Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Czarne Bataliony
 
Katalog - dodano
 SI
- Stepan Wartanow
 Zawiść
- John Gwynne
 Czerwone zegary
- Leni Zumas
 Ahsoka
- E. K. Johnston
 Intrygi
- Mercedes Lackey
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Historia Flamelii Eleanti

Autorka: Jagoda Wochlik


Tyle wiemy o sobie, ile nasz sprawdzono.
Mówię to wam ze swego nieznanego serca
Wisława Szymborska



Baśnie i bajki już to do siebie mają, że je wszyscy czytać kochają. Lecz gdy książkę zamykamy, nie potrafimy wygnać z serca żalu. Wiemy bowiem, że nam taka historia się nie zdarzy. Bo czy bohaterką bajki lub baśni może zostać normalna dziewczyna cierpiąca na lęk przed ciemnością? Nie, na pewno nie… A jednak. Tyle, że ta historia nie jest baśnią ani bajką i nie jestem pewna czy kończy się szczęśliwie. A opowiada o czasach, gdy Eleanti nie była jeszcze tylko nazwą jasnej gwiazdy, na którą patrzymy w samotne wieczory, lecz dziewczyną o imieniu Flamelia…
Flameli zawsze, kiedy myślała o swojej przyjaciółce Nimue, wydawało się, że jeśli dusza Nimue zamieni się w przyszłym życiu w zwierzę, będzie to na pewno koń. Jej dusza była tak samo niespokojna, jak dusze tych pięknych zwierząt. Zawsze wtedy Flamelia uśmiechała się do siebie. Moja dusza również zamieni się w konia, myślała, ale dlatego, że z serc koni nigdy nie znika lęk. Tak, jak z mojego serca. Chyba, że wyląduję w ciele zająca.
Nimue właśnie wróciła z dodatkowych zajęć magicznych pojedynków. Znały się z Flamelią już ładnych parę lat. Pochodziły z jednego miasteczka i już w domu były dobrymi przyjaciółkami. Ogromna była więc ich radość, gdy okazało się, że również w szkole trafiły do tej samej klasy. Nimue zrzuciła plecak, przeciągnęła się niczym kot i z jękiem zdjęła buty.
- Ale jestem zmachana – stwierdziła, rzucając się na lóżko.
- Acha – odparła jedynie Flam, która siedziała przy biurku i poprawiała po raz dziesiąty swoje wypracowanie o magicznych roślinach. Wciąż nie było dość dobre.
- Przestań! – skarciła ją Nimue. – Wypracowanie jest na pewno świetne!
- Wciąż wydaje się za krótkie.
- Tak... Dwadzieścia stron to mało twoim zdaniem? Przestań, Flam. Widzę, że potrzeba ci rozrywki.
Flamelia odgarnęła z czoła niesforny, czarny kosmyk. W szkole długie, czarne niczym heban włosy nosiła spięte w warkocz. W Stenford, szkole magii nie potrzeba było ukrywać szpiczastych elfich uszu. Uczyły się tu wszystkie rasy: ludzie, Elfy, krasnoludy czasami nawet driady czy najady. Kosmyk zdawał się jednak żyć własnym życiem i nigdy nie pozwalał się zawiązać razem z innymi.
- Co masz na myśli? – zapytała Flamelia, odkładając wypracowanie.
- W Czarnej Wodzie jest dziś festyn z okazji urodzin księcia. Może pójdziemy obejrzeć połykaczy ognia? Albo linoskoczków? Albo innych kuglarzy? Co, Flam? Nie można tylko się uczyć.
- Można, jeśli ma się wyraźny cel. Wiesz, że tylko jeśli będę naprawdę dobra, dostanę się do Stowarzyszenia i poznam ojca.
- Od jednego dnia odpoczynku jeszcze nikt nie umarł – nastawała Nimue.
- My i tak nie możemy umrzeć – przypomniała jej Flamelia . – Zresztą nie rozumiem, przecież w zeszłym miesiącu zamordowano króla Czarnej Wody, prawda? Czy nie powinna tam trwać żałoba?
- Może ojciec i syn nie bardzo się kochali – stwierdziła Nimue.
- Może – Flamelia wstała i sięgnęła po zielone peleryny z kapturami. Jedną z nich, rzuciła przyjaciółce.
- A to po co? – zapytała Nimue.
- Wychodzimy, prawda? – zapytała Flamelia, unosząc brwi.
Nimue wyraźnie się ucieszyła i szybko ponownie założyła buty. Flamelia stanęła przed lustrem i rozpuściła włosy. Nimue, która zajęta była wiązaniem peleryny, spojrzała na nią zdziwiona.
- Przecież nie lubisz rozpuszczać włosów – zauważyła, bawiąc się złotym kosmykiem.
- Masz rację, ale władcy Czarnej Wody nigdy nie przepadali za magicznymi istotami. Musimy bardzo uważać.
Nimue, która traktowała wszystko z pobłażliwością, zupełnie inaczej niż jej obowiązkowa przyjaciółka, machnęła jedynie ręką. Flamelia pokiwała głową, zatroskana. Lekkomyślna Nimue. Żeby tylko nie wpakowała nas w jakieś kłopoty, pomyślała.
Nie przypuszczała jednak, że sama sprowadzi na siebie kłopoty. Kłopoty, które zaważą na całym jej przyszłym życiu. Na razie szła spokojnie za Nimue. Zeszły do stajni, osiodłały konie i niczym wiatr pomknęły do oddalonej o godzinę szybkiej jazdy Czarnej Wody. Flamelia spokojnie brnęła w sidła przypadku, który miał ją na zawsze odmienić.
Konie przywiązały do belki na głównym rynku. Ponieważ włosy świetnie maskowały ich tajemnicę, zrzuciły z głów kaptury i rzuciły się w wir zabawy. Obserwowały szczudlarzy, którzy pewnie przechadzali się pod niebem, linoskoczków, igrających ze śmiercią i kiepskich magików, których sztuczki świetnie umiały przejrzeć.
- Jakby mnie zatrudnili, to dopiero mieli by sztuczki – stwierdziła Nimue.
Chwilę potem Nimue wdała się w pojedynek z jednym z połykaczy ognia. Okazało się, że jest bardzo dobra, mimo, iż robiła to pierwszy raz. Flam odgarnęła kosmyk, chwilę się nim bawiąc, zakręcając na palec i odkręcając. Podziwiała Nimue. Przyjaciółka była taka pewna siebie i przebojowa, wszędzie jej było pełno. Żywe srebro, nie potrafiła ustać przez pięć minut w jednym miejscu. Ona tak nie potrafiła. Cieszyła się, że zawsze może skryć się w cieniu Nimue.
Wokół Nimue i nieudolnego połykacza ognia zebrał się już spory tłum gapiów. Jedni kręcili z niedowierzaniem głowami, inni klaskali aby dopingować młodą, zuchwałą dziewczynę, jeszcze inni rzucali jej drobne srebrne i brązowe monety. Nimue ukłoniła się, podziękowała kuglarzowi, zebrała monety i podeszła rozpromieniona do przyjaciółki.
- Zobacz Flam, mamy kieszonkowego na miesiąc.
- Ale czy możemy je wziąć?
- Oczywiście. Zarobiłam je dla nas. Może zjedzmy coś dobrego?
Wtedy drogę zastąpił im szwadron rycerzy zakutych w srebrne zbroje. Nimue wyraźnie się wzdrygnęła. Jak każdy Elf nie przepadała za ludźmi ubranymi w lśniące żelastwa. Wszystkie Elfy uważały, że to zbędne i, co gorsza, kłóci się z prawami natury.
- Aha, znów coś przeskrobałam – szepnęła do Flamelii.
- Nie wyjdziemy z tego cało – odszepnęła tamta. – Ale nie myśl o czarowaniu, bo nas pogrążysz. Błagam cię.
Przed szereg wysunął się młody, może dziewiętnastoletni mężczyzna. Był raczej niskiego wzrostu i wyglądał dość śmiesznie w pięknych, złotych szatach i purpurowym płaszczu, podbitym gronostajem. Flamelia wzdrygnęła się. W jego wzroku było coś dziwnego. Coś, co ją przeraziło. Pomyślała, że to musi być zły człowiek.
- W czym możemy ci służyć, panie? – zapytała Nimue, dygając pięknie. Flamelia uniosła brwi ze zdziwienia. Nie przypuszczała, że jej przyjaciółka potrafi wykonać dworny ukłon.
- Jak się zwracasz do Jego Najjaśniejszej Wysokości, Księcia Czarnej Wody! – krzyknął na nią żołnierz. Nimue nazywała żołnierzy blaszakami.
- Wybacz Najjaśniejsza Wysokość – ukłoniła się Nimue. – Nie jesteśmy tutejsze.
Książę nawet nie zwrócił na nią uwagi. Patrzył cały czas na Flamelię. Patrzył, a ona trzęsła się ze strachu. Bała się tego wzroku, czuła, że ma do czynienia z człowiekiem złym aż do szpiku kości.
- Podoba mi się twoja koleżanka – wypowiedział, sycząc niczym wąż. – Jest piękna.
- Dziękuję w jej imieniu – powiedziała Nimue.
- Dlaczego sama mi nie podziękuje? – zapytał książę.
- Jest niemową – odparła Nimue, kopiąc Flam w kostkę, bo ta się skrzywiła.
- Niemową? Już my się Stenford policzymy – wysłała Nimue przekaz mentalny. – Nie widzisz, że mamy kłopoty? On jest niebezpieczny…
- Bzdury gadasz. Puści nas – odpowiedziała Nimue, jak zawsze pewna swego.
- Twoja koleżanka musi mi jednak jakoś podziękować za komplement – stwierdził książę. – Spędzi ze mną noc – zadecydował.
Nimue otworzyła usta, zamrugała powiekami. Chyba po raz pierwszy w życiu nie wiedziała, co ma powiedzieć.
- Ale, panie… - zdołała jedynie wyjąkać.
- Żadnych „ale”, dziś są moje urodziny i mogę mieć wszystko co chcę. A chce ją - wycelował swym grubym palcem w kierunku Flamelii.
Flamelia po raz pierwszy w życiu poczuła, że kiełkuje w niej gniew, którego nie umie powściągnąć. Nimue zauważyła ze zdziwieniem, że jej spokojne zawsze, trochę zamglone oczy, skrzą się iskierkami gniewu.
- Ty mała wredna, brzydka ropucho – powiedziała Flamelia, zanim jej się przypomniało, iż jest niemową. – Wolałabym umrzeć.
Książkę zrobił wielkie oczy. Krótką jednakże chwilę potrzebował, by pojąć, iż został obrażony przez jakąś wiejską dziewkę.
- Da się zrobić – stwierdził. – Straże, brać ją. Zamknijcie ją w ostatnim lochu na dwie noce.
- Panie, ale w ostatnim lochu... – rzekł jeden ze strażników, niepewny co ma zrobić.
- Wiem – rzekł tamten. Nimue zdawało się, że jego wzrok miota błyskawice.
Strażnicy podeszli do Flameli i schwycili ją mocno za ręce, ciągnąc za sobą, jakby zapomnieli, że dziewczyna potrafi chodzić. Potraktowali ją jak rzecz. Kiedy wraz ze strażnikami przechodziła koło księcia ten syknął:
- Jeszcze mnie będziesz błagała o litość.
Spojrzała na niego twardo i odrzekła dumnie:
- Nie. Ale przyśni ci się niejeden koszmar z moim udziałem. To na pewno, wieprzku.
Nimue zauważyła, iż strażnicy siłą próbowali zachować kamienne miny. Pociągnęli Flamelię w stronę zamku. Książę nadal stał na zalanym słońcem placu i chciwie spoglądał na Nimue. Te jego świńskie oczka budziły w niej niesmak.
- Chciałabyś może wykupić koleżankę? – zapytał książę.
Nimue parsknęła śmiechem.
- Jest dzielna, poradzi sobie – odparła pewnie.
- Ja uważasz – wzruszył ramionami. – Dałem ci szansę. W takim razie już nigdy jej nie zobaczysz.
Nimue stwierdziła, że dość się już wybawiła. Ruszyła w stronę placu, gdzie przywiązały konie. Dzień przeszedł już w wieczór i wszystko powlekła szarość nadchodzącej nocy. Elfka zarzuciła kaptur na głowę i nawiązała kontakt mentalny z przyjaciółką.
- Masz kłopoty – stwierdziła.
- Jakbym nie wiedziała – prychnęła Flamelia.
- Tym razem sama jesteś sobie winna.
- Poradzę sobie – odparła Flam, z dziwna pewnością.
- Pomóc ci? Wystarczy poprosić.
- Poradzę sobie.
- Dwie noce w ciemnym, zimnym lochu, gdzie zapewne są szczury… doprawdy Flam, chciałabym to widzieć.
- Mam być Magiem Najwyższym – zauważyła Flam. – Nie możesz mi wciąż pomagać!
- Jak chcesz. W takim razie do zobaczenia za dwa dni. Zrobię ci notatki w wykładów.
- Dziękuję, że we mnie wierzysz! – żachnęła się Flam.
- Tylko stwierdzam fakty – odparła Nimue, wsiadając na swoja karą klacz i opuszczając gród w ostatnim momencie. Kiedy spięła konia i odwróciła się by spojrzeć na zamek, bramy zamknęły się z głuchym łomotem.
- Powodzenia, Flamelio – szepnęła w mrok. – Będzie ci ono potrzebne.
Flamelia była dumna. W życiu nie przyznałaby się Nimue, że boi się ciemności. Nie potrafiła też poprosić o pomoc, ale różnie dobrze jak Nimue zdawała sobie sprawę, ze czekają ją dwie noce w zimnym, ciemnym lochu i w dodatku ze szczurami. Ostatecznie mam czary, pocieszała się.
Jeden z blaszaków sprowadził ją po kamiennych stopniach do podziemia, potem ciemnym korytarzem aż do końca, do ostatniej celi. Tam wyciągnął pęk kluczy i otworzył mocne, drewniane drzwi. Bez słowa, brutalnie, wepchnął ją do środka. Zanim je zamknął, zarechotał:
- Daje ci dwie godzimy. Potem będziesz drapać w drzwi i błagać Jaśnie Oświeconego Księcia o łaskę. Dwie godziny z tym mordercą, a zmienisz zdanie - stwierdził i zamknął wrota.
Elfy widzą w ciemności znacznie lepiej niż koty, mimo to Flam nie od razu go zobaczyła. W lochu unosiło się zatęchłe, pełne strachu i poczucia winy powietrze. Było tak wstrętne i zimne, że delikatna Flamelia aż się wzdrygnęła.
- Spokojnie, nie skrzywdzę cię – usłyszała pełen strachu i poczucia winy głos.
Elfka nic na to nie odpowiedziała. Przycupnęła przy ścianie, zaraz obok wejścia i zaczęła myśleć o tym, jak to za dwa dni wróci do Stanford upokorzona. Postanowiła, że nic nie powie Nimue, nie chciała okazać się tchórzem. To tylko dwie noce, dwie noce. To nie jest wieczność. Nagle dotarła do niej bolesna prawda. Jak ona wytłumaczy swoją nieobecność pani Dyrektor!? A jeśli będą chcieli ją wyrzucić? Zadrżała na tę myśl i szczelniej otuliła się peleryną.
Kiedy oczy dobrze przywykły do ciemności, rozejrzała się po pomieszczeniu. Było stosunkowo niewielkich rozmiarów Na posłaniu z brudnej, dawno nie wymienianej słomy siedział młody mężczyzna. Nie mogła dostrzec twarzy, gdyż siedział oparty o ścianę, a głowę położył na piersi. Chyba próbował spać. Miał ciemne włosy. Ubrany był w brudne, zaplamione krwią szaty, które kiedyś musiały być bardzo bogatym ubiorem. Krew… Flamelia wzdrygnęła się, ale tym razem nie z zimna, lecz ze zgrozy. Jakim trzeba być potworem, by targnąć się na życie drugie człowieka? Bowiem ludzie przecież nic cenniejszego nad życie nie mają. Flam nie rozumiała, dlaczego ludzie się zabijają. Przecież życia, owej najcenniejszej rzeczy zabranej drugiemu człowiekowi, nie można dotknąć. Wyczuła jednak, że duszę tego tutaj przygniata ogromny kamień zrodzony z poczucia winny, nienawiści do siebie samego, strachu, przeogromnego strachu i wątpliwości. Flam znów zadrżała. Tak, pomyślała, w tym się nie różnimy. Wszystkie istoty potrafią odczuwać ogromny lęk.
Pomyślała też, że nie wytrzyma tu dwóch nocy, jeśli powietrze wciąż będzie przepełnione takimi uczuciami. Nie ma znaczenia, że jestem Elfem, umrę tu, nabrała pewności. W powietrzu czuło się zaporę przeciwko czarom. Zachciało jej się śmiać. Ludzie tak mało wiedzieli o czarach. Niewiele, prawie nic. Zapora chroniła jedynie przed czarami różdżki. Mieszkańcy Czarnej Wody nawet nie przypuszczali, że gdy czarodziejowi zabrana zostanie różdżka, może bez problemu odprawiać swoje praktyki, wykonując odpowiednie gesty. Jeśli zaś zawiąże mu się dłonie, może czarować za pomocą wzroku. Były to tak zwane czary drugiego stopnia. Czary trzeciego stopnia potrafili wykonać jedynie wybitnie uzdolnieni czarodzieje. Na ostatnim roku, z całego ich rocznika, jedynie ona i Nimue potrafiły użyć czarów trzeciego stopnia – to jest, wypowiedzieć zaklęcie w myśli i tylko za pomocą myśli sprawić by się spełniło. Ona potrafiła to zrobić, ponieważ była kujonem i jak sama mawiała, miała cel. Nimue potrafiła, ponieważ los podarował jej wyjątkowe zdolności, praktycznie nie musiała ćwiczyć, jakby nic innego nie robiła przez całe życie.
Zapora nie stanowiła więc żadnego problemu. Najpierw, za pomocą czarów myśli, wyczyściła podłogę. Ku jej wielkiej radości nigdzie nie widać było szczurów. Zerknęła na mężczyznę. Wciąż tkwił nieruchomo na swoim posłaniu. Flamelia, dziękując w myślach wszystkim bogom jakich tylko znała, za to, iż Elfy poruszają się bez najmniejszego choćby szelestu, podeszła do okna.
- Jama elesse – wypowiedziała cicho.
Starzy Elfowie mówili, że słowa te są starsze niż cały świat i wszystkie drzewa, że pojawiły się na świecie wraz z pradawnymi Elfami, których jedyną przedstawicielką jest dziś Galwalia. Miały one, według legendy, wraz z dawnymi Elfami zejść z gwiezdnego promienia, który spłynął z oceanu chmur. Słowa te pozwałaby się Elfom komunikować z roślinami, ziemią i powietrzem. Sprawiały, że małe sadzonki w mgnieniu oka zamieniały się w wielkie drzewa, a płaskie równymi stawały się, na prośbę Elfów, głębokimi wąwozami lub wysokimi górami. Tylko jedna Elfka nie potrzebowała tego czaru by komunikować się ze zwierzętami i roślinami. Ale historia nic jeszcze o niej nie wiedziała, tak, jak nie wiedziała o Flameli Eleanti.
Flamelia tylko kilka razy rozmawiała z Królową Elfów. Ale zawsze wydawała jej się ona zarazem bliska i daleka. Zapytała kiedyś Królową o Wielki Czar, zwany niekiedy również Pradawnym Czarem. Galwalia słynęła jednakże z tego, iż nigdy nie udzielała prostych odpowiedzi. Również słowa, które wypowiedziała wtedy, Flam miała zrozumieć dopiero po wielu latach, gdy była już królową Szandejlanu.
- To bardzo silny, pradawny czar – odparła. – Ale o niektórych rzeczach nie należy mówić, Flamelio, córko Eleanti. One po prostu są. Dlatego nie pytaj świata co się stanie w przyszłości, bo niech Gwiazdy na to nie pozwolą, jeszcze prawdę powie. Nie pytaj o sens istnienia, wierz mi na słowo, niewiedza jest błogosławieństwem. Również ty zmierzasz nieuchronnie ku swemu przeznaczeniu. Szybko biegną lata, Flamelio Eleanti.
- Czy dużo jest rzeczy, które po prostu są? I czy wszystkie są tak silne jak nasz czar?
- Niewiele – odparła Galwalia. – Ale niektóre dużo silniejsze. Eleanti, najsilniejsza ze wszystkich jest miłość.
- A co to jest miłość? – zapytała mała Flamelia. Nie rozumiała również, dlaczego królowa zwracała się do niej imieniem matki, ale o to nie miała odwagi zapytać.
Królowa uśmiechnęła się dziwnie.
- Na to pytanie nawet ja nie umiem odpowiedzieć – stwierdziła Galwalia. – Czasami miłość to wielkie słowa, ale tej się wystrzegaj, bo to tylko namiastka, ładne kłamstwo. Ta druga natomiast, prawdziwa, pachnie chlebem i tej szukaj.
Jeszcze raz powtórzyła pradawne słowa i niedługo musiała czekać na efekt. Przez małe okienko w murze, wpadł duszek wiatru. Zatańczył wokół włosów Flamelii, podrywając je do tańca. Niektórych Elfów, upodobanie duszków wiatru do bawienia się długimi włosami bardzo denerwowało. Flam jednakże nie miała nic przeciw temu. Pozwoliła duszkowi bawić się włosami. Okazało się, że duszek jest małą dziewczynka, ubraną w sukienkę z czerwonych liści i zielone buciki z trawy. Włosy dziewczynka miała niebieskie niczym strumyk, ozdobione żółtymi kwiatkami i mieniącymi się w mroku kropelkami rosy.
- Czy mogłabyś oczyścić powietrze? – szepnęła Flam. – Zabrać stąd ten strach?
Dziewczynka kiwnęła głową i zatańczyła wokół pomieszczenia, oczyszczając je. Potem jeszcze chwilę tańczyła wokół Flam, rozsiewając dookoła zapach zwilżonej deszczem ziemi. Włosy Flamelii zdawały się tańczyć razem z nią, co widać bardzo radowało dziewczynkę.
- Dziękuję – zwróciła się do niej Flamelia.
- Selena – powiedziała dziewczynka.
Flamelia wyrwała sobie trzy długie, hebanowe włosy i wręczyła jej duszkowi, przepraszającym tonem mówiąc:
- Dziękuję, Seleno. Ale nie mam nic innego aby podziękować ci za przysługę.
Dziewczynka spojrzała niepewnie na włosy w ręce Flam.
- Mogę je wziąć? - zapytała.
- Oczywiście, należą do ciebie.
Dziewczynka zatańczyła z radości, wprawiając w drżenie powietrze w całym pomieszczeniu.
- Dziękuję – powiedziała. - To wielki dar.
- To ja dziękuję ci za pomoc, Seleno – odparła Flam, gdy dziewczynka wypadła przez małe okienko. Zostawiła jednak po sobie świeże powietrze i zapach kwiatów po deszczu.
- Proszę, odezwij się do mnie. Chcę tylko wiedzieć czy rzeczywiście tu kogoś wtrącono, czy był to tylko wytwór mojej wyobraźni. Tak dawno z nikim nie rozmawiałem…
Flamelia szczyciła się tym, że jest raczej rozważna. I tym razem postanowiła zachować ostrożność. W czasach, gdy dzieje się ta opowieść, była jeszcze bardzo mało pewna siebie. Zaklęła więc swój głos aby był gruby i potężny, jakby należał do rosłego mężczyzny. Dodatkowo chronił ją mrok. Dzięki temu wątłej postury czarodziejka mogła zamienić się na ciała z rosłym, silnym czarodziejem.
- Wstań i odejdź od ściany – rozkazała. Głos wyszedł jej wspaniały. Była z siebie naprawdę dumna.
- Chętnie odstąpię ci posłanie, panie – rzedł mężczyzna. – Wystarczyło poprosić. Nie wszczynałbym z tego powodu bójki.
Mężczyzna wstał i ulokował się przy sąsiedniej ścianie w dużej odległości od drzwi. Flam podeszła do posłania. Słoma był brudna, zbutwiała i śmierdząca. Elfka aż się wzdrygnęła. Dość, Flamelio, nakazała sobie w myśli. Jesteś Elfem, czy zającem! Nie obrażając zajęcy, oczywiście. Za pomocą czarów pozbyła się słomy i wyczarowała płaskie, lecz wygodne poduszki.
- Wracaj na swoje miejsce – nakazała władczo.
Sama ulokowała się z powrotem przy drzwiach. Obserwowała jak mężczyzna z niedowierzaniem dotyka poduszek. Dla siebie również wyczarowała podobne posłanie.
- Jesteś więc, panie, czarodziejem? – zapytał mężczyzna.
- Jestem – odparła. – Pomijając fakt, ze nie jestem panem, lecz panią – dodała w myślach. O to jednak postanowiła zatroszczyć się jutro.
- Czy mógłbyś, panie… Proszę… Panie, zabij mnie.
Tego dreszczu nie potrafiła opanować. Tym razem ucieszyła się, że oddziela ich ściana mroku, przez którą nie można przeniknąć.
- Ja nie zabijam – odparła. - Nie jestem w stanie odebrać nikomu tej najcenniejszej rzeczy, jaką posiada.
- Nawet mordercy? Panie, zabiłem człowieka… Własnego ojca… I tak zginę. Proszę, błagam, zabij mnie.
- Nie – odparła Flam twardo. - Wtedy stałbym się podobny tobie, a tego nie chcę.
- A jeśli się na ciebie rzucę i będziesz musiał się bronić?
- Nawet nie próbuj –odparła Flam, choć poczuła, że dostaje gęsiej skórki. Miała nadzieję, że jej głos brzmi dość pewnie.
- Uważasz, ze jestem potworem? – zapytał mężczyzna, a w jego głosie było tyle bólu, że Flamelia przez chwilę miała ochotę łomotać w drzwi i błagać, by ją wypuszczono.
- A ty tak uważasz? – odpowiedziała pytaniem na pytanie.
- Tak właśnie uważam – odpowiedział szczerze.
- A ja nigdy nie osądzam – stwierdziła jedynie Flamelia.
W ciemności usłyszała głos Galawali, Białej Pani, jedynej już ze starożytnego rodu, który przybył z chmur. Zabierała ich czasem ze sobą do ogrodu, siadała na kamiennej ławce i delikatnie, tak by nic jej się nie stało, brała w dłonie gąsienicę.
- Każda, nawet najdrobniejsza istota jest ważna dla świata.. A to, co widzimy jest czasem zupełnie czymś innym, niż nam się zdaje – mawiała.
Kilka dni potem gąsienica zmieniła się w motyla.
Próbowała spać, ale ciemność napawała ją lekiem. Bała się, że jak uśnie nie usłyszy, kiedy mężczyzna podejdzie i rzuci się na nią. Oczywiście bała się, iż ją zaatakuje, jednak jeszcze bardziej denerwował ją fakt, iż broniąc się będzie musiała go zabić. Czary zmęczyły ją, ale postanowiła zdobyć się na ostatni wysiłek. Chwilę szukała w myślach odpowiedniego zaklęcia. Wreszcie, gdy je odnalazła, wypowiedziała. Kiedy chuchnęła w dłonie, pojawił się tam mały, jasny płomyk.
- Możesz spokojnie spać – rzekło światełko, zeskakując z jej dłoni. – Zadbam, żeby to tamto nie miało do ciebie dostępu.
- Masz na myśli mrok, mam nadzieję – odparła Flamelia. – Bo jeśli chodzi o tamtego mężczyznę to nie jest „to tamto”, lecz człowiek.
- On i tak nie rozumie naszej rozmowy – stwierdził ognik. – Widzi tylko mruganie.
- Przepraszam, ale czy ty jesteś żywy?
- No ba – odparło dumnie światełko.
- Chyba coś spartoliłam – powiedziała do światełka.
- Nie jesteś jeszcze wybitną czarodziejką, to fakt – przyznało usłużnie światełko.
Poduszki były miękkie, więc spała wygodnie, lecz niespokojnie. Gdy otworzyła oczy, przez małe okienko, wpadało do środka szare światło, rodzącego się dopiero świtu. W lochu było jeszcze dość ciemno, lecz Flamelia widziała równie dobrze, jak w promieniach słońca. Ognik spał u wezgłowia jej posłania, pulsując ciepłym światłem. Flam parsknęła śmiechem:
- Wspaniały obrońca, nie ma co – stwierdziła.
Wstała powoli i posuwając się bezszelestnie, stanęła przy posłaniu mężczyzny. Mogła teraz spokojnie obejrzeć jego twarz. Była w niej jakaś stanowczość, właściwa tylko władcom. W mroku wydawał się dorosłym mężczyzną, w rzeczywistości nie miał jednak więcej niż osiemnaście lat, może nie był nawet pełnoletni. Flam wyczuła, że dręczą go niedobre myśli, nie poczuła jednak zapachu zła, jedynie niepewność i wszechobecny strach. Pomyślała, że znowu przydałaby się pomoc Seleny. Zauważyła, że on też śpi niespokojnie. Od czasu do czasu rzucał się na posłaniu. Zapewne dręczyły go złe sny. Co widzisz, zastanowiła się. Moment jak odbierasz życie ojcu? Skoro tak bardzo dręczy cię ta wizja, dlaczego to zrobiłeś? Co pchnęło cię do takiego czynu? Chyba był chory, bo na czole perlił mu się pot. Chciała już odejść, lecz właśnie w tym momencie on otworzył oczy. Chwycił ją bardzo mocno za rękę, uniemożliwił wstanie.
- Kim jesteś? – zapytał wrogo. Czarne oczy zasnute były mgłą. Bez wątpienia był chory. Miał wysoka gorączkę.
Flamelia nie odpowiedziała. Drugą, wolną rękę przyłożyła mu powoli do czoła. Było gorące. Nie bardzo wiedziała co robić. Wczorajsza przygoda z płomykiem utwierdziła ją jedynie w przekonaniu, że jest marną czarownicą. To, że znała teorie nie oznaczało wcale, że wszystko jej się uda w praktyce. Zresztą nic ze sobą nie miała. Nic, co mogłaby jej pomóc.
- Śnisz mi się? – zapytał.
- Chciałabym bardzo – pomyślała Flam. Przez chwilę pomyślała o wezwaniu Nimue. Miała jednak świadomość, że jeśli ona mu nie pomoże, nikt mu nie pomoże, a wtedy więzień umrze zanim nadejdzie wieczór.- Może by wezwać Nimue i poprosić o pomoc? Nie, Flamelio. To ciebie rzucił tu los i musisz sobie poradzić. SAMA – zastanawiała się dalej.


W tym czasie obudził się również ognik i migocząc raz jaśniej, raz słabiej pokonał komnatę, by wreszcie, nie bez problemów, wskoczyć jej na kolana.
- Boli cię, prawda? Krzywdzi cię, paskudny człowiek. Przypalę go.
Flamelia dotknęła ognika delikatnie, uspokoiła go. Potem tą samą dłonią, gdyż druga wciąż tkwiła w mocnym uścisku, dotknęła szyi. Czar przestał działać.
- Puść proszę – zwróciła się do chłopaka. – To mnie boli.
Zdziwiony, ze Flamelia nie jest zjawą, z trudem odwrócił głowę w jej stronę. Rozejrzał się po sali.
- Gdzie czarodziej? – zapytał.
- Jestem tylko ja – odparła spokojnie. – Dla pewności posłużyłam się w nocy męskim głosem. Na mężczyznę trudniej jest przecież się rzucić i zmusić żeby cię zabił, niż na słabą kobietę, prawda?
Nie odpowiedział. Może wymagało to od niego zbyt wielkiego wysiłku, a może po prostu nie wiedział co odpowiedzieć. Elfka podeszła do drzwi i mocno w nie zastukała. Natychmiast otworzył rosły mężczyzna, nie był to jednak ten sam blaszak, który wczoraj ją tu zamknął. Ten miał około czterdziestu lat i dobre, łagodne spojrzenie. Flam odetchnęła. Po raz pierwszy od wczorajszego popołudnia miała od czynienia z dobrym człowiekiem.
- Posłać po księcia, pani?
- Nie ma potrzeby, dziękuję – odparła, uśmiechając się.
- Czy nic ci nie zrobił? – zapytał żołnierz, pokazując brodą na młodzieńca. Flam jednak wyczytała z jego oczu, ze zupełnie inaczej chciał sformułować swoje pytanie. Kochał swojego pana i nie wierzył w jego winę.
- Nie, ale dziękuję za troskę.
- Bardzo mi przykro, pani. Widać, że jesteś już damą, mimo iż jeszcze dzieckiem. Ile masz lat? Piętnaście?
- Szesnaście – odparła Flam. Chciało jej się śmiać. W rzeczywistości była dużo starsza od żołnierza, z którym rozmawiała.
- Ogromna to szkoda, ze musiałaś poznać mojego pana – stwierdził żołnierz. - W czym mogę ci pomóc?
- Potrzebne mi wiadro ciepłej wody.
- Po prostu woda? – zdziwił się.
- Chciałabym się umyć.
- Zobaczę co da się zrobić.
Chwilę stała pod drzwiami, czekając. Czuła na sobie wzrok chłopaka, nie odwróciła jednak głowy. Wreszcie ponownie usłyszała kroki. W tym czasie, zdążyła mentalnie przekazać Nimue, że nadal żyje i że zobaczą się następnego dnia. Wreszcie wrota ponownie się uchyliły i żołnierz podał jej wiadro z wodą.
- Mam dla ciebie dobrą wiadomość – zwróciła się do żołnierza.
Uśmiechnął się niepewnie.
- Jaką możesz mieć dla mnie dobrą wiadomość ty, pani, której położenie jest tak straszliwe?
Nie zrozumiała, dlaczego jej położenie ma być straszliwe. Ostatecznie nie widziała jeszcze ani jednego szczura. Żołnierz aż zadrżał, gdy spojrzała mu w oczy.
- Ty i Sara jesteście dobrymi ludźmi. Nie zasłużyliście na takie cierpienie.
- Dziękuję ci, pani, ale mamy wszystko, czego nam potrzeba.
- Naprawdę? – zapytała.
Nie odpowiedział.
- Możesz mi teraz nie uwierzyć, ale równo za miesiąc twoja żona dowie się, że jest w ciąży.
Żołnierz nie posiadał się z radości. Uniósł ją w powietrze i okręcił dookoła własnej osi. Kiedy ja wreszcie postawił, rzekł:
- W nocy, pani, choćbym miał to przypłacić życiem – wyszedł i zamknął za sobą drzwi.
Chłopak odwrócił się w jej stronę.
- Kłamałaś – stwierdził. To nie było pytanie.
Flamelia pokręciła głową.
- Nie kłamałam.
- Więc jak… Przecież nie możesz tego wiedzieć – stwierdził stanowczo. W jego głosie było coś dziwnego. Był słaby a jednocześnie zdawał się stanowić prawo. Jakby sam fakt, że właściciel głosu coś powiedział, decydował o tym, że miało być właśnie tak a nie inaczej.
Flamelia zdawała sobie sprawę z tego, że nie jest w stanie mu wytłumaczyć, skąd wie. Bywało, że Elfom wystarczyło jedno spojrzenie na człowieka, by dowiedzieć o nim więcej, niż on sam o sobie być może wiedział kiedykolwiek.
- Czary – odparła więc krótko.
Flam wzięła wiadro i podeszła do łóżka chłopaka. Był może dwa lata starszy od niej, a mimo to przecież dużo, dużo młodszy. Rozbawiła ją ta myśl. Ludzie, taki dziwny gatunek. Rodzą się, powoli dorastają, by szybko odejść. Bo czym też było ludzkie życie dla Elfa? Jedynie chwilką.
- Skoro niby jesteś tym czarodziejem, którego wtrącili tu w nocy, dlaczego nie wyczarowałaś wody?
Flamelia pomyślała, że nie ufa jej równie mocno jak ona jemu. Dobrze, że nie zostanie tu długo.
- Ponieważ wczorajsze czary mnie zmęczyły – wyjaśniła. – Jesteś w stanie się podnieść?
- Oczywiście – odparł.
Ale jednak nie był. Gdyby mu nie pomogła, nie wstałby już. Z trudem, ale udało jej się oprzeć go o ścianę.
- To pewnie ten obłęd – rzekł. Czuł się w obowiązku wytłumaczyć swą słabość. Widocznie nie nawykł do proszenia o pomoc. Zawsze, aż do tej pory, radził sobie sam. Ona wprost przeciwnie.
- Nie obłęd, tylko zapalenie płuc – stwierdziła rzeczowo Flam.
Delikatnie odgarnęła mu włosy z czoła i za pomocą ciepłej wody i gąbki przetarła twarz. Okazało się, że pod warstwą brudu kryło się przyjemne oblicze.
- Nie brzydzisz się dotykać mordercy? – zapytał, gdy obmywała mu szyję. Widać, że nie nawykł też kłaniać się komukolwiek. Ani razu nie użył zwrotu „pani”. Ale był księciem, mógł sobie na to pozwolić. – Nawet nie spojrzysz mi w oczy.
- Boję się, ze w twoim stanie byś tego nie wytrzymał.
- Co masz na myśli?
Zupełnie nieoczekiwanie spojrzała mu w oczy. Wytrzymał to spojrzenie tylko kilka sekund. Po chwili spuścił wzrok. Flamelia chwyciła go za podbródek i uniosła twarz ku górze, tak, że teraz musiał spojrzeć jej ponownie w oczy. Zobaczyła w nich strach. Przede wszystkim strach. Wiedziała jednak, że kiedy człowiek zabija swego brata, pozostawia to bliznę na jego duszy. Bliznę, która odbija się w oczach, jako, że te są jej zwierciadłem. Flamelia wdarła się do duszy tego młodego człowieka, bojąc się, co tam zobaczy. Lecz mimo, że wpatrywała się w te czarne oczy długo, nie odnalazła w nich blizny.
- Jesteś pewien, że to ty? – zapytała nieoczekiwanie dla samej siebie. - A co ci mówi twoje serce?
- Że jestem tchórzem.
- Nic więcej?
- Nie.
Kiwnęła głowa. Jak żałowała, że ludzie nie potrafią się wsłuchiwać w głos własnego serca. Już nie mówiąc o sercach innych ludzi. Tylu problemów pomogłoby to uniknąć. Westchnęła. Ku zdziwieniu młodego człowieka spokojnie rozpięła i zdjęła mu koszulę.
- Nie na za dużo sobie pozwalasz? – zapytał, próbując się uśmiechnąć.
- Sam przecież tego nie zrobisz, prawda?
- Mogę ci rozkazać, byś tego nie robiła.
Pokręciła głową z niedowierzaniem.
- Rozkazy. Wszystko to tylko rozkazy. A czy nikt nie nauczył was prosić?
Zdziwiły go te słowa.
- Owszem, mogę ci pozwolić umrzeć – stwierdziła spokojnie, dalej go myjąc. – Ale jak to świadczyłoby o mnie?
Odszukała w myślach odpowiednie słowa, wyczarowała gruby koc i nową koszulę. Kiedy obie rzeczy opadły na jej ręce, ucieszyła się, iż udało jej się niczego nie zepsuć. Był czas teorii, najwidoczniej przyszedł czas praktyki. Ubrała go. Był bezwładny niczym lalka. Flam pomyślała, iż cała sytuacja pewnie go upokarza, ale jakoś nie mogła w sobie odnaleźć współczucia. Zrozumiała, iż cień człowieka, który przed nią siedzi jest młodszą kopią swojego brata.
- Chcesz mi coś powiedzieć – wyczuł, kiedy zabrała się za zapinanie guzików.
Tylko raz zadrżały jej ręce.
- Spójrz na mnie – powiedział.
Uparcie wpatrywała się w podłogę, przerwała zapinanie koszuli.
- Nie zrozumieliśmy się – stwierdził. – To nie był rozkaz. Jedynie prośba.
Spojrzała mu w oczy, a wtedy zapytał:
- Chcesz mi coś powiedzieć?
- Nigdy nie prosicie, nigdy. A przecież ludzie zasługują na to, by traktować ich jak ludzi. Tylko tyle, ale może aż tyle? – mówiąc to, wstała.
- Ale skąd pewność, ze jestem taki? – zapytał. – Już wiem. Przez tego prosiaka, mojego brata… Zawsze miał to, czego chciał. To przez niego tu jesteś tak? Ale ja naprawdę nie jestem do niego podobny.
- Nie? Więc dlaczego tu siedzisz? – zdenerwowała się.
- Masz rację – powiedział. Zupełnie ją zaskoczył.
Uklękła ponownie i powiedziała:
- Nie mam. Przepraszam. Nie powinnam tak powiedzieć.
- Ale masz rację, siedzę tu, ponieważ zabiłem człowieka. Tylko ty siedzisz tu bez powodu.
- W tej celi jest dwoje niewinnych – stwierdziła. Nie mogła dodać słowa ludzi, bo to już nie byłaby prawda, a Flamelia nienawidziła kłamać.
- Robisz to wszystko tak delikatnie, ze prawie nie czuję twojego dotyku, pani. A przecież za każdym razem rodzi się ciepło, które trafia aż do serca.
Flam nie odpowiedziała, pomyślała jednak, że książkę zdał egzamin. Nie umknęło jej, że przestał się do niej zwracać na ty. Nie mogła się pozbyć wrażenia, że byłby dobrym królem. Jeszcze raz odgarnęła mu z czoła kosmyk włosów. Kiedy to zrobiła chwycił ją za dłoń i powoli uniósł do swego policzka. Czuła, ze w każdej chwili może zabrać rękę. Nie, jednak się pomyliła. Nie był podobny do swego brata albo tak dobrze potrafił kłamać. Mimo to, Flamelia, ku własnemu zdziwieniu nie zabrała dłoni. Chłopak złożył na niej delikatny pocałunek.
- Dziękuję. Dziękuję, że nie traktujesz mnie jak zwierzę, którym jestem.
- Nie zrobiłeś tego – powtórzyła ponownie z ogromną pewnością. Zaskoczyła nawet samą siebie. Nie wiedziała, że jej głos jest zdolny do tego, by nabrać takiej siły. – Dziwne rzeczy się dzieją – pomyślała.
Pomogła mu się ponownie położyć i szczelnie okryła kocem. Nagle przypomniała sobie o diamentowej buteleczce. Wyciągnęła ją z kieszeni sukni i przystawiła do ust młodzieńca.
- Co to jest?
- Coś, co pomoże ci wyzdrowieć.
- Mogłabyś mnie zostawić po prostu w spokoju, pani.
- Mogłabym, ale togo nie zrobię.
W tym momencie resztka wody w wiadrze zamigotała i gładka tafla odbiła twarz Nimue.
- Nie słyszę żebyś wołała o ratunek! Jesteś kompletnie nieodpowiedzialna – Nimue nigdy by się nie przyznała, że umiera z niepokoju o przyjaciółkę. Strach, ukrywała pod maską wesołości.
- Nie trzeba mi ratunku, jak widać jestem cała i zdrowa. Co do odpowiedzialności, to przyganiał kocioł garnkowi.
- Siedzisz w celi z mordercą! – przypomniała Nimue, chłopak słysząc to jęknął.
- Widzisz, żeby mi się działa krzywda? – Flam pomyślała, że jej przyjaciółka nie pamięta już zapewne nauk Galwali.
- Czasami działasz mi na nerwy, Flam. No naprawdę… Siedź sobie tam ze szczurami.
- Nie ma szczurów – stwierdziła z triumfem Flamelia.
- Są – zaoponował książę. – Tylko dziwnie jakoś nie przychodzą.
Flamelia skrzywiła się wyraźnie. Wszystko, tylko nie szczury. Ale może boją się ognika.
- Jutro wrócę. Cała i zdrowa.
- Jak chcesz – twarz Nimue znikła.
- Twoja przyjaciółka? – zapytał chłopak.
Elfka kiwnęła głową i sama pociągnęła łyk z buteleczki. Mały łyk mógł zaspokoić głód i pragnienie przez cały dzień.
- Ty też czujesz zapach chleba? – zapytał.
Flamelia zakrztusiła się.
- Nic nie czuję, majaczysz – stwierdziła, choć i ona go poczuła. Zapach był dość wyraźny.
- Nieładnie jest kłamać, Siostro – upomniał ją ognik, który właśnie obudził się ze snu, by zapaść w kolejny.
- Wiem, mały śpiochu. Nie musisz mi tego mówić – odparła, głaszcząc światełko. Potem znów zwróciła się do księcia. – A ty nie masz przyjaciół?
- Nie, wszyscy odwrócili się ode mnie po tym jak brat mnie tu wtrącił. Nie pamiętam tej nocy, kiedy to się stało. Jadłem ze wszystkimi kolację, a potem znaleziono mnie nieprzytomnego, zakrwawionego ze sztyletem w dłoni. Ale może się upiłem i po prostu nie pamiętam.
- Albo twój brat musiał mieć kozła ofiarnego. Za dużo tych niezaprzeczalnych dowodów – pomyślała Flamelia, lecz zachowała tę myśl dla siebie.
- Proszę, kiedy przyjdzie strażnik, idź z nim. Nie chcę już nikogo skrzywdzić. Nigdy. A już najmniej ciebie, która okazałaś mi tyle dobroci, pani.
- Pomijając fakt, że nie jestem człowiekiem – pomyślała. – O czym mówisz?
- Mój brat wiedział, co robi. Miałaś nie wyjść z tego żywa. Dziś pełnia a ja jestem wilkołakiem. Jeśli stad nie uciekniesz czeka cię straszny los. Rozszarpię cię…
Flamelia użyła wszystkich swych sił, by nie krzyknąć. Po raz kolejny była przerażona. A już prawie zapomniała o lęku, który jej towarzyszył. I tylko czasami odchodził, by zawsze napłynąć jeszcze większa falą. Tego wszystkiego było już na nią jedną, biedną za dużo.
- Wiejemy siostro? – zapytał ognik, ładując jej się na kolana. Zamigotał potężnie, gdyż zaczynało szarzeć.
Flamelia od kilku godzin siedziała pod ścianą, pilnując niespokojnego snu chorego i zmagając się z myślami. Co powinna zrobić? Pozostało niewiele czasu na decyzję. Postanowiła jednak, że będzie to męska decyzja. I znów zadziwiła sama siebie. Decyzja została podjęta w jednej chwili.
- Nie, światełko. Nigdzie się nie wybieramy.
- Proszę, pani… - czuła, że naprawdę pragnął żeby odeszła.
- Mam na imię Flamelia – powiedziała jedynie.
- Jestem Bisclavret – przedstawił się książę, który przed chwilą znów się przebudził.
- Książę Bisclavret – poprawiła go. Słysząc ta uwagę machnął jedynie ręka.
- Masz plan, Siostro? – wtrącił się ognik.
- Jeszcze nie – odparła Flam, zagryzając wargę. – Wymyślam na bieżąco.
W tym momencie do komnaty wszedł strażnik. Był to ten sam mężczyzna, który rano przyniósł wodę. Zamknął drzwi i podszedł do nich. Ukłonił się nisko i z poczuciem winy w głosie rzekł:
- Wybacz mi, mój panie.
- Bardzo na bieżąco – mruknęło światełko.
Bisclavret bez słowa wyciągnął spod koca ręce i nogi, które żołnierz zakuł w kajdany.
- Pani, jeśli mamy cię stąd wydostać, musimy wyjść natychmiast.
- Nigdzie nie idę – odrzekła stanowczo.
- Flamelio, to rozkaz! – krzyknął Bisclavret, oparty o ścianę i spętany niczym zwierzę.
- Nie jesteś moim królem, nie ty – odparła stanowczo.
- Flamelio, nie chcę zabić również ciebie, zanim.. zanim… zanim.. to się stanie – wykrztusił. – Dlatego proszę cię, odejdź.
Podzwaniając łańcuchami, odwrócił się do ściany.
- Co się stanie? – zapytała Flamelia.
Bisclavret milczał.
- No, odpowiedź mi! Co się stanie? – spojrzała na strażnika.
- Jutro jest egzekucja – wyjaśnił strażnik.
- Nie możecie, on jest niewinny! – krzyknęła.
- A ma pani na to dowody?
Flamelia milczała.
- Jeśli nie chce iść po dobroci, wywlecz ją siłą – zwrócił się Bisclavret do strażnika. – Proszę cię, Orfeuszu.
Strażnik mocno szarpnął Flamelię. Próbowała się opierać, ale był za silny. Kiedy byli już przy drzwiach i wszystko wydawało się stracone, Flamelia zwróciła się do Bisclavreta ze łzami w oczach:
- Ludzie powinni mieć prawo sami wybierać!
- Puść ją, jeśli chce – westchnął książę.
Strażnik puścił Flamelię, ukłonił się i wyszedł sam.
- Widzę, że nie boisz się śmierci – rzekł Bisclavret. – Tylko dlaczego chcesz tu umrzeć? Nie chcę cię przecież skrzywdzić.
- Nic mi się nie stanie – zapewniła. – Musze się zastanowić jak cię stąd wydostać o świcie.
- Dla ciebie już nie będzie świtu, Flamelio.
Flamelia krążyła po pokoju, myśląc. Słonce jeszcze zupełnie nie zaszło, ale miała coraz mniej czasu. Wtedy przystanęła. Usłyszała w myślach starą, elficką balladę, którą bardzo lubiła:
- Być może ten, któremu oddałam serce, jest tylko cieniem tego, o którym marzyłam - powtórzyła za balladą.
Spojrzała na nędznego człowieka, który siedział pod ścianą. Czy to możliwe, żeby ten człowiek…A jednak, przecież o świcie i ona poczuła zapach chleba, wydobywający się z kryształowej buteleczki. A przecież płyn powinien być bez smaku i zapachu. Istniała oczywiście możliwość, że Flam znów coś nie wyszło. Mimo wszystko za dużo już było tych zbiegów okoliczności i przypadków. Galwalia mówiła, że nie ma przypadków. Mówiła, że Gwiazdy znają wszystkie Istoty i podłóg ich możliwości, wyznaczają losy i zadania do wykonania. Nic na świecie nie było przypadkiem. Miłość miała zapach chleba. Należy o nią walczyć.
Kiedy Bisclavret zaczął się zmieniać w potężnych rozmiarów srebrnego wilka, Flamelia, modląc się w duchu, żeby się udało, postanowiła wykonać swój plan. Była prawie pewna, że się nie uda. Ale nie mogła pokazać Bisclavretowi, że i w jej sercu mieszka strach. Wypowiedziała zaklęcie, błysnęło i gdy otworzyła oczy, była śnieżnobiałą gołębicą. Wilkołaki rzucają się tylko na ludzi. Pod postacią zwierzęcia była więc bezpieczna. Miała też już plan, jak go stąd wydostać. Plan, owszem, był szalony, ale przez to miał szansę powodzenia.
W pewnym momencie przypomniała sobie jeden z wielkich woluminów, jakie czytała w Stenford. Spojrzała okiem ptaka na srebrnego wilka, który bez problemu rozerwał kajdany i teraz spokojnie spal sobie wśród poduszek. I wtedy podjęła decyzję. Najtrudniejszą decyzję w swoim życiu. Wypowiedziała zaklęcie odwracające.
Wilk natychmiast ją wyczuł. Wstał. Flamelia zamknęła oczy. Bała się. Tak strasznie się bała. Poczuła, że ogromny zwierzak powala ją na posadzkę. Pewnie by ją rozszarpał, gdyby upadając, nie otworzyła oczu. Spojrzenia się spotkały. Wilk schował kły i zszedł z niej. Potem zawył przerażająco. Flamelia widziała, że człowiek toczy walkę z bestią. Ostatecznie zwyciężył Bisclavret. Ale tego już Flam nie zobaczyła. Strach sprawił, ze Elfka straciła przytomność.
Gdy strażnik zbiegł do podziemi, zaalarmowany strasznym wyciem i przerażony otworzył drzwi, zobaczył swojego pana siedzącego na podłodze. Na jego kolanach leżała nieprzytomna młoda dziewczyna. Oboje jednak byli cali i zdrowi.
- To musiały być bardzo potężne czary.
Bisclavret nie odpowiedział.
Kiedy Flamelia odzyskała przytomność, stwierdziła, że jest jej ciepło. Właśnie wstawał nowy dzień, zalewając salę nieziemskim światłem. Po chwili zrozumiała, gdzie miało źródło owo ciepło. Znajdowała się w ramionach Bisclavreta. Uśmiechnęła się do niego, odpowiedział uśmiechem. Flamelia przypomniała sobie słowa Galwali. Niektóre rzeczy po prostu są.
Drzwi się otworzyły i do cieli wszedł nowy strażnik. Scena, którą ujrzał musiała go zdziwić, ale nie dał tego po sobie poznać.
- Pani, skoro żyjesz, jesteś wolna – stwierdził po prostu.
Flamelia wstała. Wstał również Bisclavret. Spojrzał na nią i ponownie się uśmiechnął. Jednak w jego spojrzeniu było tyle strachu, że dawna Flamelia zadrżałaby. Nowa Flamelia jednakże odpowiedziała na uśmiech i podniosła z ziemi swego przyjaciela ognika. Została już tylko jedna decyzja do podjęcia. Wiedziała, ze jeśli to zrobi, nie będzie już odwrotu. Nigdy. Zdawała sobie też sprawę, że on nie będzie miał pojęcia, jak wielki dar od niej otrzymuje.
Dla Elfów bowiem pierwszy pocałunek ma ogromne znaczenie. Elf poprzez pierwszy pocałunek na zawsze wiązał się z osobą, którą wybierał. Na zawsze oddawał część swej duszy. Na zawsze zobowiązywał się kochać tylko tę jedną, wybraną istotę. Żaden kolejny pocałunek nie miał już takiego znaczenia. Nie wyzwalał wielkiej magii. Tylko ten jeden – pierwszy. Flamelia nie znała jednak innego sposobu, by przelać część uczuć ze swego serca na Bisclavreta. Chwyciła go za rękę i patrząc w czarne oczy, powiedziała:
- Wrócę po ciebie.
Przyłożył do ust jej dłoń.
- Żegnaj, Flamelio. Gdyby to był dzień mojej koronacji, a nie egzekucji, zaprosiłbym cię na wielki bal. Potem, o północy, zabrałbym cię do ogrodu i poprosił byś została moją królową.
To, co wydarzyło się później Flamelia miała widywać jeszcze przez długi czas, za każdym razem gdy przymykała powieki. Ledwo książę skończył mówić, Flamelia go pocałowała, przekazując w ten sposób na zawsze cząstkę swojej duszy. Bisclavret był zaskoczony, ale nie aż tak, by nie oddać pocałunku, co z kolei zaskoczyło Flamelię. Takiego właśnie, uśmiechniętego, zobaczyła go zanim z ognikiem na rękach opuściła loch.
- Cóż za odwaga, Siostro – pochwalił ją Światełko.
- No, cóż… - Flamelia uzmysłowiła sobie, że to rzeczywiście wymagało odwagi. Odwagi, której do tej pory w sobie nie miała. – Dzięki.
Przed bramą grodu czekał na nią Gryf. Czuł, że jego pani bardzo się spieszy, więc do Stenford dotarli w pół godziny. Flamelia wbiegła do pokoju, który zajmowała z Nimue. Ściągnęła z przyjaciółki kołdrę, krzycząc:
- Ubieraj się, opowiem ci wszystko po drodze.
Szybko zebrała potrzebne rzeczy – dwie fioletowe peleryny i złoty wisiorek w kształcie smoka z rubinowym okiem, symbol Stowarzyszenia.
- Skąd to masz? – zapytała zaspana Nimue. – I po co nam to?
- Podszyjemy się pod magów.
- Oszalałaś?! To się nie może udać!
- I pewnie dlatego się uda. Masz rację, oszalałam. Na zawsze i na wieczność oszalałam.
- Nawet głupio gadasz – stwierdziła Nimue.
- A smoka mam od mamy. Dostała go kiedyś od ojca, w czasach gdy był jeszcze dobrym człowiekiem.
- To się nie uda – powtórzyła Nimue. – Ale wchodzę w to.
- To się musi udać – szepnęła Flamelia, żegnając się ze światełkiem.
Pędziły z powrotem do Czarnej Wody, a Flamelia przez całą drogę mówiła. O tym, że książę zabił ojca, a teraz za tę zbrodnię zostanie ukarany jego brat. Opowiadała o tym, co się stało w lochu, wreszcie o tym, jak zdecydowała się cofnąć zaklęcie i wilkołak się na nią rzucił.
- To musiały być naprawdę potężne czary – stwierdziła Nimue.
- Wierz mi, nie ma potężniejszych czarów nad miłość – odparła Flamelia. – Ale niektóre rzeczy po prostu są, więc nie warto o tym mówić.
- Pocałował cię – domyśliła się Nimue. – A to bydlę, zabrał ci kawałek duszy, nie zdając sobie nawet z tego sprawy. Ci beznadziejni ludzie…
- Daruj sobie, Nimue. To ja go pocałowałam.
- Co zrobiłaś? Dałaś jakiemuś człowiekowi cząstkę siebie? – nie mogła uwierzyć Nimue.
- Nie jakiemuś – zaprzeczyła Flam. – Dałam cząstkę siebie temu człowiekowi, Bisclavretowi, który jest jedyny i wyjątkowy.
- Nigdy bym tak nie zrobiła.
Ale postąpiła zupełnie tak samo. Klika lat później, gdy ich drogi się rozeszły, Nimue odkryła, że zło jest znacznie bardziej pociągające niż dobro. Ona również podarowała cząstkę swej duszy człowiekowi. I zawsze miała za to cierpieć. Był to bowiem człowiek, który rozpętał wojnę. Właśnie wtedy Flamelia, do której na dobre przywarł przydomek Eleanti, po raz pierwszy i ostatni zabiła człowieka. Ale to już zupełnie inna historia…
Na razie jednak, ubrane w fioletowe płaszcze, pędziły brukowanymi ulicami miasta. Wpadły na plac w momencie, gdy kat zakładał pętlę na szyję Bisclavreta.
- Srać w imieniu Maga Najwyższego, Andikulusa – to był pierwszy raz, kiedy Flamelia powstrzymywała kogoś w imieniu swego ojca, ale wbrew jego woli. Potem jeszcze wiele razy miała tak robić.
Gryf wskoczył na podwyższenie. Brat Bisclavreta i prokurator podnieśli się z miejsc.
- Co się stało, że odwiedza nas tak dostojny gość? – zapytał prokurator.
- Mamy podstawy sądzić, ze ten człowiek jest niewinny – krzyknęła Flamelia. – Zabieramy go, do czasu aż to udowodnimy!
- Ależ… - brat Bisclavreta poczerwieniał.
- Masz czelność się nam sprzeciwiać? Nam, którzy stoimy na straży prawa z woli Merlina?
- Zabierajcie go, panie – prokurator okazał się bardziej pokorny. Karierowicz. Nie chciał mieć kłopotów.
- Świetnie – pomyślała Flam. – Drugi raz w ciągu tygodnia podszywam się pod faceta – Ale przecież nie zmieniła głosu. No tak. Nie dość, że karierowicz, to jeszcze tradycjonalista. Nie potrafił sobie wyobrazić, by do Stowarzyszenia mogła należeć kobieta! Flam pomyślała, że bardzo chętnie zagra im wszystkim na nosie.
Flam wraz z Bisclavretem wsiedli na Gryfa, zeskoczyli z postumentu i ruszyli galopem przed siebie. Gdy przemknęli obok Nimue, jej koń widowiskowo stanął dęba, a potem pomknęła za nimi.
- Nie mogłaś się powstrzymać, prawda? – zaśmiała się Flamelia.
- Jak ty mnie dobrze znasz – zaśmiała się Nimue. – Więc gdzie odstawiamy jego najjaśniejszą wysokość?
Flam zrzuciła kaptur, gdyż byli już w lesie. Zatrzymała konia na polanie.
- Gryf zaniesie Bisclavreta do Lut Teren, a my wrócimy do Stenford.
- Stenford tak, ale Lu Teren? Galwalia będzie zachwycona – zakpiła Nimue.
- Myślę, że nie będzie miała nic przeciwko – stwierdziła Flam. – Ona też zna zapach chleba.
Nimue rzuciła mimo uszu uwagę o chlebie.
- A pomyślałaś co się stanie jak twój ojciec się dowie?
- Tak – odparła Flamelia. – Nie dostanę się do Stowarzyszenia. Ale to już nie jest ważne. Już nie.
Nimue, ponieważ była dyskretna, odjechała kawałek dalej.
- Przyrzekam ci, że zasiądziesz na swoim tronie – powiedziała Flam do Bisclavreta.
On dotknął dłonią jej policzka.
- To już nie jest ważne. Już nie. Dziękuję, Flamelio.
Przytuliła się do niego. Żadne z nich nie wiedziało na jak długo się żegnają. Flamelia spojrzała mu w oczy, a wtedy książę Czarnej Wody, odgarnął jej włosy. Dotknęła swojego ucha i spuściła głowę. Wtedy Bisclavret złapał ją za podbródek i zmusił, by na niego spojrzała. Tak samo zrobiła ona, zaledwie dzień wcześniej, a przecież wydawało się, że minęły wielki.
- Kocham cię – powiedział – i nic innego się nie liczy.
Wsiadł na Gryfa i poczekał, aż Nimue pomoże Flamelii zasiąść na swojej klaczy. Żadne z nich nie wiedziało, że ponownie spotkają się dopiero, gdy Flamelia, już wtedy Eleanti, będzie mężatką, królową Szandejlanu.
Gdy wracały do domu Nimue była zła. Flamelia świetnie wyczuwała jej nastroje.
- Co jest? – zapytała.
- Przecież ty nigdy nie kłamałaś. Miałaś cel w życiu i szłaś przed siebie. Byłaś moim wzorem, a teraz nawet ciebie nie mogę być pewna! – wybuchła Nimue.
- Proszę? – Flam nic nie zrozumiała.
- Chciałaś być Magiem i nic innego się nie liczyło, a teraz obróciłaś wszystko w perzynę dla jakiegoś wilka, który nawet nie wie, co dostał! Parszywy człowiek.
- Nimue, nie mów tak. Nie pozwalam ci.
- W jedną noc oszalałaś! Co z nią zrobiłaś, gdzie jest Flamelia, prawdziwa Flamelia?!
Powiedz mi, wyjaśnij! Mówiłaś mi, że nigdy nikogo nie pocałujesz dopóki nie będziesz pewna, że na zawsze, do końca życia, a może dłużej! A tymczasem co zrobiłaś? Pocałowałaś wilkołaka zanim powiedział, że cię kocha. Może go już nawet nie nigdy nie zobaczysz!
- Może…
- Więc po co, dlaczego…
- Chlebem mi zapachniało – stwierdziła Flamelia. Nic więcej nie powiedziała. Jedynie tyle.
Flamelia jednak nie zupełnie się zmieniła. Miała cel i brnęła do przodu. Dostała się do Stowarzyszenia i została jednym z trzech zastępców Andikulusa. Rozczarowała się. Gdy Mag Najwyższy dowiedział się, że jest jego córką, traktował ją jeszcze gorzej. Stowarzyszenie jednakże pomogło Flam w zajęciu się sprawą Bisclavreta. Aż w końcu znalazła dowodny na jego niewinność. Straciła samozwańca z tronu i wprowadziła na niego prawdziwego króla. Potem dzień za dniem czekała na zaproszenie. Przygotowała nawet sukienkę. Przepiękna, białą sukienkę. Zaproszenie jednak nie nadchodziło.
Wciąż spierała się z Andikulusem. Wszystkie jej nadzieje, prędzej, czy później, umarły. Ojciec był złym człowiekiem. Wiedziała o tym, ale wciąż trwała przy jego boku, gdyż trzymała ją przy nim miłość. Ale pewnego dnia przelała się czara goryczy. Dowiedziała się, że zaproszenie przyszło, lecz Mag jej go nie oddał.
- Ojcze… – powiedziała ze łzami w oczach. Nawet nie wiedziała, co jeszcze miałaby powiedzieć.
Odwrócił się do niej plecami i rzekł twardo:
- Miłość cię stworzyła, miłość cię zniszczyła.
- Nienawidzę cię! Nie rozumiem jak moja matka mogła cię tak kochać!
Płacząc, wybiegła z komnaty.
- Miłość cię stworzyła, miłość cię zniszczyła – powtórzył Mag. – Tak, jak uczyniła to ze mną.
Flamelia wybiegła wtedy z siedziby Stowarzyszenia, wsiadła na Gryfa i ruszyła przed siebie. Podczas podróży przybrała nowe imię – Eleanti, które w języku Elfów znaczyło samotna. Wreszcie po wielu dniach tułaczki, dotarła do Szandejlanu, gdzie poznała Owidiusza. Ale to już zupełnie inna historia…








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-01-22 (1251 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej