Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Ostatnie recenzje
 Zapach domów innych ludzi – Bonnie-Sue Hitchcock
 Zawód: Wiedźma – Olga Gromyko
 Przewodnik Pani Bradshaw. Ilustrowany informator o drogach żelaznych – Terry Pratchett
 Człowiek, który spadł na ziemię – Walter Tevis
 Rok szczura. Świeca – Olga Gromyko
 
Losowa pozycja
Mageot
 
Katalog - dodano
 Wilcze leże
- Andrzej Pilipiuk
 Koralina (wyd.tw)
- Neil Gaiman
 Kolacja dla wrony
- Jonathan Carroll
 Alvethor. Pandemia
- Magdalena Kałużyńska
 Prawo do zemsty
- Denis Szabałow
 
- skomentowano
 Sopel cz.1
- Paweł Kornew
 HEL 3
- Jarosław Grzędowicz
 Evna
- Siri Pettersen
 Rok szczura. Świeca
- Olga Gromyko
 Na przekór przeznaczeniu
- Oksana Pankiejewa
 

Rozmowa z Martą Kisiel



 FB: Witam serdecznie. Jesteś autorką opublikowanych w prasie opowiadań i książki, która zdobyła sobie już naprawdę sporą rzeszę wielbicieli. Czy czujesz się już pisarką?

MK:
A w życiu! Ledwo się oswoiłam z mianem autorki, wciąż podchodzę do niego z pewną taką nieśmiałością. Do pisarki się nawet nie przymierzam. Autorem zostać łatwo, na pisarza trzeba sobie zapracować. Zasłużyć. Może za dziesięć książek i sto opowiadań, może trochę wcześniej, może trochę później, ale na pewno jeszcze nie teraz.

FB: Skąd pomysł, by zacząć pisać? Czy ma to być pomysł na życie czy hobby?

MK:
Znikąd, czyli… z głowy. Zawsze coś się w niej kłębi, jakieś historie, z których jedna w pewnym momencie rozrasta się tak bardzo, że w myślach zaczyna się robić tłoczno. Wtedy ją spisuję, żeby wygospodarować trochę miejsca na nowe pomysły, bo te napadają mnie w najmniej spodziewanych momentach. Miałam bodajże siedem czy osiem lat, kiedy zaczęłam bazgrolić w kajetach. I tak mi już zostało, tylko z kajetów przesiadłam się na komputer. Póki co to tylko hobby, któremu oddaję się bardzo rzadko – ot, uroki bardzo absorbującego wolnego zawodu. Ale jeśli życie pozwoli, może z tego hobby wykluje się coś więcej. Na pewno bym się nie obraziła.

FB: Czy spodziewałaś się, że „Dożywocie” spotka się z aż tak pozytywnym wydźwiękiem?

MK:
Prawdę mówiąc, nie. Owszem, jak pewnie każdy autor liczyłam po cichu, że znajdzie się paru równie szurniętych ludzi z równie szurniętym poczuciem humoru, którym moja książka przypadnie do gustu, ale tak pozytywna reakcja mocno mnie zaskoczyła. Na profilu „Dożywocia” na Facebooku niemal każdego dnia przybywają kolejne osoby, dodają komentarze, piszą, że kochają Licho czy Krakersa. Pojawiają się też notki czy komentarze na rozmaitych blogach, forach czy innych stronach. Ludzie się nad tą książką śmieją do łez, co mnie z jednej strony niezmiernie zaskakuje, bo w końcu ilu takich szaleńców jak ja może chodzić po tym łez padole, a z drugiej cieszy niesamowicie. Co tu dużo gadać, serce roście, patrząc na te czasy!

FB: Jaka była Twoja reakcja na pierwsze recenzje?

MK:
Najpierw, jeszcze przed recenzjami, było… ha, lekkie przerażenie. Nie kryję, pietra miałam sporego, w końcu czekało mnie zderzenie marzeń z rzeczywistością. Kiedy ukazała się pierwsza recenzja, nie do końca pochlebna, niespodziewanie poczułam ulgę. Jakoś już tak mam, że łatwiej mi przyjąć uwagi krytyczne niż pochwały. A potem… cóż, potem zaliczyłam klasyczny opad szczęki i od pewnego czasu chodzę taka uroczo rozdziawiona i oszołomiona, bo zwyczajnie tego nie ogarniam. Ma to swoje dobre i złe strony – daje zapał do pracy, ale też z lekka przytłacza. Sprostanie cudzym oczekiwaniom to niełatwe zadanie.

FB: A jeszcze przed ukazaniem się „Dożywocia” miałaś niezłą zagwozdkę z wyborem dla niego okładki. Prac przyszło sporo. Zaskoczyło Cię to? Co zadecydowało, że okładka jest taka, a nie inna? Pierwotnie pióro na niej miały być chyba białe?

MK:
Zaskoczyło to mało powiedziane. Spodziewałam się kilku, może kilkunastu prac, a tu nadeszło ich, bagatela, siedemdziesiąt jeden. Przeglądałam je w lekkim oszołomieniu, ale też z wielką przyjemnością i ciekawością. W końcu po raz pierwszy mogłam się na własne oczy przekonać, jak czytelnicy wyobrażają sobie tych moich bohaterów. Miałam kilku faworytów, a ostatecznemu głosowaniu kibicowałam gorąco i na bieżąco, kisząc się nad deszczowym i zimnym morzem. Końcowy rezultat, czyli gotowa okładka, przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Paweł Zaręba pięknie wykorzystał zwycięską ilustrację Marcina Warzechy, a za te smaczki w postaci odręcznego pisma czy plam po kawie jestem prawie gotowa mu wybaczyć, że uciął przecudnej urody tico w jedynym słusznym kolorze. Natomiast czemu białe pióro zrobiło się czarne – pojęcia nie mam. Ale to w końcu fantastyka, wiadomo, magia, chochliki, te sprawy…

FB: Skąd właściwie wziął się pomysł na książkę?

MK:
Z „Fahrenheita”. A dokładnie rzecz biorąc, z pierwszego konkursu „Fahrenheita” na opowiadanie. Początkowo nie zamierzałam w nim w ogóle brać udziału, bo temat – „Fantastyczna miłość” – w ogóle mnie nie kręcił. Tak już moja łepetyna jest skonstruowana, że myślę skojarzeniami. Wyjątkowo upierdliwymi na dodatek. Na hasło „Fantastyczna miłość” oczyma duszy swojej ujrzałam scenę nocną na cmentarzu, lud prosty, uzbrojony w pochodnie i zażywne wiejskie dziewczę walące po gębie wyfiokowanego panicza we fraczku. Czyli pomieszanie drugiej części „Dziadów” z moim ulubionym romantycznym cytatem: „Duchowi memu dała w pysk i poszła”. Nijak za to skojarzenie wyjść nie potrafiłam, dlatego beztrosko postanowiłam sobie konkurs odpuścić. Wtedy zebrałam ochrzan od jednej z redaktorek „Fahrenheita”, Karoli, zakończony hasłem w stylu: „No przecież ty tak lubisz te gotycyzmy, napisz coś a la Poe”. I tu dopadły mnie kolejne skojarzenia. Jeśli Poe, to „Zagłada domu Usherów”, a jeśli gotycyzm, to „Strach w zameczku”. I tak to się zaczęło – od panicza i strasznego gotyckiego domu. W styczniu 2007 roku wysłałam na konkurs pierwsze opowiadanie, oryginalne „Dożywocie”, a że niewykorzystanych pomysłów zostało mi sporo, od razu zabrałam się za następne. Kiedy we wrześniu ukazała się antologia „Kochali się, że strach”, właśnie popełniałam bodajże trzeci tekst.

FB. Czy natchnieniem dla powstania któregoś z bohaterów była „żywa osoba”? Czy któregoś z nich (bohaterów) darzysz szczególną sympatią?

MK:
Po dwakroć tak. Swój żywy pierwowzór ma i Licho, i Carmilla, i panna Bercikówna, i Rudolf Valentino, i Konrad Romańczuk. Ha, Konrad tak na dobrą sprawę ma nawet dwa. Jeszcze większą liczbą pierwowzorów, choć już znacznie mniej żywych, może się pochwalić nieszczęsny panicz Szczęsny. Szczególną pod tym względem postacią jest Turu Brząszczyk – miał być swoistym podziękowaniem tudzież porozumiewawczym mrugnięciem w stronę Wojtka Świdziniewskiego, który umieścił mnie w swojej książce. Niestety, mrugnięcie nie zdążyło dotrzeć do adresata, czego cholernie żałuję. Jeśli zaś chodzi o szczególną sympatię… Pod tym względem wiele się u mnie w trakcie pisania zmieniło. Początkowo najbardziej lubiłam Licho, ale pod koniec ze zdumieniem doszłam do wniosku, że moim ulubieńcem jest Szczęsny właśnie. To postać, która dała mi najszersze pole do popisu – można się po nim spodziewać naprawdę wszystkiego, co pozwoliło mi puścić wodze wyobraźni i przy okazji pobawić się tym, co kocham najbardziej, czyli romantyzmem. Przede wszystkim najbardziej ogranymi i krzywdzącymi dla tej epoki stereotypami, które potwornie mnie irytują, a które, nad czym ubolewam, funkcjonują w powszechnej świadomości i mają się aż za dobrze. Naprawdę nie pojmuję, jak można przez ileś tam godzin pitolić, jak to on ją kochał, a ona mu krzesło, po czym dziabnąć się nożem i pitolić dalej… Czwartej części „Dziadów” nigdy Mickiewiczowi nie wybaczę. Podobnie jak Goethemu „Cierpień młodego Wertera”.

FB: Zaintrygowała mnie dedykacja książki. Możesz coś na jej temat zdradzić?

MK:
Ha, a już myślałam, że dedykacji nikt nie czyta! Przerudość to moja przyjaciółka, muza i modelowy czytelnik. Jest polonistką, tak jak ja, ma podobne poczucie humoru, łapie w lot nawiązania i cytaty, potrafi nawet nadążyć za moim wyjątkowo pokrętnym tokiem myślenia i nie zgubić się w długaśnych zdaniach. Dlatego jeśli Przerudość stwierdza, że wie, co miałam na myśli, bo mnie zna, ale tego w samym tekście nie widzi, bez wahania biorę się za skreślenia i poprawki. Jeśli ona czegoś nie widzi, to znaczy, że nie zobaczy tego nikt. Bardzo mi również pomaga w zbieraniu materiałów do tekstów, jest pod tym względem nieoceniona. Nie zliczę książek i artykułów, często bardzo dziwnych, jakie dla mnie wyszperała. Wspólnie z Trollem, czyli moim ślubnym, zmusza… znaczy, chciałam powiedzieć, zachęca mnie do pisania. Rolę Trolla znacznie trudniej sprecyzować, ale też i przecenić. Wierzy we mnie za nas dwoje, podstępem odbiera mi ulubione wymówki – „To ja posprzątam, a ty sobie pisz spokojnie” – zaś ostatnio stwierdził nawet, że bardzo chętnie zostanie mężem swojej żony, bylebym tylko więcej pisała. Bardzo czeka na moją trzecią książkę, w ramach zemsty narobiłam mu smaku prologiem. Zaś co do Wąpierza… Hm. Co tu kryć, Wąpierz, czyli Coleman z „Fahrenheita”, to jeden z pierwowzorów Konrada Romańczuka. Początkowo szedł w zaparte, jakoby był dla mnie źródłem natchnienia, potem jednak pogodził się ze swoim losem, a nawet odpłacił pięknym za nadobne w antologii „Kochali się, że strach”. Poza tym bardzo mnie w tym moim pisaniu wspierał i wspiera nadal, czepiając się z upodobaniem każdej możliwej pierdoły. Kto czytał kultową już ZakuŻoną Planetę w jego wykonaniu, ten wie, jaka z niego szczwana i złośliwa bestia. I za to go uwielbiam – ze wzajemnością, choć on się do tego w życiu nie przyzna. To by mu popsuło ociekający krwią image.

FB: Czy ja dobrze słyszałam: Czeka na trzecią książkę? Czyżby umknęła mi druga? :-)

MK:
Żeby tylko tobie, mnie też umknęła! Gdyż albowiem początkowo ta trzecia miała być drugą, ale po nagłym ataku natchnienia musiała ustąpić. Czeka grzecznie na swoją kolej.

FB: Czy „Dożywocie” doczeka się kontynuacji? Ja sama na nią czekam. :-)

MK:
Rany jeża, jak ja nie lubię tego pytania… A to dlatego, że odpowiedź brzmi: „Nie i bardzo proszę mnie za to nie bić, przynajmniej nie po głowie”. Lubię płodozmian, i stylistyczny, i tematyczny, mam wiele pomysłów z rozmaitych beczek, poza tym nie chcę się stać zakładnikiem własnej książki. Kto wie, może kiedyś popełnię jedno Liche opowiadanie przy jakiejś tam, bliżej nieokreślonej okazji, ale na pewno nie całą drugą część, o dalszych nie wspominając. Choć pewnie tak byłoby mi łatwiej, bo i bohaterów, i świat, i konwencję, i nawet czytelników już mam, pomysły też by się znalazły, nic tylko brać się do pisania i trzaskać tom za tomem… tyle że nie sprawiłoby mi to za grosz przyjemności. A nic tak nie szkodzi książce jak zniechęcony, poirytowany autor. Parę razy żartowałam, że w razie czego mogę zawsze popełnić dzieje nieszczęsnego panicza Szczęsnego. Mam już nawet tytuł pierwszego tomu: „Ja, poeta. Droga przez mękę – kilometr pierwszy”. I to chyba najlepiej oddaje mój stosunek do wszelkiej maści kontynuacji.

FB: Hmmm… szkoda. Ale może lepszy niedosyt niż przesyt. A jakie są twoje dalsze plany pisarskie? Czy masz pomysł na kolejną książkę?

MK:
Żeby na jedną… Pomysłów mam, niestety, więcej niż czasu i sił na ich zrealizowanie. Jedną powieść właśnie piszę i chcę skończyć przed wiosną, za drugą, wyczekiwaną przez Trolla i dopracowaną co do szczegółu już od dłuższego czasu, a nawet napoczętą, planuję na dobre zabrać się latem. Dwie następne powoli sobie dojrzewają, kolejna czeka na natchnionego kopniaka od okoliczności życiowych, chodzi mi też po głowie sporo pomysłów na opowiadania, i humorystyczne, i nieco poważniejsze. Pojęcia nie mam, kiedy się z tym wszystkim wyrobię…

FB: Zdradzisz jakieś bliższe szczegóły drugiej, trzeciej… kolejnej powieści? O czym będzie, jaki klimat, bohaterowie?

MK:
Ogólnie rzecz biorąc, próby wyciągnięcia ze mnie szczegółów zwykle wyglądają tak: „Co piszesz?” – „Książkę/Opowiadanie.” – „A o czym?” – „Zobaczysz, jak skończę.” Czasami wydaję przy tym z siebie dźwięki straszliwe, sugerujące natychmiastową zmianę tematu lub utratę kończyny. Tak w telegraficznym skrócie, teraz popełniam powieść obyczajową z wątkiem fantastycznym, rzecz jasna, wycelowaną w czytelnika nieco poniżej granicy pełnoletniości. Aż jestem ciekawa, jak mi to wyjdzie, bo natchnienie napadło mnie znienacka i przystawiło gotową fabułę do gardła, domagając się natychmiastowej realizacji lub życia. Rozgrzewam się w ten sposób przed powieścią następną, już rozgrzebaną, w której zamierzam połączyć dwie moje największe pasje – romantyzm, zwłaszcza czarny, i tanatologię. W tym przypadku odskok stylistyczno-koncepcyjny od „Dożywocia” będzie olbrzymi, ale mam nadzieję, że wierni wielbiciele Licha mi to wybaczą. Kto wie, może nawet odkryją, że w takim wydaniu też mnie lubią. W końcu „Przeżycie Stanisława Kozika” spotkało się swego czasu z bardzo ciepłym odbiorem. Dla równowagi kolejną powieść planuję w podobnych co „Dożywocie” klimatach, czyli z potężną dawką absurdalnego humoru i niecodziennych bohaterów. Dwa pozostałe pomysły są dopiero na etapie kiełkowania, a opowiadań jest zwyczajnie za dużo, żeby o nich mówić. Tak czy siak, będzie płodozmian, czyli raz poważniej, raz weselej.

FB: Powiedziałaś chwilę temu, że „sprostanie cudzym oczekiwaniom to niełatwe zadanie”. Z pewnością „Dożywociem” ustawiłaś sobie wysoko poprzeczkę, więc i oczekiwania czytelników odnośnie do twoich kolejnych książek będą już w jakiś sposób sprecyzowane. Czy nie onieśmiela Cię to trochę?

MK:
Onieśmiela? Rany jeża, ja mam pietra jak stąd do nie widać! Staram się o tym nie myśleć, kiedy piszę, ale póki co nie do końca mi to wychodzi, więc łatwo nie jest. Zwłaszcza że przesiadłam się na trochę inną niż dotychczas konwencję, co z jednej strony daje mi spory margines bezpieczeństwa, bo nie muszę się mierzyć bezpośrednio z samym „Dożywociem” i próbować przeskoczyć samą siebie, lecz z drugiej strony nasuwa też pytanie, czy ci oczekujący czytelnicy nie będą zawiedzeni, w końcu im się marzy powtórka z rozrywki. Mam nadzieję, że nie, ale to pokaże dopiero czas.

FB: Czy masz swojego ulubionego autora? Kogoś, kto jest Twoim mentorem?

MK:
Ulubionego, owszem, mam, natomiast mentora nie. Nie wierzę w mentorów, idoli i tym podobnych. Ani w próby „pójścia śladami” czy innego naśladownictwa, bo to się zawsze kończy albo sromotną porażką, albo nie do końca miłą dla autora łatką „drugiego kogoś tam”. Aczkolwiek owszem, każdy z moich ulubionych autorów wywarł na mnie jakiś wpływ, z każdego coś mi zostało. Przede wszystkim Słowacki, czym chyba nikogo nie zaskoczę. Gdybym miała wskazać jednego ulubionego autora, byłby nim właśnie on i też z jego twórczości zapadło mi w pamięć najwięcej. Do tego jeszcze Malczewski, Gombrowicz, z tych bardziej współczesnych i lżejszych Chmielewska, Pratchett, ostatnio także Zafon. Innych autorów lubię raczej na wyrywki, nie za całokształt. „Zamek kaniowski” Goszczyńskiego, powieści gotyckie Krasińskiego, bajki Puszkina… długo by wymieniać. W telegraficznym skrócie, tak zwany kanon czytam na co dzień z wielkim upodobaniem, dla mnie to literatura wiecznie żywa i aktualna. Z fantastyki prym wiodą u mnie „Opowieści z Narnii”, od których zaczęłam znajomość z tym gatunkiem, wspomniany już Terry Pratchett, ostatnio też George R.R. Martin, zaś z rodzimego podwórka Rafał Dębski, Jarosław Grzędowicz, Tomasz Pacyński. Ale to tylko nieliczni spośród „the best of the best of the best”, poza science fiction czytam praktycznie wszystko. A książką mego życia był, jest i zawsze będzie „Piotruś Pan w Ogrodach Kensingtońskich”.

FB. Twoje utwory łączą w sobie fantasy, kryminał i powieść obyczajową. Ich klimaty kojarzą mi się nieco z Chmielewską. Podobna lekkość pisania i poczucie humoru. Czy to zamierzony efekt?

MK:
Raczej efekt uboczny. Chmielewską zaczęłam czytać w wieku lat bodajże dziesięciu i tak mi już zostało, nasiąkłam mimowolnie niczym gąbka. Nie jestem maniaczką kryminału jako gatunku, cenię sobie za to ironię oraz wielki dystans do świata i samej siebie, jakie cechują pisarstwo Chmielewskiej. Choć nie tylko jej, bo jeszcze bardziej pod tym względem zachwyca mnie Słowacki, cudownie złośliwy zarówno w swoich poezjach, jak i w prywatnych listach. Ale może tematu mojego uwielbienia dla szanownego wieszcza na wszelki wypadek nie będę rozwijać, bo nigdy nie skończę… Tak czy owak, to właśnie Chmielewska nauczyła mnie, a Słowacki utwierdził w przekonaniu, że ironia i dystans to bardzo cenne cechy, zwłaszcza dla autora, bo wymagają od niego nie tylko inteligencji, wysilenia szarych komórek, lecz przede wszystkim umiejętności spoglądania na otaczający go świat pod często niecodziennym kątem i samodzielnego, twórczego myślenia, wiązania rozmaitych spostrzeżeń w pęczki i formułowania własnych wniosków. A przecież bez tego nie byłoby literatury, bo literatura to nie tylko „widzę i opisuję”, ale również „roztrząsam i kontestuję”, w stopniu mniejszym lub większym, bez względu na sztafaż. Za to lekkość pisania, lekkość stylu to moim zdaniem coś, co albo się ma, albo się nie ma, coś, co musi przyjść samo. Tak jak poczucie humoru – nie da się go udawać ani wypracować. Żart wymuszony zawsze trąci sztucznością na kilometr. I tu nawet czytana tonami Chmielewska nie pomoże.

FB: Mnóstwo czytasz i jak widzę masz naprawdę spore rozeznanie w literaturze. W związku z tym mam pytanie: Czego oczekujesz od dobrej książki, a co w kiepskiej najbardziej Cię drażni?

MK:
Drażni mnie nijakość. Nie lubię książek, które w żaden sposób nie zapadają mi w pamięć. Mogą być genialne, mogą być koszmarne, lecz nie nijakie. Papierowych postaci czy pozbawionego cienia indywidualizmu języka nie wybaczam nikomu. Uwielbiam teksty, które uwodzą mnie stylem, piękną frazą, bogactwem słownictwa i porównań, w pewnych granicach, rzecz jasna, bo takiej prozy poetyckiej zwykle nie trawię. W takich uwodzących przypadkach bez najmniejszego żalu macham ręką na brak szybkiej akcji czy innych fajerwerków, choć też nie obrażam się, kiedy i one zapierają mi dech w piersiach… Ot, takie „Nad Niemnem” – do tej pory nie wiem, gdzie są te słynne kilometrowe opisy przyrody, chłonę tę powieść z dziką rozkoszą. Tego właśnie oczekuję od dobrej książki. Przyjemności. Paru godzin oderwania od tego świata i zanurzenia w świecie zupełnie innym niż ten, który mnie otacza. I mam wtedy w nosie, czy tej przyjemności dostarcza mi Słowacki czy Chmielewska, Malczewski czy Pratchett, Gombrowicz czy Zafon. Książka to książka, kto by tam zerkał jej w metrykę?

FB: Dokładnie. Nie ma co zerkać w metrykę książki ani w paszport autora.
A jednak tak z ciekawości mam ochotę zapytać, jaka książka z ostatnio wydanych zrobiła na Tobie wrażenie?

MK:
Chyba pierwszy tom „Opowieści z Meekhańskiego pogranicza” Roberta M. Wegnera. Solidny kawał porządnej, świetnie napisanej fantastyki z bardzo dobrze rozegranym patosem, który nie drażni, tylko autentycznie wzrusza, co uważam za wielką sztukę. Do tomu drugiego właśnie się zabieram. Zaś spoza fantastyki zdecydowanie „Jul” Pawła Goźlińskiego, mocny kryminał z narodowymi wieszczami w tle. Takie wykorzystanie romantyzmu, jego tekstów i mitów bardzo, bardzo do mnie trafia, bo wraca mu życie, czemu mogę tylko przyklasnąć. Liczę po cichu na więcej.

FB: Dziękuję serdecznie za rozmowę i życzę dalszych sukcesów, bo dla nas oznaczają one zajmującą lekturę. :-)


Z Martą Kisiel dla Fantasy Book rozmawiała Zuna.


Fotografia udostępniona przez Fabrykę Słów.








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-01-21 (2268 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej