Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Zgromadziła się ciemność wszelaka
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Księżniczka Buław - John Ringo

Rozdział 2


     Została na treningu do chwili, gdy musiała już wracać, po czym udała się do szatni. Formalnie rzecz biorąc, pomagała w zajęciach z młodszymi dziećmi, więc nie płaciła za lekcje. W rzeczywistości oboje wiedzieli, że w równym stopniu szkoliła dzieci i Johna. Kto zatem był mistrzem, a kto uczniem? Ćwiczenia z dziećmi innych ludzi nigdy nie sprawiały jej kłopotów. Myślała nawet o tym, żeby zostać pełnoetatową nauczycielką sztuk walki; już teraz od czasu do czasu zastępowała mistrza. Mark jednak zarabiał wystarczająco dużo i nie musiała pracować, poza tym mąż wolał, żeby zostawała w domu. Ona zaś żywiła fundamentalne i niezachwiane przekonanie, że Mark jest głową rodziny. Jeśli chciał, żeby zajmowała się domem, pozostanie pełnoetatową gospodynią domową.
     Barbara wychowywała się w domu członków protestanckiego Kościoła episkopalnego. W okresie dojrzewania, podczas gdy inne dzieci starały się trzymać z dala od religii, ona coraz bardziej się do niej zbliżała. Często myślała, że gdyby dorastała w wierze katolickiej, Boże broń, zostałaby zakonnicą. Jednak jej rodzina, religia i ojczyzna splatały się w żelazny trójkąt, który definiował jej życie. Pod wieloma względami to właśnie wiara utrzymywała ją przy zdrowych zmysłach. W złych chwilach, kiedy skakali sobie z Markiem do oczu, kiedy Allison potrącił samochód, kiedy Marka zwolniono z pracy, właśnie do Boga zwracała się po pocieszenie. I zawsze odnajdywała pociechę – ciepłą, kojącą pewność, że życie jest niematerialne i liczy się tylko dusza. Trzeba tylko zadbać o jej spokój i harmonię, a cała reszta w końcu musi się poukładać.
     Nie była fundamentalistyczną pieniaczką. Nie agitowała i nie nawracała. Po prostu żyła własnym życiem, dzień po dniu, w najbardziej chrześcijański sposób, w jaki potrafiła. Gdy ktoś ją uderzył, nadstawiała drugi policzek. Gdy dzieci sprzeczały się lub pyskowały, tłumiła złość i traktowała je jak dzieci Boże. A gdy ktoś potrzebował pomocy, ponieważ jakiś inny rzekomy chrześcijanin czegoś mu odmówił lub po prostu zawalił sprawę, wyciągała pomocną dłoń.
     Zdawała sobie sprawę, że jej wiara w dużej mierze koncentruje się wokół czegoś, co nazywała „inną Barbarą”. Pewnego razu w szóstej klasie została posłana do domu, niemalże wyrzucona ze szkoły, ponieważ sprawiła, że pewien chłopiec wylądował w szpitalu. Drażnił ją, a kiedy próbowała odejść, złapał ją. Złamała mu nos, ramię i kostkę nogi. Nie wykorzystała umiejętności wyniesionych z treningów, nie zastosowała żadnych chwytów czy sztuczek, jedynie wyładowała na nim złość. To właśnie przede wszystkim taką dziką wściekłość starała się kontrolować za pomocą religii. Nauczyła się tego od matki, która miała bardzo podobne problemy i która wytłumaczyła jej, że niezależnie od merytorycznej konieczności wiary w Boga Jedynego, celem religii jest okiełznywanie demonów ludzkości.
     Barbara usilnie pracowała nad opanowaniem własnych demonów, ponieważ wiedziała, jak straszliwe byłby skutki, gdyby jej się nie powiodło.
     Nie znaczyło to oczywiście, że była słodką idiotką. Świat nie jest miłym miejscem i nigdy nie będzie przed powtórnym przyjściem Chrystusa. W jej mniemaniu „nadstawianie drugiego policzka” oznaczało, że „odpuszcza się drobne krzywdy”, a nie staje się „pełnoetatową ofiarą”. Starała się zatem zapewnić dzieciom możliwe najlepsze przygotowanie, przekazywała im wszelkie znane sobie rady, pokazywała im chrześcijańską drogę życia we wszystkim i jednocześnie zapewniała im możliwość obrony przed złem.
     Jeszcze w college’u, krótko nim poznała Marka, w pewien środowy wieczór została napadnięta w drodze do domu, kiedy wracała z biblioteki. Droga była oświetlona, ale okolicę osłaniały drzewa i wyniesienia terenu, a napastnik ją dopadł, zanim się zorientowała, że ktoś jest obok. Mogła krzyknąć, mogła spróbować uciec, w końcu mężczyzna miał tylko nóż. Zamiast tego jednak złamała mu nadgarstek, zadała mu cios otwartą dłonią w skroń i poszła do najbliższej budki telefonicznej, żeby zadzwonić po policję.
     Gdy policjanci spisali jej zeznania, Barbara wróciła do sali sypialnej w internacie, zwymiotowała, a następnie modliła się przez kilka godzin. Modliła się za duszę napastnika i własną. Modliła się, żeby mężczyzna, który ją zaatakował, odnalazł drogę do Jezusa, zanim zło w jego sercu wtrąci go na wieczność w szpony Szatana. Każda zagubiona dusza to jeszcze jedna niepotrzebnie stracona dusza. Modliła się też o miłosierdzie i łaskę dla siebie. W przypływie złości wykręciła mężczyźnie nadgarstek przy użyciu specjalnego chwytu, który spowodował u niego przejmujący ból. Modliła się o łaskę uwolnienia od własnej wściekłości, która ogarnęła ją w tej sytuacji. I modliła się o oczyszczenie z nieczystej przyjemności, którą sprawił jej okrzyk bólu napastnika. Incydent naprawdę wyprowadził ją z równowagi.
     Policja zabrała bandytę do szpitala, gdzie lekarze nastawili mu nadgarstek. Testy DNA pozwoliły zidentyfikować go jako sprawcę szeregu gwałtów wokół campusu Uniwersytetu Stanowego Luizjany, więc Barbara nie musiała nawet składać przeciwko niemu oskarżenia z powództwa cywilnego. Od czasu do czasu modliła się jeszcze, żeby w czasie pobytu w więzieniu mężczyzna odnalazł drogę do Jezusa. Każda dusza, nawet doszczętnie zepsutego drobnego gwałciciela, była bowiem drogocenna.

* * *
     Kiedy wróciła do domu, zastała włączony telewizor nastawiony na kanał sportowej stacji ESPN. Mark rozpierał się na szezlongu w pozycji, którą z całą pewnością zamierzał zajmować aż do kolacji. Podała mu schłodzone piwo, nastawiła wodę i wyjęła klopsy. Po dwudziestu minutach kazała dzieciom umyć ręce i przyjść do stołu.
     – Dziękujemy ci, Boże, za to pożywienie – rzekł Mark z pochyloną głową. – Dziękujemy za kolejny dzień dobrego życia, za wszystko, co nam dajesz...
     Barbara przestała wsłuchiwać się w słowa męża i w myślach podjęła własną modlitwę dziękczynną. To rzeczywiście było dobre życie. Czasami straszliwie frustrujące, ale dobre. Wszyscy cieszyli się zdrowiem, nie przydarzały im się poważniejsze wypadki, dzieci dostawały przyzwoite stopnie, Mark miał świetną i stałą pracę. Czuła, że nie do końca wykorzystuje swoje możliwości, lecz tak naprawdę wychowanie trójki zdrowych, w miarę zrównoważonych dzieci w tym świecie stanowiło zapewne najlepsze wykorzystanie życia, jakie mogła sobie wyobrazić.
     Kiedy Mark skończył, uniosła widelec i spojrzała na Allison.
     – Poza nieprzyjemnościami ze strony Marcie, jak upłynął ci dzień, Allison?
     Barbara pielęgnowała tradycję rozmów przy stole, zwyczaj, który przejęła od matki, niech Bóg da ukojenie jej duszy. Pani Gibson jeździła po całym świecie z mężem, żołnierzem w siłach powietrznych USA. Często zdarzało jej się wylądować na jakimś zapomnianym przez Boga pustkowiu, takim jak Minot w Dakocie Północnej. Nierzadko mogła prowadzić konwersacje jedynie z własnymi dziećmi.
     Dzieci przyswoiły sobie ten zwyczaj. Zdawkowe „dobrze” lub „tak sobie” wywołałoby rodzicielską naganę najgorszego rodzaju. Allison przełknęła więc kęs brokuła i zmarszczyła czoło, wygłaszając przygotowaną wcześniej mowę.
     – Chyba nieźle poszedł mi sprawdzian z chemii...

* * *
     Po kolacji dzieci znalazły się w łóżkach, z wyjątkiem Allison, która odrabiała pracę domową, naczynia trafiły do zmywarki, a Mark wrócił przed telewizor. Wówczas Barbara podeszła do kanapy i usiadła.
     – Mark – odezwała się cicho. – Potrzebuję oddechu.
     – Tak? – Mark zerknął na nią, odwracając wzrok od ekranu, na którym wyświetlano powtórkę Przyjaciół, po czym znów zaczął wpatrywać się w obraz.
     – Muszę odpocząć – powtórzyła. – Wyjeżdżam na weekend.
     – Co? – spytał, ponownie przenosząc na nią wzrok. Zaczęła się właśnie przerwa reklamowa, wiedziała więc, że tylko teraz może liczyć na jego niczym nierozproszoną uwagę.
     – Chcę, żebyś jutro odwiózł dzieci – powiedziała. – Weź rano forda. Ja pojadę hondą. Potrzebuję krótkich wakacji.
     – A kto ugotuje kolację? – zapytał. – Poza tym Allison pytała mnie, czy może iść jutro na tańce, a ja się zgodziłem. Kto ją zawiezie?
     – Ja jej odmówiłam – westchnęła Barbara. – Ponieważ wiedziałam, że zadasz takie pytanie.
     – Mieliśmy przecież wakacje parę miesięcy temu! – zaprotestował Mark.
     – Ty miałeś – poprawiła Barbara. – Ja pilnowałam, żeby Allison nie nosiła stringów, zdobywałam krem z filtrem dla wszystkich, leczyłam oparzenia słoneczne Brandona, gdy go nie nałożył, upewniałam się, czy mamy jedzenie i picie na plażę...
     – W porządku, wystarczy – przerwał jej Mark. – Chwytam. Ale nadal nie wiem, kto będzie gotował!
     – W piątek i tak idziesz na mecz...
     – No właśnie – potwierdził Mark. – Myślałem, że ty też chciałaś pójść. Zawsze ze mną chodzisz!
     – Chodzę na mecze, bo to mój obowiązek, Marku – odrzekła Barbara. – Wcale za nimi nie przepadam. Możesz przegryźć coś na zawodach. I tak wszyscy tam jadamy. Na sobotnie popołudnie zostawię wam zapiekankę. W niedzielę zjecie poza domem. Wracam w poniedziałek.
     – A ja planowałem w sobotę zawody stanowe! Kto mnie odwiezie do domu?
     Barbara powstrzymała się od westchnienia i uwagi, że to jedna z przyczyn, dla których pragnęła wyjazdu. Jeszcze przed rozpoczęciem rozgrywek Mark byłby zanadto pijany, żeby prowadzić auto.
     – Złapiesz okazję – odcięła się. – Przykro mi, Marku, ale muszę na trochę wyjechać. – Wzięła głęboki oddech i policzyła w myślach do dziesięciu. Kiedy to nie poskutkowało, policzyła powtórnie, tym razem po japońsku.
     – Dobrze – westchnął Mark, gdy w telewizji skończyły się reklamy. – Dokąd się wybierasz?
     – Przypuszczalnie do Gulfport – odpowiedziała Barbara. – Wynajmę jakiś tani pokój w hotelu i po prostu... poczytam i pomyślę.
     – Jak chcesz – odparł Mark, obserwując, jak na ekranie telewizora Jennifer Aniston wskakuje na kanapę.
     – I będziesz musiał zawieźć dzieci do szkoły w poniedziałek – dodała.
     – W porządku – rzucił, najwyraźniej już jej nie słuchając.
     Wstała i poszła do sypialni, rozebrała się, zmyła makijaż, wdrapała się do łóżka i podniosła ostatnio czytaną kiepską powieść. Kolejny dzień z głowy. Jeszcze tylko jeden i oderwie się na chwilę od tej rutyny. Zamierzała samotnie spędzić bardzo przyjemny, relaksujący weekend.

* * *
     Augustus Germaine trzymał łuskę w metalowych szczypcach i obracał ją w świetle, kręcąc przy tym głową.
     – Sądziłem, że Almadu został przepędzony jakieś siedemdziesiąt lat temu – odezwał się zastępca dyrektora Grosskopf.
     – Nie wszystko martwe, co leży w uśpieniu – odpowiedział Germaine, wciąż oglądając łuskę. – Co było kiedyś, może powrócić. I najwidoczniej tak się dzieje. Śladowe ilości toru są tutaj ewidentne, tak samo jako wzór na łusce. Ktoś był bardzo niegrzeczny – Odłożył łuskę na stół laboratoryjny i spojrzał na doktor Mattes. – Zgadza się pani?
     – Chyba tak – odrzekła Vonnia Mattes, wzruszając ramionami. – Oczywiście zostaje jeszcze to nienaturalne DNA.
     – Zatem to na pewno awatara Almadu? – dopytywał się Grosskopf. – Pełnopostaciowa inkarnacja? Nie mogę wysłać przeciw temu swoich agentów!
     – Tak, to są ewidentnie „szczególne okoliczności” – potwierdził Germaine z westchnieniem. – Znajdę kogoś, kogo przydzielę do twojego śledztwa. Działamy pod przykrywką, jak zwykle. – Zmarszczył brwi i przygryzł wargę, krzywiąc się w nieprzyjemnym grymasie. – Ale przeciwko pełnopostaciowej inkarnacji... właściwie nie mam agentów. Nie dysponuję ludźmi, którzy byliby w stanie przepędzić takiego demona. Nie mówiąc już o jego wyznawcach. Najprawdopodobniej sprawa się... rozniesie.
     – Pięć martwych dziwek już wystarczająco rzuca się w oczy.
     – Rozniesie się w szerszym sensie. Pojawią się niewyjaśnione eksplozje, dziwne światła, ludzie zaczną popadać w obłęd, zaczniemy znajdować mnóstwo ciał – odparł Germaine. – Niełatwo to będzie zatuszować. Zwalczenie ostatniego kultu wymagało użycia ładunków głębinowych, torped i wyjątkowych środków kamuflujących. Ale nawet wówczas ten upiorny pisarz wpadł na trop całej sprawy!
     – To nieważne – odpowiedział Grosskopf. – I tak trzeba temu położyć kres. I to szybko. Zanim wpadnie na to ktoś spoza organizacji.
     – Dobrze – zgodził się Germaine, wzruszając ramionami. – Ale jeśli nawet ktoś na to wpadnie, zapewne nie pożyje dość długo, by o tym rozpowiedzieć!

* * *
     Błogosławiony spokój.
     Barbara lubiła prowadzić samochód, zwłaszcza gdy jeździła sama. Kochała dzieci i męża, ale to nie było to samo. Względnie szeroka i prosta droga oraz dobre auto dawały sporo czasu do myślenia, czas na modlitwę i na oddawanie się marzeniom bez wtrętów ze strony rodziny. Gdy wjechała na trasę Natchez, włożyła płytę kompaktową do odtwarzacza i od razu poczuła, jak opływają ją niebiańskie dźwięki Evanescence, dosłownie opłukując jej duszę muzyką. Słyszała, że pomimo iście gotyckiego wyglądu Evanescence byli początkowo klasyfikowani jako chrześcijański zespół rockowy. Nie wiedziała, czy to prawda, ale wydawało jej się to prawdopodobne. Z całą pewnością była jakaś iskra Boża w tej cudownej muzyce i większość piosenek poddawało się łatwo takiej interpretacji. Zapewne utwór Torniquet stanowił bezpośredni hymn do Boga, choć Haunted zawsze dawał jej dużo do myślenia.
     Wykrywacz radarów milczał przez całą drogę aż do przedmieścia Jackson, gdzie i tak panował wzmożony ruch, więc musiała zwolnić poniżej 130 km na godzinę. Zręcznie manewrowała między pojazdami, uciekała z zapchanych pasów jezdni, gdzie się tylko dało, nigdy nie pozwalając sobie na agresję i nigdy nie złoszcząc się nawet na idiotów, którzy blokowali lewy pas. Nie miała pojęcia, skąd wzięła się u niej zdolność przewidywania zachowań innych kierowców, niekiedy najwyraźniej wiedziała o ich manewrach wcześniej niż oni sami. Gdy jakiś wóz wpadał nagle i bez uprzedzenia na jej pas, ona wiedziała o tym, zanim kierowca skręcił. Rzadko musiała gwałtownie hamować, nawet kiedy wpadała w stan alfa specyficznego otępienia za kierownicą. Tymczasem przeskakiwała z pasa na pas aż do chwili, gdy wszystkie pasy zostały tak zakorkowane, że ledwo mogła wykonać jakikolwiek manewr. Wówczas zajęła środkową część jezdni i pojechała powoli w strumieniu aut płynącym do Jackson.
     Zamierzała wjechać w Jackson na drogę US 49 i dostać się nią aż do Hattiesburga, stamtąd zaś do Gulfport, jednak w ostatniej chwili zmieniła zdanie: wybrała I-55 i skierowała się do Luizjany. Nie wiedziała dlaczego, ale ten jeden raz mogła przecież posłuchać instynktu. Nagle nabrała apetytu na kajuńskie jedzenie, autentyczne kajuńskie jedzenie z okolic bayou, i postanowiła zaspokoić to pragnienie. Poza tym bywała w Gulfport każdego sezonu od pięciu lat. Miała ochotę na coś nowego.
     Kiedy dorastała, pragnęła jedynie osiąść na stałe w jednym miejscu. Marzyła o stabilizacji, o tym, żeby nie myśleć, w jakim kraju się budzi. Niekiedy rozmyślała, czy nie zakochała się w Marku po prostu dlatego, że reprezentował taką stabilizację. Mark pochodził z Oksfordu, miasteczka nieopodal Tupelo, a kiedy go poznała, najbardziej odległym miejscem, do jakiego zawędrował, było Daytona Beach, gdzie udał się na wakacje.
     Od dnia ślubu nie wyjechali nigdzie dalej niż do Daytona, a Barbara zaczęła sobie uświadamiać, jak bardzo brakuje jej podróży. Kiedy dzieci były małe, to co innego; cały czas musiała się nimi zajmować. Ponieważ jednak teraz potrafiły już same dać sobie radę, nadeszła pora, by pomyśleć o zmianach. To zaś oznaczało, że nie powinna po raz kolejny jechać do Gulfport.
     Poza tym droga US 49 była zakorkowana od Jackson po Gulfport, zwłaszcza w piątki.
     Na I-55 panował wzmożony ruch ze względu na weekendowych podróżnych, musiała więc zredukować prędkość do żółwiego tempa 115 km na godzinę. Mimo to jechała dalej 55. aż do I-10, po czym ruszyła w nieznane. Przez pewien czas trzymała się US 90, następnie wybrała jakąś boczną drogę prowadzącą w głąb krainy bayou i zrobiła wszystko, żeby się zgubić. Miała GPS i sprawdziła, że system namierza jej pozycję, niezależnie od tego zatem, dokąd zaprowadziłaby ją droga, bez trudu odnalazłaby trasę powrotną.
     Nagłe skręty kierownicy na biegnących zakolami podrzędnych drogach omijających bagniska stały się po pewnym czasie nużące. Przed wyjazdem czekało ją tyle pracy, że wyruszyła dopiero około 15.00, a miała już za sobą długą, dziewięciogodzinną jazdę do krainy bayou. Około północy zaczęła więc rozglądać się za hotelem.
     Droga, którą jechała, nie została nawet naniesiona na mapę systemu nawigacji satelitarnej, nieliczne sklepy i stacje benzynowe, które mijała, były zaś zamknięte. W końcu jednak dostrzegła stację Shella z zapalonymi światłami i z ulgą zatrzymała się na podjeździe. Napełniła bak, po czym pomaszerowała do betonowego budynku, kręcąc nosem na zapachy śniętych ryb i jakichś innych, trudniejszych do zidentyfikowania rzeczy.
     Za ladą stała w brudnym fartuchu gruba, niechlujnie wyglądająca kobieta o tłustych czarnych włosach. Barbara nie miała nic przeciwko ludziom z nadwagą, Bóg jeden wiedział, ile musiała się namęczyć, żeby zachować formę. Ale brudu nie znosiła. We współczesnym świecie nie widziała powodów, dla których ktoś nie mógłby wziąć kąpieli przynajmniej raz w tygodniu i od czasu do czasu wrzucić ubrania do pralki. Ale przecież wszyscy są dziećmi Bożymi, więc Barbara uśmiechnęła się przyjaźnie.
     – Szukam hotelu – odezwała się miłym głosem. – Czy jest jakiś w pobliżu?
     Kobieta przypatrywała się jej dłuższą chwilę bez słowa, po czym skinęła głową i zmarszczyła czoło.
     – U siedziby parafii majo Thibaw Een – rzekła, wskazując w kierunku, w którym zmierzała Barbara. – Rychle zamykajo.
     Barbara uśmiechnęła się ponownie i kiwnęła głową, choć niewiele z tego zrozumiała. Kobieta mówiła z kajuńskim akcentem tak mocnym, jakiego jeszcze w życiu nie słyszała. W rodzinnych stronach miejscowi niekiedy przybierają bardziej wyrazisty południowy akcent, żeby wprawić w zakłopotanie odwiedzających ich Jankesów czy mieszkańców Atlanty. Jeśli mówią tak, jakby mieli usta pełne żwiru, praktycznie nie sposób ich zrozumieć. Barbara zastanawiała się, czy kobieta postąpiła tak celowo, ale była zbyt grzeczna, żeby poprosić o tłumaczenie. Skinęła więc głową po raz ostatni i podeszła z powrotem do samochodu.
     Najwyraźniej gdzieś dalej przy tej samej drodze znajdowała się „siedziba parafii”, która mogła stanowić ośrodek lokalnych władz hrabstwa. Miała nadzieję, że znajdzie tam jakąś gospodę o nazwie zbliżonej do Thibaw.
     Nawet w największym drogowym otępieniu nigdy nie wpadała w stan depersonifikacji, totalnej nieświadomości otoczenia. Wychowywał ją ojciec, który cierpiał na lekkie zaburzenia paranoidalne i spędzał długie godziny, wpajając jej, by sama strzegła się obłędu i utraty kontroli nad sytuacją. W rzeczywistości jednak nie przyglądała się bliżej okolicy, a kiedy to w końcu zrobiła, przeszło jej przez myśl, by zawrócić i pomknąć czym prędzej ku jasnym światłom jakiegoś wielkiego miasta. Po obu stronach jezdni ciągnęło się rozlewisko bayou. Nad jego powierzchnią zwisały majestatycznymi łukami cyprysy owinięte mchami hiszpańskimi tak długimi, jakich nie widziała nigdy wcześniej. Bromelie kołysały się łagodnie na lekkim nocnym wietrze, co w połączeniu ze skrzekiem żab i osobliwym wołaniem jakiegoś nocnego ptaka nadawało tej scenerii niesamowity klimat.
     Z wyjątkiem stacji benzynowej, którą właśnie zamykano, wokoło nie widziała żadnego światła. Za jej plecami w oddali jaśniała jakaś poświata, prawdopodobnie nad Nowym Orleanem, ale poza tym tkwiła w sercu pierwotnego lasu. Plusk wody dochodzący z bayou prawdopodobnie wywołał aligator wślizgujący się do jasnobrunatnej wody, lecz równie dobrze mógłby to być odgłos jakiegoś prehistorycznego potwora.
     Przeszedł ją dreszcz, więc wsiadła do samochodu, włączyła silnik i zamarła. Może lepiej zawrócić i pojechać do Nowego Orleanu albo Baton Rouge? Czy jechać dalej?
     Z drugiej strony, wiadomości z Nowego Orleanu sprawiały, że czarna noc na bayou wydawała się przyjazna, od Baton Rouge zaś dzielił ją szmat drogi.
     Jeśli ruszy w kierunku, w którym do tej pory jechała, podróż będzie zapewne znacznie krótsza, a przecież miała za sobą długi dzień. Wrzuciła bieg i skierowała się na zachód. Gdzieś tam musi być jakiś hotel.

* * *
     Kelly rozpoczynał karierę policyjnego detektywa w obyczajówce i nowoorleańska Dzielnica Francuska była najbliższa czemuś, co mógłby nazwać domem. Przechadzał się więc ulicą Chartres z pozą właściciela, wymijając sporadyczne grupki turystów i rozglądając się za znajomymi twarzami.
     Znajome oblicza widywał rzadko, jakby panie wstydziły się paradować po ulicach. Kilka jednak kręciło się w pobliżu. Niektóre rozpoznawały go z poprzednich aresztowań i bodaj po raz pierwszy zdawały się cieszyć na jego widok. Podszedł do Dolores, gdy machnęła w stronę przejeżdżającego samochodu.
     – Hej, Dolores – zagadnął z uśmiechem. – Jak leci?
     – Słabiutko i powolutku, czyli jak zwykle – odpowiedziała dziwka. – Jestem oczywiście tylko młodą dziewczyną, która lubi randki z hojnymi dżentelmenami, seks zaś nie ma z tym nic wspólnego, tak samo zresztą jak pieniądze.
     Dolores Grantville, lat 37, pochodziła z jakieś mieściny w Arkansas. Była tlenioną blondynką o wzroście 173 centymetrów, nader smukłą, głównie z powodu uzależnienia od koki. Na koncie odnotowała sześć wyroków za prostytucję oraz areszt za posiadanie narkotyków, choć uniknęła postępowania karnego na zasadzie nolle prosequi dzięki temu, że wsypała dilera. Miała niebieskie oczy i twarz zniszczoną ponad wiek. I była przerażona. Naprawdę przerażona.
     – Słyszałaś o Marshy, prawda? – rzucił Kelly.
     – Pewnie wcześniej niż ty, Kel – odparła, posyłając zmęczony, wymuszony uśmiech jakiemuś turyście, który przejeżdżając obok, dał jej znak klaksonem. Skrzywiła twarz w grymasie, przypatrując się dalej życiu ulicy. Unikała spojrzenia detektywa. – Masz jakiś trop?
     – Czy byłbym tutaj, gdybym miał? – odrzekł Kelly. – A ciebie doszły jakieś słuchy?
     – Nie – odpowiedziała. – Dziewczyny tutaj pojawiają się i nagle znikają, Kelly. Marsha była młoda, jak wszystkie. Ale była też cwana i wiedziała, jak żyć na ulicy. Rozumiesz? Bujała się tutaj, od kiedy skończyła czternaście lat. Jeśli ktoś ją załatwił, może załatwić każdego. Pewnie jakiś stały klient, ale jak dotąd nikt nie zdołał go namierzyć. W przeciwnym razie już byś o tym wiedział.
     – W porządku – zgodził się Kelly. – Kiedy widziałaś Marshę po raz ostatni?
     – W sobotę. Rozmawiała z Carlane’em. Jakoś wieczorem, ale nie wiem o której. Raczej wcześnie. Od tamtej pory nikt jej nie widział. Do czasu aż pokazali ją w gazetach.
     – Zazwyczaj trzymała z Evie, co? – dopytywał Kelly, rozważając w myślach najświeższe informacje. Carlane Lancereau był alfonsem od wielu lat. Miał ciężką rękę, ale to wchodziło w zakres jego obowiązków. Zresztą, siedział w branży od dawna; nie było powodu podejrzewać, że nagle mu odbiło i zaczął rozpruwać dziwki. – Tą, która każe sobie mówić Fantasy?
     – Evie zwiała dwa tygodnie temu – parsknęła Dolores. – Jak wiele dziewczyn. Nowy Orlean nie jest teraz najlepszym miejscem. Nie wiem, dokąd pojechała, może do Baton Rouge albo do Saint Louis.
     – Nikt nie widział Marshy od chwili rozmowy z Carlane’em?
     – Myślisz, że to Carlane? – odrzekła Dolores, szeroko otwierając oczy. – Bujał się tutaj, jeszcze zanim ja tu trafiłam.
     – Nie, nie podejrzewam go – wyznał Kelly. – Wcale tego nie powiedziałem. Po prostu starzeję się i próbuję jak najczęściej chodzić na skróty. Ponieważ szukam ostatniej osoby, z którą Marsha rozmawiała, a która nigdy nie jest mordercą, po prostu próbuję ustalić, kto to. Jeśli nie Carlane, to kto?
     – Christy mówiła, że natknęła się na nią późnym wieczorem, może nawet po północy – odparła Dolores, marszcząc brwi. – Przy ulicy Dumaine, poza normalnym rejonem. Wyglądała, jakby się dokądś spieszyła. Ale ja ostatni raz widziałam ją, kiedy rozmawiała z Carlane’em. Potem zniknęła.
     – No dobra – westchnął Kelly. – Jak zobaczysz Carlane’a, powiedz mu, że go szukam, a najlepiej niech do mnie zadzwoni. Chcę sobie z nim po przyjacielsku pogadać. Jak się nie odezwie, sam go odszukam albo naślę na niego mundurowych, a wtedy nie będzie już tak miło.
     – Przekażę mu – obiecała Dolores. – Uważaj na siebie.
     – Zawsze uważam – odparł Kelly, po czym wmieszał się w tłum.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-05-28 (1597 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej