Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Dziecko Płomienia
 
Katalog - dodano
 Zmierzch Bogów
- Michał Gołkowski
 Czara Cieni
- Frances Hardinge
 Śpiew kukułki
- Frances Hardinge
 Cała Orsinia
- Ursula K. Le Guin
 Stróże 2: Brudnopis Boga
- Jakub Ćwiek
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Księżniczka Buław - John Ringo

Rozdział 1


     Ciało młodej kobiety zostało ułożone w pozycji płodowej i skrępowane taśmą klejącą. Następnie włożono je do czarnego plastikowego worka i ponownie owinięto taśmą. Ktoś zadał sobie wiele trudu tylko po to, by potem porzucić martwą dziewczynę w lesie.
     Detektyw sierżant Kelly Lockhart w zamyśleniu pocierał brodę, gdy asystent koronera rozprostowywał zwłoki. Trup znajdował się w worku wystarczająco długo, żeby rozpoczął się proces rozkładu tkanek, które usztywniały ciało zastygłe w rigor mortis. I żeby zmienił się jego zapach. Kelly widywał jednak gorsze rzeczy przez dziesięć lat pracy w charakterze śledczego w policji. A jego wydział natychmiast chciał się dowiedzieć, czy jest to kolejna ofiara Rozpruwaczy.
     Kelly miał 185 centymetrów wzrostu i ważył około 80 kilogramów, kiedy pilnował tuszy. Większość ludzi opisywała go jako „szczupłego”, ponieważ określenie „chudy jak szkielet” byłoby zbyt nieuprzejme. Zaczął zapuszczać włosy, kiedy wyszedł z armii, i rzadko je przycinał w ciągu późniejszych dwunastu lat. Zwisały mu na karku w skłębionej, niekontrolowanej masie i doskonale komponowały się z sumiastymi wąsami i brodą.
     Technicznie rzecz biorąc, kiedy przeszedł z obyczajówki do wydziału zabójstw, powinien podciąć zarówno włosy, jak i zarost. Nadal jednak sporadycznie pracował jako tajniak, zdołał więc przekonać szefów, żeby pozwolili mu zachować stary styl. Ponieważ miał nienaganny przebieg służby, nawet w przypadku spraw najcięższych morderstw, jego zwierzchnicy wyjątkowo zgodzili się przymknąć oko na jego wygląd, mimo że przypominał krzyżówkę ponurego żniwiarza z kuzynem Ittem z rodziny Adamsów.
     Gdy rozprostowano nogi trupa, ukazała się dziura ziejąca pośrodku torsu i jamy brzusznej. Kelly przykucnął, żeby bliżej przyjrzeć się ranie. Coś ostrego, lecz nie tak ostrego jak nóż, rozcięło ciało młodej kobiety na całej długości od wzgórka łonowego po gardło. Krawędzie rany były poszarpane; właściwie przypominało to raczej rozprucie niż rozcięcie – stąd też wziął się przydomek, który gazety nadały najnowszemu seryjnemu zabójcy z Nowego Orleanu. Jak zwykle brakowało wszystkich narządów wewnętrznych ofiary.
     – Kurwa – burknął. – Wiesz, jaki mam problem? Nigdy się nie mylę.
     – Ten sam modus operandi – rzekł asystent koronera, wskazując na ranę. – Marzę, żeby się w końcu dowiedzieć, czego używa.
     – Raczej czego używają – poprawił Lockhart i podniósł się, gdy jeszcze jeden samochód podjechał do nich po błotnistej drodze. – Gdybym nie zdawał sobie sprawy, że to absurd, powiedziałbym, że to szpon. I to wielki, jak u velociraptora.
     – Velo... co? – rzucił koroner.
     – Nigdy nie widziałeś Parku Jurajskiego? – spytał Kelly. – To drapieżny dinozaur, ty kajuński prostaku.

* * *
     Ponieważ tutejsze drogi przecinały skraj bayou, były podmokłe i zdradzieckie, ale kierowca czarnej terenówki z wprawą ominął najgorsze kałuże i zaparkował obok jednego z wielu nieoznakowanych wozów służbowych. Kiedy Lockhart zobaczył, kto z niej wysiada, z trudem powstrzymał jęk. Wyglądało na to, że agent Federalnego Biura Śledczego przywiózł ze sobą jakąś szychę.
     – Detektywie Lockhart – przywitał się agent specjalny Walter Turner, skinąwszy głową w stronę śledczego. Był czarnoskóry, miał około trzydziestki i silną budowę ciała, zapewne dzięki grze w futbol, choć dało się też zauważyć, że jego mięśnie nieco zwiotczały. – A to pan Germaine. Jest... konsultantem, którego niekiedy wzywamy w sprawach seryjnych zabójstw.
     Germaine był wysokim i dobrze zbudowanym mężczyzną, o wzroście około 190 centymetrów wzrostu i wadze około 100 kilogramów, z których tylko niewielki procent stanowił tłuszcz. Miał pod sześćdziesiątkę, krótkie czarne włosy, siwiejące na skroniach, był gładko ogolony i generalnie zadbany. Wyglądał świeżo. Garnituru nie wyciągnął z zatęchłej szafy. Lockhart podejrzewał, że to bardzo wysoko opłacany konsultant. Kiedy przestał wpatrywać się w zwłoki, spojrzenia jego i detektywa skrzyżowały się na moment.
     Cholernie niebezpieczny drań, pomyślał Lockhart. W żandarmerii wojskowej często spotykał chłopaków z sił specjalnych, od razu więc umiał poznać niebezpiecznego skurczybyka, gdy na niego trafił. Nie można ich porównywać z jakimiś pospolitymi bandziorami, ale też lepiej nie odwracać się do nich plecami. Konsultant wyglądał na kogoś, kto zabiłby człowieka w mgnieniu oka, niezależnie od tego, czy ten podjąłby z nim walkę, czy też nie. Rozglądał się bacznie, choć dyskretnie, zachowując pełną kontrolę nad sytuacją, niczym kot na psim zgromadzeniu. Choć nie, raczej jak lew na psim zgromadzeniu, król zwierząt zastanawiający się, czy uśmiercić od razu całe stado. Po cholerę FBI zatrudniało kogoś takiego?
     – Czy potrafisz powiedzieć mi coś, czego nie było we wcześniejszych raportach? – zapytał łagodnym głosem Germaine.
      „Konsultant” poruszał się dziwacznie. W swojej karierze Kelly widział wiele żołnierskich sposobów chodzenia. Przypominające ruchy robota przemieszczanie się członków jednostek taktycznych – z uniesionymi rękami, na wpół zaciśniętymi pięściami, nogami pracującymi ciężko, jakby cały czas czaili się do skoku. Uliczny „krok” żołnierzy – stopy na poły szurające po ziemi, wyraźnie poruszające się biodra. Wreszcie sztywny, klasyczny wojskowy marsz. Germaine chodził natomiast w sposób bardzo oryginalny. Ręce, zamiast skierowane wnętrzem do ud, jak u większości ludzi, u niego były obrócone wierzchami dłoni ku tyłowi i niemalże się nie poruszały, gdy szedł. Nogi miał lekko rozstawione, stopę stawiał najpierw na piętę, potem płasko i wreszcie opierał ciężar ciała na palcach w tej samej chwili, gdy drugą nogę unosił w powietrze i przesuwał ku przodowi. Łokcie miał tylko nieznacznie zgięte. Plecy proste, ale ramiona nieuniesione.
     Wyglądało to tak, jakby musiał zastanawiać się przed każdym krokiem.
     Mówił z akcentem, którego Lockhart nie potrafił rozpoznać. Na pewno europejskim, nie brytyjskim. Poza tą drobną skazą jego angielszczyzna była nienaganna. Równie doskonała, jak jego garnitur, i tak jak samo nienaturalna – jak kostium, który po prostu się wkłada i zdejmuje. Być może nawet ów dziwny akcent nie był prawdziwy.
     – Jeśli ten przypadek jest taki, jak inne, to niewiele – odpowiedział Lockhart, wzruszając ramionami. – Na wszystkich wcześniejszych workach brakowało odcisków palców, zwłoki zostały umyte. Nasienie w zachowanej części kanału pochwowego to mieszanina różnych DNA, ale nie wykryto niczego, co należałoby do któregokolwiek znanego przestępcy seksualnego. FBI otrzymało już próbki – dodał i skinął głową w kierunku agenta specjalnego Turnera. – W czym się pan specjalizuje? Ustalanie profilu psychologicznego?
     – Wzywają mnie, gdy FBI podejrzewa w śledztwie możliwość występowania „szczególnych okoliczności” – oświadczył Germaine, podchodząc do trupa dziewczyny. Przykucnął, wyciągnął parę rękawiczek i naciągnął je, zanim sięgnął ku wypatroszonym zwłokom. Przez chwilę przesuwał palcami po krawędzi rany, następnie odsunął na bok kawałek rozciętego ciała i nacisnął ścianę żołądka, żeby sprawdzić, co pod nim jest. Jeśli czuł cokolwiek, poddając zmasakrowane zwłoki nastoletniej dziewczyny dość brutalnym oględzinom, nie dał tego po sobie poznać.
     – Jakie są „szczególne okoliczności” tej sprawy? – spytał nieco zaczepnie Lockhart. – Mamy tu pięć martwych dziwek oraz bandę gwałcicieli i morderców. Chorzy popaprańcy. Chciałbym tylko wiedzieć, gdzie się podziały wnętrzności. Zostały zabrane jako trofeum? Zjedzone? Zamarynowane w słojach w oczekiwaniu na wskrzeszenie ciała?
     – Częściowo chodzi o aspekt grupowego działania – wyjaśnił agent specjalny Turner. – Seryjni mordercy-gwałciciele niemal zawsze działają w pojedynkę. Natomiast jeśli istnieje jakaś grupa, ktoś zawsze pęka i zdradza pozostałych.
     – Prasa twierdzi, że to sprawka jakiegoś kultu – wtrącił asystent koronera. – Zabójstwa rytualne.
     – Możliwe – rzucił Germaine, po czym uniósł dłoń i sięgnął, żeby zamknąć oczy nieżyjącej dziewczyny. Zrobił to delikatnym gestem, który kazał Lockhartowi zrewidować wstępną ocenę „konsultanta”. – Ale sekty i grupy religijne też można rozpracować i zlikwidować – dodał. Podniósł się, ściągnął rękawiczki i skinął na agenta FBI. – Widziałem już wszystko, co dla mnie ważne.
     – Mam jeszcze złą wiadomość – dorzucił agent specjalny Turner, krzywiąc się w nieprzyjemnym grymasie. – Pamiętasz tę łuskę, którą znalazłeś w drugim ciele?
     – Tak – odrzekł zaniepokojony Lockhart. Znalezisko przypominało rybią łuskę, lecz było jakieś trzy razy większe niż jakakolwiek łuska, którą wcześniej widział. Wysłali to do FBI, żeby specjaliści ustalili, z jakiego gatunku ryby pochodzi. Prawdopodobnie przykleiła się do ciała lub do ręki któregoś z gwałcicieli, może jakiegoś rybaka, których kręciło się od groma na terenach bayou. Zapewne był to ślepy trop. Ale mimo wszystko ślad to ślad. Przecież chodzi o to, żeby gromadzić wszystkie dostępne wskazówki, aż dopasują się i ułożą w jakąś całość. Czasami też zgłasza się ktoś wystraszony i godzi się przyznać do zbrodni na podstawie istniejących dowodów w zamian za to, że nie postawi mu się zarzutów morderstwa kwalifikującego sprawcę do kary śmierci.
     – Laboratorium kryminalistyczne zapodziało gdzieś tę łuskę – oznajmił Turner, wciąż skrzywiony.
     – Zapodziało!? – parsknął Lockhart. – To był jedyny sensowny ślad, jaki mieliśmy! Jak, do diabła, ktoś mógł go zgubić?
     – To się zdarza – wtrącił uspokajająco Germaine. – Ale w końcu znajdziemy sprawców i ustalimy ich DNA. Jedna łuska nie uchroni ich przed sprawiedliwością, sierżancie.
     – A co powiecie o tym dziwacznym DNA? – spytał Lockhart. – Nasze laboratorium twierdzi, że nie potrafi się w tym połapać.
     – Wciąż nad tym pracują – odpowiedział Turner. – Od czasu do czasu trafia się ludzkie DNA, które nie pasuje do ogólnego schematu. Wasze laboratorium nie ma tak wielkiego doświadczenia jak nasze; naszym specom trafiło się kilka podobnych spraw. Oczywiście potrafimy przeprowadzić odpowiednią analizę i porównać zebrany materiał z DNA sprawcy, kiedy już go złapiemy.
     – A złapiemy go na pewno – podkreślił Germaine, złączył palce obu dłoni i spojrzał na drzewa otaczające niedużą polanę. – Na mą duszę, złapiemy go.

* * *
     Barbara Everette wyszła spod prysznica, wytarła się ręcznikiem i zaczęła suszyć długie jasnorude włosy. Znów pojawiły się odrosty, mniej więcej o dwie tonacje bardziej rude niż kolor farby, której używała, gdzieniegdzie przeplatane nitkami siwizny. Wydawało się to nie fair, że siwiała w pięknym, dojrzałym wieku trzydziestu trzech lat.
     Wrzuciła suszarkę z powrotem do szuflady i rozczesała włosy, krytycznie przyglądając się sobie w lustrze. Będzie musiała ograniczyć węglowodany lub znaleźć choć trochę czasu na więcej ćwiczeń fizycznych; wokół jej talii zaczęła się pojawiać odrobinka zwiotczałej skóry, a kiedy się odwróciła i obejrzała z drugiej strony, w górnych partiach ud dostrzegła zaczątki cellulitu. Poza tym jednak jej ciało w zasadzie nie zmieniło się od chwili, gdy piętnaście lat temu wychodziła za mąż za Marka. Oczywiście jej piersi rozmiaru D zaczynały nieco tracić jędrność i zdradzały ślady ssania przez usta niemowlaków, lecz mimo wszystko wciąż utrzymywała niezłą formę. Naprawdę niezłą.
     Cisnęła szczotkę i przyjęła pozycję kota, wyginając ciało w kilku krótkich kata, żeby rozciągnąć mięśnie. Przemieszczenie nóg, obrót, unik, chwyt, obrócenie przeciwnika do boku, piorunujący cios. Wszystko odtwarzane w powolnych, starannych ruchach, pozwalających rozgrzać ciało przed spodziewanym wyzwaniem.
Narzuciła znoszone złote kimono, zasiadła przed toaletką i zrobiła makijaż. Niezbyt wyrazisty. Cień do powiek, kredka do oczu, tusz do rzęs, bardzo subtelna szminka. Nadal nie musiała jeszcze niczego ukrywać.
     Kiedy skończyła się malować, przeszła do minimalistycznie urządzonej głównej sypialni, po raz kolejny odnotowując w pamięci jedno z tysięcy napomnień, żeby rozjaśnić trochę pomieszczenie, po czym zaczęła się ubierać. Rajstopy, trykot, sportowa letnia sukienka na wierzch, długie brązowe buty na suwak z niewysokimi obcasami. Jej ojciec zerknął na nie, gdy miała je na sobie w ostatnie święta Bożego Narodzenia, i natychmiast ochrzcił je mianem butów typu „przeleć mnie”. To właśnie cały ojciec.
     Jeszcze raz przeczesała włosy, żeby je odpowiednio ułożyć, wsunęła w nie okulary przeciwsłoneczne, zapięła na nadgarstku lekki, wąski zegarek i wreszcie nadszedł czas, żeby pojechać po dzieci.
     Zanim opuściła dom, wzięła jeszcze książkę w formacie kieszonkowym i przeszła przez drzwi, stukając obcasami o podłogę z twardego drewna. Jej torebka była odrobinę cięższa, niż mogłoby się zdawać: niezależnie od typowego wyposażenia jej ciężar znacząco zwiększał pistolet H&K kaliber 0.45 z dwoma zapasowymi magazynkami. Ale tak samo, jak nie pomyślałaby o tym, aby wyjść z domu bez ubrania, tak samo nie przyszłoby jej do głowy, żeby chodzić po ulicy bez broni palnej.
     Wdrapała się do forda expedition, uruchomiła silnik i odczekała, aż się trochę rozgrzeje. Duży samochód terenowy był nieco ekstrawagancki i dosłownie pożerał paliwo, lecz przynajmniej dwa lub więcej dni w tygodniu przychodziło jej pakować do pojazdu sześcioro lub nawet więcej dzieci. Trzeba więc było wybierać między terenówką lub jakimś dużym minivanem, który nie byłby wcale dużo bardziej ekonomiczny. Poza tym Mark bez zastanowienia odrzucił pomysł zakupu minivana. Gdyby głupi liberałowie w latach siedemdziesiątych nie wprowadzili regulacji CAFE, zmuszającej koncerny do produkcji mniejszych i mniej paliwożernych „rodzinnych” aut osobowych, terenowe wozy nigdy nie byłyby opłacalne. Dobrze im tak. Gdyby nie stworzyli zapotrzebowania na jeepy, mogłaby teraz jeździć spalającym rozsądne ilości benzyny dużym samochodem kombi, a nie tym... potworem.
     Kiedy wskaźnik temperatury silnika zaczął się podnosić, Barbara spokojnie przejechała przez osiedle, po czym wcisnęła gaz prawie do dechy. Zdawała sobie sprawę, że ma zbyt wiele punktów karnych za łamanie przepisów prawa jazdy, a miejscowi gliniarze pewnie zaczęli już wypatrywać zielonego forda expedition jako łatwego łupu. Ale przecież samochody służyły właśnie do szybkiego przemieszczania się. Gdyby chciała poświecić na podróż więcej czasu, poszłaby spacerkiem. A zawsze miała coś pilnego do zrobienia.
     Wykrywacz radarów nie wykazał jednak niczego aż do strefy szkolnej przy gimnazjum, a wtedy już odpowiednio zwolniła. Pomachała do sympatycznego zastępcy szeryfa, który wlepił jej mandat kilka miesięcy wcześniej, i włączyła się w sznur samochodów osobowych, terenówek i vanów, które przyjechały pod szkołę po dzieci.
     W końcu zbliżyła się do szkolnego podjazdu tak, by Allison ją dostrzegła. Trzynastolatka podeszła do niej z grymasem złości na twarzy. Pod względem fizycznym była doskonałą kopią matki – z jasnorudymi włosami, budzącymi u Barbary tak żywe wspomnienia. Musiała się jednak jeszcze nauczyć, że wybuchowy temperament najlepiej trzymać w ryzach.
     – Marcie Taylor to cholerna suka – parsknęła Allison, ciskając tornister na podłogę wozu i gramoląc się na siedzenie pasażera.
     – Pilnuj języka, młoda damo – odparła spokojnie Barbara. – Możliwe, że masz rację, ale musisz korzystać z większego zasobu słów.
     – Ale to prawda – skarżyła się Allison. – Powiedziała, że zdziry nie powinny być w drużynie cheerleaderek, a patrzyła przy tym prosto na mnie! Wku... złości się, bo wybrali mnie, a nie ją! I jeszcze próbuje zniechęcić do mnie Jasona!
     Barbara w myślach policzyła do pięciu i zaczęła się zastanawiać, czy nadszedł już czas, żeby wytłumaczyć córce naturę dynamiki społecznej Redwater County. Mniej więcej do poprzedniej dekady obszar hrabstwa był typowym wiejskim powiatem, większość mieszkańców zaś wywodziła się z mniej więcej sześciu różnych rodzin. Trzy spośród tych rodzin, w tym również Taylorowie, miały „dobre nazwiska” – reprezentowały stare, zakorzenione w okolicy rody, do których należała większość lokalnych firm.
     Niedawno jednak, gdy rozrosło się sąsiednie Jackson, populacja Redwater zaczęła się gwałtownie zwiększać i różnicować. Sieci handlowe sprawiły, że małomiasteczkowe firmy miejscowych „dobrych nazwisk” podupadały, a choć ich posiadacze zachowali pewne przywileje społeczne, stopniowo i nieuchronnie zanikała owa dystynkcja. Jeszcze dziesięć lat wcześniej Marcie Taylor zostałaby wybrana do zespołu cheerleaderek choćby tylko przez wzgląd na swojego ojca, mimo iż była równie powabna, jak krowa i miała osobowość borsuka. I podświadomie doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Niewątpliwie podsyciło to jej niechęć do dziewczyny należącej do nowo przybyłych – rodzina Everettów mieszkała w tych stronach zaledwie od dziesięciu lat – która zabrała przynależne jej miejsce.
     Barbara widziała i doświadczyła na własnej skórze niezliczonych podobnych konfliktów, kiedy jeździła po świecie razem z ojcem. Marcie Taylor nie potrafiła się zdobyć na prawdziwą złośliwość w porównaniu z kimś takim, jak choćby Fuko Ishagaki. Jednak opowiadając o tym córce, pewnie nie zaradziłaby jej problemom.
     – Dlaczego nazwała cię zdzirą? – zapytała zamiast tego.
     – Och – westchnęła Allison ze złością. – Krąży głupia plotka, że przespałam się z Jasonem!
     – Ech, gdzie są czasy, kiedy dziewczyna ujęłaby to znacznie delikatniej – rzuciła Barbara, próbując powstrzymać uśmiech. – A przespałaś się? Bo jeśli tak, będziemy musiały niezwłocznie porozmawiać o antykoncepcji, młoda damo!
     – Nie – odparła Allison. – Nie do wiary, że w ogóle o to pytasz. Rany, mamo, ja mam dopiero trzynaście lat.
     – To akurat w niczym nie przeszkodziło Brandy Jacobs – przypomniała Barbara, włączając się w sznur aut przejeżdżających obok szkoły podstawowej. – Nie sądzę jednak, że jesteś aż tak niemądra. Ale jeśli miałoby się to wydarzyć przed twoją osiemnastką, zapytaj mnie wcześniej o pigułki, okay? Naturalnie wolałabym, żebyś nie uprawiała seksu przed małżeństwem. Jeśli jednak miałabym wybierać, wolę, by moja seksualnie aktywna córka nie zaszła od razu w ciążę.
     – Rany, mamo – rzuciła Allison ze śmiechem. – Nie wierzę, że mówisz mi o tym tak po prostu!
     – Szczerość to oznaka pobożności – odparła Barbara. – A wiesz przecież, jak wyglądałoby twoje życie, gdybyś teraz zaszła w ciążę. Poślubiłabyś jakiegoś... – machnęła ręką i potrząsnęła głową. – ...nie nazwę go tępym, szczerbatym, wiejskim wyrzutkiem tylko dlatego, że jestem miła. I zdecydowanie zbyt młoda, żeby zostać babcią. – Uniosła wydrukowany znak z napisem „Brandon i Brook Everette”, po czym umieściła go w kieszeni drzwi, gdy machnęła w jej kierunku dyżurna przekazująca dzieci rodzicom. Nauczycielka nazywała się Doris Shoonour, uczyła w trzeciej klasie i od razu rozpoznała Barbarę. Wszyscy pracownicy w obu szkołach doskonale ją znali. Dwukrotnie była przewodniczącą komitetu rodzicielskiego, udzielała się przy wszystkich akcjach charytatywnych czy festynach połączonych ze zbiórką funduszy dla szkoły i zawsze można było na nią liczyć jako na opiekunkę podczas szkolnych wycieczek. Stara dobra Barbara. Nazywali ją „panią Niezawodną”.
     Wreszcie Barbara dotarła do miejsca, w którym czekali na nią Brandon i Brook. Dzieci podeszły do samochodu, przekomarzając się jak zwykle.
     – Pospiesz się, głupku – rzuciła Brook, uderzając tornistrem w pośladek młodszego braciszka.
     – Idę – odparł poirytowany Brandon. – Nie popędzaj mnie.
     – Uspokój się, Brook – zganiła córeczkę Barbara. – Brandon, wsiadaj już.
     Siedmiolatek w końcu zdołał wgramolić się do środka i padł na jedno z tylnich siedzeń z teatralnym westchnieniem, gdy jego jedenastoletnia siostra z głuchym łoskotem wrzuciła swój sporo cięższy tornister do terenówki i również wskoczyła do wozu. Oboje odziedziczyli po ojcu ciemniejszą karnację, a przy tym byli tak bardzo zbliżeni wzrostem, że często mylnie brano ich za bliźnięta.
     Kiedy dyżurna nauczycielka zatrzasnęła drzwi, Barbara ruszyła, włączając się w sznur samochodów.
     – Mamo – odezwała się Allison. – Chcę pójść na tańce po meczu w piątek wieczorem.
     – Nie – odpowiedziała Barbara, wciskając hamulec, gdy jakiś samochód wjechał tuż przed nią. – Niech cię Bóg błogosławi – mruknęła na kierowcę.
     – Dlaczego? – rzuciła Allison. – I tak muszę iść na mecz. A wszyscy pozostali wybierają się potem na tańce! Nie możesz zmusić mnie do powrotu do domu!
     – Nie, bo nie – odparła spokojnie Barbara. – A nie, znaczy nie.
     – Jesteś niemożliwa, mamo – prychnęła Allison, krzyżując ramiona na piersi, i zapadła w fotel z nadąsaną miną.
     – Owszem, jestem – odrzekła Barbara.
     Z wyjątkiem zwyczajowej kłótni na tylnych siedzeniach przejażdżka do domu upłynęła spokojnie.
     – Naszykuj się na jutro – oznajmiła Barbara, gdy podchodzili do drzwi dwupiętrowego domu. – Brook, zabierz swoje rzeczy na lekcję tańca. Allison...
     – Wiem, mamo – rzuciła Allison, kierując się na schody. – Muszę przebrać się w dresy.
– Brandonie...
     – Już idę... – odezwał się siedmiolatek. – Chyba nie chcę już więcej chodzić na karate.
     – Porozmawiamy o tym później – odpowiedziała Barbara.
     Gdy dzieci się szykowały, a przy tym nieprzerwanie sobie dogryzały, Barbara przygotowała obiad. Dzięki temu, kiedy wrócą do domu, wystarczy tylko wyjąć go z kuchenki. Często myślała, że najgorszym aspektem jej obecnego życia jest codzienne podejmowanie decyzji o tym, co ugotować. Potem następowało zmywanie po kolacji, a także właściwe przyrządzanie posiłku na następny dzień.
     Po wielu mentalnych cierpieniach postanowiła po prostu wypracować sobie jakiś system. Akurat był czwartek, a to oznaczało klopsy mięsne. Zrobiła je wcześniej w ciągu dnia, teraz więc musiała tylko wsunąć je do pieca i ustawić włącznik czasowy tak, żeby zaczęły się piec, kiedy będą poza domem. Brokuły także były przyszykowane, umieściła je więc w mikrofalówce. Przygotowała również dwa opakowania makaronu i ser, napełniła garnek wodą z odrobiną oleju i postawiła go na palniku. Kiedy wrócą do domu, wystarczy wyjąć klopsy z pieca, zagotować wodę, włączyć mikrofalówkę i w dwadzieścia minut po przestąpieniu progu zasiądą do kolacji.
     Technicznie rzecz biorąc, Mark mógłby zająć się tym wszystkim, jako że wróci do domu przynajmniej godzinę przed nimi. Jednak Mark ledwie zdawał sobie sprawę z istnienia w domu garnków czy patelni, a sam potrafił przygotować co najwyżej gotowego mrożonego hamburgera w kuchence mikrofalowej. Zastanawiała się niekiedy, czy nie powinna przynajmniej spróbować nakłonić go do tego, by zapoznał się z podstawami sztuki kulinarnej. Ale uznała, że szkoda czasu i wysiłku – po czternastu latach małżeństwa było nieco za późno na takie zmiany.
     Gdy się ze wszystkim uporała, nadszedł czas, by zebrać dzieci. Brandon nie mógł znaleźć dolnej części stroju treningowego i niebieskiego pasa. Brook zagubiła gdzieś buty do tańca. Allison ociągała się w łazience, usiłując odkryć właściwą kombinację makijażu odpowiedniego dla niezależnej i nowoczesnej trzynastolatki, który jednak nie sugerowałby, że jest zdzirą.
     Dolna część stroju Brandona znalazła się pod łóżkiem, pas najwyraźniej przepadł na dobre, baletki były zakopane pod stertą ubrań w szafie, a kilka sprawnych ruchów kredki do oczu, odrobina błyszczyka do ust i zagrożenie poważną karą pozwoliły wyciągnąć Allison z łazienki.
     Cała trójka została odstawiona w odpowiednie miejsca. Kiedy w końcu drzwi samochodu zamknęły się za wciąż naburmuszoną Allison, Barbara wydała z siebie głośne westchnienie ulgi i pojechała do dojo.
     Algomo było niewielkim miasteczkiem, ale o jego wyjątkowości stanowił fakt, że mieściły się tu dwie duże szkoły sztuki walki. Z powodów, których nie potrafiła odkryć – chyba że kierowało nią pragnienie, by choć na godzinę w tygodniu uwolnić się od dzieci – Barbara zapisała Brandona do szkoły karate i kung-fu mistrza Yi, podczas gdy sama spędzała czwartkowe popołudnia w Ośrodku Sztuk Walki Johna Hardesty’ego.
     Zaparkowała forda expedition, narzekając w myślach na jego nadmierną szerokość oraz długość, po czym pomaszerowała do tylnych drzwi dojo. W środku znajdowała się szatnia dla kobiet, gdzie zrzuciła z siebie sukienkę i buty, a wdziała obcisłe skórzane obuwie, które trochę przypominało baletki Brook. Weszła do dojo.
     Sala z nieco już zużytą drewnianą posadzką była bardzo obszerna i chwilowo pusta. Za mniej więcej czterdzieści minut rozpoczną się zajęcia kolejnej grupy, ona zaś miała pomóc w prowadzeniu treningu przez kolejne czterdzieści minut, a potem pojechać po dzieci.
     Póki co była sama. Rozpoczęła rozgrzewkę, począwszy od lekkich ćwiczeń tai-chi i stopniowego rozciągnięcia wszystkich grup mięśni. Gdy już się nieco rozgrzała, przyspieszyła ruchy, dodając trochę ćwiczeń gimnastycznych i jogi zwiększającej zwinność.
     – Wiesz co – odezwał się od progu John Hardesty. – Dobrze, że jestem gejem, bo ciężko byłoby mi na to patrzeć ze spokojem.
     – Nie jesteś gejem – odparła Barbara, przechodząc ze szpagatu do stania na rękach z szeroko rozciągniętymi nogami. Popatrzyła na niego spomiędzy przedramion i zachichotała na widok wyrazu jego twarzy. – Widzisz?
     John Hardesty był mężczyzną średniego wzrostu i średniej wagi ciała o ciemnoblond włosach. Jego żona Sarah pomagała mu kilka razy w tygodniu. Poza tym zajmowali się piątką dzieci – jednym z jego poprzedniego małżeństwa, dwoma z poprzedniego małżeństwa Sary i dwoma ich wspólnymi. Jeśli był gejem, krył się z tym znakomicie.
     – Czemu mi to robisz? – spytał John. Podszedł do jednej z szafek i wyciągnął ochraniacze.
     – W ten sposób buduje się charakter – odpowiedziała Barbara, stając z powrotem na nogi. Złapała rzucone w jej stronę ochraniacze i zaczęła je nakładać.
     Kiedy oboje byli już w strojach ochronnych, włącznie z kaskami i ochraniaczami na zęby, złączyli na chwilę rękawice.
     John rozpoczął atak uderzeniem boczną krawędzią zaciśniętej pięści niczym młotem, po czym zwinnie odskoczył, trzymając dystans. Dzięki własnym bolesnym doświadczeniom wiedział aż nazbyt dobrze, że lepiej nie myśleć o walce w zwarciu z tą przeciwniczką.
     Szczerze mówiąc, Brandon i Brook, a do niedawna również Allison, uczyli się pod okiem mistrza Yi ze względu na to, że mistrz Yi wydawał się lepszy od Johna. John przewyższał Barbarę szybkością, choć tylko odrobinę. Niewątpliwie był też silniejszy, tak jak powinien być rozsądnie przygotowany mężczyzna. Jednak Barbara rozpoczęła treningi w wieku pięciu lat, kiedy jej ojciec przebywał jako oficer z zagraniczną misją w Hongkongu. W ciągu późniejszych 28 lat nawet na krótko nie straciła formy. W tym czasie zarówno jakość treningu, jak i rodzaje sztuk walki, jakimi się zajmowała, znacznie się różniły; przez wiele lat uczyła się wah lum i stylu smoka kung fu, karate w USA i Japonii, hop-ki w Korei i Stanach oraz aikido. Kiedy osiągnęła wiek Allison, mogłaby wygrać większość otwartych turniejów, gdyby oczywiście organizowano takie, w których dopuszczalna byłaby walka „wszystkimi stylami”. I gdyby pozwalano na wszelkiego rodzaju ataki.
     Z drugiej strony John Hardesty wywodził się ze szkoły karate turniejowego. Raz czy dwa wygrał zawody regionalne, obejmujące południowo-wschodnie stany USA, na turniejach ogólnokrajowych bywał drugi, teraz zaś prowadził pod każdym względem zgodną z najlepszymi wymogami lokalną szkołę sztuk walki. Był niezły, ale nie należał do super wojowników. I sam doszedł do tego wniosku już po pierwszym sparingu z Barbarą.
     Mistrz Yi, mimo że w nazwie swojej szkoły umieścił słowo „karate”, zgłębiał tajniki wah lum, zanim Barbara przyszła na świat, i był, przynajmniej kiedyś, mistrzem w walce wręcz. Jeśli dzieci miały uczyć się u któregoś z miejscowych nauczycieli, musiał to być mistrz Yi. W rzeczywistości sama często żałowała, że nie trenuje z mistrzem Yi zamiast z Johnem. Przecież nikt nie staje się lepszy, walcząc z kimś gorszym od siebie. Od czasu do czasu wolała jednak wybrać coś nowego.
     Barbara zamarkowała kopnięcie, a po chwili zadała dwa ciosy pięścią – oba zablokowane. Jednak drugie uderzenie miało tylko zmylić przeciwnika. Szybko chwyciła blokujący nadgarstek prawą dłonią, lewą wyprowadzając od dołu dwa ciosy na brzuch, a następnie odskoczyła poza zasięg ramion Johna.
     – Suka – wymamrotał pod nosem.
     – Musisz porozumieć się z Allison w sprawie tego słowa – odrzekła Barbara, wycofując się i błyskawicznie atakując przy użyciu techniki znanej jako taniec jaskółki. Wykonała atak na krawędzi swoich możliwości i niemalże nie udał się jej skomplikowany chwyt podczas drugiego salta, ale w końcu Hardesty wylądował twarzą do ziemi, a ona wbiła mu łokieć w kark. – Mnie tak nie nazywaj.
     – Chryste, nie cierpię, kiedy wywlekasz te swoje sztuczki kung-fu – rzucił rozbawiony John, chwytając jej wyciągniętą rękę i podnosząc się na nogi. – Miałaś zły tydzień?
     – Owszem – przyznała.
     – Cóż, jeśli chcesz wyżyć się na mnie, żeby się od tego uwolnić, proszę bardzo – powiedział, przyjmując pozycję obronną. – Muszę przyznać, że walka z tobą zawsze jest interesująca. Masz dla mnie coś specjalnego?
     – Nie – wyznała Barbara, gdy się do siebie zbliżali. Tym razem dwa potężne ciosy Hardesty’ego przedarły się przez jej bloki, sprawiając, że zachwiała się na nogach; nie zdołała przechwycić żadnego z nich. Często przyjmowała cios, jeśli dzięki temu mogła założyć odpowiedni chwyt, bo to wystarczało, by rozbić przeciwnika na miazgę. Czuła jednak, że tym razem traci koncentrację i wycofała się z walki. – Jestem po prostu zmęczona – oznajmiła, rozciągając się i rozcierając rękawicami miejsca, w które trafiły ciosy.
     – Zrób sobie przerwę – zaproponował John. Podciągnął kask i wyciągnął z ust ochraniacz na zęby. – Zasłużyłaś na nią.
     – Taki mam zamiar – rzekła Barbara. – W ten weekend. Mark jeszcze o niczym nie wie.
     – Na pewno będzie uszczęśliwiony – zakpił John, wkładając z powrotem ochraniacz do ust. – Jesteś gotowa, by przelecieć przez ścianę?
     – I ty miałbyś tego dokonać? Z jaką armią?









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-05-28 (1680 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej