dystans.
Była już czwarta. Zamknęła leżącą przed nią teczkę z aktami i postanowiła zakończyć dzień pracy. Oddając klucz w recepcji, zorientowała się, że wychodzi z kancelarii pierwsza. Wciąż jeszcze miewała wyrzuty sumienia, jeśli w jej rubryce „Będę jutro...” nie widniało co najmniej dziesięć nazwisk. Dziś jednak prędko odsunęła od siebie wszelkie wątpliwości, wyszła na deszcz i zdążyła jeszcze złapać zatłoczony tramwaj do domu.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-12-31 (993 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej