Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Strażnik sadu
 
Katalog - dodano
 Kroniki Jaaru. Megapolis
- Adam Faber
 Syrena
- John Everson
 Siedem śmierci Evelyn Hardcastle
- Stuart Turton
 Gamedec. Czas silnych istot
- Marcin Przybyłek
 Europa w zimie
- Dave Hutchinson
 
- skomentowano
 Dynia i jemioła. Nietypowe historie świąteczne
- Aneta Jadowska
 Wiedźmie opowieści
- Olga Gromyko
 Pierwsze słowo
- Marta Kisiel
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Księga Sandry'' - Tamora Pierce



Rozdział 1

Pałac Czarnych Łabędzi, Zakdin, stolica Kataru


Lady Sandrilene fa Toren wpatrywała się szeroko otwartymi błękitnymi oczami w niemal zupełnie pustą już lampkę oliwną. Jej drobne usta zadrżały, gdy migający na samym końcu knota płomień zatańczył i zmalał, rzucając ponure cienie na beczki wypełnione żywnością i wodą, z którymi zmuszona była dzielić swoją celę. Gdyby ten płomień zgasł, ogarnęłaby ją zupełna ciemność w tej pozbawionej okien przechowalni.
– Oszaleję – stwierdziła z przekonaniem. – Kiedy przyjdą mnie uratować, będę już niespełna rozumu. – Pomieszczenie, w którym przebywała, zostało zamknięte od zewnątrz i ukryte pod magiczną zasłoną, ale mimo to uporczywie odganiała myśl, że tak naprawdę nie istnieje już szansa na ratunek.
– Odciągnę ten wściekły motłoch gdzieś daleko stąd – szepnęła jej wcześniej przez dziurkę od klucza Pirisi w swej ojczystej Mowie Kupców. – Będziesz tutaj bezpieczna tak długo, aż epidemia ospy minie. Wtedy po ciebie przyjdę.
Jednak jej piastunka już nie wróciła. Tuż za drzwiami tłum dopadł ją i zabił, ponieważ na-leżała do znienawidzonej nacji Kupców. A oprócz Pirisi nikt nie mógł wiedzieć, gdzie Sandry spędziła ostatnie dwa dni.
Światło zadrżało i osłabło.
– Gdybym tylko mogła schwytać je do czegoś! – zaszlochała. – Tak jak Kupcy-czarodzieje chwytają wiatry w swoje sieci… Sieć jest zrobiona ze sznurów – zamyśliła się nagle – a sznur to nić…
Miała nić w swoim koszyku z robótką, który złapała w momencie, gdy Pirisi wyciągnęła ją siłą z jej komnaty. Zawartość tego koszyka powstrzymywała ją, aż do teraz, przed całkowitym załamaniem się, haftowała bowiem tak zapamiętale, że oczy zaczęły odmawiać jej posłuszeństwa. Miała pod ręką mnóstwo nici, zarówno w motkach, jak i w swojej robótce.
– Przecież ja nie jestem magiem – stwierdziła zrezygnowana, podpierając ręką głowę. – Je-stem tylko dziewczyną. Co gorsza, wysoko urodzoną dziewczyną. Tak, jak powiedziała tamta służąca: „Do niczego, ino coby czekać na wydanie za mąż”. Do niczego, oto cała ja…
Łzy napłynęły jej do oczu, przez co ogień lampki zdawał się drżeć jeszcze bardziej.
– Płacz nic tu nie pomoże! – zbeształa się. – Muszę coś zrobić! Coś oprócz mazania się i gadania do siebie!
Wyciągnęła kosz z robótkami. Niezdarnie wydobyła ze środka trzy motki jedwabiu: zielony, bladoszary i jasnoczerwony. Rozłożyła je pospiesznie: jeden na kolanach, drugi po swojej lewej i ostatni po prawej stronie.
Płomień lampki skurczył się do rozmiarów żałosnego ognika i migotał pomarańczowym blaskiem na jej krawędzi.
Zebrawszy lewą dłonią końcówki nici, Sandry związała je razem w ciasny i mocny węzełek. Znalazła w koszyku długie krawieckie szpilki i z pomocą jednej z nich przyczepiła supeł do beczki. Jej palce zadrżały, a po twarzy spłynęły krople potu. Nie chciała nawet myśleć o tym, co będzie, jeżeli jej plan się nie powiedzie.
Co gorsza, nie było żadnego powodu, dla którego to w ogóle mogłoby się udać. Jej pochodząca z ludu Kupców piastunka Pirisi władała magią. Lady Sandrilene fa Toren nadawała się jedynie do tego, aby czekać na zamążpójście.
– Nie mam nic do stracenia – rzekła do siebie i wzięła głęboki wdech. – Nic a nic. – Na statkach Kupców pokładowi magowie – mimanderzy – nawoływali wiatry w taki sposób, jakby były one ich przyjaciółmi, których można do siebie zaprosić. – Zbliż się – zwróciła się do gasnącego płomienia. – Proszę cię, zbliż się do mnie. W tych niciach uda ci się przetrwać dłużej niż w tej lampie.
Lampka dopalała się. Płomyk łapczywie dopijał ostatnie krople oliwy z naczynia.
Dziewczynka zaczęła skręcać swoją plecionkę. Zielona nić owinęła się wokół jej palców niczym dusząca winorośl. Szara ślizgała się po podłodze jak wąż. Czerwona plątała się sama ze sobą.
Uvumi. Cierpliwość. Wszystko się do niej sprowadza. – Sandry często słyszała te słowa od Pirisi. – Bez cierpliwości magia po dziś dzień pozostałaby nieodkryta. Będąc nie-ustannie w pośpiechu, nigdy nie udałoby się nam usłyszeć, jak w nas szepcze.
Uvumi – wymruczała Sandry w Mowie Kupców.
Rozciągnęła i wyprostowała nici spoczywające po obu stronach, a także tę leżącą na jej ko-lanach. Zamknęła oczy i odkryła, że czuje się dużo spokojniej, gdy nie widzi ani swojej robótki, ani lampki. Tak naprawdę podczas tkania czegoś tak prostego, jak plecionka, nawet nie musiała na nią patrzeć. Nici świeciły w jej myślach jasnym blaskiem. Zapraszały do siebie drobiny światła z całej okolicy i wiązały je w pasma.
Migocząca lampa dopaliła się i zgasła, a Sandry otworzyła oczy. Knot był martwy i poczerniały. Wewnątrz i wokół jej plecionki spokojnie pulsowało światło, wypełniając całe pomieszczenie miękkim, perłowym blaskiem.
– Czy byłam świadoma, że to potrafię? – wyszeptała.
Światło wydobywające się z plecionki zafalowało.
– Dobrze zatem – powiedziała, sięgając ponownie po nici i zbierając je razem. – Zrozum jednak, że potem muszę się trochę przespać. – Przetarła oczy rękawem.
Wyszeptawszy ciche uvumi, Sandrilene fa Toren wróciła do pracy.

Południowo-wschodnie rejony Morza Kamienistego


Daja usiadła, wyprostowała się i spoglądając na siebie, stwierdziła, że wygląda jak duch. Cała jej skóra była biała i błyszcząca. Czy to jakiś wrogi mimander przemienił ją z Brązowego Kupca w Białego? Ale, na niebiosa, po cóż ktoś miałby robić coś takiego?
Przesunęła spuchniętym językiem po spękanych wargach, wyczuwając na nich sól, i skrzywiła się na myśl o własnej głupocie. Tego nie zrobił żaden mimander. Tak właśnie się dzieje, gdy przemoknięta do suchej nitki dziewczynka zasypia i budzi się dopiero wówczas, gdy słońce jest już wysoko na niebie. Zaczęła zeskrobywać ze skóry płaty soli, ścieląc nimi pokład prowizorycznej tratwy. Białe kryształki pozostawiły na jej ciele wiele skaleczeń i zadrapań, które paliły teraz żywym ogniem.
Jej rodowy statek przepadł, zatonął podczas sztormu tak silnego, że ich mimander nie był w stanie nad nim zapanować. Koma, bóg Kupców, znany ze swoich osobliwych poczynań, zdecydował, że jedyną ocalałą będzie Daja, dryfująca teraz na kwadratowej drewnianej pokrywie ładowni.
Dookoła niej morze usiane było odpływającymi coraz dalej i dalej szczątkami. Widziała splecione ze sobą liny i belki, roztrzaskane skrzynie oraz rozmazujące się kolorowe plamy – niegdyś cenne barwidła stanowiące ich ładunek. Były tam też ciała unoszone przez wodę – ciche szczątki członków jej rodziny. Wargi Daji zadrżały. Jak długo potrwa, zanim do nich dołączy? A może powinna już teraz skoczyć do wody i zakończyć to wszystko? Śmierć przez utonięcie będzie szybsza niż konanie z głodu.
Gdzieś niedaleko rozległ się głuchy łomot. To otwarte skórzane pudło obijało się o maszt. Uderzyło po raz kolejny o drewno, w miarę jak napełniała je woda, a następnie zanurzyło się pod belką. Daja tylko przez chwilę widziała jego zawartość: jakieś pakunki i butelki z ciemnego szkła. To było coś, co Kupcy nazywali suraku – skrzynka ocalenia. Na statkach trzymano je wszędzie. Musiała ją zdobyć i modliła się tylko, aby zawartość nie była zniszczona.
Daja sięgnęła ręką, ale pudło było za daleko. Rozejrzała się dookoła w poszukiwaniu jakiegoś dłuższego kawałka drewna, którym mogłaby o nie zaczepić, ale nic takiego nie znalazła. Powoli nadpłynęła kolejna fala i jej tratwa oddaliła się od wraku statku. Pudło zaś pozostało na swoim miejscu.
– Nie! – krzyknęła. – Nie! – Wyciągnęła się jak najdalej, aby pochwycić cenną zdobycz, choć od ładunku dzieliły ją już całe jardy. – Chodź tutaj! Chodź tu! Ja… ja ci rozkazuję! – Roześmiała się histerycznie, słysząc, jakie głupoty wygaduje. – No chodź – wyszeptała zupełnie tak, jakby nakłaniała okrętowe psy, by podeszły do swoich misek. Przecież tak naprawdę nie była jeszcze stara ani gotowa na śmierć. Łzy pociekły jej po policzkach, wyciągnęła rękę, a jej palce poruszyły się tak, jak gdyby kiwała nimi do swoich ulubieńców.
Później często zastanawiała się, czy to tylko wyobraźnia spłatała jej figla, wykorzystując, że była na wpół oszalała od słońca i lęku przed końcem życia. Teraz jednak po prostu przyglądała się z szeroko otwartymi ustami, jak pudło wypływa spod masztu i dryfuje w jej kierunku. Po drodze dwukrotnie zatrzymywało się i za każdym razem groziła mu tylko palcem, bojąc się uczynić jakikolwiek inny gest. I dwukrotnie pudło zaczynało płynąć naprzód, aż w końcu dotknęło jej dłoni.
Bardzo, bardzo ostrożnie wyciągnęła zdobycz na pokrywę ładowni. Istotnie, było to suraku, obite od wewnątrz miedzianą blachą, tak aby izolować od wilgoci ukryte bezpiecznie w środku życie. Pakunki owinięte zostały naoliwionymi szmatami, co pozwalało utrzymać ich zawartość w suchym stanie. Korki na butelkach zapieczętowano woskiem. Daja ostrożnie przejrzała wnętrze pudła i chwyciła butelkę. Wyjęcie korka wymagało użycia niemal całych sił, jakie jej pozostały. Kiedy w końcu wyskoczył, ciecz ochlapała jej twarz. Słodka woda! Wypiła zachłannie większość zawartości butelki, zanim udało jej się odzyskać rozsądek. Jeśli wyżłopie to wszystko teraz, na jutro zostanie jej znacznie mniej. Musiała oszczędzać. Niechętnie zakorkowała butelkę. Przyglądając się zawartości pozostałych, stwierdziła z radością, że one również były wypełnione wodą.
– Dzięki ci, Kupcze Koma – wyszeptała pod adresem boga handlu i nagród.
W zawiniątkach znalazła ser, chleb i jabłka. Jadła je ostrożnie, małymi kęsami, ponieważ spękane wargi krwawiły boleśnie. Wszystkie jej rozmyślania na temat przeszłości rozwiały się – w tej konkretnej chwili była cudownie żywa.
Zapasy z suraku wystarczyły na trzy dni i mogłyby starczyć jeszcze na kolejne dwa, gdyby Daja zdecydowała się jeść mniej. Przez cały ten czas nie udało jej się dostrzec nawet śladu statków. Była to dość wczesna pora roku jak na wyprawy handlowe i kapitanowie – bardziej ostrożni od jej matki – ciągle jeszcze cumowali w porcie.
Wiedząc, że jej zapasy żywności są już na wyczerpaniu, Daja próbowała ubić interes z Komą i jego żoną, Rachmistrzynią Oti.
– Może na to nie wyglądam – powiedziała, a jej głos brzmiał niczym ciche skrzeczenie – ale jestem warta więcej, niż wam się wydaje! Jestem silna i znam większość żeglarskich węzłów… no, może poza skrótem łańcuchowym, ale nad tym też popracuję. – Przygryzła wargę. Nie od-ważyła się płakać, bo to wiązałoby się z utratą cennej wody, której nie miała czym uzupełnić.
W oddali, tak daleko, że aż wydawało się to nieprawdziwe, usłyszała trzask płótna. Czy to był sen? Powoli odwróciła głowę. Znajdowała się w zagłębieniu pomiędzy falami i jedyne, co mogła dostrzec, to piętrząca się ze wszystkich stron woda.
Nozdrza Daji rozszerzyły się. Zawiał wiatr i zagłębienie, w którym się znajdowała, podniosło się i wyrównało. Jej nos wyczuł nowe zapachy. Oddychając głęboko, rozpoznała mdły zapach mosiądzu, a zaraz potem głęboką, rdzawą woń żelaza.
Metal oznacza ludzi, nieprawdaż? Cały metal – za wyjątkiem tego, który wiązał kawałki jej tratwy oraz spoczywającego u jej boku pudła – poszedł prosto na dno, gdy zabrakło statku, który mógłby go utrzymać na powierzchni.
– Ahoj! – rozbrzmiał ponad falami męski głos. – Ahoj! Żyjesz?
– Tak! – krzyknęła Daja. Jedną ręką cały czas przytrzymywała swoje bezcenne suraku. Drugą wyciągnęła tak wysoko, jak tylko się odważyła, i zamachała nią ostrożnie. Gdyby teraz wpadła do wody, nie miałaby dość sił, by płynąć.
Straciła poczucie czasu. Wydawało jej się, że upłynęła cała wieczność do chwili, gdy usłyszała chlupot wioseł i ujrzała podpływającą do niej szalupę. Na dziobie siedział chudy biały człowiek. Jego duże, ciemne oczy osadzone były głęboko, poniżej gęstych brwi i grubego zarysu czarnych rzęs. Miał długie, srebrno-czarne włosy związane z tyłu głowy. „Kupiec, aż do szpiku kości” – oceniła, widząc, że jego żółta koszula i szare bryczesy były uszyte z lnu, a nie z taniej wełny, jaką z reguły nosili żeglarze.
– Dzień dobry – odezwał się swobodnie, tak jakby spotkali się przypadkiem na jakimś tar-gowisku. – Nazywam się Niko, Niklaren Złotooki. Szukałem cię. Przykro mi, że nie zdołałem odnaleźć cię wcześniej.
Gdy tylko marynarze podprowadzili łódź bliżej, mężczyzna wyciągnął Daję na pokład. Ktoś inny przytknął do jej warg butelkę z wodą.
– Zaczekajcie! – zawołała chrapliwym głosem, starając się z całych sił podnieść i usiąść. – Moje… moje pudło! Tam! – Wskazała ręką. – Proszę, zabierzcie je!
Marynarze spojrzeli na Nika, który skinął głową. Dopiero gdy wciągnęli skrzynkę na pokład i ułożyli ją obok Daji, ona sama rozluźniła się i przyjęła ofiarowaną jej wodę.

Hajra, miasto portowe w Sotacie


Kiedy za pierwszym razem Płotka został przyłapany przez hajrańskiego strażnika z ręką na czyjejś sakiewce, wytatuowano mu znak X na fałdzie skóry pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym jego prawej dłoni, a następnie zamknięto go na noc w ogromnej celi. Ściskając nabrzmiałą od bólu rękę, Płotka natychmiast schował się w odległym kącie pomieszczenia, gdzie wąski promień słońca przebijał się przez szparę w ścianie. Rosły tam kępy miękkiego mchu. Usiadłszy na posadzce, Płotka odkrył, że jedna z nich uformowała się w całkiem niezłą poduszkę.
Kilka miesięcy później sklepikarz złapał Płotkę na tym, jak chłopiec przywłaszczył sobie kilka jego szali. Hajrańscy strażnicy zabrali go, wytatuowali mu znak X na lewej dłoni i wrzucili go do tej samej celi. Mech porastał już wtedy większą część kąta. Posłużył chłopcu za wygodne łóżko, na którym Płotka mógł się przespać w oczekiwaniu na uwolnienie o świcie.
Obecna wizyta w celi była jego trzecią z kolei – strażnicy nakryli całą uliczną szajkę, do której należał również Płotka, w sklepie jubilerskim. Większość z tych dzieciaków miała już wytatuowane na dłoniach po dwa znaki X, co oznaczało, że trzeci raz nie uda im się uniknąć kary. Wszystkich wrzucono do ogromnej celi. Znajomy mech pokrywał już cały kąt i sporą część podłogi. Było to najwygodniejsze łóżko, na jakim chłopcu kiedykolwiek przyszło spać, a i dla reszty jego bandy znalazło się dość miejsca, aby każdy mógł przyłożyć głowę do snu.
Podczas gdy pozostali rzucili się na pomyje, szumnie zwane tutaj przez strażników kolacją, Płotka zbliżył twarz do swego mchu.
– Już tutaj nie wrócę – wyszeptał. – Trzeci raz jest przeklęty. Poślą mnie do kopalni, na ga-lery albo do stoczni. Tam spędzę resztę życia, no chyba że zwieję. – Uśmiechnął się niemrawo. Długie życie raczej nie było mu pisane. W takich miejscach nikt nie był w stanie przetrwać więcej niż dwa lata, a ucieczki rzadko kiedy się udawały.
Mimo to spał dobrze. Kiedy się obudził, w Hajrze nastał Dzień Sądów.
– Ryjkowiec! – ryknął stojący przy drzwiach strażnik.
Przebudzeni członkowie bandy Płotki usiedli.
– Tancerz! Kocur! Żmija! Ślimak!
Płotka syknął ze złością. To Ślimak wpakował ich w tę całą kabałę – stał i patrzył, jak kradną, zamiast rozglądać się za strażnikami patrolującymi ulicę.
– Kanciarz! Żółw! Płotka!
Chłopiec zawahał się. Czy powinien poczekać, aż sami po niego przyjdą?
Strażnik, patrząc na niego, strzelił z bicza. Płotka zdecydował, że lepiej będzie uniknąć razów, które na pewno by otrzymał, gdyby ten człowiek musiał go stąd wyciągać siłą. Miał już na obu dłoniach znak X, więc i tak w przyszłości czekało na niego sporo batów.
– Dziękuję – zwrócił się do mchu i dołączył do reszty towarzyszy.
Maszerowali w szybkim tempie. Minęli inne cele, a następnie ruszyli w górę długich scho-dów. Gdy byli już na ich szczycie, strażnicy przyspieszyli, poganiając więźniów uderzeniami batów. Płotce brakowało już tchu, gdy w końcu zapędzono wszystkich do ogromnej, dudniącej echem komnaty.
Za długą ławą siedziała kobieta w popielatych szatach sędziego. Za nią stali ludzie w zwyczajnych, ulicznych ubiorach. Po obu stronach ławy spoczywali kanceliści, spisujący ze-znania strażników i mieszkańców składane przeciwko przestępcom. Płotka puszczał mimo uszu zeznania dotyczące jego bandy. Oni i tak już wydali na nich wyrok, więc po co wysłuchiwać całej tej gadaniny?
Gdy zakończono składanie zeznań, głos zabrał jeden z pisarzy:
– Ryjkowiec.
Przywódca szajki został wypchnięty przed sędzię.
– Ręce!
Strażnicy przycisnęli dłonie Ryjkowca do ławy, przytrzymując je tak, aby tatuaże w kształcie znaku X były dobrze widoczne. Ryjkowiec, tak samo jak Płotka, miał już takie dwa.
– Kopalnie – zawyrokowała sędzia. Strażnik wepchnął Ryjkowca do drewnianej klatki na tyłach komnaty.
Stróżowie prawa rozprawiali się z kolejnymi członkami bandy, ale Płotka przestał zwracać uwagę na to, co się wokół niego dzieje. Zamiast tego chłopak rozmyślał o roślinach w celi i o tym, w jak kojący sposób mech porastał wszystkie te miejsca, na które padała choćby odrobina promieni słonecznych. Zieleń żywej rośliny była dla niego cenniejsza od blasku skrzącego się w szmaragdach. Ich barwa była twarda, podczas gdy poświata mchu delikatna. Roślina ta najwyraźniej nie potrzebowała wiele ziemi, by rosnąć, lubiła jednak wodę. Płotka niekiedy od-dawał jej część swojej porcji, gdy nikt nie patrzył. Nie przeszkadzało mu, że wyświadczał przy-sługę roślinie, ale nie lubił, gdy inni wyśmiewali się z niego.
Dwie pary szorstkich dłoni uniosły go, a następnie posadziły przed ławą sędzi, wykręcając mu kostki u nóg. Warknął i zaczął się szarpać, gdy strażnicy wyciągnęli jego dłonie do przodu. Wiedział, że na nic się zdadzą jego protesty, ale nie dbał o to. Przynajmniej dobrze go zapamiętają!
Sędzia nawet nie spojrzała mu w twarz, zerknęła jedynie na ręce.
– Doki – powiedziała i ziewnęła przeciągle.
Płotkę zaczęto ciągnąć w stronę osobnej klatki, obok tej, w której siedzieli już Ryjkowiec i Żmija, gdy dał się słyszeć pogodny męski głos:
– Zaczekajcie.
To nie była prośba, lecz rozkaz. Strażnicy obejrzeli się za siebie. Płotka pozostał w bezruchu.
– Czy mógłbym raz jeszcze przyjrzeć się temu chłopcu? – zapytał ów człowiek.
– Przyprowadźcie go. – Głos sędzi zdradzał oznaki znudzenia.
Płotka został zaciągnięty z powrotem i stanął przed obliczem jakiegoś mężczyzny. Na pewno nie był to ławnik ani żołnierz. Jego długa, luźno zwisająca wierzchnia szata miała barwę głębokie-go błękitu. Farbowany materiał, taki jak ten, kosztował przy alei Sukienników srebrny grosz za jard. Szata ta nie była niczym spięta, a jedynie narzucona swobodnie na luźne, szare bryczesy i jasnoszarą koszulę. Również buty tego mężczyzny były dobrej jakości. Miał przy sobie jedynie sztylet podwieszony u pasa, tuż obok sakiewki.
Był to zatem Skarbona albo jakiś oficer. W każdym razie na pewno ktoś ważny. Ktoś, kto okrywał się władzą swobodnie i naturalnie niczym płaszczem.
Skarbona szepnął coś sędzi, a jej twarz wykrzywił grymas dezaprobaty. Pokazał jej list z widoczną na nim ozdobną pieczęcią. Sędzia rzuciła Płotce piorunujące spojrzenie, ale skinęła głową i Skarbona odsunął się od niej.
– Ich Wysokości skłonni są okazać ci miłosierdzie z uwagi na twój młodzieńczy wiek. – Sędzia szybko wygdakała wyuczoną na pamięć formułkę. – Masz wybór: doki albo wygnanie z Sotatu i udanie się na służbę do… – urwała nagle.
Skarbona pochylił się i zaczął coś szeptać. Jego długie, siwe, poprzecinane czarnymi pasmami włosy opadły mu na twarz. Płotka zastanawiał się, czy człowiek ten nie szukał przypadkiem słodkiego chłopca w charakterze osobistego sługi, i uśmiechnął się pod nosem. Mężczyźni, którzy lubili tego typu igraszki, zawsze żałowali spotkania z nim.
Człowiek wyprostował się i rozejrzał dookoła, aż w końcu jego ciemne oczy złowiły szaro-zielone spojrzenie Płotki i zatrzymały się na nim. Było w nich coś, co nie miało nic wspólnego z żadnymi chłopięcymi igraszkami. Wrażenie drzemiącej w tym człowieku władzy, jakie wcześniej ogarnęło Płotkę, wzmogło się. Oczy wyrażały przestrogę, a jednocześnie uspokajały go.
Chłopiec spuścił wzrok.
– Masz wybór. Doki albo terminowanie w Świątyni Wietrznego Kręgu w Emelanie – pod-jęła na powrót sędzia – do momentu złożenia oficjalnych ślubów w świątyni bądź też do chwili, gdy rządzący tym krajem uznają, że jesteś gotów, aby stać się członkiem tego społeczeństwa. Świątynia albo doki, chłopcze. Wybieraj.
Wybierać? W dokach były straże, wredne i zawsze czujne typki. A jaka świątynia mogłaby zatrzymać takiego bystrego łobuza jak on? Nawet lepiej: Emelan leży daleko na północ od So-tatu. Nowe tereny łowieckie, gdzie nikt go nie zna.
– Świątynia – odparł.
– Przygotować dokumenty przekazania – oznajmiła sędzia kanceliście. – Mistrzu Niklarenie – te słowa skierowane były już do człowieka w niebieskiej szacie – czy zamierzasz wziąć go pod swoją pieczę?
– Oczywiście.
Przez krótką chwilę serce Płotki zabiło szybciej – być może udałoby mu się uciec, jeszcze zanim w ogóle ujrzy Emelan! Wówczas jednak jego wzrok napotkał oczy Skarbony i chłopiec szybko porzucił ten pomysł. Ów człowiek (Mistrz Niklaren?) wyglądał na zbyt bystrego, żeby dać się złapać na jakikolwiek numer, który chłopak byłby w stanie wykręcić.
– Nie mogę przygotować dokumentów z danymi jakiegoś „Płotki” – jęknął bezradnie kancelista. – Nie dla świątyni.
– To twoja szansa, młodzieńcze. – Niklaren, jak na mężczyznę, przemawiał bardzo delikat-nym tonem. – Możesz wybrać sobie imię. Takie, które będzie wyłącznie twoją własnością. Mo-żesz zdecydować, jak od tej chwili będziesz postrzegany.
„Ale tylko tak długo, jak długo tu będę” – pomyślał Płotka. A jednak Skarbona miał rację. Płotce nie podobało się jego przezwisko, ale nikt nigdy nie sprzeciwiał się mianu nadawanemu przez samego Króla Złodziei.
– No, chłopcze, pospiesz się i wybieraj! – rzuciła ostrym tonem sędzia. – Mam tu jeszcze innych poza tobą.
Doki znajdowały się zbyt blisko, aby można było pozwolić sobie na ryzyko rozgniewania tych ludzi. Jakie imię spodobałoby się gościowi ze świątyni? Nazwy roślin i zwierząt, otóż to. Wyobraził sobie mężczyzn i kobiety odzianych w szaty, uśmiechających się do niego i wręczających mu klucz do bramy świątyni.
Nazwy roślin i zwierząt. Oczyma wyobraźni ujrzał nagle obraz przedstawiający zielony, aksamitny kąt – to jednak nie było to. Potrzebował porządnego imienia, takiego, które powie temu człowiekowi, że nie można go lekceważyć. Starając się skoncentrować, przyglądał się uważnie swoim rękom i nagle zauważył wąskie blizny ciągnące się w poprzek jego prawej dłoni. Była to pamiątka po pnączach porastających mur w ogrodzie pewnego handlarza.
– Jak się nazywa to coś, co wygląda jak winorośl z igłami? Takimi dużymi, ostrymi, co wyrywają kawałki ciała, gdy się je chwyta rękami.
Skarbona uśmiechnął się.
– Róże. Pewnie te dzikie, czyli briary.
Płotce spodobało się brzmienie ostatniego z tych słów.
– No to niech będzie Briar.
– Jeszcze nazwisko – odparł kancelista, przeszywając go na wylot spojrzeniem.
„Nazwisko?” – zdziwił się chłopiec. „Ale po co?”
Zniecierpliwiona sędzia zabębniła palcami w blat ławy.
– Moss – powiedział wreszcie Płotka. I tak nikt się nie domyśli, że potrafi być miękki jak mech, bo nie będzie używał tego miana.
– Briar Moss – potwierdził kancelista i wypełnił puste miejsce w swoim dokumencie. – Mistrzu Niko, potrzebny będzie pański podpis.
Briar zmarszczył brwi. Określenie „mistrz” odnosiło się do profesorów, sędziów i czarodziejów. W świątyniach mężczyzn i kobiety nazywano „służebnymi”. Kim w takim razie był ten człowiek?
– Uwolnijcie go! – Skarbona, czyli Mistrz Niklaren, wydał rozkaz strażnikom.
– Proszę o wybaczenie, panie, ale chyba nie wiecie, kim on jest! – wycedził przez zęby jeden z nich. – Urodził się i został wychowany do niegodzi…
Niklaren wyprostował się i zmierzył strażnika przenikliwym spojrzeniem swoich czarnych, potężnych oczu.
– Czy ta uwaga była skierowana do mnie?
Płotka zadrżał. Czy mu się wydawało, czy w komnacie nagle zrobiło się chłodniej? Sędzia nakreśliła na swojej szacie krąg ochrony. Twarz strażnika stała się biała jak mleko. Jego kolega rozluźnił więzy pętające Płotkę, tym samym uwalniając go.
– Briar nie ucieknie. Prawda, młodzieńcze? – powiedział Niklaren, pochylając się, aby podpisać dokument podsunięty mu przez kancelistę.
Briar-Płotka wyczuł, że Skarbona ma rację. Coś w tym człowieku sprawiało, że ucieczka nie wydawała się najlepszym pomysłem.
„Będę się go trzymał tak długo, aż dotrzemy do tej całej świątyni” – pomyślał. „Tam zgubię go bez problemu”.

Miasto Ninver w Capchen


Trisana Chandler szlochała w poduszkę w mroku świątynnego dormitorium, starając się robić przy tym jak najmniej hałasu. Nagle usłyszała głosy. Nie była to pierwsza taka sytuacja, lecz tym razem głosy były inne. Rozpoznawała rozmawiające osoby, dziewczęta, z którymi dzieliła salę sypialną.
– A ja słyszałam, że to sami rodzice przyprowadzili ją tutaj i porzucili, mówiąc, że nie chcą jej nigdy więcej widzieć na oczy.
Tris nie miała żadnych wątpliwości – to powiedziała dziewczynka z łóżka po jej prawej stronie, która próbowała się wepchnąć przed nią w kolejce do sali jadalnej. Tris wszczęła wtedy raban i siostra służebna posłała tamtą dziewczynkę na sam koniec kolejki.
– Ja słyszałam, że ona przechodziła od jednych krewnych do innych, aż w końcu nie było już nikogo, kto by ją chciał.
Tris nawijała na palec jeden ze swoich loczków koloru miedzi, który wysunął się z zaplecionego na noc warkocza. Była prawie pewna, do kogo należy drugi głos – to z kolei była dziewczynka, której łóżko znajdowało się po przeciwnej stronie sali, dwa łóżka na lewo od niej. Rano próbowała przepisać od Tris odpowiedzi na zadanie z matematyki. Gdy tylko Tris zorientowała się, co się dzieje, zakryła swoją tabliczkę. Gardziła każdym, kto oszukiwał.
– A widzieliście jej ubrania? Co za okropne sukienki! Ta czarna wełna jest tak stara, że już przechodzi w brąz!
– Na dodatek pękają jej w szwach. Jest taka gruba, że aż trudno uwierzyć, że tak mało je!
Nie miała pewności, do kogo należały te ostatnie głosy, ale czy to ważne? Wydawały się docierać do niej z każdego łóżka w dormitorium i raniły ją niczym ostrza brzytew. Czemu one to robiły, te wszystkie dziewczęta, z którymi ona nigdy nie zamieniła nawet słowa? Może przyjemność sprawiało im bycie okrutnymi, kiedy nikt tego nie widział i nie mógł ich za to obwinić? Może dobrze się czuły, szydząc z kogoś wspólnie, obierając sobie za cel tych, których wskazywały ich przywódczynie? Jej kuzyni byli tacy sami: szli za tymi, którzy uwielbiali wyśmiewać się z odrzuconych – niczym bezmyślne kaczęta za swoimi matkami.
Kiedy rodzice oddali ją pod opiekę Wyższej Służebnej z Kamiennego Kręgu, myślała, że wreszcie ustanie to pastwienie się nad jej uczuciami. A jednak wyglądało na to, że w tej kwestii nic się nie zmieniło.
Tris zacisnęła palce na swojej pościeli. „Zostawcie mnie w spokoju” – pomyślała, oniemiała ze złości i wstydu. „Większości z was nigdy nic nie zrobiłam. Większości z was nawet nie znam…”
Nikt nie zauważył, że wiatr się wzmógł i szarpał okiennicami tak, że klekotały o framugi.
– Założę się, że jej rodzice próbowali odsprzedać ją Kupcom.
– Pewnie tak, ale nawet oni by jej nie chcieli. Nie dostrzegliby w niej żadnej wartości!
Wszystkie uznały to za coś niezmiernie zabawnego.
Jedna z okiennic nie została porządnie domknięta. Rozwarła się na oścież, wpuszczając do środka podmuch lodowatego wiatru. Dziewczęta siedzące najbliżej okna krzyknęły i rzuciły się, aby ją zamknąć. Podmuch wiatru uderzył w nie z taką siłą, że poupadały jak długie, a potem wicher wypełnił całą salę, zrywając pościel z łóżek i zrzucając przedmioty z niewielkich półek. Za-nim wreszcie opuścił salę, wszystkie dziewczynki, poza Tris, darły się wniebogłosy.
Do sali wpadły dwie siostry służebne, w habitach narzuconych na koszule nocne. Trzymały w rękach zapalone lampy. Wszędzie, gdzie tylko spojrzały, widać było bezładną mieszaninę dziewcząt, zrzuconej z łóżek pościeli i bibelotów. Wszędzie, za wyjątkiem łóżka Tris. Ono po-zostało nienaruszone. Siedząca na nim dziewczynka spoglądała na siostry zaczerwienionymi od łez oczami przez założone przed chwilią na długi nos okulary w mosiężnych oprawkach. Jej spojrzenie było zbuntowane i wyzywające.
Następnego ranka, zaraz po śniadaniu, Tris zaprowadzono do gabinetu Najwyższej Służebnej i kazano jej zostać w poczekalni. Obok niej położono kilka wypakowanych toreb i tobołków. Nie odezwała się słowem. Nie miało to sensu. Zdążyła się już zorientować, że nie warto podejmować rozmowy z kimś, kto tak bardzo pragnie się jej pozbyć.
W miarę upływu czasu, wpatrując się bezustannie we wszystkie te podniszczone torby, uświadomiła sobie, że drzwi do gabinetu Najwyższej Służebnej nie zostały dokładnie zamknięte.
– Wiem, Mistrzu Niko, że jesteś właśnie w trakcie podróży do Wietrznego Kręgu, i bardzo chciałabym, abyś wziął ze sobą tę dziewczynkę. Czy jest to dla ciebie aż tak wielkie obciążenie?
– Wyślijcie ją tam później. Wiosną, kiedy karawany Kupców wyruszą do Emelanu. – W pogodnym, wyraźnym, męskim głosie dało się słyszeć irytację. – Mam obecnie do wykonania bardzo ważne zadanie. Jeżeli nagle okaże się, że będę musiał zmienić plany, to takie dziecko będzie mi tylko zawadzać.
– Nie możemy zatrzymać tej dziewczynki. Jej rodzice przysięgali, że była sprawdzona na obecność magii i niczego w niej nie odkryto, ale… – Głos Najwyższej Służebnej nagle ucichł. Szybko otrząsnęła się i zaczęła mówić dalej. – Nie wiem, czy jest opętana przez jakiegoś demona lub żywioł, czy też żyje w niej jakiś duch, który sprawia, że panuje wokół niej taki tumult. Nie obchodzi mnie to. Wietrzny Krąg jest znacznie lepiej przygotowany do zajmowania się takimi jak ona. Mają wiedzę i służebnych bardziej otwartych na tak wyjątkowe przypadki. Posiadają najlepszych magów, jacy żyją na południe od twojego uniwersytetu. Oni z pewnością będą wiedzieli, co z nią zrobić.
Na dźwięk tych słów Tris zrobiło się niedobrze. Była opętana przez demona, żywioł albo ducha? Jaki los ją teraz czeka? Niektórzy ludzie uczyli się radzić sobie z podobnymi istotami żyjącymi wewnątrz nich – inni wypędzali je z siebie. Zbyt wielu jednak kończyło jako bezdomni szaleńcy, tułający się po ulicach, zamknięci na strychach albo w piwnicach, a niektórych nawet dopadała śmierć. Zachwiała się i poczuła, że słabnie. A potem zacisnęła pięści. Miała już tego dość! Dość bycia wyganianą, dość bycia tematem szeptanych rozmów, dość tego, że nikt jej nie pomaga!
Fala gradobicia spadła z hukiem na dach i ściany budynku, a wokół Tris rozległ się łomot, jakby o drewno i kamień uderzały setki młotów. Lodowy żwir roztrzaskał szyby w oknie poczekalni i zasłał posadzkę okruchami przypominającymi diamenty. Dziewczynka przyklękła niezdarnie i zebrała z podłogi całą ich garść.
Drzwi w gabinecie Najwyższej Służebnej otwarły się na oścież, ukazując szczupłego męż-czyznę w wieku pięćdziesięciu kilku lat. Stał tam, opierając ręce na biodrach, a jego czarne oczy osadzone poniżej gęstych, czarnych brwi skupione były na Tris.
Podniosła na niego wzrok, przepuszczając drobiny gradu pomiędzy palcami.
– Niegrzecznie tak się gapić – prychnęła, nie mając nawet zamiaru opanowywać swojej złości.
– Czy byłaś poddana próbie na obecność magii? – zapytał ją obcesowo i bez ogródek.
Dlaczego ten ktoś naigrywał się z niej? Jej rodzina wybaczyłaby jej wszystkie dziwactwa, jeżeli tylko wykryto by u niej choć ślad zdolności magicznych. To mogłoby przynieść dużą ko-rzyść rodowi Chandlerów.
– Przez najdroższego maga w Ninver, skoro musi pan wiedzieć. A on po-wiedział, że nie ma we mnie nawet jej krzty.
Nieznajomy odwrócił się i spojrzał na stojącą za nim kobietę w żółtym habicie.
– Zmieniłem zdanie, Czcigodna Strzyżykoskrzydła. Będę szczęśliwy, mogąc eskortować Trisanę do Świątyni Wietrznego Kręgu w Emelanie. – Uśmiechnął się i wyciągnął dłoń w kierunku Tris. – Bardzo miło jest mi cię poznać, młoda damo.
Zignorowała wyciągniętą rękę. Wstała, otrzepując spódnicę.
– Niedługo zmieni pan zdanie – odparła. – Tak jak wszyscy.

Wnętrze przechowalni


Sandry uważnie przyjrzała się motkowi leżącemu po jej prawej stronie. Widać już było na nim supełek, który miała zwyczaj zawiązywać przy końcu nici.
– Czas znaleźć sobie coś nowego – powiedziała z westchnieniem w kierunku cierpliwie oczekującej ciemności. Zielona nić też się już skończyła. Okazała się bardzo przydatna, ponieważ świeciła znacznie jaśniejszym światłem niż szara i czerwona. Sandry już teraz bardzo jej brakowało.
Wokół niej leżało już wiele jardów plecionki, tworzącej krąg, wewnątrz którego siedziała ona, nieustannie pracując. Poza chwilami, gdy jadła, spała lub robiła użytek ze śmierdzącej beczki, służącej jej jako nocnik, całą uwagę skupiała na tym zadaniu i na świetle. Koncentrowała się wyłącznie na utrzymywaniu światła wewnątrz nici, nie pozostawiając sobie czasu ani energii na panikę.
Sięgnęła po omacku za siebie w poszukiwaniu koszyka z robótkami i nagle zamarła. Z drugiej strony ściany dobiegły ją przytłumione głosy. Dziewczynka głośno przełknęła ślinę. Czyżby było już z nią aż tak źle? Czy zaczynała wyobrażać sobie ludzi, których wcale tam nie było?
– Tędy, durnie! – rozległ się czyjś podniesiony głos.
– …nic tu nie widzę! – warknął z oddali ktoś inny, jakiś mężczyzna.
Światło wewnątrz plecionki przygasło.
– Ani mi się waż! – rozkazała mu szeptem. Nie była jednak w stanie wystarczająco się na nim skupić. Poświata zgasła.
Siedziała w ciemnościach, wstrzymując oddech. Jeżeli to był sen, to bardzo pragnęła się z niego przebudzić!
– I nic nie zobaczysz – odparł ostry głos z mentorską nutą. Jego właściciel mógł być w tym samym pomieszczeniu, co Sandry, albo też stać zaraz za drzwiami. – Rzucono na nie zaklęcie ukrywające.
Z głośnym klaśnięciem zakryła usta dłońmi i zaczęła się miarowo kołysać. „Stało się” – pomyślała. „W końcu oszalałam”.
Coś wtargnęło do pomieszczenia. Podmuch chłodnego powietrza, który tak naprawdę nim nie był – bardziej kojarzył się z wodą niż z powiewem. Większość tej fali zatoczyła koło nad pustymi workami służącymi dziewczynce za posłanie. Od chłodnej substancji odłączył się jednak jeden wąski strumień. Przeleciał przez całą przechowalnię i owinął się wokół ramion Sandry.
– A teraz już widzisz? – W pouczającym tonie słychać było nie tyle pytanie, co rozkaz. – Potrzebny mi tu ślusarz.
– Tu jestem, Mistrzu Niko. – Teraz również słyszany wcześniej głęboki głos był bardzo bli-sko.
Rozległ się dźwięk metalu pocierającego o metal. Powietrze się poruszyło. Sandry nie za-uważyła, że drzwi otwierają się, aż do momentu, w którym jej dotknęły.
– O błogosławiona Urdo, ależ tu śmierdzi! – stwierdził ten sam głęboki głos.
– Odsuń się, człowieku! – padł ostry rozkaz. Do pomieszczenia wszedł ktoś wyglądający jak mieniący się jasnymi barwami cień. – Słyszysz mnie, moje dziecko? Nazywam się Niklaren Złotooki. Szukałem cię. – Uniósł lampę, podaną mu przez kogoś z tyłu.
Jaskrawe światło poraziło oczy Sandry, które przez tak długi czas przywykły do ciemności, nie licząc wątłej poświaty, którą tkała za pomocą nici. Krzyknęła z bólu i zasłoniła twarz. Jeszcze długo prawie nic nie widziała.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-02-15 (1033 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej