Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Wyznania łgarza
 
Katalog - dodano
 Noc bez gwiazd
- Peter F. Hamilton
 Cynobrowe pola
- Aleksandra Radlak
 Księga czarownic
- Deborah Harkness
 Szczury Wrocławia. Kraty
- Robert J. Szmidt
 Twarzą w twarz
- Agata Suchocka
 
- skomentowano
 Wiedźmie opowieści
- Olga Gromyko
 Pierwsze słowo
- Marta Kisiel
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''I niechaj cisza wznieci wojnę'' - Dariusz Domagalski






Cartaphilus



Hieronim z Pragi dotarł na skrzyżowanie w niecały kwadrans. Nie chcąc żeby Lazaryta dowiedział się o jego obecności, ukrył się w przydrożnych krzakach, skąd mógł obserwować rozstaje. Od razu spostrzegł Piotra des Ruaux, który siedział na trawie ze skrzyżowanymi nogami i dłońmi ułożonymi na kolanach. Miał przymknięte powieki, co wskazywało, że pogrążony był w kontemplacji. Zagniewało to mnicha, albowiem wolałby widzieć rycerza zakonnego klęczącego, z oczami skierowanymi ku niebu i szepczącego modlitwy. Takie zachowanie bardziej przystawało chrześcijaninowi. Hieronim westchnął ciężko i oparł się o pień wysmukłej brzozy. Pozostawało czekać.
Słońce coraz chyliło się ku zachodowi, chowając się za koronami drzew. Lada chwila zupełnie zniknie za horyzontem, barwiąc niebo na czerwono. Powiał chłodniejszy wiatr i kameduła mocniej naciągnął kaptur na czoło. Z głodu zaczęło mu burczeć w brzuchu. Powoli zaczynał żałować, że wrócił na rozstaje dróg, zamiast jechać z Janem do chaty Jawnuty. Siedziałby teraz przy palenisku, najedzony, z krużą dobrego piwa w ręku i słuchał opowieści o tym, co wydarzyło się na Żmudzi w ciągu ostatnich miesięcy.
Gdy Hieronim stwierdził w końcu, że marznie jak głupiec, czekając nie wiadomo na co i powziął zamiar powrotu, nagle pasący się nieopodal koń Lazaryty głośno zarżał. Kameduła podszedł nieco bliżej, cały czas pilnując, żeby nie opuścić bezpiecznych zarośli i wyjrzał na szlak. Wtedy go zobaczył. Nadjeżdżał od północy na dereszowatym wałachu, otulony był czarnym płaszczem z naszytym po lewej stronie białym ośmioramiennym krzyżem. Joannita! Hieronim nie mógł w to wszystko uwierzyć. W ciągu jednego zaledwie dnia ujrzał trzech rycerzy zakonnych, i to w dodatku należących do trzech różnych zakonów. O ile jednak widok kawalera mieczowego nie był niczym niezwykłym, gdyż Inflantczycy wespół z Krzyżakami często najeżdżali Żmudź, o tyle już obecność Lazaryty zdumiewała, a pojawienie się Joannity było niemal cudem.
Kameduła wiedział, że Zakon Szpitalników Świętego Jana Jerozolimskiego, do którego ów rycerz należał, nie miał żadnych komandorii w Europie, a jego siedzibą była wyspa Rodos. To tam zakonnicy przesiedli się z koni na okręty i szybko stali się potęgą morską. Kontrolowali handel we wschodniej części Morza Śródziemnego, ale ich olbrzymie holki, wysmukłe krajery i kogi o wysokich kasztelach pływały po wszystkich morzach. Zapewne jeden z ich okrętów pojawił się na Bałtyku i dobił do portu w Połondze, wysadzając na brzeg owego rycerza zakonnego. Nadal jednak bez odpowiedzi pozostawało pytanie, czego na Żmudzi szukał Joannita? Hieronim z Pragi miał nadzieję, że zaraz się wszystkiego dowie.
Piotr des Ruaux, słysząc tętent kopyt podniósł się z trawy i stanął pośrodku drogi. Nadjeżdżający rycerz, nie mając wyboru, musiał osadzić konia w miejscu. Dopiero teraz, gdy podjechał bliżej, kameduła mógł mu się uważniej przyjrzeć. Był to potężny mężczyzna o długich, czarnych niczym noc włosach spadających kaskadą na ramiona i ciemnej, śródziemnomorskiej karnacji. To nie powinno dziwić, gdyż w Zakonie Szpitalników służyło wielu Włochów. Na obliczu rycerza nawet z daleka dało się dostrzec szereg szpecących je blizn, zapewne pamiątki po wojennych wyprawach.
Przybysz pochylił się w siodle, z ciekawością spoglądając na Lazarytę.
- Jesteś Przebudzonym – rzekł po chwili chrapliwym głosem, w którym pobrzmiewały echa dawano minionych epok. – Wyczuwam od ciebie aurę Emanacji Chesed. Czego chcesz?
- Abyś odstąpił od wyznaczonej misji.
Śmiech Joannity rozległ się echem po okolicy, a ukrytego w zaroślach Hieronima przeszedł dreszcz. Coś strasznego było w tym mężczyźnie, coś, czego mnich nie potrafił jeszcze określić.
- Wiesz chociaż, w jakim celu tu jestem? – zapytał rozbawiony.
Piotr des Ruaux skinął głową.
- Przybyłeś na Żmudź, żeby zabić pewnego człowieka. A ja jestem tu po to, aby ci w tym przeszkodzić.
Uśmiech Joannity wygasł, zmrużył oczy i teraz bacznie przyglądał się Lazarycie.
- Sporo wiesz.
- Jednakże nie wszystko. Rzeknij mi, bo nie pojmuję, dlaczego Emanacja Hod wysyła swojego sługę, żeby zgładził niewinnego człeka.
- Obaj jesteśmy Przebudzonymi i dobrze wiemy, że niezbadane są zamysły Stwórcy. Wykonujemy posłusznie rozkazy Sefir, którym służymy, nie pytając o przyczyny i skutki. Jesteśmy jeno pionkami na szachownicy jaką jest świat materii.
- Zatem nie wiesz, po co?
- Ależ wiem – obruszył się mężczyzna. - Ów Dagobert z Saint-Amand...
- Jak rzekłeś?! – przerwał pobladłby Piotr des Ruaux.
- Dagobert z Saint-Amand, burgundzki rycerz, którego mam zgładzić. Znasz go?
Rycerz z Zakonu Świętego Łazarza nie odpowiedział.
- Pojmuję – w oczach Joannity błysnęła okrutna radość. – To twój przyjaciel. Obiecać ci mogę, iż umrze szybko.
- Nie odpowiedziałeś na pytanie.
- Dlaczego Burgundczyk musi umrzeć? – Oczy rycerza zakonnego zaszły mgłą i rzekł natchnionym głosem: – Niedługo narodzi się Zbawiciel, który przywróci ład na świecie. Gdy nadejdzie odpowiedni czas i moc Emanacji Hod wypełni jego jestestwo, wedrze się do świata materialnego i dokona się to, co ma się dokonać. Wreszcie nadejdzie czas Tego, Który Karze. Jednakże żeby dopełnił się jego kismet, muszą zostać usunięte wszelkie przeszkody.
- I Dagobert z Saint-Amand jest jedną z nich?
- Tak – potwierdził Joannita. – Nie mogę pozwolić, żeby uczynił to, co mu przeznaczone.
- A cóż on ma zrobić?
- Jeszcze nie pojmujesz? – spytał rycerz z Zakonu Szpitalników Świętego Jana Jerozolimskiego. – On jako jedyny może odszukać i zgładzić Zbawiciela.
Hieronim z Pragi ze swojego ukrycia doskonale słyszał całą rozmowę i ze zgrozy włosy na głowie niemalże stały mu dęba. Dwaj chrześcijańscy rycerze rozprawiali o Emanacjach Stwórcy, tak jakby były czymś oczywistym, a nie herezją, którą można znaleźć w tajemniczej, żydowskiej księdze Zohar. Nie dość tego, sami siebie nazywali Przebudzonymi i sługami tych dziwnych sił. Kameduła usiłował przypomnieć sobie wszystko, co wiedział o kabale. Pamiętał, że Bóg nazywany Ain-Sof, uznawany jest za nierozpoznawalny Absolut, pierwotną praprzyczynę stworzenia i emanuje z siebie dziesięć duchowych sfer tworzących podwaliny świata. Żydowscy mędrcy nazywali je Emanacjami lub Sefirami będącymi niejako Obliczami Stwórcy – jego atrybutami. Hieronim, jako chrześcijanin, a tym bardziej osoba duchowna nie mógł zaakceptować koncepcji Boga podzielonego, dlatego przeżegnał się z trwogą i zaczął się bezgłośnie modlić. Teraz przyszło mu żałować swojej ciekawości.
- Nic mi nie wiadomo o nadejściu nowego Zbawiciela – rzekł zafrasowany Piotr des Ruaux. – Dlaczego nasze Emanacje wyznaczyły nam tak odmienne zadania?
- Nic zatem nie wiesz o Wielkim Konflikcie – stwierdził Joannita. – Cóż, może wkrótce zostanie ci wszystko objawione, a może pozostaniesz jeno nieświadomym narzędziem. Któż to zgadnie? A teraz zejdź mi z drogi!
- Przecież wiesz, że nie mogę.
Lazaryta podszedł do wierzchowca i z juków wydobył bastarda, miecz, którego konstrukcja umożliwiała walkę zarówno jedną, jak i dwoma rękoma. Na obu płazach głowni wzdłuż zbrocza ciągnął się hebrajski napis. Natomiast na głowicy widniał wizerunek gołębia, symbol łaski i miłosierdzia - atrybuty Emanacji Chesed. Rycerz przybrał pozycję bojową.
- Stawaj!
Joannita nawet się nie poruszył, tylko z wysokości siodła utkwił znudzone spojrzenie w Lazarycie.
- Nie zdołasz mnie pokonać – stwierdził. – Nikt nie zdoła.
- Przekonajmy się.
Ciemnowłosy olbrzym westchnął ciężko i zsiadł z wierzchowca. Umocował tarczę na ramieniu, wyciągnął miecz z pochwy i niedbale trzymając go w ręku, podszedł do przeciwnika.
- Czy wiesz kim jestem? – zapytał.
- Tak – odparł Piotr des Ruaux, a na jego ustach pojawił się lekki uśmiech. – Zwiesz się Cartaphilus.


* * *



Hieronim niemal krzyknął z wrażenia, gdy usłyszał to imię. Nie było w całym chrześcijańskim świecie człowieka, który nie słyszałby legendy o Wiecznym Tułaczu. Cartaphilus był rzymskim legionistą, przybocznym Poncjusza Piłata i gdy Jezus Chrystus, niosąc krzyż na plecach wdrapywał się na Golgotę, ten pchnął go pytając, czemu się ociąga. Wówczas syn Boży odparł, że idzie tak, jak jest mu pisane, ale niedługo odpocznie, natomiast Cartaphilus będzie wędrował bez ustanku aż do Jego ponownego nadejścia. Od tego momentu Rzymianin stał się człowiekiem nieśmiertelnym i tułał się po całym świecie.
Czyżby to naprawdę był ten osławiony Cartaphilus? – zastanawiał się kameduła. Do tej pory uważał całą legendę za historyjkę wymyśloną jako przestrogę, żeby uważać na każdy swój czyn, bo jeden nieopacznie wymierzony cios może prowadzić do wiecznego potępienia. Hieronim z Pragi choć był człowiekiem mocno wierzącym, twardo jednak stąpał po ziemi i na urzeczywistnienie legendy potrzebował dowodu. Ostrożnie postąpił dwa kroki kroku do przodu, żeby mieć lepszy widok. Teraz od traktu oddzielał go zaledwie niewielki pas zieleni i gdyby rycerze uważniej spojrzeli na krzewy, dostrzegliby biały habit ukrywającego się w nich kameduły. Na szczęście zaprzątały ich zupełnie inne sprawy.
- Zatem wiesz, że nie sposób mnie pokonać – rzekł Joannita w osłupieniu spoglądając na Piotra des Ruaux. – Czemu więc to robisz?
- Czynię to, co muszę.
- Zginiesz.
Lazaryta wzruszył ramionami.
- Jeśli śmierć jest mi pisana, przyjmę ją z godnością. Będziemy tak stać strzępiąc języki po próżnicy, czy wreszcie uniesiesz miecz i rozpoczniemy walkę?
- Nie chcę cię zabijać – odparł Cartaphilus.
- Jednakże chcesz zabić Dagoberta z Saint-Amand.
- On może zagrozić przyjściu Zbawiciela.
- Zaprawdę sądzisz, że to będzie prawdziwy Zbawiciel? – zapytał Piotr des Ruaux postępując krok do przodu. – Emanacja Chesed, której służę, pierwsza powinna zwiastować Jego nadejście. Tymczasem próbuje temu przeszkodzić.
- Niczego nie pojmujesz – Joannita pokręcił głową. – Nadejdzie ten, który przywróci jedność Stwórcy, łącząc Emanacje w jedno, matczyne światło zrozumienia. Widocznie nie wszystkim Sefirom to odpowiada. Ponadto Zbawiciel odpuści grzechy tym, którzy mu służą...
- Teraz rozumiem! – przerwał mu Lazaryrata. - Oczekujesz przebaczenia za swój haniebny czyn.
Cartaphilus pokiwał głową, a w jego brązowych oczach, które już tak wiele widziały pojawił się smutek.
- Żaden z ludzi nie powinien żyć dłużej, niźli czas mu przeznaczony. Później jest jeno udręka, niespełnienie i zmęczenie bezcelowością własnego żywota. Najsampierw czułem radość z takiego obrotu sprawy, traktowałem to bardziej jak dar aniżeli przekleństwo, bowiem otwierały się przede mną niesłychane możliwości. Nikt nie mógł mnie zabić, a wszelkie rany niezwłocznie się zasklepiały. Porzuciłem służbę w legionie syryjskim i ruszyłem na wędrówkę. Przemierzyłem cały znany nam świat, od dalekich stepów na wschodzie aż po wielką wodę na zachodzie, od gorących krain Afryki po skute lodem wybrzeża Norwegii. Widziałem tętniące życiem miasta pogrzebane teraz pod piaskami pustyń, świątynie zapomnianych bogów, z których pozostały jeno ruiny i cuda, o jakich nie śniło się naszym budowniczym. Cieszyłem oczy widokiem latarni morskiej na Faros, której światło odbite od olbrzymich luster widoczne było z odległości trzydziestu mil i ułatwiało żeglarzom dotarcie do Aleksandrii. Oglądałem zrujnowanego kolosa z Rodos, który leżał w wodzie do czasu, aż Arabowie go wydobyli i sprzedali wędrownemu kupcowi. Byłem przy tym gdy nabywca rozbił go na części i wywiózł, objuczywszy prawie tysiąc wielbłądów Joannita nieobecnym wzrokiem spoglądał gdzieś w przestrzeń ponad głową Piotra des Ruaux, ale wydawało się, że patrzy w daleką przeszłość.
- Wędrowałem przez imperia dawno już zapomniane, brałem udział w bitwach opiewanych w pieśniach, spotykałem władców, którzy dawno obrócili się w proch. Jednakże, gdy wszystko się już zobaczy i wszystkiego doświadczy, pozostaje marność. Nagle poczułem, że moje życie pozbawione jest sensu i to, co mnie spotkało jest karą najsurowszą z możliwych. Żyć wiecznie, bez możliwości zrzucenia brzemienia jakim jest istnienie, bez nadziei na wieczny spoczynek, ze świadomością, że tych, których się pokocha przeminą niczym pył na wietrze. Każdy kolejny dzień stał się udręką, torturą, męką gorszą niźli ognie piekielne, wyboistą drogą, której nie było końca.
Cartaphilus przerwał na chwilę swoją opowieść, uśmiechnął się smutno i spojrzał na zachód, gdzie niebo zasnuło się już szkarłatem.
- Wszystko ma swój początek i koniec. Narodziny, życie, śmierć. Odwieczny cykl natury, podczas którego dopełnia się przeznaczenie każdej istoty. Kismet, jak mówią muzułmanie. Ja poprzez czyn swój niegodny zostałem pozbawiony możliwości dopełnienia swojego losu. A przecież Jezus Chrystus przebaczał zbrodniarzom, nawet własnym mordercom, a mnie za jeden nieopatrznie wymierzony cios pokarał takim przekleństwem.
- I wierzysz, że ten który ma nadejść zdejmie z ciebie klątwę? – zapytał Lazaryta.
- Tak mi zostało objawione – odparł. – Gdy pojąłem jak nieznośną otrzymałem pokutę, najpierw się miotałem jak szaleniec, uczestniczyłem w każdej możliwej wojnie, niezliczoną ilość razu usiłując polec, lecz tylko powiększałem swoje cierpienie. Wreszcie stałem się gorącym zwolennikiem wiary chrystusowej wierząc, że dzięki temu odkupię winy. Powróciłem do Jerozolimy, tam gdzie się to wszystko zaczęło. Leżąc krzyżem przed grobem Chrystusa i modląc się o przebaczenie nagle poczułem czyjąś obecność. Stała nade mną zakapturzona postać otoczona rubinową poświatą i już wiedziałem, że nie ów przybysz nie pochodzi z naszego świata. Wtenczas została mi objawiona tajemnica istoty Boga i zostałem przebudzony w świetle Emanacji Hod.
- I wówczas dowiedziałeś się o ponownym przyjściu Zbawiciela?
- Tak – odparł Joannita. – Jego powrót planowany był od wieków. Wraz z innymi przygotowywałem świat na jego przybycie i w tej służbie odnalazłem sens życia. Za sprawą legendarnego już brata Gérarda, który również był Przebudzonym, a ponadto znał moją tajemnicę, wstąpiłem do powołanego przez niego zakonu.
- Wszyscy Joannici są Przebudzonymi w Emanacji Hod?
- Tylko najwyżsi rangą dostojnicy.
Piotr des Ruaux pokręcił w niedowierzaniu głową. Przed przybyciem na Żmudź wydawało mu się, że poznał już całą tajemnicę, ale odsłonięty przed nim był zaledwie rąbek kurtyny. Zastanawiał się, co jeszcze skrywała zasłona?
- Zapewne za wierną służbę spodziewasz się nagrody? – zapytał. – Wierzysz, że gdy staniesz przed Zbawicielem, ten odpuści ci winy.
- Chrystus rzekł, iż będę wędrował do jego ponownego nadejścia – odparł. – I to się niedługo stanie, a wówczas wreszcie będę wolny.
- Mylisz się – rzekł pewnym głosem Lazaryta. – Ten który nadejdzie to nie Zbawiciel, jeno uzurpator i nie będzie dysponował mocą zbawiania dusz, ani tym bardziej odpuszczenia grzechów. Zostałeś oszukany, Cartaphilusie.
- Nie! – ryknął rozwścieczony rycerz z Zakonu Szpitalników Świętego Jana Jerozolimskiego po raz pierwszy unosząc miecz.
- Zbyt długo łudziłeś się nadzieją i teraz trudno ci ją porzucić. Poniechaj misji, przyjmij z pokorą pokutę, nawet jeśli twoje cierpienia miałyby trwać następne tysiąclecia.
- Już nie mam siły czekać.
- Nawet jeśli oznacza to wieczne potępienie?
- Zaryzykuję – odparł Joannita. – Zakończmy tę dysputę!


* * *



Pierwszy zaatakował Cartaphilus. Doskoczył do przeciwnika uderzając zza głowy. Lazaryta przyjął cios na zastawę miecza, wykonał półobrót i natychmiast ciął w tułów. Joannita w ostatniej chwili zdołał zasłonić się tarczą. Piotr des Ruaux nie czekał. Okręcił się w drugą stronę atakując swojego wroga w głowę, lecz i ten cios został zablokowany.
Do natarcia ponownie ruszył zakonnik w czarnym płaszczu. Uderzał mocno, wściekle, wkładając w każde cięcie i sztych całą swoją siłę. Robił to jednak zbyt wolno, dzięki czemu Lazaryta z łatwością wykonywał uniki. Wydawać by się mogło, że człowiek żyjący na świecie od ponad czternastu stuleci, wojownik, który brał udział w tysiącach bitew, powinien być wytrawnym szermierzem. Okazało się jednak, że Cartaphilus macha orężem niczym chłop cepem. Przyzwyczajony, że jego rany natychmiast się zabliźniają, nie poświęcał zbytniej uwagi obronie, a ciosy wyprowadzał niedbale, bowiem prędzej czy później i tak dochodziły przeciwnika.
Natomiast Piotr des Ruaux poruszał się zwinnie niczym dziki kot, wykonywał uniki, parował uderzenia i czekał na okazję, żeby zaatakować. I wreszcie taka się nadarzyła. Cartaphilus wyprowadzając cios zbyt nisko opuścił tarczę i Lazaryta błyskawicznie zanurkował pod jego ramieniem i długim wypadem sięgnął sztychem jego twarzy. Joannita ryknął z bólu i cofnął się kilka kroków chwytając za rozpłatany policzek. Następnie ze zgrozą spojrzał na zakrwawioną dłoń, nie mogąc uwierzyć w to, co widzi. Cartaphilus nie pamiętał, kiedy po raz ostatni oglądał własną krew.
- To niemożliwe – zdołał wydukać.
Piotr des Ruaux nie ponowił ataku. Pozostał w miejscu, wzniósł w górę swój miecz, sztychem celując w niebo.
- To nie jest zwykłe ostrze. W brzeszczot wkute są fragmenty grotu Włóczni Przeznaczenia, którą Longinus przebił bok wiszącego na krzyżu Jezusa Chrystusa. Włócznia posiada moc uzdrawiania, albowiem została zanurzona we krwi Zbawiciela. Przywraca życie ludziom śmiertelnym, jednakże odbiera je tym, którzy śmierć zgubili.
W oczach Joannity po raz pierwszy od wieków pojawił się strach. Niegdyś szukał śmierci, modlił się o nią, błagał i wył z rozpaczy, nie mogąc jej znaleźć, lecz teraz, gdy była na wyciągnięcie ręki, ogarnęła go zgroza. Nagle dotarło do niego, że może tutaj zginąć, gdzieś na zapomnianym przez Boga i ludzi żmudzkim trakcie, nie doczekawszy przyjścia Zbawiciela. A to oznaczało, że nigdy nie uzyska przebaczenia i na zawsze pozostanie potępiony. Niegdyś bez wahania zamieniłby los tułacza na wieczną otchłań piekielną, ale teraz miał nadzieję, której się kurczowo trzymał.
- Możesz się jeszcze wycofać – rzekł Lazaryta jakby odczytując jego myśli. – Odjedź na północ, w Połondze wsiądź na statek i odpłyń na Rodos lub gdziekolwiek indziej, oczekując przyjścia prawdziwego Zbawiciela.
- Ten Zbawiciel będzie prawdziwy – warknął gniewnie, próbując ukryć swój strach.
Piotr des Ruaux pokręcił smutno głową.
- Nie zdołam cie przekonać – stwierdził. – Żyjesz złudzeniami.
- Nie złudzeniami, a nadzieją – odparł Cartaphilus. – To jedyne, co mi się ostało.
Rycerze ponownie starli się ze sobą i po okolicy rozniósł się szczęk oręża. Stal uderzała o stal, targane przez wiatr płaszcze zakonników powiewały, gdy ci wykonywali zamaszyste cięcia, wyprowadzali błyskawiczne sztychy, parowali ciosy i wykonywali uniki. Joannita mając o wiele większe doświadczenie na placu boju, bo czymże było dwadzieścia lat władania mieczem Piotra des Ruaux przy czternastu wiekach Cartaphilusa, lepiej przewidywał ruchy przeciwnika, co pozwalało mu uprzedzać ataki Lazaryty. Jednakże od czasu rządów rzymskiego cesarza Tyberiusza nie walczył o życie, co spowodowało, że jego instynkt osłabł. Z przyzwyczajenia trzymał zbyt nisko opuszczoną tarczę, a po ataku zbyt późno cofał miecz, zupełnie nie myśląc o obronie. Próbował się pilnować, ale na niewiele to się zdawało i raz za razem ostrze Lazaryty boleśnie uświadamiało mu, że podczas tej walki może zginąć, jak każdy inny śmiertelnik.
Natomiast Piotr des Ruaux był cały czas uważny, wiedząc że każdy błąd, źle wyprowadzony atak lub potknięcie może zakończyć się śmiercią. Uderzał i odskakiwał wykorzystując większą długość swojego miecza. Nie wolno mu było dopuścić przeciwnika do siebie, bo ten doświadczony w licznych bitwach niechybnie by go zarąbał. Cały czas tańczył wokół Cartaphilusa wyczekując odpowiedniego momentu. Domyślał się, że Joannita znajdując się w nowej dla siebie sytuacji długo nie wytrzyma i zdenerwowany popełni jakiś błąd. I nie mylił się.
Cartaphilus rozwścieczony tym, że przeciwnik cały czas mu umyka, ryknął wściekle na całe gardło i zaszarżował na Piotra des Ruaux chcąc go obalić przy pomocy tarczy, a następnie, gdy ten będzie leżał już na ziemi, dobić sztychem miecza. Na to właśnie czekał Lazaryta. W ostatniej chwili zszedł z linii ataku, wykonał obrót i ciął z całych sił. Joannita zdołał się zasłonić tarczą, lecz siła ciosu dosłownie ją roztrzaskała. Cartaphilus natychmiast odrzucił drewniane strzępy i wyprowadził sztych. Rycerz z Zakonu Świętego Łazarza krzyknął z bólu chwytając się za lewe ramię. Nieśmiertelny uśmiechnął się triumfująco. Już był pewien swojego zwycięstwa.




Visočica



Dotarli na miejsce tuż przed zmierzchem. Według węgierskich wywiadowców, w samym Visoko stacjonowały oddziały buntowników, więc ominęli osadę dużym łukiem i gdy słońce chowało się za horyzontem, stanęli u podnóża wzgórza Visočica. To tu, na jego szczycie, w pilnie strzeżonej twierdzy miał się ukrywać djed.
– Jezu Przenajświętszy – szepnął Tomasz. – Cóż to za dziwo?
Porośnięte gęstwiną wysokie na ponad dwieście metrów wzgórze miało kształt ostrosłupa o czterech równo nachylonych stokach. Wyglądało raczej na bryłę postawioną ręką potężnego olbrzyma niż twór natury.
– Pamiętacie, jak Jarosław z Iwna rozprawiał o tym, co widział w Afryce? – rzekł zaintrygowany Skarbek. – Przed ośmioma laty, gdy walczył z Maurami pod murami Tetuan, dostał się do mameluckiej niewoli. Zawiedli go, wraz z innymi więźniami, na zachód, gdzie miał zostać niewolnikiem, bo musicie wiedzieć, że Mamelucy w przeciwieństwie do swoich niewiernych pobratymców, okupów nie biorą. Jarosław po trzech miesiącach zdołał zbiec i wędrując przez pustynię różne dziwa widział. Razu pewnego trafił do zagrzebanego w piaskach starożytnego miasta, gdzie wśród posągów ni to ludzi, ni to zwierząt ujrzał olbrzymie, sięgające nieba kamienne piramidy. Ponoć wzniesione zostały ręką ludzką przed tysiącem lat.
– Nie szkoda było tyle kamienia? – zdziwił się Janusz Brzozogłowy. – Lepiej setki twierdz postawić lub mur wybudować wokół całego kraju. Po diabła sztuczne góry stawiać?
– Do chowania zmarłych. To były grobowce.
Rycerze zamilkli, z lękiem wpatrując się w piętrzące się przed nimi wzgórze. Oczyma wyobraźni widzieli wychodzące z lasu rzesze ożywieńców. Przegniłe twarze bośniackich wojowników, trzymających w kościanych dłoniach przerdzewiałe miecze, spływające krwią tasaki. Wstawali z grobów, żeby dokonać zemsty.
– Dość tego bajania – rozzłościł się Michał Küchmeister. Pokręcił głową próbując odgonić mroczne myśli. – Zanim ciemności zapadną, musimy wdrapać się na wzgórze, a potem zakraść do twierdzy i pojmać djeda.
– Myślałem, że wystarczy nam jego głowa? – spytał drwiąco Skarbek.
– Wpierw chcę z nim pomówić – odparł Krzyżak wpatrzony w szczyt, na którym majaczyła niewielka, półkolista twierdza.
Janusz Brzozogłowy wymienił znaczące spojrzenia z Zawiszą.
Ruszyli przedzierając się przez gęste krzaki porastające stromy stok, kluczyli wśród drzew wybierając najdogodniejsze ścieżki i minęła godzina, zanim wdrapali się na szczyt. W szarości zmierzchu dostrzegli wyłaniające się ponure mury twierdzy i upiornie sterczącą basztę, w której, jak podejrzewali, ukrywał się djed.
– Trzech strażników na murach – szeptał Vladko wracając ze zwiadu. – Nie wiem, ilu w środku.
– To się okaże, gdy tam wejdziemy – mruknął zakonnik.
– Jak masz zamiar to uczynić? – zapytał Tomasz Kalski. – Wszak miłościwy Bóg w swojej łaskawości skrzydeł nam nie dał, a same nie wyrosną.
– Jak wy, Polacy, chcecie wojny wygrywać, skoro Bóg nie tylko skrzydeł wam poskąpił, ale również rozumu?
Rudowłosy rycerz warknął wściekle i sięgnął do miecza.
– Nie czas i miejsce na spory – Zawisza przytrzymał jego dłoń.
– Każ mu zatem zawrzeć niemiecką gębę, bo utłukę jak psa.
– Wpierw ja z ciebie krew wytoczę, jak ze świni – syknął Krzyżak.
– Spokój! – Sulimczyk spojrzał na zakonnika. – Jak rozumiem obmyśliłeś jakiś fortel?
Michał Küchmeister uśmiechnął się tylko.


* * *



Miroslav poprawił szłom, mocniej ujął pochodnię i ruszył na obchód twierdzy. Dowódcą straży był zaledwie od tygodnia, kiedy staremu Kulinowi zeszło się z tego świata. Nie zginął od miecza, nie zawisł z pętlą u szyi, jak zazwyczaj umierali bośniaccy mężczyźni. Po prostu jego serce nie wytrzymało. Skonał w łożu, wieczorem położył się spać i już się nie obudził. Nie miał żony ani dzieci, więc nikt za nim oczu nie wypłakiwał, tylko strażnicy z Visočicy, gdy już go w mogile złożyli, krużą wina uczcili jego pamięć.
Miroslav nie chciał tej godności. Wolałby po dawnemu iść z oddziałem w las, polować na Węgrów i wyrzynać ich, póki siłw rękach starczy. Nienawidził ich z całego serca za to, że ośmielili się wtargnąć na bośniacką ziemię, grabić, mordować, gwałcić. Zabrali im wolność i chcieli wytępić wiarę. Miroslav wraz z innymi poprzysiągł, że odłoży miecz dopiero, gdy ostatni z najeźdźców opuści Bośnię.
Najbardziej jednak nienawidził Szeklerów. W wojsku, które przywiódł Zygmunt Luksemburski, można było spotkać Wołochów, Mołdawian, Słowaków, a nawet Polaków, jednak to Szeklerzy znani byli z największego okrucieństwa. Zwano ich „Czarnymi Węgrami” i gdziekolwiek się zjawiali, kroczyła za nimi Śmierć. Kmiotków żywcem palili, dzieci na pal wbijali, jeńców torturowali dla samej tylko przyjemności, a kobiety, które dostały się w ich ręce, już nigdy nie odzyskiwały zdrowych zmysłów.
Wszedł na mur i spojrzał na pogrążoną w ciemności okolicę. Chmury zasnuły księżyc i tylko w nikłym świetle gwiazd widać było majaczące w dolinie ciemne kształty chat i dym z kominów. Ludzie w Visoko siadali do wieczerzy.
Nagle ciszę rozdarł szczęk oręża, najpierw stłumiony, później coraz głośniejszy. Miroslav spojrzał w kierunku odgłosów. Uciekającego mężczyznę ścigało dwóch zbrojnych. Co chwilę obracał się, wymieniał kilka ciosów i biegł dalej zmierzając do twierdzy. Musiał już widzieć pochodnie na murach i zapewne też dostrzegł stojących na blankach strażników.
– Ratujcie! – krzyczał po bośniacku. – Przybywam z Doboru. Przysyła mnie Tverdko z wieściami.
Miroslav zmarszczył czoło i czekał. Musiał mieć pewność.
Tymczasem uciekinier jakieś dwadzieścia kroków od bramy potknął się. Ścigający uderzył mieczem, ale mężczyźnie cudem udało się odwrócić i przyjąć cios na zastawę. Przeturlał się, unikając uderzenia drugiego miecza, poderwał się na równe nogi. Pchnął sztychem ale tylko lekko naruszył kolczugę wroga.
– Ulitujcie się! – krzyczał. – To Szeklerzy. Zaraz mnie zatłuką.
Oczy Miroslva zalśniły wściekłością.
– Otwierać bramę! Na nich!
Strażnicy odwalili ciężką zasuwę, rozsunęli drewniane skrzydła drzwi i gdy chcieli ruszyć z odsieczą, do środka wpadło czterech zbrojnych. Pierwszy z Bośniaków padł z rozpłatanym czołem, po uderzeniu krzyżackiego ostrza, drugiego przeciął niemal na pół miecz Janusza Brzozogłowego, kolejnych dwóch poległo od sztychów Zawiszy Czarnego. Ostatni zdołał sparować cios Jana Farureja, ale rycerz ponowił atak rozłupując czerep strażnika. W tym samym momencie rudowłosy Tomasz Kalski i Skarbek z Gór, którzy udawali atak na Vladka, rzucili się do bramy. Miroslav zrozumiał, że padł ofiarą podstępu. – Do broni! – krzyknął, ale wszyscy jego ludzie byli już na placu. Słysząc szczęk chwycili za broń i wybiegli z kwater. Jeszcze nie całkiem przebudzeni, w płóciennych koszulach, w byle jak naciągniętych nogawicach, stawali do walki z wrogiem odzianym w pancerze.
Miroslav dostrzegł, jak obryzgany krwią rudowłosy rycerz ze zwinnością rysia unika sztychów i bez litości tnie jego ludzi. Słyszał o nim, to szybszy od błyskawicy Tomasz Kalski herbu Róża. Obok potężny mężczyzna rąbał mieczem jak toporem, a co uderzył, to krew tryskała. Wiedział, że to Janusz Brzozogłowy, o którego czynach nawet Turcy rozprawiali. Tuż za nimi niesiony walką płowowłosy rycerz śmiał się radośnie i żadne z bośniackich ostrzy nie mogło go dosięgnąć. Tylko jeden człowiek mógł tak wyzywać los – Skarbek z Gór herbu Habdank. Jednak największe przerażenie budzili w nim dwaj, walczący ramię w ramię, wojownicy o czarnych włosach i oczach niczym rozpalone węgle. Mówiono o nich, że sami potrafią rozbić cały hufiec, zdobyć każdy zamek, a niewierni na dźwięk ich imion zalewają się łzami. Zawisza Czarny i jego brat Jan Farurej. A na samym końcu szła Śmierć. Zbrojny rycerz obleczony w biały płaszcz z czarnym krzyżem.
Miroslav wiedział kim jest i po co przyszedł. Zrozumiał, że nie ma ratunku, otrząsnął się z otępienia i podbiegł w stronę baszty.
– Ogień! – krzyknął do strażnika na wieży. – Rozpal ogień!
Nagle poczuł przeszywający ból. Spojrzał na tkwiącą w ramieniu strzałę. Na szczęście rana nie była groźna. Ułamał drzewce, podniósł wzrok i ujrzał Bośniaka, tego, który udawał uciekiniera. Wyciągał właśnie z kołczana kolejną strzałę. Miroslava ogarnęła furia.
– Zdrajco! – krzyknął wściekle.
Vladko wiedział, że nie zdąży już naciągnąć cięciwy i wycelować. Odrzucił łuk, wyciągnął miecz i ledwo sparował cios. Potem kolejny. Miał przed sobą człowieka ogarniętego żądzą mordu. Dla niego był zdrajcą – wrogiem gorszym od Węgra, nawet Szeklera. Człowiekiem, który z własnej woli pomagał unicestwić swój naród.
Rycerz z Vrhbosny przyjął na zastawę kolejny cios i mógł uderzyć, rozłupując czaszkę strażnika, ale zawahał się. Miał przeciw sobie Bośniaka, rodaka. Ponownie zasłonił się przed wściekłym atakiem i znowu mógł uderzyć, bo napastnik był kiepskim szermierzem. Chociaż wojownik w czasie walki powinien myśleć tylko o pokonaniu wroga, w głowie Vladka kłębiło się tysiące myśli. Czy kiedyś skończy się zabijanie? Czy na Bałkanach brat zawsze będzie stawał przeciwko bratu? Czy bośniacki naród zasługuje na wolność, na przetrwanie?
Spojrzał w pałające gniewem oczy przeciwnika i nie znalazł w nich odpowiedzi. A może to właśnie była odpowiedź? Ludziom tak naprawdę nie zależy na wolności, na życiu w szczęściu i pokoju, oni chcą wojny. Zamiast budować – chcą niszczyć, zamiast dawać miłość – zadawać ból. Dla nich nie ma nic piękniejszego od widoku przelewanej krwi. A w Bośni splamiony jest nią każdy skrawek ziemi, kamień, skała. Narodzą się następne pokolenia, dla których zabijanie i nienawiść będą najwyższą wartością.
Vladko mocno zbił ostrze przeciwnika, odsuwając je daleko i uderzył. O ile wypuszczonej z łuku strzały nie sposób powstrzymać, to rękę prowadzącą ostrze, owszem. Zatrzymał cios. Nie miał już serca do walki. Przymknął powieki i chwilę później poczuł przeszywający ból. Ogarnęła go ciemność. Śmierć przywitał z ulgą.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-01-18 (1064 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej