Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Sępy
 
Katalog - dodano
 Kroniki Jaaru. Tajemne imię
- Adam Faber
 Hajmdal. Księżyce monarchy
- Dariusz Domagalski
 Alyssa i czary
- A.G. Howard
 Prawda i iluzja
- Jennifer Sommersby
 Księżniczka Popiołu
- Laura Sebastian
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Strzała Kusziela'' - Jacqueline Carey



JEDEN



Ucinając wszelkie przypuszczenia, że jestem kukułczym dzieckiem, spłodzonym po złej stronie łoża przez jurnego wieśniaka, a następnie na przednówku sprzedanym do terminu, od razu powiem, że urodziłam się w Domu i wychowałam w Dworze Nocy, wynosząc stamtąd wszelkie możliwe korzyści.
Nie żywię urazy do rodziców, choć zazdroszczę im naiwności. Nikt im nie powiedział, że nadali mi pechowe imię. Nazwali mnie Fedrą i żadne z nich nie wiedziało, że to helleńskie imię, przeklęte.
Przypuszczam, że zaraz po moim przyjściu na świat nie mieli powodów do zmartwień. Moje oczy, rzadko otwarte, miały jeszcze niezdecydowany kolor, ale przecież wygląd noworodka zmienia się z tygodnia na tydzień. Jasne loczki mogą ustąpić czarnym jak smoła kędziorom, bladość przechodzi w głęboki odcień bursztynu i tak dalej. Ale kiedy moja przemiana dobiegła końca, jedna rzecz stała się jasna.
Urodziłam się ze skazą.
To oczywiście wcale nie znaczy, że brakowało mi urody, nawet gdy byłam oseskiem. Ostatecznie jestem D’Angeliną, a od kiedy Błogosławiony Elua postawił nogę na naszej wspaniałej ziemi i nazwał ją swoim domem, świat wie, co to oznacza. Moje delikatna twarzyczka stanowiła perfekcyjną miniaturę pięknego oblicza matki. Karnacja, zbyt jasna według kanonu Domu Jaśminu, cieszyła oko idealnym odcieniem kości słoniowej. Włosy, tworzące rozkoszny zamęt loczków, przybrały barwę nocnego nieba, niezwykle cenioną przez niektóre Domy. Kończyny miałam proporcjonalne i kształtne, a kościec delikatny, lecz pełen cudownej siły. Nie, problem leżał gdzie indziej.
Chodziło o moje oczy, a właściwie o jedno.
Drobiazg, który decyduje o całym przeznaczeniu. Nic więcej niż plamka, cętka, kropeczka. Może gdyby kolor był inny, historia potoczyłaby się zupełnie inaczej. Barwa moich oczu ustaliła się z biegiem czasu, zyskując odcień, który poeci zwą bistrem, głęboki i świetlisty jak lustro leśnego stawu w cieniu wiekowych dębów. Być może ktoś spoza Terre d’Ange nazwałby go brązem, lecz niestety język, jakim opisują piękno ludy mieszkające poza granicami naszego kraju, jest żałośnie ubogi. A zatem bistr, bogaty i krystalicznie czysty – z wyjątkiem lewego oka, gdzie w tęczówce, która okala czarną źrenicę, lśniła plamka odmiennego koloru.
Lśniła czerwienią, choć w istocie to określenie nie oddaje jej barwy. Nazwijmy ją szkarłatną albo purpurową, czerwieńszą niż grzebień koguta czy pieczone jabłko w świńskim ryju.
Tak więc przyszłam na świat z pechowym imieniem i plamką krwi w lewym oku.
Moją matką była Liliana de Souverain, adeptka Domu Jaśminu, której ród od zarania służył Naamie. Mój ojciec, Pierre Cantrel, był trzecim synem kupieckiego barona. Szkoda, że cała przedsiębiorczość, jaka zapewniła jego ojcu status zasłużonego emeryta w Mieście Elui, przypadła w udziale starszemu potomstwu. Dla naszej trójki byłoby lepiej, gdyby namiętność zawiodła go do drzwi innego Domu, może Przestępu, którego adepci są szkoleni w machinacjach finansowych.
Ale w przypadku Pierre’a Cantrela słabą głowę równoważyły silne namiętności, kiedy więc sakiewka u jego pasa napęczniała od monet, a mieszek między nogami od nasienia, postanowił pozbyć się jednego i drugiego w zmysłowo sennej atmosferze Domu Jaśminu.
Tam, miotany przez odpływy rozsądku i przypływy chuci, na domiar zgubił serce.
Być może na zewnątrz tego nie widać, ale Dworem Kwiatów Rozkwitających Nocą, przez wszystkich prócz wieśniaków zwanym Dworem Nocy, rządzą surowe prawa i ścisłe zasady. Musi tak być, bo służymy – dziwne, że wciąż tak mówię – nie tylko Naamie, lecz również wielkim izbom parlamentu, potomkom Elui i jego Towarzyszy, a czasami nawet samej rodzinie królewskiej. Szczerze mówiąc, obsługiwaliśmy jej synów i córki częściej, niż skłonni byliby przyznać.
Ludzie z zewnątrz mówią, że adepci są krzyżowani jak inwentarz, aby płodzić dzieci, które odpowiadają kanonowi danego Domu. Prawda wygląda inaczej, a przynajmniej nie gorzej niż w przypadku małżeństw aranżowanych z powodów politycznych lub finansowych. Rzeczywiście, jesteśmy kojarzeni z uwagi na estetykę, ale jak tylko sięgam pamięcią, nikt nie został zmuszony do związania się z osobą, która budziłaby w nim wstręt. Coś takiego byłoby pogwałceniem przykazań Błogosławionego Elui.
Z drugiej strony, nie da się ukryć, że moi rodzice byli źle dobrani, i kiedy Pierre Cantrel poprosił o rękę Liliany, duejn Domu Jaśminu nie wyraził zgody. Nic dziwnego, bo moja matka idealnie odpowiadała kanonowi Domu: skóra barwy miodu, hebanowe włosy, duże ciemne oczy, błyszczące niczym czarne perły. Mój ojciec, niestety, miał bledszą karnację, włosy jak len i oczy w kolorze ciemnego błękitu. Czy ktoś mógłby przewidzieć, co będzie owocem ich związku?
Jestem żywym dowodem słuszności zastrzeżeń duejna. Nigdy się tego nie wypierałam.
Ponieważ ojciec nie mógł poślubić swej wybranki zgodnie z dekretem Dworu Nocy, moja matka uciekła. Miała prawo, gdyż ukończyła swoją markę w wieku dziewiętnastu lat. Uciekli razem, mając podzwaniającą sakiewkę Pierre’a, błogosławieństwo jego ojca oraz wiano, jakie matka uskładała po zrobieniu marki.
Nie widziałam ich odkąd skończyłam cztery lata, nie mogłam więc zapytać, ale jestem pewna, iż oboje wierzyli, że moja matka urodzi idealne dziecko, prawdziwy skarb Domu, który duejn przyjmie z otwartymi ramionami. Byłabym rozpieszczana i wychowywana w miłości do Błogosławionego Elui oraz przygotowywana do służby Naamie, a po zrobieniu marki Dom wypłacałby dziesięcinę moim rodzicom. Jestem przekonana, że byli tego pewni.
Brak wątpliwości to przyjemne marzenie.
Dwór Nocy nie jest przesadnie bezwzględny i Dom Jaśminu przyjął matkę pod swój dach, kiedy zbliżał się termin rozwiązania. Wyszła za mąż bez zgody duejna, dlatego jej mąż nie mógł liczyć na wsparcie finansowe, ale samo małżeństwo zostało uhonorowane, bo zawarli je przed obliczem jakiegoś wiejskiego kapłana Elui. Normalną koleją rzeczy, jeśli moja prezencja i charakter pasowałyby do kanonu tego Domu, przyjęto by mnie na wychowankę; gdyby duejn innego Domu uznał, że spełniam ich wymagania, pokryłby koszty mojego wychowania i adoptował mnie formalnie w wieku dziesięciu lat. W obu przypadkach, o ile decyzja należałaby do niej, matka oddałaby się szkoleniu adeptów i pobierała pensję w zamian za moją markę. Ponieważ trzos mojego ojca nie był bezdenny, z pewnością wybrałaby takie rozwiązanie.
Niestety, gdy stało się jasne, że szkarłatna plamka w moim oku jest cechą stałą, duejn nakreślił granice. Miałam skazę. Wśród wszystkich Trzynastu Domów nie było ani jednego, którego kanon dopuszczałby tego rodzaju wadę. Oświadczył, że Dom Jaśminu nie wychowa mnie na swój koszt. Gdyby Liliana chciała zostać, musiałaby służyć na ołtarzu Naamy, żeby zarobić na nasze utrzymanie.
Mój ojciec miał niewiele zalet, ale za to dumą i namiętnością nadrabiał wszystkie braki. Wziął moją matkę za żonę i nie dopuszczał do siebie myśli, że mogłaby służyć również komuś innemu. Zwrócił się więc do swojego ojca z prośbą o powierzenie mu pieczy nad karawaną handlową, która udawała się do Caerdicca Unitas, po czym zabrał matkę i mnie, wówczas dwuletnie dziecko, na poszukiwanie szczęścia.
Nic dziwnego, że po długiej i uciążliwej podróży, w trakcie której musiał układać się ze zbójcami i najemnikami – którzy się niewiele różnili, odkąd Tyberium upadło i drogi przestały być bezpieczne – handel nie przyniósł mu zysku. Caerdicci już nie władają cesarstwem, ale są obrotnymi kupcami.
Przeznaczenie odnalazło nas dwa lata później, zmęczonych podróżą i bez grosza przy duszy. Oczywiście niewiele pamiętam z tego okresu. Najlepiej zapisała mi się w pamięci droga, jej barwy i zapachy, i najemnik, który wziął na siebie ochronę mojej małej osóbki. Należał do plemienia Skaldów z północy, był większy od wołu i brzydki jak grzech śmiertelny. Lubiłam ciągnąć go za wąsy, zwisające po obu stronach ust; uśmiechał się wtedy, a ja chichotałam z zachwytu. Opowiedział mi, w uniwersalnym języku gestów, że ma żonę i córeczkę w moim wieku, i że bardzo mu ich brakuje. Kiedy drogi najemników i karawany się rozeszły, tęskniłam za nim jeszcze przez wiele miesięcy.
Co do moich rodziców, to pamiętam tylko, że zawsze byli zajęci sobą i bardzo zakochani, nie poświęcając mi ani czasu, ani zbytniej uwagi. W drodze ojciec miał pełne ręce roboty, ochroniając cnotę swojej małżonki. Kiedy wychodziło na jaw, że moja matka nosi markę Naamy, codziennie padały propozycje, niektóre składane na ostrzu noża. Ale Pierre zdołał ochronić ją przed wszystkimi – z wyjątkiem siebie. Kiedy wróciliśmy do Miasta, jej brzuch zaczynał pęcznieć.
Ojciec, niezrażony pierwszą porażką, miał czelność błagać swojego ojca o drugą szansę, tłumacząc się, że podróż trwała zbyt długo, karawana była źle wyposażona, a on sam jeszcze nie miał doświadczenia w rzemiośle kupieckim. Tym razem, przysiągł, będzie inaczej. I tym razem mój dziadek, baron kupiecki, postawił warunek. Owszem, da drugą szansę moim rodzicom, ale pieniądze na towar muszą wyłożyć z własnej kieszeni.
Czy mieli inne wyjście? Nie, jak przypuszczam. Poza talentem mojej matki, którym nie mogła kupczyć, stanowiłam ich jedyny majątek. Na ich korzyść przemawia fakt, że wzdragali się sprzedać mnie na wolnym rynku. W końcu i tak miało do tego dojść, ale wątpię, czy któreś z nich spoglądało tak daleko w przyszłość. Nie, zamiast tego moja matka, którą ostatecznie muszę za to błogosławić, zebrała się na odwagę i wybłagała posłuchanie u duejny Domu Cereusa.
Wśród Trzynastu Domów Kwitnący w Nocy Cereus jest i zawsze był pierwszym. Został założony przez Enediela Vintesoira jakieś sześćset lat temu i dał początek właściwemu Dworowi Nocy. Od czasów Vintesoira duejnowie Domu Cereusa reprezentowali Dwór w sądzie miejskim; podobno też wielu z nich cieszyło się zaufaniem królów i królowych.
Może to prawda; z tego, co mi wiadomo, to całkiem możliwe. Za życia założyciela Dom Cereusa służył tylko Naamie i potomkom Elui. Od tamtych czasów, choć dwór królewski nie stracił na znaczeniu, za sprawą rozwoju handlu klientela stała się bardziej mieszczańska – vide mój ojciec. Ale w powszechnym mniemaniu osoba kierująca Domem Cereusa wciąż była ważną osobistością.
Jak wszystkim wiadomo, piękno porusza najbardziej wtedy, kiedy zawisa nad nim zimna ręka Śmierci, grożąc rychłym unicestwieniem. U podstaw sławy Domu Cereusa leżała świadomość kruchości i przemijania istnienia. W duejnie tego domu każdy mógł dostrzec echo piękna, którym zniewalała w swoich najlepszych latach; przypominała zasuszony kwiat włożony między kartki książki, cieszący oko dawnym kształtem, choć pozbawiony esencji zapachu. Normalną koleją rzeczy, kiedy piękno przemija, kwiat skłania głowę na łodyżce i obumiera, ale czasami po opadnięciu płatków odsłania się szkielet z hartowanej stali.
Taka była Miriam Bouscerve, duejna Domu Cereusa. Skórę miała cienką i delikatną jak pergamin, włosy przyprószone siwizną, ale te oczy... Siedziała na krześle nieruchomo, prosta jak siedemnastolatka, a jej oczy, szare jak stal, przypominały świdry.
Pamiętam, jak stałam na marmurowych płytach dziedzińca, trzymając za rękę matkę, która rwącym się głosem wypowiadała swoją prośbę. Wspomniała o narodzinach prawdziwej miłości, ucieczce, wyroku jej duejna, handlowej porażce i warunku mojego dziadka. Pamiętam, jak z miłością i podziwem mówiła o moim ojcu, przekonana, że następna wyprawa przyniesie mu fortunę. Pamiętam, jak śmiałym, choć drżącym głosem powoływała się na lata swojej służby, na przykazanie Błogosławionego Elui: „Kochaj, jak wola twoja”. Pamiętam też, jak źródło jej głosu wyschło, a duejna poruszyła ręką. Nie uniosła jej, niezupełnie; może tylko dwa palce, ciężkie od pierścieni.
– Przyprowadź dziecko.
Zbliżyłyśmy się do jej krzesła, moja matka cała roztrzęsiona, ja zaś dziwnie spokojna; dzieci często zaczynają się bać dopiero w ostatniej chwili. Duejna upierścienionym palcem uniosła moją brodę i uważnie przyjrzała się mej twarzy.
Czyżby cień niepewności przemknął po jej obliczu, kiedy zatrzymała spojrzenie na szkarłatnej plamce w lewym oku? Nawet dziś nie jestem tego pewna, ale jeśli rzeczywiście odczuła wahanie, to szybko się go wyzbyła. Cofnęła rękę i spojrzała na moją matkę, surowo i rozkazująco.
– Jehan powiedział prawdę – rzekła. – Mała nie nadaje się do służby w Trzynastu Domach. Jest jednak urodziwa, a po wychowaniu w Dworze jej cena powinna być dość wysoka. W uznaniu za lata twojej służby wysunę taką oto propozycję.
Duejna podała cyfrę, a ja poczułam, jak ekscytacja wprawia matkę w drżenie. To drżenie stanowiło o jej uroku.
– Łaskawa pani... – zaczęła.
Patrząc na matkę wzrokiem jastrzębia, sędziwa duejna przerwała jej ruchem dłoni.
– Są warunki – powiedziała bezlitosnym tonem. – Nikomu nie powiesz i nie osiedlisz się w Mieście. W oczach świata dziecko, które urodzisz za cztery miesiące, będzie twoim pierwszym. Nie chcemy, żeby mówiono, iż Dom Cereusa przychodzi w sukurs niechcianemu bękartowi dziwki.
Usłyszałam, jak matka wciąga powietrze, i zobaczyłam, że oczy starej kobiety zmrużyły się z satysfakcji. Oto, kim jestem, pomyślałam; niechcianym bękartem dziwki.
– Ona nie jest... – zaczęła matka drżącym głosem.
– Taka jest moja propozycja. – Stara duejna była nieubłagana. Ona sprzeda mnie tej okrutnej starej kobiecie, pomyślałam, spodziewając się miłego dreszczyku przerażenia. Już wtedy, jeszcze nieświadoma, uważałam strach za podniecający. – Wychowam tę dziewczynkę jak własną, dopóki nie skończy dziesięciu lat. Rozwiniemy jej zdolności. Jej cena wzbudzi szacunek. Tyle mogę obiecać, Liliano. Czy ty możesz dać jej równie wiele?
Moja matka stała, trzymając mnie za rękę, i patrzyła na mnie. Tak ją zapamiętałam. Spojrzenie jej dużych, ciemnych, roziskrzonych oczy długo błądziło po mojej twarzy, by w końcu spocząć na lewym oku. Czułam, jak walczy z przenikającym ją dreszczem.
– Weź ją więc. – Puściła moją rękę i pchnęła mnie mocno. Potknęłam się, upadłam na krzesło duejny, która wyciągnęła rękę i szarpnęła jedwabny sznur dzwonka. W dali zadzwoniły srebrne dzwoneczki. Zza parawanu niepostrzeżenie wysunęła się adeptka, która pociągnęła mnie za rękę i podniosła bez wysiłku. Obejrzałam się, chcąc ostatni raz popatrzeć na matkę, ale stała odwrócona tyłem; widziałam tylko plecy wstrząsane bezgłośnym płaczem. Słońce, które wpadało przez wysokie okna, rozpalało błękitne błyski w hebanowej rzece jej włosów.
– Chodź – powiedziała adeptka kojącym tonem, chłodnym i perlistym jak płynąca woda. Z ufnością spojrzałam w górę. Była nieodrodnym dzieckiem Domu Cereusa, bladym i nieskazitelnie pięknym. Weszłam do innego świata.
Czy więc może dziwić, że stałam się tym, kim jestem? Delaunay twierdził, że to zawsze było moim przeznaczeniem, i być może miał rację, ale ja znam prawdę: kiedy Miłość mnie odrzuciła, ulitowało się nade mną Okrucieństwo.


DWA



Pamiętam chwilę, w której odkryłam ból.
Moje życie w Domu Cereusa szybko wpadło w niezmienny, nieprzerwany rytm. Nas, dzieci, było tam pięcioro. Dzieliłam pokój z dwiema dziewczynkami, delikatnymi i kruchymi niczym figurki z wyjątkowo pięknej porcelany. Starsza, siedmioletnia Julietta miała włosy barwy mosiądzu, dlatego przypuszczano, że jej markę kupi Dom Dalii. Cechowała ją powaga i pełne rezerwy zachowanie, nadawała się więc do służby w tym Domu.
Młodsza, Ellyn, miała pozostać w Domu Cereusa, co do tego nie było żadnych wątpliwości. Miała eteryczną urodę i bladą karnację, a skórę tak cienką, że przez zamknięte powieki, gdy rzęsy łamały się niczym fale na delikatnych policzkach, niemalże było widać oczy.
Miałam z nimi niewiele wspólnego.
Z pozostałymi też nie – ani ze ślicznym Etiennem o jasnozłotych lokach cherubina przyrodnim bratem Ellyn, ani z Calantią, mimo jej wesołego śmiechu. W przeciwieństwie do mnie znali już swoją wartość i mieli zapewnioną przyszłość; urodzili się z usankcjonowanych związków i byli przeznaczeni jeśli nie dla tego, to dla innego Domu.
Nie sądźcie jednak, że żyłam w żalu. Mijały kolejne lata, przyjemne i nie stawiające wymagań, spędzane w towarzystwie wielu osób. Adepci byli mili i na zmianę uczyli nas poezji, śpiewu i gry na instrumentach, a także nalewania wina, przygotowywania komnaty sypialnej oraz pełnienia roli ślicznych ozdóbek przy stole. Mnie też wolno było to robić, pod warunkiem, że zawsze miałam spuszczony wzrok.
Byłam tym, czym byłam: niechcianym bękartem dziwki. Jeśli brzmi to brutalnie, musicie również zrozumieć, czego ja nauczyłam się w Domu Cereusa: Błogosławiony Elua kochał mnie mimo wszystko. Ostatecznie, kim był on sam, jeśli nie niechcianym bękartem dziwki? Moi zapatrzeni w siebie rodzice nie zadali sobie trudu, żeby zaznajomić mnie z podstawami wiary. W Domu Cereusa nawet dzieci korzystały z dobrodziejstwa nauk kapłana.
Brat Louvel przychodził co tydzień, siadał wśród nas ze skrzyżowanymi nogami i dzielił się z nami naukami Elui. Kochałam go, ponieważ wyglądał pięknie z włosami splecionymi w jedwabisty warkocz i oczami koloru głębi oceanu. Co więcej, był adeptem Domu Gencjany, dopóki jakiś klient nie kupił jego marki i nie uwolnił go, pozwalając mu ścigać mistyczne marzenia. Jedno z nich polegało na uczeniu dzieci. Brał nas na kolana, po jednym albo po dwoje na raz, i głosem marzyciela snuł stare opowieści.
Tak oto, kołysana na kolanie byłego adepta, poznałam tajemnicę poczęcia Błogosławionego Elui. Brat Louvel opowiedział, jak Jeszua ben Josef zmarł na krzyżu, jak tyberyjski żołnierz przebił włócznią jego bok, jak po zdjęciu z krzyża kobiety lamentowały, a Magdalena najbardziej, okrywając powodzią złotych włosów nieruchome, nagie ciało. Jak gorzkie, słone łzy Magdaleny spadły na ziemię, wilgotną od przelanej krwi Mesjasza.
I jak z tego związku rozpaczająca Ziemia wydała najcenniejszego syna, Błogosławionego Eluę, najukochańszego z aniołów.
Słuchałam jak urzeczona, z bezgraniczną dziecięcą fascynacją, gdy brat Louvel opowiadał nam o wędrówce Elui. Odrzucony przez Jeszuitów jako obraza boska, napiętnowany przez Tyberium jako potomek nieprzyjaciela, Elua wędrował przez rozległe pustynie i dzikie krainy. Wzgardzony przez Boga Jedynego, choć został spłodzony przez Jego syna, stąpał bosymi stopami po łonie swojej matki Ziemi i wędrował ze śpiewem, a wszędzie za nim rozkwitały kwiaty.
Został pojmany w Persji i król kazał go zakuć w łańcuchy, on jednak tylko się uśmiechnął, a girlandy winnej latorośli oplotły jego celę. Opowieść o wędrówce Elui dotarła do Nieba i kiedy został uwięziony, wśród aniołów znaleźli się tacy, którzy nie pozostali bezczynni. Postanowili zlekceważyć wolę Boga Jedynego i zstąpili na ziemię w starożytnej Persji.
Jednym z aniołów była Naama, starsza siostra, która poszła z uśmiechem do króla i ze spuszczonym wzrokiem zaproponowała siebie w zamian za wolność Elui. Urzeczony jej urodą król wyraził zgodę; do dziś dnia opowiada się o Królewskiej Nocy Rozkoszy. Rankiem otworzono drzwi celi, z których najpierw wylała się woń kwiatów, a potem wyłonił się sam Elua, ze śpiewem i w koronie z winorośli.
Dlatego, wyjaśnił brat Louvel, czcimy Naamę i z ufnością wstępujemy do jej służby. Później król zdradził Eluę i wszystkich jego wyznawców. Dał im do picia mocne wino zaprawione walerianą, a kiedy posnęli, kazał wrzucić ich do łodzi bez żagli i wypchnąć na pełne morze. Elua zbudził się i zaśpiewał, a wówczas stworzenia z głębin odpowiedziały i przeprowadziły łódź bezpiecznie przez morze.
Łódź dobiła do brzegu w Bodistanie i Elua podjął wędrówkę. Naama oraz inni aniołowie podążali za nim, nie wiedząc albo nie dbając, że spoczywa na nich oko Boga Jedynego. Szli ze śpiewem i wplatali we włosy kwiaty, które wyrastały na śladach stóp Elui. W Bodistanie mieszka starożytny lud, wyznający licznych bogów, na przemian groźnych i pełnych współczucia. Wyznawcy bali się od nich odwrócić, dostrzegli jednak światło w Błogosławionym Elui i nie wyrządzili krzywdy ani jemu, ani tym, którzy za nim podążali. Tak wiec Elua wędrował ze śpiewem na ustach, a ludzie na jego widok kreślili znak pokoju i odwracali się. Kiedy zgłodniał, Naama szła na targ i kładła się z nieznajomymi za monetę.
Z Bodistanu Elua ruszył na północ i długo szedł przez nieprzyjazne, kamieniste ziemie. Zginąłby niechybnie, gdyby nie usługiwali mu aniołowie i ziemskie stworzenia. Uwielbiałam te historie, na przykład o Orle z Przełęczy Tiroc, który co rano szybował ponad turniami i lodowcami, a potem opadał nisko nad głowę Elui i wrzucał mu w usta jagody.
W ciemnych skaldyjskich puszczach kruki i wilki były jego przyjaciółmi, bo tamtejsi mieszkańcy nie chcieli go słuchać, tylko potrząsali straszliwymi toporami i wzywali swoich bogów, rozmiłowanych we krwi i żelazie. Wędrował więc dalej, a przebiśniegi wystawiały główki nad zaspy, po których przechodził.
Wreszcie dotarł do Terre d’Ange, jeszcze nienazwanej, bogatej i pięknej krainy oliwek, winogron i melonów rosnących wśród wonnych chmur lawendy. Tutaj ludzie witali go serdecznie i śpiewali razem z nim, gdy przemierzał pola.
Takie są dzieje Elui i Terre d’Ange, mojej ojczyzny i kraju mojej duszy. Przez sześćdziesiąt lat Błogosławiony Elua mieszkał tutaj wraz ze swoimi pierwszymi wyznawcami: Naamą, Anaelem, Azą, Szamchazaj, Kamaelem, Kasjelem, Ejszet i Kuszielem. Siedmioro z nich wypełniało jego przykazanie, które moja matka przytoczyła w rozmowie z duejną: „Kochaj, jak wola twoja.” W ten oto sposób Terre d’Ange stała się tym, czym jest, a świat poznał piękno D’Angelinów zrodzonych z nasienia Błogosławionego Elui oraz tych, którzy za nim podążali. Jedynie Kasjel pozostał wierny przykazaniom Boga Jedynego i wyrzekł się miłości ziemskiej na rzecz miłości boskiej, ale na zawsze pozostał jako brat u boku Elui, który poruszył jego serce.
W tym czasie, jak powiedział brat Louvel, Bóg Jedyny rozpaczał nad śmiercią syna, Jeszui ben Josefa, i przeklinał swój naród wybrany. Czas bogów płynie inaczej niż nasz, trzy pokolenia mogą narodzić się i umrzeć pomiędzy jedną myślą a drugą. Kiedy wreszcie Bóg Jedyny usłyszał pieśni D’Angelinów, zwrócił oko na Terre d’Ange, na Eluę oraz tych, którzy uciekli z Nieba i towarzyszyli mu w wędrówkach. Kazał przywódcy zastępów niebieskich sprowadzić ich z powrotem i postawić Eluę przed swoim tronem. Elua z uśmiechem powitał wysłannika, obdarzył go pocałunkiem pokoju, włożył mu na szyję wieńce z kwiatów i napełnił jego kielich słodkim winem. Boski wysłannik powrócił do Nieba ze wstydem i pustymi rękami.
Wtedy Bóg Jedyny pojął, że nie ma władzy nad Eluą, w którego żyłach płynęło czerwone wino matki Ziemi i łzy Magdaleny. A jednak, choć Elua był śmiertelnikiem, Bóg Jedyny po długim namyśle posłał do niego nie anioła śmierci, lecz swojego archanioła. „Gdy zostaniesz tutaj i będziesz kochać, jak wola twoja, twoje potomstwo zawładnie ziemią” – powiedział herold Boga Jedynego. „A tak być nie może. Pójdź w pokoju przed oblicze swego Boga i Pana, a wszystko zostanie ci wybaczone”.
Brat Louvel umiał opowiadać, miał melodyjny głos i wiedział, kiedy go zawieszać. Wstrzymaliśmy oddech. Co zrobił Elua? Siedzieliśmy jak na szpilkach, czekając na następne słowa.
Oto, co nam powiedział: Błogosławiony Elua uśmiechnął się do archanioła, po czym odwrócił się do swojego serdecznego przyjaciela Kasjela i wyciągnął rękę po jego nóż. Przyłożył czubek do dłoni i rozciął skórę. Krople jasnej krwi spadły na ziemię i wyrosły z nich anemony. „Niebo mojego dziadka jest bezkrwiste” – powiedział Elua do wysłannika Boga Jedynego. „W przeciwieństwie do mnie. Niech wskaże mi jakieś lepsze miejsce, gdzie będziemy mogli kochać, śpiewać i starzeć się wedle woli, gdzie z czasem dołączą do nas nasze dzieci i dzieci naszych dzieci, a wtedy pójdę”.
Archanioł milczał, czekając na odpowiedź Boga Jedynego. „Nie ma takiego miejsca” – odparł wreszcie.
Po tych słowach, powiedział nam brat Louvel, stała się rzecz niesłychana: nasza matka Ziemia przemówiła do byłego męża, Boga Jedynego, i rzekła: „Możemy je stworzyć, ty i ja”.
Tak oto powstała prawdziwa Terre d’Ange, która leży poza zasięgiem zmysłów śmiertelników. Jej bramę możemy przestąpić dopiero po przekroczeniu tej mrocznej, przez którą opuszczamy świat doczesny. Tylko Błogosławiony Elua oraz ci, którzy za nim podążali, weszli od razu w jasną bramę, za którą leży wspaniała kraina. Ale naszą ziemię Elua umiłował najpierw, dlatego nazwaliśmy ją po tamtej, z dumą i miłością oddając cześć Błogosławionemu.
W dniu, w którym skończył opowiadać Cykl Eluański, brat Louvel przyniósł bukieciki anemonów, po jednym dla każdego. Długimi szpilkami przypięliśmy kwiaty do ubrania na piersi. Wszystkie miały soczysty czerwony kolor i uznałam, że są symbolem prawdziwej miłości, ale brat Louvel wyjaśnił, że są znakiem śmiertelnej krwi Elui wylanej z miłości do ziemi i ludu D’Angelinów.
Po lekcjach spacerowałam po ogrodach Domu Cereusa, rozpamiętując słowa opowieści. Miałam wtedy siedem lat i pamiętam, że byłam niezmiernie dumna z anemonów przypiętych do stanika sukienki.
Zawsze lubiłam zachodzić do antykamery przy salonie, gdzie adepci czekali na wezwanie, by zaprezentować się klientom. Podobała mi się panująca tam atmosfera niecierpliwości i subtelnego napięcia, z jakim adepci przygotowywali się do rywalizacji o względy klientów. Oficjalnie konkurencja była zabroniona, bo taki pokaz przyziemnych emocji szkodziłby reputacji Domu, niemniej jednak istniała. W Domu krążyły barwne opowieści o zamianie perfum we flakoniku na kocie siki, o wystrzępionych wstążkach, o przeciętych fiszbinach w gorsecie, o nadpiłowanym obcasie pantofelka. Nigdy nie spotkałam się z takimi przejawami złośliwości, ale prawdopodobieństwo ich wystąpienia zawsze wisiało w powietrzu.
Tego dnia w antykamerze czekało tylko dwoje adeptów, wskazanych imiennie przez klientów. Usiadłam cicho w kąciku przy małej fontannie i zaczęłam fantazjować, że sama jestem adeptką, z niezmąconym spokojem czekającą na wezwanie... lecz gdy tylko wyobraziłam sobie, że oddaję się klientowi, opadło mnie wielkie podniecenie. Według brata Louvela duch Naamy, gdy kładła się z królem Persji i z nieznajomymi na targu, był przepełniony mistyczną czystością.
Tak mówią w Domu Gencjany; w Smagliczce utrzymują, że podobno z płaczem wyzbyła się skromności, a w Melisie sądzą, że kierowała się współczuciem. Według Przestępu Naama zrobiła dobry interes. W Kamelii powiadają, że jej kunszt oślepił króla Persji na dwa tygodnie i dlatego ją zdradził, owładnięty bezrozumnym strachem. W Dalii twierdzą, że obdarzała względami jak królowa, podczas gdy zdaniem Heliotropu pławiła się w miłości jak w słońcu, które z jednakową łaskawością świeci na królewski pałac i na kupę gnoju. Dom Jaśminu, z którego się wywodzę, uważa, że Naama robiła to dla przyjemności, a Orchidea, że dla zabawy. Dzika Róża jest przekonana, że czarowała wszystkich słodyczą swojego śpiewu. Nie wiem, w co wierzą w Walerianie, bo niewiele było nam wiadomo o dwóch Domach, które zaspokajały bardziej wyrafinowane gusta, ale kiedyś słyszałam, że wedle Mandragory Naama traktowała swoich klientów jak ofiary: chłostała ich dla przyjemności, pozostawiając zaspokojonych i ledwo żywych.
Wiem o tym wszystkim z zasłyszanych rozmów, bo adepci często się zastanawiali, do którego Domu trafiłabym, gdybym nie miała skazy. Wyliczali wymagania stawiane przez różne Domy i roztrząsali cechy mojego charakteru, próbując dopasować mnie do któregoś z nich. Jak każde dziecko, miałam zmienne usposobienie i nie byłam na tyle skromna, wesoła, wyniosła, sprytna czy poważna, by jednoznacznie pasować do któregoś Domu; nie miałam też, jak się wydawało, wielkiego talentu do poezji czy pieśni. Snuli więc domysły, nie znajdując odpowiedzi aż do tego dnia, który zadecydował o mojej przyszłości.
Bukiecik anemonów od brata Louvela rozsypał się i wyciągnęłam szpilkę, żeby z powrotem ułożyć kwiaty. Szpilka była długa i ostra, wyjątkowo lśniąca, z okrągłą główką z macicy perłowej. Siedziałam przy fontannie i podziwiałam ją, zapomniawszy o anemonach. Rozmyślałam o bracie Louvelu i jego urodzie, i o tym, jak się mu oddam, kiedy zostanę kobietą. Rozmyślałam o Błogosławionym Elui i jego długiej wędrówce, o jego zaskakującym postępku w odpowiedzi na wezwanie Boga Jedynego. Kto wie, może krew, którą przelał, płynęła w moich żyłach? Postanowiłam to sprawdzić. Odwróciłam lewą rękę wnętrzem dłoni do góry, prawą mocno złapałam szpilkę i wbiłam ją w ciało.
Czubek wniknął ze zdumiewającą łatwością. Przez sekundę nic nie czułam, a potem wokół szpilki rozkwitł ból, jak anemon. Moja ręka zaśpiewała z cierpienia, nerwy zadygotały. Było to nieznane uczucie, jednocześnie złe i dobre, strasznie dobre, jak wtedy, kiedy myślałam o Naamie kładącej się z nieznajomymi, tylko lepsze, znacznie lepsze. Wyciągnęłam szpilkę i z fascynacją patrzyłam, jak krew wzbiera w maleńkiej rance, szkarłatna perełka dopasowana barwą do plamki w moim oku.
Nie wiedziałam wtedy, że któryś z adeptów widział moje doświadczenie i posłał sługę do duejny. Zahipnotyzowana bólem i strumyczkiem własnej krwi, zauważyłam ją dopiero wtedy, gdy padł na mnie jej cień.
– Aha – mruknęła i zamknęła starczy szpon na moim lewym nadgarstku. Szpilka wypadła mi z ręki i serce załomotało z rozkosznego strachu. Jej świdrujące spojrzenie przewierciło moje oczy i znalazło w nich zaprawioną bólem przyjemność. – Czyżbyś więc nadawała się do Domu Waleriany? – W jej głosie pobrzmiewała ponura satysfakcja; zagadka została rozwiązana. – Wyślij posłańca do duejna z wieścią, że mamy tu kogoś, kto może odnieść korzyść z nauk doznawania bólu. – Szare jak stal oczy jeszcze raz omiotły moją twarz, spoczęły na lewym oku. – Nie, czekaj. – Jakiś grymas przemknął po jej obliczu; może rozterka, nie pamiętam. Puściła moją rękę i odwróciła się. – Poślij po Anafiela Delaunaya. Powiedz mu, że mamy coś ciekawego do pokazania.


TRZY



Dlaczego uciekłam w przeddzień spotkania z Anafielem Delaunayem, będącym niegdyś osobą wpływową na dworze – na królewskim dworze – i potencjalnym kupcem mojej marki?
Szczerze mówiąc, nie wiem. Wiem tylko, że zawsze tkwiło we mnie coś, co kazało mi ryzykować i z jakiegoś powodu pchało ku niebezpieczeństwu; może dla dreszczyku emocji, może z uwagi na możliwe reperkusje – kto wie? W każdym razie jedna z dziewcząt podkuchennych pokazała mi w ogrodzie za kuchniami wysoką gruszę, po której można się było wspiąć na mur.
Wiedziałam, że spotkanie zostało umówione, bo poprzedniego dnia duejna uprzedziła mnie o przygotowaniach. Adepci poszeptywali, że zostanę uszykowana jak dla księcia; wykąpana, uczesana i ubrana w piękną sukienkę.
Oczywiście, nikt mi nie powiedział, kim jest Anafiel Delaunay ani dlaczego powinnam się cieszyć, że przyjdzie mnie obejrzeć. W gruncie rzeczy byłabym bardzo zdziwiona, gdyby okazało się, że ktoś w Domu Cereusa znał całą prawdę. Duejna wymawiała jego imię lekko przyciszonym głosem, a adepci mogli tylko snuć domysły.
Tak oto, zdjęta grozą, uciekłam.
Gdy zakasałam spódnicę i wetknęłam jej rąbek za pasek, pokonanie gruszy okazało się dość łatwe i bez przeszkód zeskoczyłam po drugiej stronie muru. Mur zapewnia dyskrecję, i Dom Cereusa, stojący na szczycie wzgórza nad Miastem Elui, niczym prócz aromatu ogrodów nie różni się od innych posiadłości, które leżą niżej na zboczach. Podobnie jak inne Domy, ma nierzucające się w oczy godło na bramie, z której korzystają klienci. Trzy lata spędziłam w jego murach; teraz szeroko otworzyłam oczy na widok leżącej przede mną niecki Miasta, okolonej przez łagodne wzgórza i rozciętej szeroką rzeką. Tam, pomyślałam, patrząc na budowlę lśniącą w promieniach słońca, musi być pałac królewski.
Obok mnie przejechał powóz z zaciągniętymi w oknach zasłonkami. Stangret obrzucił mnie szybkim i uważnym spojrzeniem. Wiedziałam, że jeśli nie ruszę się z miejsca, prędzej czy później ktoś zwróci uwagę na samotną, małą dziewczynkę w sukience z adamaszku, ze wstążkami w ciemnych lokach. Jeśli ktoś powiadomi duejnę, strażnicy w jednej chwili wypadną za bramę i zaprowadzą mnie z powrotem do Domu.
Co zrobił Elua, niechciany syn Magdaleny? Wędrował po świecie. Postanowiłam pójść w jego ślady. Ruszyłam w dół wzgórza.
Im bardziej zbliżałam się do miasta, tym odleglejsze mi się ono wydawało. Szerokie, wdzięcznie skręcające aleje z drzewami i imponującymi bramami ustępowały powoli węższym, równie krętym uliczkom. Było tam pełno ludzi, z reguły biedniejszych od tych, których widywałam w Domu Cereusa. Nie wiedziałam wtedy, że pod Mont Nuit, gdzie stało Trzynaście Domów, rozlokowały się mniej wykwintne przybytki: kawiarnie odwiedzane przez poetów i szlachetnie urodzonych panów o wątpliwej reputacji, ogólnodostępne zamtuzy, spelunki artystów, podejrzane apteki i kramy wróżbitów. Później się dowiedziałam, że to sąsiedztwo dodawało pikanterii wyprawom do Nocnego Dworu.
Był późny ranek. Stałam na skraju ulicy, przytłoczona hałasem i ruchem. Nade mną jakaś kobieta wychyliła się przez balustradę balkonu i wylała wodę z miski na ulicę. Woda rozbryznęła się u moich stóp; odskoczyłam i patrzyłam, jak spływa w strumyczkach pomiędzy kocimi łbami. Jakiś jegomość wybiegł z bramy, wpadł na mnie i zaklął.
– Uważaj, dziecko! – zawołał opryskliwie. Oddalił się pospiesznie, jego pantofle wystukiwały gniewny rytm na kamieniach. Zauważyłam, że spodnie miał pogniecione i rozpięte, jakby wciągnął je w pośpiechu, a kaptur opończy wywrócony na lewą stronę. Z Domu Cereusa klienci wychodzili wypoczęci i odświeżeni, po wypiciu kieliszka wina lub likieru, ale też żaden z nich nie przychodził w ubraniu z barchanu.
Za rogiem rozpościerał się niewielki plac, przyjemnie ocieniony drzewami, z fontanną pośrodku; był dzień targowy i krzyki handlarzy dźwięczały w uszach. Uciekłam bez prowiantu, kiedy więc zobaczyłam i poczułam zapach jedzenia, żołądek natychmiast przypomniał mi o swoich prawach. Przystanęłam przy kramie z łakociami, zastanawiając się nad konfiturami i marcepanem; bezmyślnie wzięłam cukierek z pastą migdałową.
– Dotknęłaś, więc musisz kupić! – Głos handlarki ostro zadzwonił mi w uchu. Przestraszona, puściłam cukierek i uniosłam głowę.
Przez sekundę spoglądała na mnie gniewnie, rumiana, pucołowata, krzepka wiejska piękność, utuczona słodyczami, których zbyt często musiała kosztować. Patrzyłam na nią z drżeniem, ale po chwili strach osłabł, bo dostrzegłam w jej wielkim ciele dobrotliwe serce.
A potem zobaczyła moje oczy, i jej twarz się zmieniła.
– Diabelski pomiot! – Uniosła rękę, wielką jak bochen chleba, i wycelowała we mnie pulchny palec. – Patrzcie na to dziecko!
Nikt mi nie powiedział, że ludzie mieszkający u podnóża Mont Nuit są nadzwyczajnie przesądni. Przekupnie zaczęli się odwracać i wyciągać ręce, żeby mnie złapać. Zdjęta strachem, rzuciłam się do ucieczki. Na nieszczęście stragan z brzoskwiniami zagrodził mi drogę. Pośliznęłam się na zrzuconych owocach i rozciągnęłam jak długa pod markizą kramu. Coś mlasnęło nieprzyjemnie pod moim lewym łokciem, zapach przejrzałych brzoskwiń spowił mnie jak trujące wyziewy. Słyszałam gniewny ryk handlarza, który sunął wokół rumowiska w moją stronę.
– Psst! – Pod innym kramem dostrzegłam drobną, smagłą buzię. Chłopiec, mniej więcej w moim wieku, pokazywał w uśmiechu lśniące białe zęby i przywoływał mnie brudną ręką.
Czołgałam się jak szalona po zasłanej owocami ziemi; szew puścił na plecach mojej sukienki, gdy z determinacją wyrwałam się komuś, kto chciał mnie zatrzymać. Moj młodociany zbawca, nie tracąc czasu, popchnął mnie przed sobą i razem pędziliśmy na czworakach pod ustawionymi w rzędach straganami. Czułam szum krwi w uszach, w żyłach, a kiedy wydostaliśmy się z rynku i co sił w nogach rzuciliśmy do ucieczki, serce omal nie wyskoczyło mi z piersi.
Ścigało nas kilku młodszych mężczyzn, ale robili to bez większego przekonania i zrezygnowali z pogoni, gdy zniknęliśmy w labiryncie uliczek. Mimo to nie oszczędzaliśmy nóg i zatrzymaliśmy się dopiero wtedy, gdy mój wybawiciel uznał, że nic nam nie grozi. Przywarł w wejściu do ściany jakiegoś domu i ostrożnie wyjrzał na zewnątrz.
– Jesteśmy bezpieczni – zakomunikował z satysfakcją. – Są zbyt leniwi, żeby gonić dalej niż dwa kwartały, chyba że zwędzi się coś grubszego, na przykład szynkę. – Odwrócił się, żeby mi się przyjrzeć, i świsnął przez zęby. – Masz plamkę w oku, jak krew. O to chodziło tej starej?
Po trzech latach życia wśród omdlewająco bladych mieszkańców Domu Cereusa wyglądał w moich oczach zdecydowanie egzotycznie. Skórę miał brązową jak Bodistańczyk, oczy czarne i wesołe, włosy opadające do ramion wijące się w kruczoczarnych kędziorach.
– Tak – odparłam i, ponieważ uznałam, że jest piękny, zapytałam: – Z którego Domu pochodzisz?
Przykucnął na piętach.
– Mieszkam na Rue Coupole, niedaleko świątyni.
Próg był brudny, ale nie bardziej niż moja sukienka. Zebrałam ją wokół kolan i usiadłam.
– Moja matka pochodziła z Domu Jaśminu. Masz ich karnację, wiesz?
Dotknął ręką wstążki w moich włosach.
– Ładna. Dostaniesz za nią parę miedziaków na targu. – Wytrzeszczył oczy. – Należysz do Dworu Nocy!
– Tak – przyznałam, lecz po chwili zmieniłam zdanie. – Nie. Mam plamkę w oku. Chcą mnie sprzedać.
– Aha. – Zastanawiał się przez chwilę. – Ja jestem Cyganem – oznajmił z dumą. – Przynajmniej po matce. Wróży na placu, z wyjątkiem dni targowych, i dorabia praniem. Mam na imię Hiacynt.
– A ja Fedra.
– Gdzie mieszkasz?
Wskazałam w stronę wzgórza, a w każdym razie tam, gdzie według mnie leżało; w labiryncie ulic straciłam orientację.
– Aha. – Głośno zaczerpnął tchu i klasnął językiem o zęby. Pachniał, nie nieprzyjemnie, niemytym chłopakiem. – Chcesz, żebym cię odprowadził do domu? Znam wszystkie ulice.
W tej chwili oboje usłyszeliśmy tętent kopyt, szybki i zdecydowany, wyróżniający się na tle ogólnego hałasu miasta. Hiacynt zerwał się do ucieczki, ale jeźdźcy już podjeżdżali. Byli to dwaj strażnicy duejny, w granatowych liberiach z wyhaftowanym złotą nicią delikatnym kwiatem cereusa.
Zostałam złapana.
– Tam – powiedział jeden z irytacją, wskazując na mnie. Twarz miał przystojną, rysy regularne; członkowie straży Cereusa byli wybierani ze względu na prezencję i siłę. – Rozzłościłaś duejnę i zrobiłaś zamieszanie na targu, dziewczyno. – Jedną ręką chwycił karczek sukienki i poderwał mnie w powietrze. Zwisałam bezradnie w jego ręce. – Na dziś wystarczy.
Z tymi słowy posadził mnie przed sobą na łęku, po czym zawrócił konia, zerkając na swojego towarzysza i ruchem głowy wskazując w stronę domu. Hiacynt wyskoczył na ulicę i przemknął tuż przed końskimi kopytami. Drugi strażnik zaklął i zamachnął się pejczem.
– Z drogi, cygańskie nasienie!
Hiacynt zrobił unik z wprawą, jakiej nabywa się w wyniku długiej praktyki, i pobiegł za końmi.
– Fedro! – wołał. – Wróć, musimy się zobaczyć! Pamiętaj, Rue Coupole!
Wyciągnęłam szyję, żeby wyjrzeć zza odzianego na niebiesko torsu strażnika; chciałam zobaczyć chłopca, bo było mi smutno, że się rozstajemy. Przez parę minut był moim przyjacielem, a przecież jeszcze nigdy nie miałam przyjaciela.
Po powrocie do Domu Cereusa popadłam w niełaskę. Odebrano mi przywilej podawania do stołu w czasie wieczornego podejmowania gości i bez kolacji zamknięto w pokoju, choć Ellyn, która miała miękkie serce, podrzuciła mi w serwetce kilka herbatników.
Rankiem przyszła po mnie adeptka Suria, wysoka i jasnowłosa. To ona wzięła mnie za rękę pierwszego dnia pobytu w Domu Cereusa i wiedziałam, że trochę mnie lubi. Zabrała mnie do łaźni i rozplotła mi włosy, a potem siedziała cierpliwie i patrzyła, jak pluskam się w głębokim marmurowym basenie.
– Surio – zagadnęłam, poddając się jej inspekcji – kim jest Anafiel Delaunay i dlaczego może chcieć mnie kupić?
– Masz we włosach zapach pospolitej garkuchni. – Odwróciła mnie delikatnie i wylała na czubek mojej głowy mydło o słodkim, ale nieokreślonym zapachu. – Messire Delaunay jest znany na królewskim dworze. – Jej smukłe palce, cudownie kojące, spieniły mydło. – Poza tym jest poetą. To wszystko, co wiem.
– Jaką poezję uprawia? – Posłuszna jej gestowi, zanurzyłam się i potrząsnęłam głową pod wodą, żeby pozbyć się mydła. Jej ręce z wprawą zebrały moje włosy, gdy wstałam, i delikatnie wycisnęły z nich wodę.
– Taką, która przyprawiłaby o rumieniec adepta z Domu Dzikiej Róży.
Uśmiecham się teraz, wspominając moje oburzenie, a Delaunay roześmiał się głośno, kiedy mu o tym powiedziałam.
– Pisze sprośne wiersze? Chcesz powiedzieć, że wystroją mnie jak karnawałową gęś, żeby sprzedać jakiemuś upapranemu nasieniem wierszoklecie, który jedną rękę trzyma w kałamarzu, a drugą w rozporku?
– Sza. – Suria owinęła mnie ręcznikiem i wytarła do sucha. – Gdzie się nauczyłaś takiego języka? Nie, naprawdę, podobno jest wielkim poetą... przynajmniej był. Obraził jednak jakiegoś wielmożę, może nawet członka rodziny królewskiej, i teraz już nie pisze, a jego wiersze zostały zakazane. Dobił z kimś targu, Fedro, ale nie znam tej historii. Chodzą słuchy, że kiedyś był kochankiem jakiejś ważnej persony. Wciąż jest znany na dworze i nie brakuje takich, którzy się go boją. Będziesz grzeczna?
– Tak. – Zerknęłam nad jej ramieniem. Suknia miała dość głębokie wycięcie na plecach, mogłam więc zobaczyć jej markę, pędy bladozielonych winorośli i granatowych kwiatów splecione na kręgosłupie, wykłute na skórze igłami markarza. Wzór był prawie ukończony. Jeszcze parę prezentów od klientów, a będzie mogła go skończyć. Gdy ostatni kwiat zamknie zwieńczenie na karku, Suria będzie miała swoją markę. Jej dług wobec Naamy oraz duejny zostanie spłacony; jeśli zechce, będzie mogła opuścić Dom Cereusa albo pozostać pod jego dachem i oddawać Domowi dziesiątą część swoich zarobków. Miała dziewiętnaście lat, była więc w wieku mojej matki.
– Suria, kto to jest Cygan?
– Jeden z podróżnych, Cyganów. – Przeciągając grzebieniem przez moje mokre włosy, skrzywiła się z niesmakiem, ale tak, by nie powstały brzydkie zmarszczki. – Co masz z nimi wspólnego?
– Nic. – Umilkłam, poddając się jej troskliwym zabiegom. Uznałam, że skoro strażnicy duejny nie wspomnieli o mojej nowej znajomości, to ja też zachowam ją w sekrecie, bo tajemnice są często jedynym atutem dziecka w świecie dorosłych.
We właściwym czasie zostałam przygotowana na spotkanie z Delaunayem. Oczywiście byłam za mała na makijaż, ale lekko przypudrowano mi policzki i wpleciono wstążki w lśniące, świeżo umyte włosy. Przyszedł po mnie sam Jareth Moran, zastępca duejny. Nieco przestraszona, trzymałam go za rękę i dreptałam obok niego. Uśmiechnął się do mnie parę razy.
Spotkanie odbyło się nie na wewnętrznym dziedzińcu, ale w prywatnym saloniku duejny, urządzonym z dyskretnym przepychem i służącym wypoczynkowi oraz prowadzeniu rozmów nie przeznaczonych dla postronnych uszu.
Między dwoma krzesłami leżała poduszka. Jareth puścił moją rękę, gdy weszliśmy, i stanął za plecami duejny. Zerknęłam na dwie siedzące osoby i zajęłam miejsce, klękając abeyante przed nimi. Duejnę znałam, oczywiście; co do Anafiela Delaunaya, dostrzegłam tylko wysoki wzrost, szczupłe ciało i rdzawe odcienie, zanim zastygłam z pochyloną głową.
Przez długą chwilę panowała cisza. Siedziałam na piętach, splótłszy ręce i każdą cząsteczką swojej istoty pragnąc unieść głowę, a jednocześnie nie śmiąc tego uczynić.
– Ładne dziecko – usłyszałam w końcu znudzony głos, głęboki, modulowany tenor, ale bez intonacji, z jaką mówią wyłącznie arystokraci. Teraz to wiem, bo Delaunay nauczył mnie zwracać uwagę na takie rzeczy. Wtedy pomyślałam tylko, że mnie nie lubi. – Opisany przez ciebie incydent jest ciekawy, nie dostrzegam w nim jednak niczego, co mogłoby mnie zaintrygować. Od dwóch lat mam ucznia, Miriam, i nie potrzebuję drugiego.
– Fedro.
Poderwałam głowę, słysząc rozkazujący ton starej duejny, i zwróciłam na nią szeroko otwarte oczy. Z lekkim uśmiechem patrzyła na Delaunaya, przeniosłam więc spojrzenie na niego.
Anafiel Delaunay siedział w swobodnej pozie, z łokciem na poręczy fotela i z brodą wspartą na dłoni. Miał piękne rysy rasowego D’Angelina, twarz pociągłą i żywą, długie rzęsy i szare oczy, w których dostrzegłam topazowe błyski, jego włosy miały przyjemny rudawy odcień. Nosił aksamitny wams w kolorze głębokiego brązu, z rdzawymi rękawami, w rozcięciach których pobłyskiwał jedwab o barwie topazu. Na szyi miał złoty, grawerowany łańcuszek. Leniwie wyciągał kształtne nogi, obcas jednego wypolerowanego trzewika wspierając na nosku drugiego.
I kiedy na mnie spojrzał, obcas z hukiem uderzył o podłogę.
– Na Jaja Elui! – Parsknął śmiechem, który mnie przestraszył. Zobaczyłam, że Jareth i duejna wymienili szybkie spojrzenia. Delaunay płynnym, eleganckim ruchem wstał z fotela i opadł przede mną na jedno kolano. Ujął moją twarz w dłonie. – Czy wiesz, jaki znak nosisz, mała Fedro?
Głos Delaunaya stał się pieszczotliwy, a kciuki gładziły moje policzki, niebezpiecznie blisko oczu. Drżałam w jego rękach jak królik w pułapce i jednocześnie napinałam mięśnie, żeby stłumić drżenie; pragnęłam... pragnęłam, żeby coś zrobił, coś strasznego, i bałam się, że to zrobi.
– Nie – szepnęłam.
Zabrał ręce, uspokajająco musnął mój policzek i wstał.
– Strzała Kusziela – powiedział ze śmiechem. – Masz w rękach anguisette, Miriam, prawdziwą anguisette. Spójrz tylko, jak drży, nawet teraz, uwięziona w pułapce strachu i pożądania.
– Strzała Kusziela. – W głosie Jaretha pobrzmiewała niepewność.
Duejna siedziała nieporuszona, z chytrym wyrazem twarzy. Anafiel Delaunay podszedł do stolika i bez zaproszenia nalał sobie kieliszek likieru.
– Spodziewałem się po tobie czegoś więcej – powiedział z rozbawieniem, a potem z większą powagą wyrecytował: – Potężny Kusziel, pan rózgi i pręgi/wypuszcza Strzałę z niezawodnej dłoni/Przeszywa oczy wybranych śmiertelnych/a krwawa rana nigdy się nie goi. – I podjął lekkim tonem: – Z marginaliów Cyklu Eluańskiego w opracowaniu Leucenaux, oczywiście.
– Oczywiście – mruknęła duejna, wciąż opanowana. – Bardzo ci dziękuję, Anafielu. Jean-Baptiste Marais z Domu Waleriany będzie wdzięczny, gdy się o tym dowie.
Delaunay uniósł brew.
– Nie twierdzę, Miriam, że adepci Domu Waleriany są do niczego w sztuce algolagnii, ale ile czasu minęło, od kiedy mieli pod swoim dachem prawdziwą anguisette?
– Zbyt dużo.
Ton był słodki jak miód, ale masło nie stopiłoby się w ustach tej starej kobiety. Patrzyłam, zafascynowana i zapomniana. Pragnęłam rozpaczliwie, by zwyciężył Anafiel Delaunay. Dotknął mnie swoimi rękami poety i odmienił moją naturę, przekształcając symbol mej nieprzydatności w perłę o wielkiej cenie. Tylko Melisanda Szachrizaj z równą pewnością i szybkością określiła, kim jestem, ale stało się to znacznie później i w innych okolicznościach. Delaunay wymownie wzruszył ramionami.
– Zrób to, a ją zmarnujesz. Zostanie kolejną zabawką do bicia dla kupieckich synów o pięściach wielkich jak szynki. Ja mogę przemienić ją w niespotykany instrument, na którym książęta i królowe będą wygrywać cudowną muzykę.
– Tylko że już masz ucznia.
– W istocie. – Wypił likier jednym haustem, odstawił kieliszek i oparł się o ścianę, z uśmiechem krzyżując ręce na piersi. – Chciałbym, przez wzgląd na Strzałę Kusziela, zastanowić się przez chwilę. Ustaliłaś cenę?
Duejna oblizała wargi, a ja uradowałam się, bo zobaczyłam, że na wzmiankę o sprzedaży zadrżała tak, jak kiedyś moja matka. Tym razem, kiedy podała sumę, w jej głosie brakowało pewności.
Cena była wysoka, wyższa niż jakakolwiek inna podczas mojego pobytu w Domu Cereusa. Usłyszałam, jak Jareth cicho wciąga powietrze.
– Zgoda – powiedział Anafiel Delaunay bez namysłu, nonszalancko wzruszając ramionami. – Każę mojemu sekretarzowi przygotować na jutro niezbędne dokumenty. Zgodnie ze zwyczajem zostanie tutaj do dziesiątego roku życia, prawda?
– Jak sobie życzysz, Anafielu. – Duejna skłoniła głowę. Wciąż klęcząc, widziałam, jak gniewnie zagryzła wargi. Była zła, że podała za niską cenę. – Zawiadomimy cię o jej dziesiątych urodzinach.
I to zadecydowało o mojej przyszłości.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-01-30 (970 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej