Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Tytus Groan
 
Katalog - dodano
 Nemezis
- James Swallow
 Pęknięta korona
- Grzegorz Wielgus
 Szablon
- Agnieszka Sudomir
 Czerwona opcja
- Siergiej Niedorub
 Okrutny książę
- Holly Black
 
- skomentowano
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Pasterz

Autor: Dariusz Szczepański

To był piękny lipcowy dzień. Termometry wskazywały po trzydzieści stopni w cieniu, a na cudownym błękitnym sklepieniu nieba nie było najmniejszych szans by znaleźć chociaż jedną chmurę, która mogła by zasłonić to palące słońce. Tak, lato tego roku było bez wątpienia nienaturalnie wręcz gorące. Gdzie tylko spojrzeć każdy obywatel Moskwy po ciężkim dniu pracy zatrzymywał się na chwilę przy fontannach lub przy innych skansenach Ogrodu Aleksandrowskiego by tylko chociaż troszkę ochłodzić nagrzane ciało, usiąść na ławce pod jakimś drzewem i napić się zimnej lemoniady, którą sprzedawały młode studentki.
Na Twerskiej sklepy przeżywały prawdziwe oblężenie gdzie ludzie szturmem kupowali coraz to nowsze kroje letnich ubrań. Szczególnie dziewczyny. W takich momentach człowiek naprawdę nie tęsknił za zimą kiedy teraz mógł podziwiać prawie nagie, długonogie, przepiękne dziewczyny odsłaniające bezwzględnie swe ponętne ciała rzucając je na pożarcie oczom spragnionych młokosów i palącemu słońcu. Na placu Manezowym rozstawiła się jakaś grupa muzyczna składająca się z czterech starszych mężczyzn i jednego małego chłopczyka, który smutnym głosem śpiewał jakąś starą wojskową pieśń. Był to bardzo przedziwny obrazek, nie pasujący do tej pięknej sielankowej letniej rzeczywistości. Całe gromady ludzi zebrały się przy nich i co jakiś czas pojedyncze jednostki wyłaniały się z tłumu i wrzucały po parę groszy do otwartego futerału i malec się ładnie uśmiechał i kłaniał w pół pasa, a starsi grajkowie tylko zamykali oczy i lekko pochylali głowy dziękując za jałmużnę dla biednych i starych muzykantów. Siedział na ławce i obserwował ludzi. Oddychał ciężko gdyż jego ciemne ubranie przyciągało gorące promienie ze zdwojoną siłą. W ręku trzymał książkę ‘’Sztuka Wojny’’ Suna Zi, a w głowie kołatał mu jeden cytat, który utkwił mu szczególnie mocno :‘‘Żadna część państwa nie korzysta z przedłużającej się wojny. W wojnie niech twoim celem będzie zwycięstwo a nie długa kampania’’

Czuł jak się poci coraz mocniej. Właśnie wrócił z dwu tygodniowego szkolenia w Izraelu gdzie jako ekspert do walki z terroryzmem w zamkniętych pomieszczeniach wraz z majorem Gideonem Ben - Amirem szkolił jednostki specjalne IDF w tej właśnie dziedzinie.
- Cholera.
Wzdrygnął się na myśl, że musi jeszcze lecieć do biblioteki oddać książkę i jeszcze zapłacić karę za miesięczne opóźnienie zwrotu. Dochodziła czwarta i ulice jeszcze bardziej spuchły pod wysypem ludzi kończących pracę o tej właśnie godzinie.
- Ciekawe czy Lidia i Grigorij dolecieli już na Lazurowe Wybrzeże.
Myślał sobie w duchu żałując bardzo, że nie spędzą razem wakacji. Niestety służba nie drużba, a jutro musi wracać do pracy. Miał zaplanowane spotkanie w Radzie Ministrów i zdać raport jak wygląda sytuacja na bliskim wschodzie i jak odbyło się szkolenie ich Izraelskich partnerów w walce z terroryzmem.

Spojrzał przed siebie na plac i zauważył, że uliczni grajkowie zniknęli i znów ludzie leniwie przemykali na całej szerokości placu. Przy fontannie jakaś para się namiętnie całowała i trzymała za ręce. Dzieci biegały w kółko za gołębiami, które odrywały się lekko od ziemi trzepocząc skrzydłami by po chwili znów upaść na twardy grunt i szybko zygzakiem uciekać przed roześmianymi dziećmi i tak cały czas. Jeden z gołębi zatrzymał się przy jego nogach licząc na jakieś okruszki chleba, ale on wstał i powiedział w duchu

- Przykro mi mały, ale niestety nic nie mam do jedzenia.
Gołąb chwilę jeszcze na niego popatrzył, pogruchał i odleciał w stronę ławki gdzie siedziała starsza kobieta skubiąca niedbale bułkę zostawiając pod nogami wiele smakowitych okruszków dla siwiutkiego gołębia. Ruszył w stronę Biblioteki imienia Lenina. Musiał też skorzystać z metra, które było obok biblioteki celem dojechania do stacji Dubrovka gdzie nieopodal mieszkał jego przyjaciel Ivan. Dawno się nie widzieli to też bardzo chciał zobaczyć emerytowanego przyjaciela, który kuśtykał na prawą nogę po tym jak raz podczas manewrów na poligonie oberwał niefortunnie odłamkiem w łydkę. Po kilkunastu minutach był już prawie pod biblioteką. Przechodząc obok schodów prowadzących do metra, pośród dziesiątków tłoczących się doń osób dostrzegł coś bardzo dziwnego. Przy wejściu do metra siedziała mała, może ośmioletnia cygańska dziewczynka tuląca do piersi mocno małego szczeniaka. Miał wrażenie, że nikt jej nie widzi, że tylko on widzi to maleńkie dziecko, które patrzało się na niego tak jakby chciało mu coś powiedzieć.

Wbijała w niego swój wzrok, a on w nią, skupiony i lekko przerażony. Nie dostrzegła jej nawet grupka Skinheadów. Nikt. Dosłownie nikt jej nie widział. Ruszył schodami w dół w jej stronę i stanął obok. Przykucnął po chwili i wyjął z kieszenie dwieście rubli i dał jej do ręki. Ona nic nie powiedziała tylko patrzyła cały czas na niego swoimi pięknymi czarnymi jak węgiel oczami. Chwilę jeszcze nie mógł oderwać od niej wzroku po czym jakby wyrwany z jakiegoś transu oprzytomniał i rzucił – Uważaj na siebie, tu nie jest bezpiecznie.
I trzymając w ręku książkę ruszył schodami z powrotem do góry. Lecz nagle zdarzyło się coś po czym wszystko się nieodwracalnie zmieniło. Zdarzyło się coś o czym czytał w wielu książkach, co widział w wielu filmach, coś co zostało przepowiedziane w Biblii już wieki temu.

Zawyły syreny i nagle gwar na ulicach ucichł. Ludzie stanęli, zatrzymały się samochody, z których wyszli kierowcy i w ciszy słuchali wyjących syren. On też zamarł i patrzył ze schodów prowadzących do metra na to co się teraz działo. Na niebie ptaki zaczęły coraz bardziej nerwowo latać, tak jakby wiedziały, że nie ma już dokąd się udać. Kręciły się całym kluczem w kółko na niebie nie mogąc wybrać ani wschodu ani zachodu, północy czy południa. W końcu doszły do ludzi głuche przepotężne grzmoty gdzieś z oddali. Czuli jak lekko trzęsie się ziemia i zerwał się gorący wiatr. Ptaki z nieba spadły martwe na ziemię, a wśród ludzi wybuchła panika i cała Moskwa pogrążyła się w niewyobrażalnym chaosie. Ludzie zaczęli uciekać gdzie tylko mogli. Ulicami nie szło przejechać bo zrobił się gigantyczny korek. Wszyscy brali dzieci pod pachy i zaczęli uciekać chociaż nikt nie zdawał sobie jeszcze do końca sprawy z tego co się dzieje. Czuł jak krople potu spływają mu coraz mocniej po twarzy, powoli przestał słyszeć krzyki ludzi. Słyszał tylko swoje serce, które aż dudniło mu w uszach. Powoli zaczynało do niego dochodzić co się za chwilę stanie. Może dlatego nie uciekał bo wiedział, że nie ma w tej sytuacji dokąd uciec. Panika wśród ludzi zaczynała osiągać apogeum kiedy w końcu potężny błysk rozjaśnił całą Moskwę i wszyscy wraz z nim umilkli i upadli na ziemię z zamkniętymi oczami. Kiedy podniósł głowę niebo płonęło już w ogniu, we wszystkich możliwych odcieniach czerwieni spowite gęstym czarnym dymem. W oddali na wysokość kilku kilometrów ciągnął się w górę złowieszczy śmiercionośny atomowy grzyb. Przed sobą w odległości kilkunastu metrów widział jeszcze setki osób tarzających się po ziemi płaczących i krzyczących z powodu oślepnięcia. Na horyzoncie ogień zaczął trawić wszystko co tylko można było dosięgnąć wzrokiem. Z drapaczy chmur od razu zaczęły wypadać grube szyby pod ciężarem coraz bardziej narastającego grzmotu, a ziemia poruszyła się teraz tak potężnie jak przy największym trzęsieniu ziemi. Poczuł na twarzy coraz bardziej piekące ciepło i padł na ziemię ponownie. Ludzie na ulicach jeszcze chwilę się wałęsali oślepieni, przerażeni, zszokowani, niektórzy już nawet potwornie spaleni do kości.

I wtedy nadeszła ostateczna faza katastrofy. Widział jak budynki zaczynają się rozpadać jeden po drugim, znikać pod wpływem śmiercionośnej ognistej fali uderzeniowej i tylko już sekundy dzieliły go by wyparować jak tysiące ludzi, jak prawie całe potężne ponad dziesięć milionowe miasto. I wtedy razem z setkami ludzi będących przy schodach ruszył do wrót wejściowych, które niczym cudowna biblijna Arka ukryły go wraz z innymi wybrańcami w metrze. Na zawsze…

Pamiętał, że biegnąc w dół złapał jeszcze małą Cygankę ze szczeniakiem na ręce. Metrem porządnie zatrzęsło, tynk spadał z sufitu, a marmur odpadał od ścian. Trwało to kilka sekund po czym upadł na kolana razem ze wszystkimi, którzy ocaleli w pobliżu tej stacji.
Nic nie mówił, siedział tak chwilę wiedząc, że dokonało się to co było pisane ludziom od dawna. Koniec świata zrodzony w apokalipsie atomowego ognia, który z całą pewnością niczym wzburzony i rozgniewany ocean pochłonął całą Ziemię . Nie miał już złudzeń, że zobaczy kiedykolwiek swoją żonę i syna. Zaczął krzyczeć ile sił waląc pięściami w posadzkę i nikt z ocalałych nie odważył się wymówić chociaż jednego słowa, a już na pewno do niego podejść prócz jednej osoby. Prócz małej cygańskiej dziewczynki, która razem ze szczeniakiem usiadła obok niego i wtuliła się w jego ramiona wciąż pogrążona w ciszy. Znów zaczął płakać i krzyczeć.

- Ruslan! Ruslan! Obudź się człowieku!
Powoli otworzył oczy i spostrzegł, że są mokre od łez.
- Znowu się darłeś przez sen i krzyczałeś : Gdzie oni są? Jak ja ich teraz znajdę?
Gestykulował rękami chudy ubrany w brązowy prochowiec mężczyzna z siwą kozią bródką i okularach z jednym tylko szkłem. Ruslan powoli się podniósł i oparł o ścianę. Ciężko było mu stać prosto gdyż miał ogromną gorączkę. Bolało go całe ciało, piekło go w środku, swędziało pod pachami i zbierało na wymioty.
- Od tygodnia jest tak samo, dałbyś chociaż odpocząć ludziom w ich ostatnich chwilach, a nie drzesz gębę na cały regulator. Co ci się tam śni w tej chorej głowie?
Nie dawał za wygraną chudy mężczyzna próbując ustalić co jest przyczyną nocnych koszmarów tego nowo przybyłego towarzysza niedoli na tą zapomnianą przez Boga stację. Na jeden z najbardziej oddalonych zakątków całego metra. Na Rimską, która wraz placem Illjicza oraz Awiamotarną tworzyły prawdziwy przedsionek piekła ponieważ wszystkie trzy stacje były siedliskiem jednej z najstraszniejszych chorób jaka mogła by dotknąć ludzkość, a mianowicie Dżumy.

Każdy kto tu trafił nie miał żadnych złudzeń. Do końca swoich policzonych dni nie ma prawa opuścić tych trzech stacji chyba, że woli prędzej być spalonym miotaczem ognia przez rzeźników z Hanzy stojącym na dwusetnym metrze i blokującym wyjście w głąb metra chorym. Zapewne gdyby strzelali z karabinów każdy by od razu rzucił się pod grad kul, ale niestety perspektywa bycia spalonym żywcem przez okrutny miotacz ognia i umieranie w mękach tam na torach hamowała ludzi przed takim ostatecznym krokiem.
Tu był przynajmniej ich dom. Tutaj do końca swoich ciężkich dni byli wolni i mogli robić co chcieli. Raz na jakiś czas przychodzili do nich komandosi z Hanzy ubrani w bardzo grube kombinezony przeciw radiacyjne i zostawiali trochę jedzenia i brudną lecz pozbawionej radiacji wodę. Mimo można by rzec tragicznych warunków ludzie stłoczeni na tej stacji nie wydzierali sobie z rąk ani wody ani jedzenia. Panowała pełna solidarność w cierpieniu.
Właśnie się wyłoniło czterech od Hanzy, ale nie mieli przy sobie torby żywnością. Ludzie stłoczeni stanęli, a jeden z żołnierzy odziany w gruby kombinezon przemówił.

- Linia Okrężna zdecydowała nie dawać wam już więcej ani jedzenia ani picia. Przyszły ciężkie czasy dla zdrowych obywateli metra, a wam i tak już wszystko jedno. Zatem módlcie się o szybką śmierć bo i tak dobrze wiecie, że już nic wam nie pomoże.

Wśród ludzi wybuchł krzyk i płacz.

- Sukinsyny. Syknął chudy mężczyzna w płaszczu i podtrzymując Ruslana jedną ręką podszedł z nim bliżej do żołnierzy Hanzy.
- Nie wolno wam tego robić! To nieludzkie!
Odgrażał się chudy mężczyzna. Na to jeden z żołnierzy wyciągnął miotacz ognia i krzyknął.
- Jak coś się wam nie podoba, możemy zaraz spalić tą cała stację w diabły! Nie jesteście nikomu do niczego potrzebni, a do tego stwarzacie zagrożenie! Nie jest to w niczyim interesie by was dłużej utrzymywać niż jeden tydzień! I tak na takich ja wy zawsze się zmarnuje prowiantu!
Po tych słowach zaczęli się wycofywać w głąb tunelu, a ludzie spuścili głowy i porozchodzili się do swoich brudnych kątów. Najczęściej skupiali się razem przy ogniskach i ogrzewali. Ci co już dogorywali leżeli tylko na śmieciach lub kartonach czekając aż umrą.
- Bydlaki. Mają wszystko, a nie pozwalają nawet umrzeć człowiekowi godnie.
Westchnął i usiadł teraz obok Ruslana.
- Więc co ci się tam śni codziennie stalkerze co?
Ruslan popatrzał na chudego człowieka, który miał może z sześćdziesiąt pięć lat i wszystkie zepsute zęby jak tylko się z bliska przyjrzeć.
- Ja… śnię…dzień, w którym umarłem dwadzieścia lat temu. Nie mogę się od tego uwolnić.
- Rozumiem.
Odparł chudy i głęboko się zamyślił.
- Ja też to pamiętam. Heh, dzień, w którym pękło niebo i Jahwe zapłakał swymi ognistymi łzami nad nami za to co robimy. Uciekłem wtedy z rodziną od Ogrodu Botanicznego do metra. Mieszkałem cały czasz na WOGNIE, ale kiedy zachorowałem od razu mnie wypędzili. Jakiś tydzień temu. Moja żona z dzieckiem umarła dwanaście lat temu na syfilis. Ich ciała spalono. Rozumiesz ? Współtworzyłem od początku jedną z lepszych stacji. Od podstaw ją budowałem i jak mi się za to odpłacili na stare lata ? Sukinsyny.
Ruslan milczał i patrzał się w ziemię, a chudy ciągnął dalej.
- W ogóle to przepraszam, że się nie przedstawiłem. Ty masz chociaż naszywkę na uniformie. Nazywam się Michaił Sannikov i pracowałem w fabryce grzybów jako taki sam trybik w tym nic nie znaczącym świecie, jak większość ludzi w metrze, ale ty przyjacielu to wysoka liga. Polis tak łatwo pozbyło się stalkera i to w randze kapitana?
Pytał i pokaszliwał Michaił.
- Skończyły się antybiotyki.
Powiedział krótko Ruslan i znów pogrążył się w ciszy.
Zaczał się rozglądać po Rimskiej. Nic tu nie było. Tylko śmieci na podłodze i wielu chorych, obdrapany marmur na ścianach i suficie, wszędobylski smród brudu i umarłych. Prawdziwe piekło, ale Ruslan przeżył już jedno piekło i podczas ostatnich dwudziestu lat służby jako ten co niesie ogień potrzebującym został teraz sam, opuszczony przez ludzi, którzy w dużej mierze przeżyli tyle lat w metrze dzięki niemu. Może powinien był teraz być smutny, przybity, załamany, zdruzgotany…ale on nic nie czuł, po prostu nie obchodziło go to.
Nigdy nie ukrywał, że od chwili zejścia do metra pamiętnego letniego dnia nie zależało mu na czymkolwiek. Nie ustatkował się drugi raz. Nie szukał kolejnej kobiety, nie spłodził następnego syna lub córki. Po prostu postanowił wypełniać obowiązki człowieka, który jako jeden z niewielu mógł podjąć się wielu niebezpiecznych misji. Misji, po których mógł już nigdy nie wrócić żywy. Za każdym razem kiedy wychodził na powierzchnię myślał by pobiec gdzieś przed siebie i umrzeć. Zniknąć i przepaść w niebyt. Gdzieś tam poszukać Lidii i Griegorjiego.

Nie mógł sobie niestety pozwolić na taki luksus. Przysięgał jeszcze za młodu chronić niewinnych i pokrzywdzonych i jako człowiek honorowy dotrzymywał słowa przez całe dwadzieścia lat od chwili zejścia pod ziemię. Lecz po co to wszystko ? Trzeba było wtedy zginąć przed biblioteką. Tak jak jego ukochana i dziecko gdzieś w powietrzu lub już na lądzie. Przez wiele lat obwiniał się o to i za każdym razem kiedy patrzał w lustro w jego głowie rysowało się tylko jedno słowo : tchórz.
Jako stalker cały czas był narażony na szereg różnych niebezpieczeństw, ale nie mógł ponieść porażki. Dla dobra tych wszystkich ludzi co tu żyją, dla własnego honoru, dla dobra przyszłej cywilizacji. Niestety przez szereg lat nie tylko życie pod ziemią ulegało zmianie, ale i tam na górze. On też się zmieniał. Starzał się. Jego czterdziesto ośmioletnie ciało coraz trudniej dźwigało prawie sześćdziesięciokilowe obciążenia, a stawy czuł, że powoli zaczynają wypadać ze swoich zbolałych miejsc.
Kiedy się zaraził tą straszną chorobą? Jakiś Bibliotekarz? Te latające potwory? Ktoś z metra? Szczury? Czarni? Czerwiowi ludożercy? Nie mógł na to wpaść i cały czas kręcił głową. Zwymiotował, a Michaił się lekko odsunął.
- Słuchaj Ruslan…
Podrapał się w głowę brudnymi palcami i kontynuował.
- Nie zostało nam już wiele z życia. Za jakiś tydzień wszyscy tu będziemy leżeć sztywni na tej śmierdzącej podłodze. Potem tylko wpadnie Hanza ze swoimi siepaczami i spalą tu wszystko jak leci. A kiedy znów znajdą się chorzy znowu ich tu wyślą.
Ruslan przeniósł swój wzrok na niego.
- Zrobią to bo chorych trzeba izolować. Odparł Ruslan i zaczął się drapać pod pachami.
- Tak, ale ja i paru towarzyszy wpadliśmy na pomysł, aby wyjść naprzeciw tej strasznej chorobie.
- Nie bardzo rozumiem. Jacy towarzysze? I co masz na myśli mówiąc ‘’wyjść naprzeciw’’. Ożywił się lekko Ruslan i podniósł się na ciężkich nogach.
- Pomyśl ilu ludzi będzie można wyleczyć. Żyjemy w metrze w takich warunkach, że kto wie kiedy wybuchnie prawdziwa epidemia Dżumy i wszyscy ludzie umrą.
- Dlatego nas się izoluje, aby taka sytuacja nie miała miejsca. Rozumiem to…w pewnym sensie.
- Aha, tylko, że szczury plenią się w geometrycznym tempie i nikt ich nigdy do końca nie wytrzebi z metra. Nas społeczeństwo już spisało na straty, ale wciąż mamy szansę uratować siebie i zapobiec chorobie na przyszłość.
- Jak to sobie wyobrażasz Michaił co?
Zapytał stalker zimnym i spokojnym tonem. Michaił był pod ogromnym wrażeniem tego człowieka. Widać, że nie bał się śmierci. On chciał umrzeć tylko wcześniej nie mógł sobie na to pozwolić. Teraz przyszedł czas na upragnioną emeryturę. W tym dzikim miejscu pogrążonym w bólu i smutku. Czekał na śmierć. Dotarł w końcu do miejsca, w którym nic nie musiał i nikomu nie musiał służyć.
- Chcemy wyjść na zewnątrz i przedostać się do szpitala. Podobno w jego magazynach są jeszcze lekarstwa.
Na to Ruslan się zaśmiał.
- Chyba nie wiesz o czym bredzisz człowieku. Na zewnątrz nikt z was nie przeżyje dłużej niż godzinę bez specjalnych ubrań bo promieniowanie jest tak ogromne, że nie ma szans na normalne wyjście. Poza tym całe swoje życie w metrze spędziłeś spokojnie na WOGNIE gdzie pewnie nawet nie stałeś na warcie. Wiesz co się dzieje na zewnątrz i co tam żyje? Potwory o jakich mogłeś przeczytać w książkach w dzieciństwie. Witamy w Moskwie w 2033 roku.
- Przecież my i tak umrzemy.
Powiedział spokojnie Michaił.
- Tak, ale jak chcesz stąd wyjść? Jak przebijemy się przez tunel pełen strażników z miotaczami ognia? A nawet jeśli to co dalej? Bez broni na powierzchnię? Wiesz co to są Bibliotekarze? Bez ubrania ochronnego? Bez masek?
Popukał się w głowę Ruslan palcem.
Michaił posmutniał i zdał sobie sprawę, że Ruslan ma rację. W takich warunkach w życiu by nie przebili się na powierzchnię, a potem do Moskiewskiego Szpitala. Poza tym co im po antybiotykach jak w jaki sposób wyleczą skutki promieniowania? Beznadziejna sytuacja. Michaił oparł się o ścianę. I wtedy przysiadł się do nich inny mężczyzna.
- Nazywam się Makari Babayev i jestem inżynierem, a tam w kącie to mój przyjaciel lekarz Dmitri Yakushev. Musimy zaryzykować, a tylko ty możesz nam w tym pomóc. Jeżeli zginiemy od płomieni miotacza…to trudno, ale warto poświęcić się dla metra kiedy i tak za góra tydzień będziemy zdychać w konwulsjach.
- Szpital jest niedaleko stacji Okhotny Ryad. Nie wiem skąd macie te informacje, że stoi tam cały i zdrowy i, że w ogóle są tam jakieś leki.
Kaszlał Ruslan. – Ale ja byłem trzy tygodnie temu w tamtych rejonach i nie widziałem szpitala.
- Bo tam jest tajemne przejście, o którym wie tylko Dmitri. Machnął na niego Makari, a ten ruszył w ich stronę.
– Chyba warto co Ruslan? Dodatkowo weźmiemy jeszcze ze sobą Milana, Olega, Polinę, Romana, Siergieja i Annę.
– Co to ma być? Armia zadżumionych zombie?
Drwił Ruslan. Na to Makari lekko spochmurniał, ale rozumiał sarkazm Ruslana. Nie byli wojownikami tylko zwykłymi chorymi, przerażonymi ludźmi żyjącymi pod ziemią. Ale przyświecał im szczytny cel. Wydostać się z tego piekła po coś lepszego, a wymienione osoby cieszyły się jeszcze względnie dobrym zdrowiem.
- Nie ruszam się stąd. Mnie tam i tak wszystko jedno.
Odparł Ruslan i położył się na grubym kartonie pod filarem. Michaiłowi zaświeciły oczy.
– No to wszystko stracone.
Pomyślał i ruszył do swojego posłania obok Ruslana, a Makari i Dmitri rozeszli się w swoje strony szepcząc coś konspiracyjnie zostawiając smutny wzrok Ruslanowi.
- Boże święty Ruslan, nie wierzę, że odpuściłeś. Po prostu nie wierzę…nie wolno ci !
- Słuchaj Michaił…nie obchodzi mnie, że tu zdechniemy. Nie obchodzi mnie już to całe cholerne metro. Może je trafić szlag. Może się zawalić, może go opanować dżuma, mogą szczury pożreć wszystko co się rusza, może nas zatopić i może nas zabić własnoręcznie pędzony samogon. Rozumiesz człowieku? Daj mi spokój. Pozwól mi umrzeć w spokoju…poza tym to nie potrwa już pewnie długo. Przez prawie dwadzieścia lat biegałem z góry do dołu i z dołu do góry przynosząc ludziom życie. Książki, drewno, benzynę, broń, amunicję, ubrania, meble i wszystko to co jest potrzebne by przetrwać w najbardziej ludzki sposób. Złożyłem kiedyś przysięgę zanim…zanim nadszedł dzień sądu. Okoliczności nie zwolniły mnie z niej ani jotę. Ale ja jestem już bardzo zmęczony…mój ból po stracie bliskich, po upadku cywilizacji nigdy nie przeminął…wiem, że nigdy nie przeminie stąd choćby powtarzający się od lat sen. Ten sam piękny, słoneczny dzień i ogień…stalker nigdy nie jest zwolniony ze swojej pracy chyba, że zginie. Teraz w końcu przyszedł ten dzień kiedy w końcu mogę odetchnąć, odpocząć, zasnąć spokojnie. Nie boję się śmierci. Całe życie mnie unikała. Wyszedłem z setek różnych przygód, potyczek, walk z mniejszym lub większym szwankiem, ale to nie ja umierałem, tylko moi towarzysze. Wiesz czemu?
Zapytał znacząco Michaiła.
- Bo ja jestem już martwy od tamtego dnia. Tego pamiętnego dnia kiedy straciłem wszystko, umarłem by jako duch utrzymywać to metro i wszystkich zgromadzonych w nim ludzi w jakimś statusie, którego beze mnie, bez innych stalkerów nigdy by nie mogli osiągnąć. Całe metro rozpadło by się pogrążone w ciągłych wojnach, konfliktach, problemach choć i tak mimo tej całej atomowej tragedii ludzie się niczego nie nauczyli i tylko jak coś dostali to od razu zaczęły się walki i spory. Czerwoni, Faszyści, Trockiści, Dzieci Czerwia, Hanza, Sataniści, Dzieci Jahwe ze Strażnicy i każda neutralna stacja w tym zawszonym metrze. Każda jedna stacja ma coś na sumieniu. A największa kolebka cywilizacji Polis ma na swoim sumieniu też od groma krzywd. Jesteś zawiedziony Michaił ? Możesz być, ale mnie nie jest przykro. Po prostu metro to jedna wielka spragniona krwi pchła na ciele wierzgającego w amoku chorego psa, która prędzej czy później zdechnie razem ze swoim dogorywającym żywicielem.

Michaił słuchał jak zahipnotyzowany monologu Ruslana po czym łagodnie powiedział.
- Ja nie chcę…
Ruslan uśmiechnął się z lekką ironią do Michaiła po czym zamknął oczy i spokojnie rzekł. - Muszę się zdrzemnąć. Mam gorączkę.
Odwrócił się plecami i zapadł w głęboki sen, a Michaił jeszcze długo nie mógł oderwać od niego przeszklonych od łez oczu…


Po jakichś trzech godzinach Ruslan zerwał się ze snu. Obudziły go przerażające krzyki dobiegające z tunelu. Ludzie stłoczyli się przed wejściem i po chwili zaczęli krzyczeć.
- Uciekać! Pali się!
I nagle na stację wybiegli z tunelu palący się ludzie. Biedacy pewnie próbowali uciec z Rimskiej, ale nadziali się na miotacze ognia żołnierzy Hanzy. Ludzie się pochowali po kątach i patrzeli jak cztery żywe pochodnie upadają na ziemię i tam zwijając się i krzycząc zaczynały umierać. Dopiero po minucie, kiedy przestali się ruszać ludzie podbiegli do nich i zaczęli walić w nich szmatami by ugasić ich ciała bo ogień mógł bardzo łatwo się tutaj rozprzestrzenić.

Ruslan wstał i podszedł do spalonych ciał. Wszyscy patrzeli ze smutkiem na dawnych towarzyszy niedoli, powykrzywianych teraz w okrutny sposób, spalonych na węgiel.
Jakaś kobieta wyłoniła się z tłumu. Upadła na kolana i zaczęła szlochać po cichu wymieniając cały czas jedno imię - Nikolai , Nikolai , Nikolai …
I wtedy Ruslan zdał sobie sprawę, że to był zapewne syn lub mąż owej nieszczęsnej kobiety.
- To jej syn. Był wszystkim co miała.
Powiedział ni to w powietrze ni to do Ruslana ktoś z grupki ludzi.
Po chwili grupka ludzi się rozeszła, a kobieta wciąż tkwiła przy zwłokach swojego syna. Mówiąc do siebie w ciszy – Już niedługo Kochanie, już niedługo znów będziemy razem.

Ruslan pomyślał o Griegorjim. O swoim wówczas pięcioletnim synku, którego widział po raz ostatni na dwa tygodnie przed Armagedonem. Jego oczy zrobiły się mokre i nawet nie zauważył jak po jego policzku poleciała łza. Odwrócił się i wrócił do swojego legowiska. Usiadł po turecku i głęboko się zamyślił. Sięgnął po plecak, który na prędko spakował kiedy opuszczał Polis i wyciągnął z niego dwie rzeczy. Zdjęcie ze wspólnych wakacji w Chorwacji i pożółkniętą i mocno zniszczoną, ale wciąż w komplecie książkę ‘’Sztuka Wojny’’.
Przejrzał kilka kartek i znów wspomniał pamiętny cytat : ‘‘Żadna część państwa nie korzysta z przedłużającej się wojny. W wojnie niech twoim celem będzie zwycięstwo a nie długa kampania’’.
- Nic do dać i nic ująć.
Pomyślał Ruslan.
-Tylko kto wygrał tę wojnę? Czy w ogóle była jakaś wojna? Kto zniszczył ten świat w sekundę? A może ktoś dla kaprysu przycisnął guziki? Kto dał sobie takie prawo?
Oparł głowę o zimną ścianę. Michaił leżał odwrócony wciąż plecami. Nie wiedział na co ci naiwni głupcy liczyli. Nic nie wiedzieli, o niczym nie mieli pojęcia i do niczego się nie nadawali.

Nadal rozmyślał i jeszcze raz obejrzał wszystkich chorych stłoczonych na stacji Rimska.
Poczuł jak ktoś go szturcha za ramię. Obrócił głowę, a przed nimi siedział mały chłopiec, który ewidentnie próbował dobrać się do jego plecaka.
- Masz jedzenie? Daj mi proszę, daj!
Zawodził natarczywie maluch. Ruslan popatrzał na niego obojętnym wzrokiem i sięgnął do plecaka. Po chwili poszukiwań wyciągnął z niego małą pożółkłą książeczkę do kolorowania. Strony były w całkiem niezłym stanie, a obrazki wypełniały zabawne rysunki zwierząt, których ten mały chłopiec nigdy nie widział nawet na oczy i już nigdy nie zobaczy. Chłopiec się zaciekawił i zaczął się przyglądać. Ruslan wyciągnął też parę kredek i pomachał malcowi przed oczami, a ten patrzał jak zahipnotyzowany na te kolorowe patyczki i złapał je mocno, ale Ruslan jeszcze ich nie puścił. Chłopiec poluźnił uścisk i zawstydzony cofnął rączkę.
Ruslan otworzył jedną stronę i zaczął kolorować obrazek.
- Jak ci na imię synku ?
Zapytał spokojnie Ruslan.
- Sasza proszę pana. Co to takiego?
- To kolorowanka. Dla małych dzieci. Takich jak ty.
- A co się z tym robi ?
Pytał coraz bardziej zainteresowany Sasza.
- Bierzesz te kolorwe patyczki i upiększasz te czarno – białe strony jak tylko chcesz.
I skończył kolorować obrazek, na którym był kot.
- Mogę?
Zapytał wciąż nieśmiało Sasza.
- Proszę.

Mały usiadł po turecku obok Ruslana i zaczął mazać kredkami inne zwierzaki. Robił to strasznie niedbale, a kolory najczęściej znajdowały się poza obrazkiem, ale nie to było teraz najważniejsze. Ruslan nie zwracał mu żadnej uwagi tylko pogłaskał chłopca po głowie, ten się uśmiechnął i pobiegł w głąb stacji krzycząc – Mamo, mamo zobacz co dostałem!
Ruslan się uśmiechnął lekko i złapał za brzuch. Bardzo go bolało ciało, a gorączka nie chciała w ogóle zejść. Po chwili przysiadł się do niego Michaił, który wyciągnął ze swojej torby kawałek suchej wołowiny i dwa grzyby. Oderwał kawałek i wcisnął Ruslanowi do ręki.
- Jedz. Może poczujesz się lepiej.
- Widzę, że to twoje ostatnie zapasy. Lepiej sam je zjedz.
- Nieładnie odmawiać poczęstunku.
Michaił nadal trzymał w ręku kawałek wołowiny skierowany w stronę Ruslana.
- Może i mam mało, ale pochodzę z wierzącej rodziny. Jahwe kazał się dzielić z potrzebującymi więc przyjmij ten poczęstunek.
Ruslan nie wiedział co ma powiedzieć. Nigdy nie był osobą przesadnie wierzącą, a już na pewno nie biegającą do cerkwi. Całe życie kierował się najwyżej paroma przykazaniami z dekalogu i to mu wystarczyło. Nigdy też nie wyszydzał wiary, nigdy nie śmiał się z takich ludzi i czasem w głębi ducha może im nawet zazdrościł, że potrafią odnaleźć w wierze to ziarno, którego on nigdy nie potrafił znaleźć. Co innego Lidia, ale to już była inna historia.
Dodatkowo przestał poszukiwać Boga od chwili zejścia do metra.
- Dziękuje Michaił. To naprawdę szlachetne.
- No jedz, jedz i nie gadaj tyle.
Ruslan wsunął do buzi dosyć spory kawałek wieprzowiny i powoli go przeżuwając przypomniał sobie jak wspaniałą wołowinę z grzybami serwowali w Polis. Piekło go mocno w gardle i teraz marzył o łyku przefiltrowanej czystej wody. Nieosiągalne marzenie.
Od czasu zejścia pod ziemię wśród mieszkańców metra wykształciły się trzy grupy ludzi.
Pierwsza to taka, która urodziła się już bez nieboskłonu nad głową lub zeszła pod ziemię mając góra cztery czy pięć lat i teraz kompletnie nie pamiętająca niczego sprzed kataklizmu.
Druga to taka, która idealnie przystosowała się do nowej rzeczywistości nie wracając już wspomnieniami do odległych minionych czasów świetności świata i trzecia grupa ludzi, którzy nigdy nie zaakceptowali metra jako domu. To była najtragiczniejsza grupa wśród wszystkich ocalałych bo ciągle wracali opowieściami na powierzchnię kiedy była piękna, czysta od promieniowania, potężna i po prostu normalna. Gdzie można było kupić sobie tyle czystej wody w sklepie ile dusza zapragnęła. Ruslan należał do tej grupy i nigdy nie pogodził się z końcem świata. Codziennie przez dwadzieścia bitych lat nie zaakceptował faktu utraty bliskich i stania się szczurem. Czasów gdzie kiedyś to wspaniałe metro można było przejechać w godzinę, a nie iść na własnych nogach przez te wszystkie tunele narażonym na różne antagonizmy ze strony innych ludzi. Zazdrościł ludziom ze starego świata, którzy potrafili o nim zapomnieć. On nigdy o nim nie zapomniał, a praca stalkera tylko jeszcze bardziej wbijała mu nóż w i tak krwawiące serce, kiedy to wychodził przez ostatnie lata na powierzchnię i wracał ciągle do świata popiołów. Zniszczonej świetności.

Tak długie życie pod ziemią zdegenerowało jego wzrok. Nie mógł już nigdy wyjść na powierzchnię w ciągu dnia bo by oślepł. I nawet ochronne okulary nie mogły dać żadnej ochrony. Wychodził zawsze późnym popołudniem, wieczorem lub najczarniejszą nocą.
Najlepiej było jesienią, albo zimą bo wówczas słońce zachodziło już po trzeciej po południu. Marzył by jeszcze raz zobaczyć niebo. Piękne i czyste niebieskie niebo. Białe pierzaste chmury i nawet słońce palące swoimi promieniami. Znów posmutniał chociaż i tak jakie to miało teraz znaczenie. Za parę dni będzie najpewniej martwy i jeśli nie spalą go z Hanzy to zjedzą go szczury. Błędne, obrzydliwe koło.
- No, a teraz się prześpij. Będę obok jakbyś mnie potrzebował.
- Słuchaj Michaił…dlaczego to robisz? Przecież odmówiłem wam pomocy.
- A ja ci powiedziałem stalkerze, że jestem osobą wierzącą i mimo iż wyparłeś się nam pomocy, ja nie zamierzam wypierać się pomocy tobie ani nikomu uwięzionemu na Rimskiej.
Ruslan popatrzył chwilę na Michaiła po czym odparł spokojnie.
- To po prostu nie ma sensu Michaił. To po prostu nie ma sensu…
I usnął, a Michaił ruszył w stronę Makariego, który siedział w oddali w kącie i razem z Dmitrim i przeglądał jakieś plany.

Obudził się dopiero następnego dnia przebudzony głośną krzątaniną ludzi. Rimska przyjmowała nowych chorych. Sześciu żołnierzy Hanzy w grubych skafandrach weszło na stację i zaczęło notować nazwiska wszystkich chorych. Przyszło ośmiu nowych. Żołnierze Hanzy kazali im stanąć pod murem. Dwóch stało i pilnowało by nigdzie się nie ruszali, a czterech pozostałych wzięło z kątów wszystkich tych, którzy byli już martwi i zabrali do tunelu. Dwanaście osób ułożyli na kupie i odpalili miotacze ognia. Ciała spłonęły praktycznie błyskawicznie. Po chwili wyszli z tunelu. Dali sygnał do odwrotu i ludzie stojący pod ścianą zostali zwolnieni spod miotacza ognia. Żołnierze zniknęli, a ludzie odetchnęli.

Ruslan długo przyglądał się nowo przybyłym i długo nie mógł oderwać wzroku od jednej dziewczyny o ciemnej karnacji. Rozpoznał znajome oczy, znajome spojrzenie. Rozpoznał małą cygańską dziewczynkę sprzed metra, którą wziął wtedy na ręce i uratował. Ich drogi rozeszły się krótko potem w zawirowaniu wielu gwałtownych zmian i wydarzeń przed jakimi ludzkość musiała stanąć w nowym świecie. Nigdy nie poznali się lepiej, a jedynie wymienili imionami.

- Nazywam się Ruslan Voinovich a ty ?
Spytał niedługo po kataklizmie kiedy trzymał dziecko w ramionach.
- A ja jestem Arina…nie mam nazwiska proszę pana.
Powiedziała nieśmiało dziewczynka.
Zniknęła z jego życia, ale nigdy o niej nie zapomniał. Nigdy nie zapomniał tego dnia kiedy wziął ją na ręce i ocalił. Nie zapomniał też jej przejmującego pełnego smutku spojrzenia, które towarzyszyło mu już zawsze. A teraz? Znów niespodziewanym trafem w obliczu kolejnej katastrofy, w obliczu śmierci spotkali się razem. Po dwudziestu latach. Tutaj na Rimskiej. W umieralni. W tym obozie śmierci, w którym nie było cienia na uzdrowienie.

Od razu go poznała. Chyba się nawet lekko uśmiechnęła. Wyrosła na piękną kobietę. Podniósł się i powoli ruszył w jej stronę. Ona także zaczęła iść w jego stronę. Bez żadnych słów. Mimo iż nie widzieli się tyle lat padli sobie w ramiona jak ojciec z córką. Przytulił ją z całych sił i zapytał.
- Arina, to ty. Boże jak ty wyrosłaś…szkoda, że znów spotykamy się w tak strasznych okolicznościach.
- Ruslan. Mój największy bohater z dzieciństwa.
Zaśmiała się lekko, a Ruslan się lekko zarumienił.
- Co się z tobą działo dziewczyno?
- Wędrowałam od stacji do stacji, aż w końcu przygarnęli mnie na Dmitrowskiej i tam już zostałam. Pomagałam handlarzom. Aż do dzisiaj. A co się działo z tobą Ruslanie?
- Zostałem stalkerem. Biegałem z dołu do góry i z góry do dołu przez te wszystkie lata. Mieszkałem w Polis od samego początku jego istnienia. Ale to wszystko jest bez znaczenia bo w metrze nikt się z nikim nie liczy. Kiedy przestajesz być potrzebny od razu ktoś się ciebie pozbywa. W sumie tak było zawsze odkąd świat stoi.
- Nie wiem jak to zabrzmi, ale nigdy nie mogłam o tobie zapomnieć. Cały czas o tobie myślałam. Tęskniłam, pragnęłam…
Ruslan wziął jej twarz w dłonie i spojrzał głęboko w oczy. Pogłaskał kciukiem po policzku i wytarł łzy, które pociekły od razu Arinie i znów bardzo mocno ją przytulił.

Wyciągnął styropian spod sterty kartonów i oddał go Arinie. Położyła się obok niego.
- Bardzo źle się czuje Ruslan. Bardzo źle…muszę odpocząć.
- Śpij Arinko, śpij. Czuwam nad tobą. Niedługo wrócę, muszę z kimś porozmawiać.
- Kocham Cię.
Powiedziała szeptem Arina i zasnęła.

Ruslan ruszył w stronę Michaiła.
- Słuchaj Michaił potrzebuję załatwić troszkę jedzenia. Znajdziesz coś jeszcze?
Szepnął mu do ucha.
- Mogę załatwić jeszcze troszkę wołowiny.
- Błagam cię Michaił. Muszę kogoś nakarmić.
- Tamtą dziewczynę ?
I wskazał na śpiącą Arinę.
- Tak. To ktoś bardzo dla mnie ważny.
- Dobrze. Poczekaj chwilkę.
Minęła chwila i Michaił wrócił z małym zawiniątkiem i dał go Ruslanowi.
- Dziękuje ci Michaił. Bardzo ci dziękuje. Powiedz mi gdzie są teraz Makari i Dmitri.
- Są na Placu Illicza, a co?
- To powiedz im, że wieczorem się u nich zjawię.
Michaił odwrócił się i odszedł bez słowa, a Ruslan udał się w stronę Ariny. Usiadł koło niej i pogłaskał po głowie.
- Ruslan boli mnie. Bardzo boli.
- Wytrzymaj Arinko jeszcze troszkę. Przyniosłem ci troszkę jedzenia. Jedz, musisz być silna. Jeszcze parę dni. Uratujemy się zobaczysz.
Arina popatrzała na niego pytająco.
- Zobaczysz, a teraz śpij. Jestem tuż obok.

Nastawił sobie zegarek na godzinę ósmą wieczór i również poszedł spać. Po czterech godzinach zadzwonił mu budzik. Podniósł się i ruszył najszybciej jak potrafił w stronę Placu Illicza na umówione spotkanie z Makarim i Dmitrim.

Dotarł tam w niecałą godzinę. Makari siedział przy prowizorycznym stoliku razem z Dmitrim i Michaiłem.
- Chciałeś z nami rozmawiać.
Powiedział Dmitri.
- Gdzie ten mały chłopiec?
Zapytał na wejściu Ruslan.
- Jaki chłopiec? Jest tu ich troszkę. A przynajmniej było.
Odpowiedział Dmitri.
Ruslan popatrzył na ziemię przy jednym z filarów i dostrzegł kolorowankę i kredki.
- Szasza. Na imię miał Sasza.
Ciągnął Ruslan.
- Umarł dzisiaj. Razem z matką. Przenieśli ich na Awiamotarną, która jest już opuszczona i przeznaczona na pewnego rodzaju grobowiec.
Ruslan poczuł lekki ścisk w sercu. Posmutniał. Nic jednak już nie mógł dodać w tej sprawie. Codziennie ktoś tu umierał więc to co czuł musiało zostać w nim. Nieopisany ból. Jakby po stracie kolejnej bliskiej osoby chociaż z tym małym Saszką zamienił raptem kilka słów.

- Widziałem, że przeglądaliście ostatnio jakieś plany. Co to takiego?
- To plan metra.
Ruslan spojrzał na plan z wyraźnie zaznaczonym czerwonym punktem w tunelu pomiędzy Turgieniewską a posterunkiem Hanzy przy Rimskiej.
- Co to za oznaczenie?
- A co zmieniłeś zdanie stalkerze?
- Pytałem co to za oznaczenie.
Mówił twardo Ruslan.
- Jestem jednym z inżynierów tego metra. A to jest zaznaczone tajemne przejście dla personelu. Jest wąskie i nikt o nim nie wie, więc jeśli nie zostało w jakiś sposób zasypane lub zalane to możemy się tamtędy przedostać na powierzchnię, a potem pobiec do szpitala po leki i sprowadzić je tutaj. Za tym tunelem znajduje się także niewielkie pomieszczenie, w którym znajdziemy maski tlenowe, skafandry oraz trochę broni, ale jak mówiłem idziemy w ciemno bo nie wiemy czy tunel i pomieszczenie nie zostały zniszczone.
Powiedział Makari.
- Odpowiedz nam Ruslan czy zmieniłeś zdanie.
Kontynuował Makari.
- Tak, tylko, że aby wyjść w stronę Turgieniewskiej musimy przebić się przez Hanzę.
- Tak, ale obejście ich należało by do ciebie. Jesteś podobno ekspertem. Poza tym wiemy, że o godzinie jedenastej jest zmiana warty na słabszą. Z pięciu na trzech strażników.
Zaczął mówić Dmitri.
- Cholera, może i jestem ekspertem, ale nie cudotwórcą. Wszystkiej broni jakiej udało mi się przemycić ze sobą to wojskowy nóż i walka wręcz. Nie podejdę bezpośrednio z tymi rzeczami do nich. Potrzebujemy planu. Musielibyśmy mieć minimum sprzętu.
Michaił słysząc zaangażowanie Ruslana powiedział.
- Chodź ze mną. Chcę ci coś pokazać.
Ruslan podążył za nim do końca stacji i w samym ciemnym końcu przy filarze zatrzymali się oboje. Michaił uklęknął i zaczął odgarniać grubą warstwę śmieci aż pojawiła się spora ciemna dziura w posadzce. Michaił sięgnął do środka i wyciągnął dosyć pokaźnych rozmiarów metalową skrzynkę.
- To cały ekwipunek jaki musi ci wystarczyć. To wszystko co udało nam się zebrać od ludzi, którzy już umarli.
Ruslan zaczął wertować sprzęt. Szczerze mówiąc, zdziwił się bardzo pozytywnie gdyż w środku znalazł : maskę gazową, racę z trzema nabojami, jeden granat dymny, dwa małe kanistry benzyny i gruby czarny skórzany płaszcz, który był bardzo podobny notabene do tego, który nosił jego znajomy Hunter.
- Wystarczy Michaił. Mam wszystko czego mi trzeba.
Powiedział Ruslan najpewniej jak tylko potrafił lecz po chwili targnęły nim potężne torsje, w których zwymiotował krwią i stracił równowagę i upadł na ziemię. Obraz przed oczami zaczął mu się rozjeżdżać we wszystkie strony i Ruslan stracił przytomność. Tylko gdzieś resztką świadomości słyszał w czerni jak Michaił woła Makariego i Dmitriego do siebie.

Po około dwunastu godzinach Ruslan odzyskał przytomność. Leżał na starym, śmierdzącym materacu i czuł się o niebo lepiej, chociaż był to pewnie tylko przystanek przed kolejnym atakiem torsji i wysokiej gorączki. Teraz tylko doskwierało mu swędzenie i zaobserwował kolejną zmianę. Jego palce. Zaczęły powoli ciemnieć i zdawał sobie coraz mocniej sprawę, że czasu zostało naprawdę niedużo.
- Arina!
Krzyknął i zerwał się z łózka. Chwycił pod pachę metalową skrzynię i ruszył w głąb tunelu na Rimską. Arina. Modlił się w duchu by jeszcze żyła, bo gdyby umarła w czasie kiedy go nie było nie wytrzymał by tego. Dziesięć, dwanaście, trzynaście godzin? Ile go nie było? Nie potrafił sobie uzmysłowić, ale wiedział, że musi biec i nie zwolni go nawet dwudziesto kilowa skrzynia, którą zabrał ze sobą. Biegł tak szybko, że nawet nie zauważył, że godzinną drogę przebył w pół godziny. Kiedy znalazł się Rimskiej zauważył, że na stacji panowało jakieś zamieszanie. Ludzie nerwowo chodzili, jedni stali z odwróconymi głowami, a inni tłoczyli się przy przeciwnej ścianie. Doszły go krzyki dziewczyny. To była Arina. Ruszył w jej kierunku i to co zobaczył obudziło w nim prawdziwą bestię.

Okazało się, że pod jego nieobecność Hanza wrzuciła do tego piekła trzech faszystów z Twerskiej. Wielcy ogolenie na łyso, chorzy na dżumę, rozłoszczeni do granic możliwości, ubrani na czarno zwyrodnialcy, słudzy chorej ideologii Adolfa Hitlera szarpali Arinę, i nawet w obliczu takiej tragedii chcieli odebrać jej godność i zgwałcić jak najohydniejsze potwory.
Jeden stał obok, a dwóch zrywało z niej spodnie. Ruslan nienawidził tych bydlaków do żywego. Znał historię XX wieku. Nienawidził Czerwonych i Faszystów. Wszystkich lubujących się w chorym postrzeganiu świata i ludzi. Zaślepionych fanatyków próbujących przekonać ciężkim butem i ostrzem bagnetu innych dookoła do swoich chorych racji. Wciągających miliony istnień w niesamowite cierpienia.

- Zamknij się ty cygańskie ścierwo! Taka brudna suka jak ty musi wiedzieć gdzie jej miejsce!
Krzyczał ten, który stał i patrzył.
- Ordnung muss sein! Sieg hail!
Po tych słowach twardy łokieć Ruslana uderzył z całą siłą w potylicę faszystę, który momentalnie stracił przytomność i poleciał prawie bezwładnie na ścianę i osunął się na kolana twarzą do niej. Ruslan nie czekał ani sekundy dłużej i prostym kopniakiem, takim jakim zawsze wyważał grube zamknięte drzwi zmiażdżył głowę napastnikowi. Kopnięcie było tak silne, że twarz faszysty została kompletnie zmiażdżona znajdując się między ścianą, a ciężkim wojskowym butem. Widząc to jego towarzysze od razu puścili Arinę i rzucili się na Ruslana. Pierwszy próbował go zamaszyście uderzyć lecz Ruslan zablokował jego rękę swoim przedramieniem i od razu w tej samej chwili uderzył pierwszego atakującego faszystę prosto w krtań. Uderzył z całym impetem. Uderzył tak, aby zabić. Faszysta stanął jak w ryty. Jakby porażony prądem. Złapał się za gardło, upadł na kolana i zaczął charczeć próbując bezskutecznie złapać oddech. W tym czasie trzeci największy z napastników rzucił się na Ruslana i przewrócił go na ziemię. Zaczęli się szamotać. Po chwili Ruslan wydostał się z potężnego uścisku i zdołał założyć dźwignię na wielką rękę wroga, która po chwili pękła w łokciu jak gałąź. Faszysta krzyknął z bólu tak, że wszystkim ludziom na Rimskiej zjeżyły się włosy na plecach. Teraz Ruslan błyskawicznie przemieścił się za plecy napastnika i skrzyżował przedramiona na jego szyi tworząc tak zwane trójkątne duszenie. Nie trwało to długo. Po upływie minuty faszysta był już martwy.

Ruslan podniósł się z ziemi od razu przytulił Arinę, delikatnie, czule, jak ojciec. Ona tylko płakała i tuliła się jego wielkich ramionach chcąc zniknąć.
- Ruslanie, gdzie byłeś. Gdzie byłeś? Tak bardzo się bałam.
- Nie bój się Arinko, oni już cię nie skrzywdzą. Nikogo. Już nigdy.
Cały czas głaskał ją po głowie.
- Bardzo źle się czułem, straciłem wczoraj przytomność na Placu Illicza i kiedy się ocknąłem biegłem na złamanie karku do ciebie.
Minęło jakieś dwadzieścia minut i dziewczyna zaczęła się uspokajać. Było wykończona, zasnęła od razu. Położył ją na jej legowisku. Ludzie rozeszli się w swój strony, a Ruslan cały czas pełnił wartę przy Arinie. Tak mało brakowało by się spóźnił, by ci sadyści ją zgwałcili, a potem zabili. Pewnie znając ich metody skopali by ją na śmierć. Próbował się uspokoić i skupić na zadaniu. Zaczął obmyślać plan jak dobrać się do północnego tunelu. Jak poradzić sobie z komandosami Hanzy. Spojrzał na zegarek. Dochodziła osiemnasta. Maleńkie czerwone żarówki rozświetlały stację tworząc jeszcze cięższą aurę tym bardziej, że po stacji znowu walały się zwłoki kolejnych ludzi, którzy dzisiaj umarli. Pojawili się Makari i Dmitri.
Stanęli obok Ruslana. Panowała cisza. Arina wciąż spała. Około dziewiętnastej przyszedł Michaił i zaczął krzyczeć.
- Hej wszyscy! Zbiórka! Szybko! Szybko! Mam druzgocące wieści!
Wszyscy ludzie zebrali się w kółku włącznie z Makarim, Dmitrim i Ruslanem.
- Mój przyjaciel z Białoruskiej przysłał mi wiadomość, że Hanza planuje tu zrobić nad ranem wielką czystkę. Przyjdą i spalą nas od razu. Wszystkich!
Wśród ludzi wybuchła panika i blady strach zagościł na twarzach wszystkich chorych.
Ci ludzie mimo iż śmiertelnie chorzy. Mimo iż wiedzieli co ich czeka za parę dni, nie potrafili rozstać się z życiem w taki sposób. W tym momencie zapominało się o chorobie, o czarnej śmierci tylko o tym, że się zostanie zamordowanym z zimną krwią.
Ruslan podszedł do Michaiła. Stanął na niewielkim stołku i krzyknął.
- Ludzie spokojnie! Zachowajcie spokój!
- Jaki spokój przecież ci rzeźnicy niedługo nas spalą. Co możemy zrobić? Jesteśmy chorzy. Nie mamy broni. Nie mamy siły. Mamy być spokojni?
Grzmiał ktoś z tłumu.
- Powiedziałem zachowajcie spokój!
Krzyknął stanowczo Ruslan i cała grupa ludzi zamilkła.
- Kiedy przyjdzie Hanza. Będziemy na nich czekać. Musicie mi zaufać. Nie pozwolę skrzywdzić nikogo bezkarnie na tej stacji. Macie moje słowo. Musicie mnie tylko słuchać i robić co wam karzę.
Ruslan poczuł, że ma kontrolę nad tłumem. Poczuł się znów odpowiedzialny za ludzkość. Chorą, w beznadziejnej sytuacji. Ale ciągle żyjącą. Oddychającą tym zainfekowanym powietrzem. Odezwało się w nim znów poczucie obowiązku. Poczuł się jak pasterz swojego stada owiec, które musi wyprowadzić na żyźniejsze, zielone pastwisko i nie pozwoli by jakikolwiek wilk rozszarpał chociaż jedną owcę. Zszedł ze stołka. Podszedł do metalowej skrzynki. Wyciągnął gruby, czarny skórzany płaszcz i założył go dumnie. Racę i granat dymny wcisnął za pasek. Maskę zabrał i włożył do swojego plecaka, z którego wyciągnął swój stary wojskowy nóż. Popatrzał na niego. Piękna chromowana stal, która nie zardzewiała przez te wszystkie lata. Tak samo jak on. Przejrzał się w grubym ostrzeu. Jego głowę pokrywały już lekko siwe włosy, ciemne oczy patrzały chłodno na swoje odbicie. Długa blizna pod okiem od zawsze nadawała mu charakteru, a tygodniowy ciemny zarost na twarzy idealnie komponował się teraz z jego nową postacią. Teraz był renegatem. Wrogiem publicznym metra numer jeden. Nie interesowało go to, że przyjdzie mu zabijać swoich krajanów. Miał misję i zamierzał ją wykonać jak prawdziwy ekspert. Jak lekarz, któremu powierza się swoje życie. Schował nóż do buta i podszedł do Michaiła, Makariego i Dmitriego.
- Mamy parę godzin, trzeba się przygotować na małą wojenką.
Przyjaciele kiwnęli znacząco głowami. Ruslan posłał im także znaczące skinienie głowy.
Arina wstała i podeszła do niego. Milczała. Nic nie musiała mówić. Nic nie musiała rozumieć. Wiedziała, że wszystko co postanowi Ruslan, zrobi, da z siebie wszystko. Nie tylko dla siebie, ale i dla wszystkich, którzy tu pozostali przy życiu. Dla tych wszystkich trzydziestu pięciu osób śmiertelnie chorych na to diabelstwo.
Ruslan pomyślał jak los potrafi się odwrócić. Pomyślał także jak żołnierze Hanzy obmyślili za niego plan ucieczki. Przyjdą tutaj. To nie będzie ciasny tunel. Tutaj jest jego królestwo i tutaj będzie na nich czekał. Tutaj zagrają na jego zasadach. Tutaj przywita ich tak, że sami pożałują, że nie zostali zakażeni Dżumą. Zaśmiał się w duchu i zaczął przygotowania do bitwy…



Rimska tonęła w gęstym mroku. Zaledwie kilka czerwonych żarówek świeciło się strategicznie przy wejściu i panowała cisza. Jedyne co było słychać to tylko lekkie skrobanie szczurów i gdzieniegdzie spadające krople wody. Cisza i mrok były niemalże namacalne.
Ruslan leżał na ziemi parę metrów od wejścia z przygotowaną racą, a reszta ludzi leżała znacznie dalej przykryta warstwą śmieci, kartonów i brudnych ubrań. Każdy z nich dzierżył w dłoniach kamienie, kawałki ścian i metalowe pręty. Czekali na jego znak, czekali aż Ruslan rozpęta piekło. Zbliżała się druga w nocy. Nikt nie wiedział kiedy przyjdą żołnierze i ilu ich przyjdzie. Stacja wyglądała na kompletnie opuszczoną. Po dwudziestu minutach Ruslan usłyszał dudnienie, które dochodziło z tunelu.
- Sześć, dziewięć, trzynaście…piętnaście par ciężkich butów.
Pomyślał Ruslan i poczuł jak ścieka mu po skroni kropla potu. Piętnastu żołnierzy maszerowało w stronę Rimskiej. Bał się żeby go nie dopadły torsje. Żeby nie zemdlał. Żeby nie obudziła się prawie czterdziesto stopniowa gorączka. Był skupiony na zadaniu. Zadaniu kompletnej likwidacji wroga, bezpiecznej eskorcie zakładników i przedostaniu się do miejsca przeznaczenia. Czuł jak poci się coraz mocniej. Kroki stawały się coraz cięższe, bardziej wyraźne, przechodzące w jeden równy i szybki marsz. Po chwili z ciemnej otchłani tunelu wyłoniły się cienkie strużki czerwonego światła. To były celowniki na podczerwień karabinów Bizon, które zostały wyposażone na tą okazję również w tłumiki. Minęła minuta czy dwie i teraz w ciemnej poświacie zaczęły się zarysowywać wyraźne, duże sylwetki żołnierzy Hanzy. Ośmiu żołnierzy odzianych w grube anty radiacyjne kombinezony obstawiło wejście do tunelu, z którego przyszli. Po czterech na lewą i po czterech na prawą stronę. Dopiero teraz wszedł żołnierz dźwigający wielki miotacz ognia. On stanął na przedzie. Zaczął się rozglądać. Z tunelu dołączyli do nich pozostali żołnierze, którzy szli na końcu i ubezpieczali tyły zamykając pochód.

Wszyscy w komplecie. Na swojej misji, totalnej eksterminacji jednostek zainfekowanych. Sześciu zamykających podzieliło się na dwie grupy i trzech poszło na lewą i trzech na prawą stronę tyle, że znacznie dalej od ich towarzyszy, którzy stali bliżej wejścia.
Stanęli i patrzeli. Celowniki błądziły w ciemnościach. Jeden z nich od prawej strony, podszedł do tego z miotaczem ognia i krzyknął.
- Wyłaźcie ścierwa! I tak was znajdziemy! Nie ukryjecie się!
Ale ich dowódcy odpowiedziała tylko głucha cisza. Był to bardzo dziwny obraz. Piętnastu ciężko uzbrojonych żołnierzy w grubych kombinezonach bało się wejść w głąb Rimskiej. Nie byli głupcami. Wiedzieli, że tu dzieje się coś bardzo dziwnego. Nie wiedzieli co, ale czuli, że w powietrzu coś wisi. Nie spodziewali się takiej sytuacji. Myśleli, że przyjdą i zastaną wszystkich chorych śpiących. Teraz przed nimi była tylko czerń. Wiedzieli, że ludzie nigdzie nie mogli uciec. Wiedzieli też, że wszyscy nie umarli. Coś poruszyło się w mroku po prawej stronie i wszyscy żołnierze odpalili ogień. Po dłuższej chwili przestali strzelać kiedy ich dowódca ryknął ponownie.
- Co wam mówiłem? Strzelać tylko na mój rozkaz durnie! To tylko cholerny szczur!
Kilku z nich zaczęło zmieniać magazynki i wtedy Ruslan wystrzelił z racy w pierwszy kanister z benzyną, który ustawił przy wejściu na Rimską po lewej stronie. Karnister eksplodował z potężną siłą zapalając od razu czterech żołnierzy przy okazji urywając dodatkowo dwóm z nich nogi. Palący się żołnierze zaczęli strasznie krzyczeć, niestety w grubych zaszklonych hełmach ochronnych ich krzyk był bardzo przytłumiony i zapewne odbijał się echem tylko u nich w środku. Próbowali zdjąć z siebie płonące skafandry. Dwóch z urwanymi nogami, powoli pełzło po ziemi chcąc uciec z powrotem do tunelu. Trzech stojących obok gwałtownie się odsunęło i w bezpiecznej odległości przykleili się do ściany. Wycelowali w pustkę, ale nikogo nie widzieli. Nie strzelali. Nie wiedzieli co robić. Żołnierz z miotaczem ognia oraz dowódca oddziału upadli od razu na ziemię pod wpływem wybuchu i przez parę sekund nie wstawali. Nie tracąc czasu Ruslan załadował następną racę i widząc jak żołnierze od prawej strony wejścia zaczęli się odsuwać wystrzelił w drugi kanister. Ponownie potężna eksplozja powaliła wszystkich na ziemię, a ogień strawił czterech następnych żołnierzy, którzy skonali w okrutnych męczarniach kiedy guma i plastik skafandrów ochronnych topniały i zrastały się z ich ciałami. Smród palonej skóry zrósł się ze smrodem jakim Rimska była przesiąknięta od dawna. To było prawdziwe piekło. Dwóch komandosów z prawej oraz wielki wojak dźwigający miotacz ognia i dowódca stłoczyli się teraz razem i przyjęli bojowy szyk. Dowódca dał znać.
- Ognia! Zabić te śmierdzące larwy! Zabijcie te chore szczury!
Żołnierze pociągnęli za spust i grad pocisków znów poleciał w pustkę. Ci trzej co stali po lewej stronie także otworzyli ogień i w tym momencie Ruslan ruszył do ataku w ich stronę. Biegł w mroku, najszybciej jak potrafił. Od jednego filara do drugiego dzierżąc w ręku swój wielki wojskowy nóż. Po kilku chwilach ogień ciągły zamilkł i żołnierze Hanzy zaczęli zmieniać kolejne magazynki. W tej samej chwili Ruslan znalazł się przy trzech wojakach i rzucił się na nich. Zadawał precyzyjne i bardzo głębokie cięcia. Jedno uderzenie na jednego wroga. Był niczym matador, który z gracją robi uniki przed rozwścieczonym bykiem i jednocześnie zadaje śmiertelne rany. Krew bryzgnęła na jego płaszcz i ścianę, a po sekundzie przeciwnicy leżeli już na ziemi charcząc i rzężąc trzymając się za poderżnięte gardła.
- Teraz!
Krzyknął Ruslan i wszyscy ludzie ze stacji podnieśli się spod swoich ukryć i na pozostałych żołnierzy poleciał grad kamieni, kafelków, płyt i metalowych rur. Rzucali z całych sił, najcelniej jak potrafili. Dwóm z żołnierzy pękły kaski ochronne i ich twarze zalała krew.
Znów stację przeszyły krzyki i wyzwiska. Ruslan korzystając z zamieszania podniósł z ziemi dwa karabiny. Przeładował je i schował się z powrotem za filarem w mroku. Wypatrzył go dowódca Hanzy i krzyknął ile sił.
- Tam ktoś jest! Zabił Olega, Abrama i Alexieia!
Kiedy ludzie wyrzucili już wszystko co mieli pod ręką, Ruslan dał znak do odwrotu. Gniew dowódcy żołnierzy Hanzy osiągnął apogeum.
- Strzelać w stronę filaru! A tych sukinsynów spalić. Słyszałeś Danil? Spal to ścierwo!
Komandosi otworzyli ogień. Ruslan stał cały czas za filarem i modlił się w duchu by beton wytrzymał napór ogromnej serii pocisków. Czuł jak odpada tynk. Jak pęka za nim jego bariera ochronna. Jeszcze parę chwil. Musiał wytrzymać. Nie mógł do nich otworzyć ognia teraz. Zginął by w sekundę. Danil ruszył ciężkim krokiem przed siebie i nacisnął spust miotacza rozpylając potężną chmurę ognia. Teraz ciemność ustąpiła i Danil zobaczył jak przerażeni ludzie wycofują się w głąb stacji. Pociągnął za spust jeszcze raz. Dziesięć osób od razu spłonęło w okropnym bólu. Ludzie próbowali rzucać jeszcze jakimiś rzeczami, ale Danil nie zdejmował prawie palca ze spustu.
- Jak się to wam podoba? Co? Wy brudne larwy!
Wrzeszczał dowódca i sięgnął po mały granat.
- Danil kryj się!
Odbezpieczył granat i rzucił go mocno przed siebie. Po jakichś trzech sekundach wybuchł i Ruslana dobiegł okropny krzyk. Granat ćwiekowy zabił w brutalny sposób osiem osób. Kule wciąż nie przestawały napierać na filar i wiedział, że musi działać. Sięgnął po granat dymny. Odbezpieczył go i rzucił w stronę żołnierzy. Momentalnie walnęło i teraz dym zasłonił oczy napastników. Przebijały się przez niego tylko kule i stróżki celowników na podczerwień. Kiedy upewnił się, że kule nie zrobią mu krzywdy wychylił się i nacisnął za dwa spusty karabinów Bizon. Potężna fala nabojów spadła teraz na żołnierzy. Nie przestawał strzelać póki nie upewnił się, że ostatni laserowy celownik przestał świecić. Skończyła się amunicja i zapanowała cisza. Jeden karabin wyrzucił, a drugi przewiesił sobie przez plecy. Przeładował trzecią racę i zaczął się rozglądać w poszukiwaniu Danila.
- Prawa strona czysta!
Krzyknął Ruslan i znów zajął bezpieczną pozycję próbując wypatrzeć ostatniego żołnierza, który dzierżył najstraszniejszą broń. Ogień zaczynał przygasać. Ludzie rozbiegli się po stacji i czekali w przerażeniu, aż ten koszmar się skończy. Stacja znów zaczynała się przemieniać w ciemny i cichy grobowiec. Ruslan nie wiedział ile osób zginęło w czasie walki. Miał tylko nadzieję, że jak najmniej. Znów pomyślał o Arinie, którą zostawił pod opieką Michaiła, Dmitriego i Makariego na Placu Illicza. Nie mógł zaryzykować ich życia. Zbyt wiele znaczyli dla misji. Zaczął wpatrywać się w mrok. Miał tylko jedną racę i musiał się przedostać do martwych żołnierzy leżących po przeciwnej stronie, aby znaleźć jakąś amunicję.

Wytężył swój wzrok. Mógł tylko domniemywać gdzie został ostatni przeciwnik. Nie mógł pozwolić sobie teraz na błąd. Nie teraz kiedy udało mu się pokonać tylu ciężkich przeciwników. Nie teraz kiedy droga do tunelu stała praktycznie otworem i do tajnego przejścia prowadzącego na powierzchnię. Ścisnął mocno racę i zaczął biec na prawą stronę stacji i wtedy wyłonił się Danil z miotaczem ognia. Ruslan rzucił się do przodu robiąc fikołka, a potężna struga palącego ognia przeleciała nad nim. Dosłownie ułamek sekundy dzielił go przed spaleniem. Wylądował na ziemi, a Danil szykował się by nacisnąć spust miotacza ognia po raz kolejny. Nie zdążył. Ruslan wystrzelił ostatnią racą w stronę Danila, który momentalnie złapał się za brzuch. Zaczął się cofać powoli do tyłu by po chwili upaść na kolana i w tej pozycji umrzeć razem ze świecącą, gorącą racą wbitą w jego ciało.

Ruslan wiedząc, że już nic nikomu nie grozi podszedł spokojnie do rozstrzelanych przez niego wojaków i pozbierał kilka magazynków. Kazał zawołać także Michaiła, Dmitriego i Makariego, którzy teraz mogli spokojnie przyprowadzić bardzo osłabioną Arinę.

Minęła godzina. Dwunastu ludzi ocalałych na Rimskiej stało uzbrojonych w broń jaką znaleźli przy martwych żołnierzach Hanzy i czekali aż Ruslan da znać do wymarszu.
Zbliżała się czwarta rano.
Kiedy Ruslan zobaczył Arinę podszedł do niej i przytulił.
- Arinka…jak się czujesz?
Zapytał zatroskany.
- Żyję Ruslanie…czuję się ciut lepiej. Gorączka troszkę zeszła i dam radę iść. Tak bardzo się bałam, że cię zabiją. Uratowałeś nas. Jesteś bohaterem. Tak się cieszę kochany.
Mówiła Arina, a jej oczy napełniły łzy.
- Oszczędzaj siły maleńka. Czeka nas jeszcze długa droga. Michaił! Dmitri! Makari!
Zawołał towarzyszy Ruslan. Kiedy go zobaczyli przytuli mocno. I kiwnęli głowami.
- Prowadźcie do wyjścia.

Ruszyli. W mroku tunelu, trzymając się ściany, szli przygrabieni w nadziei, że Hanza się jeszcze nie zorientowała, że ich żołnierze polegli na Rimskiej. Szli prawie pół godziny, aż w końcu Makari dał znać, aby się zatrzymać. Istotnie po środku tunelu między Turgieniewską, a Rimską były wielkie, czarne metalowe drzwi, na których przez lata uzbierała się tona rdzy i mchu.

Przez tyle lat nigdy nie słyszał o tym przejściu. O tym, że w ogóle tu są jakieś drzwi. Nie można się było dziwić. Nikt się nie zbliżał się do tego tunelu poza chorymi i posterunkowymi Hanzy. Choroba mogła szaleć także w tym tunelu. Wszyscy normalni ludzie omijali go z daleka. Aczkolwiek nawet gdyby Dżuma nie unosiła się tu w powietrzu, to nawet z planem metra nie było by szans by ktokolwiek je dojrzał. Drzwi były zamknięte na elektryczny zamek. Trzeba było przejechać przez niego specjalną kartą, a później wpisać ośmiocyfrowy kod. Makari polecił oświecić mu drzwi latarką i oczyścił przestrzeń zamka z brudu i mchu. Następnie wyciągnął plastikową kartę, którą nosił na sznurku na szyi i przejechał po małym zamku. Zapaliła się czerwona dioda symbolizująca, że pierwsza faza zakończyła się sukcesem. Teraz musiał wpisać tylko kod. Minęło parę chwil i dioda zaświeciła na zielono. Zamek trzasnął i Makari kazał Ruslanowi mu pomóc otworzyć potężne, grube na kilkanaście centymetrów drzwi. Wzięli się we dwójkę do roboty. Napięli swoje mięśnie do granic możliwości i poczuli jak stare nieużywane od lat drzwi zaczęły się otwierać. Nie przestawali ciągnąć. Po jakichś pięciu minutach drzwi otworzyły się na tyle, że umożliwiały wejście do środka tunelu, który był zaraz za nimi. Wąski metalowy tunel. Zachowany w idealnym stanie. Nie napoczęty korozją, trawą, wodą. Był po prostu jakby co świeżo wybudowany. Makari zaczął błądzić po ścianie i wymacał mały przycisk. Wcisnął go i zapaliło się światło jarzeniówek i teraz dopiero wszyscy osłupieli widząc jak długi jest ten tunel. Zasunęli za sobą drzwi i ruszyli przed siebie.

Szli chyba ze dwadzieścia minut aż dotarli do kolejnych drzwi z napisem ‘’Tylko dla personelu’’, przy których był także elektroniczny zamek. Makari przejechał swoją kartą i zamek delikatnie zazgrzytał i pokój dla inżynierów stanął dla wszystkich otworem. Wszyscy stanęli jak wryci, łącznie z Makarim, który ostatni raz był w tym pomieszczeniu ponad dwadzieścia lat temu, jeszcze zanim nastał koniec świata.

Niektórzy poczuli się jakby wsiedli do machiny czasu, a niektórzy mimo iż nigdy nie widzieli świetności świata, który umarł dawno temu i tak stali jak zahipnotyzowani.

Pokój był bardzo duży. Pod ścianą stał wielki regał z książkami z nie pożółkniętymi stronami, z nie spalonymi okładkami. Obrazy na ścianach w pięknych ramach zawierały reprodukcje mistrzów renesansu. Na wielkim dębowym biurku stał komputer, drukarka oraz telefon. Tona przeróżnych papierów leżała idealne uporządkowana. Obok monitora stała ramka ze zdjęciem, na którym widniała piękna kobieta o blond włosach tuląca swoją maleńką córeczkę.
Zaraz obok stał kolejny regał wypełniony po brzegi kolorowymi segregatorami ułożonymi w alfabetycznym porządku. Na podłodze leżał piękny zdobiony dywan. W rogu stało piętrowe łóżko z czystą, białą pościelą. Na suficie wisiał kryształowy żyrandol, który także zachował się w doskonałym stanie.

Na stoliku leżały gazetki z nagimi kobietami oraz półmisek pełen czarnej breji świadczącej o tym, że kiedyś leżały tu najprawdopodobniej owoce. Na jednej ze ścian wisiał plakat z najnowszym modelem samochodu ‘’Marussia’’.

Wszyscy nie mogli się nadziwić. Starsi od razu poczuli jak zwilgotniały im oczy, a młodsi po prostu patrzeli z podziwem na rzeczy, które widzieli pierwszy raz w życiu.

Ruslan ciężko odetchnął i uśmiechnął się lekko, ale czas im uciekał. Czas, którego i tak nie mieli. Przed siódmą rano zacznie już świtać, a tego nikt z nich nie wytrzyma. Poza tym nikt dokładnie nie widział kiedy mogą po prostu upaść na ziemię martwi jak kłody.

Makari zawołał ludzi by podeszli do ustawionych w rzędach metalowych szafek. Otworzył je i rzucił ludziom maski gazowe i ciepłe, grube ubrania. Dla wszystkich starczyło. Skierował ich pod metalową drabinę i wskazał, że muszą kierować się do góry do włazu. Ruszyli, jeden po drugim. Makari szedł z przodu, potem Ruslan, Arina, Dmitri i reszta chorych. Drabina ciągnęła się w górę ładnych parę metrów i dopiero po kilku dłuższych chwilach dotarli do włazu, który otworzył Makari. Wszystkich uderzyło przenikliwie zimne powietrze tym bardziej, że wszyscy mieli ogromną gorączkę. Nawet Ruslan zaczął się trząść. Wyszli na powierzchnię.

Wszyscy oprócz Ruslana ponownie stanęli jak wryci. Jedni zaczęli znów łkać widząc w końcu po dwudziestu latach, na własne oczy ruiny świata, w którym się kiedyś urodzili, dorastali, aż w końcu musieli go porzucić. Inni ponownie patrzyli z podziwem na świat, nad którym nie było sufitu, a wielkie niebieskie gwiaździste niebo. Niektóre budowle wciąż stały nienaruszone, ale większość została obrócona w perzynę. Na ulicach stały wraki spalonych, zniszczonych samochodów, a ulice były popękane jak po trzęsieniu ziemi. Świat popiołów, jak zawsze mawiał Ruslan. Michaił, Dmitri i Makari płakali. Płakali naturalnie, jak dzieci wzruszeni tym co spotkało ludzkość. Wiele emocji się nagromadziło. Może nawet przez całe życie. Teraz w obliczu śmierci, pierwszego wyjścia na powierzchnię od dwudziestu lat naturalnym odruchem był płacz.
- Musimy ruszać.
Powiedział twardo Ruslan.
- Niedługo wstanie słońce więc jeśli nie chcecie oślepnąć…lepiej ruszajmy. Do tego stojąc na powierzchni stajemy się idealnym kąskiem dla mutantów.

Ludzie się przerazili i przypomnieli sobie od razu po co wyszli na zewnątrz. Coś się poruszyło w ruinach i Ruslan od razu posłał tam serię z karabinu. Coś w mroku zaskowytało i ludziom zjeżyły się włosy na plecach. Ruslan od razu dał znać.
- Biegiem! Za mną!
Ruszyli za nim. Najszybciej jak tylko potrafili. Przecinając różne ulice lub raczej to co z nich zostało. Mijali zniszczone centra handlowe, place zabaw czy parki, które teraz były porośnięte zmutowanymi i niebezpiecznymi roślinami. Mijały minuty. Po około godzinie dotarli do ruin szpitala. Mieli coraz mniej czasu. Niebo zaczynało jaśnieć, mieli godzinę do wschodu słońca.
- Mówiłem wam, że szpital to ruina.
Powiedział Ruslan. Wszyscy wbiegli do środka.
- Dmitri prowadź do składu leków.
Rozkazał Michaił i Dmitri ruszył schodami w dół, a wszyscy ruszyli za nim. Kiedy dotarli do wielkich drzwi w podłodze zamarli. Pełni nadziei. W poczuciu dobrze spełnione obowiązku. Wyższej idei, pomocy wszystkim w metrze na przyszłość nawet jeśli sobie już nie pomogą. Cała walka z żołnierzami Hanzy, walka ze swoimi słabościami i ciężką, przerażającą Dżumą. Wszystko to było warte świeczki bo teraz tu pod ich stopami miały leżeć całe połacie kartonów z antybiotykami. Ruslan wystrzelił serię z Bizona i wrota do zbawienia zostały otwarte. Wszyscy wstrzymali oddech. Ruslan i Dmitri otworzyli wielkie drewniane drzwi.

Spojrzeli w dół, poświecili latarką i poczuli ścisk w gardle. Wielki magazyn został zalany wodą pośród, której pływały tylko przegnite, martwe ciała nieznanych osób i dużo napęcznianych kartonów w których zapewne były leki. Odsunęli się stamtąd i pogrążyli się w milczeniu spoglądając jedynie od czasu do czasu na siebie.

Ruslan czuł ból. Był jednak tak bardzo zmęczony i pogrążony chorobą by było go teraz stać na ujście emocji jakie czuł. Od zawiedzenia po żal, od poczucia beznadziei po nienawiść do całego świata. Po prostu stał i patrzył w milczeniu na ludzi, którzy tu z nim przyszli. Na Arinę, której nie mógł pomóc. Ona stała obok niego, złapała go za rękę i przytuliła się do jego ramienia. Wrócili schodami do głównego holu. Stanęli w rządku jak żołnierze czekając na jakieś słowa pociechy od swojego Pasterza, który przyprowadził ich tak daleko, i który musiał czuć teraz żal ich wszystkich w sobie najmocniej. W końcu po długiej chwili ciszy, przemówił.
- Posłuchajcie kochani…nie wiem co mam wam powiedzieć, poza tym, że jest mi bardzo przykro. Nikt nie mógł przypuszczać co znajdziemy tutaj, ale podjęliśmy to ryzyko i wypełniliśmy nasze zadanie do końca. Niemniej jednak cała ta wyprawa nie była bezcelowa. Nie udało nam się zdobyć lekarstwa dla siebie, nie udało nam się zdobyć lekarstwa dla całego metra, ale udało nam się zdobyć coś innego. Coś co ktoś myślał, że nam odebrał, coś w co sami przestaliśmy już wierzyć. Ocaliliśmy nasze człowieczeństwo, nasz honor, który został splugawiony i zostawiony tam na dole. Teraz znów go odzyskaliśmy. Nie daliśmy się zamordować. Umrzemy to fakt. Ale jako wolni ludzie. Tu w tym świecie popiołów. Tu umrzemy jak ludzie, a nie jak szczury w metrze spaleni żywcem przez własnych krajan. To więcej niż mogliśmy osiągnąć i dziękuje wam za wszystko. Za walkę i poświęcenie. Za to, że dotarliśmy razem tak daleko niczym najlepsi towarzysze broni. Dziękuję wam towarzysze. Dziękuje z całego serca.

Michaił podszedł do Ruslana i poklepał go po ramieniu, potem ruszył Dmitri i Makari. Teraz każdy ocalały z Rimskiej podszedł do niego i uścisnął mu rękę. Arina stała obok i pogłaskała go po plecach. Ruslan kiwnął głową każdemu jednemu człowiekowi i znów powiedział.
- Pozbierajcie wszystko co nadaje się do spalenia. Zostaniemy tutaj do końca. Mutanty widząc ogień nie będą próbować nas dorwać.
Ludzie ruszyli i zbierali wszystko co popadło, aż w końcu uzbierali ogromną górę przeróżnych rzeczy. Jeden z mężczyzn, który zabrał ze sobą miotacz ognia z Rimskiej nacisnął spust i miotacz wypluł z siebie strumień płomieni. Wszystko się momentalnie zapaliło i wokół zrobiło się bardzo ciepło i przytulnie. Wszyscy usiedli przy ognisku. Jedni rozmawiali, inni milczeli. Po prostu czekali, aż przyjdzie świt. Czekali już tylko na śmierć. Ruslan patrzył na ten obrazek i zaśmiał się w duchu. Przypomniał sobie biwaki z rodzicami kiedy był mały, potem z przyjaciółmi kiedy był nastolatkiem, a jeszcze potem biwaki ze swoją żoną i kolegami na różnych misjach.
- Życie zawsze zatacza pełne koło.
Powiedział do siebie i poczuł jak Arina stoi obok niego. Ruszyli schodami do góry. Stanęli na zniszczonym tarasie. Ledwo żywi, wycieńczeni, z ogromną gorączką, senni. Zdjęli maski bo teraz nie miało to już żadnego znaczenia. Mieli jeszcze chwilę by poznać się znów na nowo. Nie chciał tracić czasu. Opowiedział jej o sobie, o misjach wojskowych w starym świecie i o byciu stalkerem w nowym świecie. O swojej żonie i synu, za którymi nigdy nie przestał tęsknić, o życiu na innych stacjach, o najdziwniejszych stworach i mutantach jakie wydał świat popiołów. Na to ona opowiedziała mu o sobie, o życiu z handlarzami, o wielu próbach znalezienia szczęścia w metrze. O często niezrozumiałej tęsknocie za człowiekiem, którego nigdy nie znała, a który uratował ją tego pamiętnego dnia. Patrzeli się razem w niebo, które jaśniało coraz bardziej. Siedzieli tak razem, objęci, przytuleni do siebie. Arina pocałowała go czule w usta i zamknęła oczy.
- Obyśmy spotkali się jeszcze kiedyś Ruslanie. W lepszym świecie, w lepszym życiu.
Wtuliła się w niego mocniej i parę sekund później przestała oddychać. Szczęśliwa, spokojna, pogodzona ze sobą umarła w ramionach Ruslana. Ponownie w objęciach tego mężczyzny, który całe życie był tylko przy niej duchem, ale był zawsze dla niej wszystkim.
- Dobranoc Arinko. Śnij piękne i spokojne sny.

Nie puszczał jej tak długo, aż zastał go blady świt. Popatrzył na niego całym sobą. Po raz ostatni w swoim życiu. Teraz znów widział świat w całej swojej wielkości. Cała Moskwa, cały świat lśnił jak najpiękniejszy diament. Widział całe tłumy szczęśliwych ludzi, małych dzieci, pięknych dziewczyn, zakochanych, młodych, starych, cudowne miejsca na świecie, cudowne oceany, morza, jeziora, lasy, knieje, łąki, pola, zwierzęta, wspaniały pas górskich Alp. Wszystko to teraz widział. Czuł to, był tam. Lecz po chwili cały ten piękny świat spadł w wielką czarną otchłań…nagle zobaczył krew, przemoc, śmierć, inkwizycję, nienawiść rasową, rewolucję, złych i szalonych cezarów, ludzi skaczących sobie do gardeł, wojska, czołgi, samoloty, ogień, głód, tysiące pomordowanych na przestrzeni dziejów, nazistowskie obozy koncentracyjne, radzieckie łagry, chciwych władców tego świata, całą krzywdę ludzką i naraz zdał sobie sprawę, że świat ludzi, który znał, świat, który rozpadł się na kawałki w płomieniach atomowego ognia, tak naprawdę nie umarł tamtego pięknego lipcowego dnia…

On umarł setki lat wcześniej…

To była jego ostatnia myśl…

K O N I E C









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-01-14 (1291 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej