Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Bramy Rzymu
 
Katalog - dodano
 Alyssa i czary
- A.G. Howard
 Prawda i iluzja
- Jennifer Sommersby
 Księżniczka Popiołu
- Laura Sebastian
 Ostatni potomkowie. Przeznaczenie bogów
- Matthew J. Kirby
 Proxima
- Stephen Baxter
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Schwytany w światła'' - Tomasz Kołodziejczak






Prolog - Parks Ain'ta



Parks Ain'ta obserwowało gromady ludzi przepływających przez halę odlotów kosmoportu w Kalante. Czekało na jedną konkretną osobę.
Stało przy kawiarnianym stoliku, wolno sącząc wodę z kubka. Organizm nosiciela potrzebował pić tylko kilka razy dziennie, ale Ain'ta ciągle odczuwało dręczące pragnienie i bało się, że sucha skóra nosiciela zaraz popęka.
Wiedziało, że to atawistyczne zwierzęce odruchy, odziedziczone po przodkach. Nie chciało się im poddawać, jednak przegrywało walkę z własną psychiką. Było to tym dziwniejsze, że instalatorzy aplikujący jego umysł do ciała nosiciela twierdzili, iż przenoszą tylko partie osobowości i intelektu z górnego mózgu, pozostawiając w spokoju mózg dolny, odpowiedzialny za autonomiczny system nerwowy. Widocznie nawet oni nie wiedzieli wszystkiego.
Nosiciel prezentował się dobrze - był wysokim niebieskowłosym mężczyzną, o twarzy pokrytej żółtym fosforyzującym pigmentem. W jego czaszce tkwił rząd implantów, wzdłuż kręgosłupa wyrastały płaskie wszczepy sztucznego grzebienia, a bose stopy zakończone były tylko dwoma stwardniałymi palcami.
Ain'ta nie rozumiało, po co ludzie tak przekształcają swoje ciała. W jego społeczności przebudowa organizmu spełniała wyłącznie cele praktyczne - wspomagała zdolności bojowe lub płodność, oznaczała stan płciowy lub gotowość do starczego samobójstwa. Natomiast ludzie zmieniali swą organiczną konstrukcję dla rozrywki, dla oznaczenia przynależności stadnej i z wielu innych, niepojętych powodów. Co gorsza - często wszczepy przeszkadzały w codziennym życiu. Rogowe płyty na kręgosłupie utrudniały zajmowanie większości ludzkich siedzisk. Ain'ta potrafiło zablokować uczucia niewygody czy bólu płynące od nosiciela, jednak wiedziało, że permanentna niewygoda wkrótce osłabi to ciało.
Przy stoliku obok siedziała człowiek-kobieta. Jedną ręką trzymała filiżankę z płynem, w drugiej ściskała pomalowany na różowo i oznaczony jasno świecącymi sygnalizatorami pojemnik. Człowiek-kobieta była w ciąży. Młode rosło w plastikowej kapsule, wypełnionej organicznymi płynami. Kiedy zostanie wydobyte z inkubatora, będzie umiało nie tylko mówić, ale dzięki stałej prenatalnej stymulacji mięśni, również poruszać się prawie jak osobnik dorosły. Jakże inny to proces od tego, co Ain'ta uważało za naturalne i w pewien sposób piękne. W jego świecie każdy osobnik nieustająco wydzielał miliony jednokomórkowych larw, które unosiły się w wodzie, łączyły, pożerały wzajemnie, powielały w mechanizmie naturalnej selekcji. Potem strzępki organicznej materii osiadały na ciele wydzielającego seksualne feromony dorosłego parksa i pobierały jego fluereny dziedziczności. Gdy ich stężenie było wystarczające, rozpoczynał się proces podziału dorosłego osobnika na dwa byty potomne.
Różnice biologii ludzi i parksów były tak wielkie, że nawet lata intensywnych treningów i pracy nie były w stanie zatrzeć atawistycznych lęków Ain'ta. Mimo że używało tego nosiciela od wielu miesięcy i zostało bardzo starannie zainstalowane, cały czas czuło chłód i suchość nie pokrytej żyzną węglowodorową mazią skóry.
Wiedziało, że tak dziwnie przekształconego nosiciela nie wybrano bez przyczyny. W przeszłości, nim umysł tego człowieka został wymazany, a mózg przystosowany do przechowywania obcej inteligencji, należał on do jednej z wielu ludzkich ras kulturowych, niezbyt powszechnej w tym układzie. Gdyby więc, na skutek pomyłek Ain'ta lub błędów w procesie implantacji, ciało nosiciela zaczęło się dziwnie zachowywać, nikt nie zwróciłby na to uwagi. Ludzie sądziliby tylko, że to efekt przestrzegania jakiegoś egzotycznego prawa klanowego, stosowania stymulatorów czy po prostu religijny rytuał.
Religia, to było kolejne ludzkie pojęcie, które Ain'ta bezskutecznie próbowało poznać i zrozumieć...
Może uda mu się to później, gdy po skończonej misji powróci z nosicielem do stacji i tam zostanie na powrót przeładowany do swojego ciała. A może - poczuło, że dłonie nosiciela drżą z radosnego podniecenia - do dwóch ciał? Co prawda, na czas służby oryginalny organizm wprowadzano w letarg i schładzano, spowalniając procesy metaboliczne, ale ta misja miała trwać bardzo długo. Ono, Ain'ta, było sprawnym parksem o pełnym sukcesów życiu. Jego organizm, nawet w stanie odłączenia osobowości i spowolnienia metabolicznego, na pewno wydzielał wiele feromonów przyciągających larwy. Zapłodnienie w anabiozie już się zdarzało niektórym agentom.
Jednak Ain'ta najpierw musi z sukcesem zakończyć misję i nie dać się złapać. Nie obawiało się śmierci. Jego prawdziwy umysł po prostu straciłby wspomnienia i emocje z tego okresu, a ciało nosiciela nie miało znaczenia. Poważna to strata, jednak nie tragedia. To tylko program, symulacja wykrojonych fragmentów prawdziwego rozumu, pogrążonego teraz w letargu na dalekim lodowym świecie.
Jednak jego śmierć oznaczałaby niepowodzenie misji, a stres związany z porażką mógłby zablokować działanie gruczołów rozrodczych i zlikwidować wydzielanie seksualnych feromonów.
Nagle Ain'ta poczuło słodką, jedyną w swoim rodzaju woń. To była zakodowana reakcja - odnalazło cel. Zdobycie zapachowego śladu poszukiwanego człowieka było najcenniejszym łupem poprzednich tygodni. Teraz nastrojone nań wyspecjalizowane komórki w nozdrzach nosiciela mogły wykryć ofiarę z odległości wielu kilometrów, pomiędzy tysiącami innych osób. Wystarczyło, że dotarło do nich choć kilka cząstek niosących charakterystyczną woń ofiary.
Po kilku minutach Ain'ta zobaczyło swój cel.
Mężczyzna wolno szedł przez halę odlotów. Był wysoki i mocno zbudowany, jednak w jego ruchach brakowało sprężystości i siły. Jakby nie był pewien, czy wysunięta do przodu stopa natrafi na posadzkę, jakby bał się, że noga zegnie się zaraz w dziwny sposób, a kości popękają. Skórę miał białą, nienaturalnie naciągniętą. Młodą jeszcze twarz opinała sieć zmarszczek, na skroniach rysowały się sinozielone żyły. Żuchwa mężczyzny wyraźnie drżała, podobnie jak prawa dłoń, to zwierająca się w pięść, to rozprostowująca gwałtownie.
Cały jego bagaż stanowiła mała walizka.
Ain'ta podniosło ciało nosiciela zza stolika i skierowało w stronę bufetu. Nie mogło dopuścić, by ktokolwiek zorientował się, że obserwuje tamtego człowieka. Nie obawiało się samego śledzonego. Jednak było pewne, że mężczyzna pozostawał pod ścisłą kontrolą solarnych służb specjalnych. Musiało więc być ostrożne i czekać sposobniejszej chwili do działania.
Daniel Bondaree, były żołnierz, były buntownik, były więzień, stał w hali odpraw największego na Gladiusie kosmoportu. Coś powiedział, splunął na posadzkę, skrzywił się. Szedł wolno, lekko powłócząc prawą nogą.
Kiedy zniknął w korytarzu oznaczonym wielkim symbolem stacji hiperprzestrzennej Dirac, Ain'ta wstało i ruszyło w tę samą stronę, wiedzione nieomylnie zapachem ściganego człowieka.



Świątynia



Lądownik powoli opadał ku tarczy księżyca. Szara, gdzieniegdzie połyskująca bielą powierzchnia Miecza z odległości tysięcy kilometrów wydawała się idealnie gładka. Oczywiście to tylko złudzenie - lodowa skorupa pokrywająca glob tak naprawdę była spękana i pobrużdżona niczym twarz starego człowieka. Tyle tylko, że jej powierzchni nie zdobiły krostowate, pometeorytowe tarcze. Uderzające w Miecz asteroidy przebijały lodową warstwę, a pęknięcia szybko wypełniała woda. Natychmiast też zamarzała, tworząc szarą łatę, niewiele różniącą się barwą od starego lodu. W kilku punktach na ciemnej powierzchni lśniły jaskrawe plamy światła. To były wytopione w lodowej skorupie bramy, prowadzące do oceanu okrywającego skaliste jądro księżyca. Na Mieczu znajdowało się wiele takich dziur o średnicy od dwudziestu metrów do kilometra. Obok nich, na lodzie, zbudowano porty przeładunkowe, anteny łączności i stacje energetyczne. Wokół miast zatopiono miliardy mikroskopijnych kolektorów energetycznych, pochłaniających i przetwarzających światło Spathy, gazowego olbrzyma, wokół którego krążył Miecz. Oprócz dużych wrót utrzymywano też i mniejsze - wykorzystywane do celów naukowych, wojskowych bądź prywatnych - umożliwiające mieszkańcom tego świata kontakt z innymi obywatelami układu Multona.
Mały prom kosmiczny, którym od kilku dni podróżował Daniel Bondaree, leciał ku lodowej bramie położonej na południowym biegunie Miecza. Nieprzypadkowo. Był to dość ruchliwy port obsługujący podwodne miasta, fabryki i stacje naukowe pływające pod lodową powierzchnią. To, że był położony stosunkowo daleko od porozmieszczanych na równiku placówek rządowych, baz militarnych i garnizonów policji, przyciągało doń wielu ludzi biznesu. Kwitł czarny rynek. Przemyt, nielegalne wyprawy głębinowe i wyścigi, których stawką była śmierć.
Nowy znajomy Daniela uważał, że będzie to najwłaściwsze miejsce do zanurkowania pod lodową skorupę księżyca. Bondaree wciąż nie wiedział, jak jego towarzysz ma zamiar przeszmuglować go przez sito wojskowej kontroli. Zdawał sobie sprawę, że autonomiczność planetarnego „czarnego rynku” jest w znacznej mierze fikcyjna. Przecież wszystkie ludzkie siedziby w układzie Multona, oprócz samego Gladiusa, pozostawały pod ścisłą kontrolą. Automaty naprowadzały i rejestrowały przylatujące rakiety. Bramki celne i testy antyterrorystyczne identyfikowały wszystkie przybywające osoby. Systemy bezpieczeństwa, bez przerwy monitorujące stan techniczny i ekoodnawialność podmorskich osiedli, równie dobrze mogły służyć inwigilacji obywateli. Dlatego też Daniel był przekonany, że policja - w mniejszym lub większym stopniu - kontroluje wszystkie czarne rynki.
Doświadczył tego już w czasie lotu na Tanto. Solarni i podległe im służby gladiańskie wciąż poszukiwały, jak to określały media, sabotażystów występujących przeciw bezpieczeństwu obywateli i społecznemu porządkowi.
Tak więc Bondaree z wielkim niepokojem oczekiwał lądowania i tego, co nastąpi potem. Tym bardziej, że właściciel statku przez całą podróż nie zdradził ani swej tożsamości, ani powodów swego działania, ani nawet celu podróży. Ale - Daniel nie miał wyjścia. Na Tanto ten dziwny człowiek przyszedł mu z pomocą i zaproponował współpracę. Równie dobrze mógł być członkiem ruchu oporu, jak i solarnym agentem.
Przed oczami Daniela jeszcze raz stanęła ta chwila, gdy jego pojazd zbliżył się do wewnętrznej śluzy świątyni jinjangów.
Wszystko odbywało się w absolutnej ciszy. Bulwiasty skafander jingjangów doskonale tłumił dźwięki zewnętrzne, układy łączności były już zdezaktywowane. Daniel miał zostać pustelnikiem, zanurzyć się w milczeniu, ciemności i samotności.
Nie usłyszał, że tuż obok niego wybuchł pocisk. Zorientował się, że coś się dzieje, kiedy zobaczył, jak fala uderzeniowa ciska o ścianę dwóch mnichów obsługujących aparaturę. Ich ciała powoli osunęły się na podłogę, zostawiając na metalicznej płycie szerokie, czerwone smugi. Daniel z trudem obrócił się na siedzisku transportera. Solarny żołnierz, który właśnie wdarł się do świątyni, celował teraz prosto w niego.
I wtedy, z ciemności, z niszy, w której zaparkowanych stało jeszcze kilka świątynnych pojazdów, błysnął strzał. Pocisk rozrywający trafił w głowę żołnierza, przebijając hełm i wgryzając się w czaszkę. Pancerne monstrum zamarło na ułamek sekundy, lecz już po chwili znów składało się do strzału. Tylko jego ruchy były nieco dziwaczne, nieskoordynowane. Daniel wiedział, co się dzieje, sam używał takiej broni. Pocisk najpewniej rozorał mózg komandosa i zabił go od razu. Ale to nie wystarczyło. Kontrolę nad martwym ciałem natychmiast objął koprocesor bojowy, działający wolniej i realizujący prostsze funkcje niż żywy człowiek, ale wystarczająco sprawny, by wymierzyć i wystrzelić. A za chwilę opancerzonymi zwłokami zacznie sterować tak zwany „bliźniak”, partner żołnierza, pozostający w bezpiecznej odległości i sprzężony z nim czipowo.
Zabicie komandosa to dopiero połowa roboty. Pocisk natychmiast musi wypluć z siebie specjalne enzymy i hormony, wtłoczyć je do krwioobiegu ofiary i liczyć, że zadziałają. Muszą zablokować i zdezintegrować łącza czipowe egzopancerza bojowego - a więc uniemożliwić skafandrowi nadawanie jakichkolwiek sygnałów, sterowanie ciałem z zewnątrz czy też uwolnienie impulsu autodestrukcji i zdetonowanie bomby.
Udało się! Kolana komandosa zgięły się nagle, z dziury w hełmie trysnęła fontanna zniszczonych tkanek, pancerne cielsko złożyło się niemal w pół i runęło na ziemię.
Dopiero teraz z ciemności wynurzył się strzelec. Wytoczył się też drugi wózek transportowy, na którym leżała pusta skorupa skafandra, oraz płaskie nosze medyczne.
Nikt niczego nie mógł wyjaśnić. Jingjangowy skafander Bodaree nie miał żadnych układów łączności. Przez ciemną szybę hełmu Daniel nie widział twarzy niespodziewanego pomocnika, a jedynie ciemny kontur jego sylwetki. Tamten zdawał sobie z tego sprawę. Zasygnalizował, że Bondaree powinien przenieść się na nosze. Nie zważając na jego wahanie, wyciągnął z kieszeni mały pojemniczek i zaczął rozpylać minę aerozolową. Za kilkadziesiąt sekund pomieszczenie śluzy stanie się gorętsze niż wnętrze gwiazdy. To skutecznie przekonało byłego tanatora. Wygramolił się ze swojego transportera i z trudem, bo skafander blokował ruchy, wpełzł na nosze.
Tajemniczy przybysz lekko stuknął go w hełm, co pewnie miało oznaczać - jest okay! I rzeczywiście, chwilę potem nosze wystartowały z szybkością, z jaką zapewne nigdy nie transportowały chorych. Daniel dostrzegł jeszcze, jak otwierają się jakieś malutkie drzwi, a potem unoszone na poduszce magnetycznej łóżko wyprysnęło w przestrzeń. Nie usłyszał eksplozji.
Nie zastanawiał się nad tym. Kiedy pękatymi, prawie niechwytnymi rękawicami próbował utrzymać się na pędzącym łóżku, myślał jedynie o tym, że ułożył się na nim w złą stronę i że teraz, w tym dziwnym skafandrze, z wypiętym do przodu tyłkiem, musi wyglądać jak ostatni idiota.
Pół minuty później otworzyła się kolejna śluza, przez krótki czas lecieli ponad powierzchnią planety, w próżni, aż w końcu dotarli do małego hermetycznego magazynu. Tam nieznajomy miał przygotowany dla Daniela nowy skafander. I tam też zaczęła się ta dziwna podróż.
Daniel nie sądził, że jego wybawca reprezentuje interesy solarnych. Kim więc był? Na pewno kimś dobrze poinformowanym - skoro potrafił odnaleźć Daniela w ogarniętym zamieszkami mieście. Bez wątpienia kimś zdecydowanym na wszystko - wszak bez wahania zabił żołnierza. Kimś świetnie zorganizowanym, skoro potrafił niepostrzeżenie znaleźć się we właściwym miejscu i zabezpieczyć całą trasę ucieczki. Wreszcie - kimś, kto bardzo Daniela potrzebował.
A kto, oprócz solarnych, spełniał te wszystkie kryteria? Bez wątpienia rebelianci. Jeśli gdzieś ocalała jeszcze choć jedna naukowa lub militarna baza niezłomnych, to on, Daniel, będzie dla niej prawdziwą kopalnią wiedzy. Piętnaście lat więzienia wiele zatarło w jego pamięci, ale na pewno nie zniszczyło żadnych wspomnień związanych z pobytem w bazie korgardów. Jego ciało było żywym świadectwem tamtych doświadczeń i na pewno mogło stanowić dla naukowców źródło istotnych informacji. I - co najważniejsze - zawierała dane o hiperprzestrzennych współrzędnych bazy korgardów. Wiózł je w sobie, ukryte w mitochondrialnym DNA niewielkiej grupy komórek znajdujących się w jego lewej nodze. Po wydobyciu i przekodowaniu koordynaty umożliwią dotarcie do siedziby wroga - po to, by z nim walczyć lub negocjować.
Daniel chciał wywieźć te dane z układu Multona, przekazać je innym ludzkim światom, niezależnym od Dominium Solarnego. Jednak teraz, kiedy pojawił się cień nadziei, że jeszcze spotka wolnych Gladian, przestał myśleć o ucieczce.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-01-25 (1058 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej