Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Wampirze serce
 
Katalog - dodano
 Epoka diamentu
- Neal Stephenson
 Kroniki Jaaru. Tajemne imię
- Adam Faber
 Hajmdal. Księżyce monarchy
- Dariusz Domagalski
 Alyssa i czary
- A.G. Howard
 Prawda i iluzja
- Jennifer Sommersby
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Czerwona piramida'' - Rick Riordan



1. Igła i śmierć


Mamy zaledwie kilka godzin, więc słuchajcie uważnie.
Jeśli nas słyszycie, to już jesteście w niebezpieczeństwie. Sadie i ja możemy być waszą jedyną nadzieją.
Idźcie do szkoły. Znajdźcie szafkę. Nie powiem, do której szkoły ani którą szafkę, bo właściwa osoba sama je odnajdzie. Kod do zamka szyfrowego to 13/32/33. Zanim skończy się nagranie, będziecie wiedzieć, co znaczą te liczby. Pamiętajcie, że nasza opowieść nie jest zakończona. Jej finał zależy od was.
I najważniejsze: kto otworzy paczkę i przekona się, co jest w środku, niech nie trzyma jej w domu dłużej niż przez tydzień. To będzie kuszące. Ten przedmiot daje prawie nieograniczoną moc. Ale jeśli posiądziecie go na zbyt długo, on was pochłonie. Nauczcie się jego sekretów i przekażcie go dalej. Schowajcie dla następnej osoby, tak jak Sadie i ja ukryliśmy go dla was. A potem przygotujcie się na mnóstwo przygód.
Dobra, Sadie każe mi skończyć wstęp i zabrać się za opowieść. Niech będzie. Zaczęło się chyba w Londynie, tego wieczoru kiedy nasz tato wysadził w powietrze Muzeum Brytyjskie.


Nazywam się Carter Kane. Mam czternaście lat, a moim domem jest walizka.
Nie żartuję. Odkąd skończyłem osiem lat, podróżuję z tatą po świecie. Urodziłem się w Los Angeles, ale tato jest archeologiem, więc praca rzuca go w różne zakątki świata. Głównie jeździmy do Egiptu, bo jest jego specjalnością. Idźcie do księgarni, poszukajcie książek o Egipcie – jest spora szan-sa, że którąś z nich napisał doktor Julius Kane. Chcecie wiedzieć, jak Egipcjanie wy-ciągali mózgi z czaszek mumii albo budowali piramidy, albo może jak nałożyli klątwę na grobowiec Tutanchamona? Spytajcie mojego ojca. Oczywiście istniały również inne po-wody, dla których tato tyle podróżował, ale wtedy jeszcze nie znałem jego sekretu.
Nie chodziłem do szkoły. Tato uczył mnie w domu, jeśli można tak powiedzieć, kiedy całe życie spędza się w podróży. Przekazywał mi wszystko, co sam uważał za ważne, więc dowiedziałem się dużo o Egipcie i wynikach meczów koszykówki, a także o jego ulubionej muzyce. Czytałem dużo – co tylko wpadło mi w ręce, poczynając od historycznych książek ojca, a na powieściach fantastycznych kończąc – ponieważ mnóstwo czasu spędzałem w hotelach i na lotniskach, a także na stanowiskach wykopaliskowych w obcych krajach, gdzie nikogo nie znałem. Tato zawsze mówił, że powinienem odłożyć książkę i pograć trochę w piłkę. Nie jest łatwo grać w podwórkową koszykówkę w Asuanie.
Tak więc tato wcześnie nauczył mnie pakować cały mój dobytek do jednej walizeczki. On też tak się pakował, tyle że miał jeszcze dodatkową torbę na narzędzia archeologiczne. Zasada numer jeden: do tej torby nie wolno zaglądać. Zakaz złamałem dopiero w dniu eksplozji.


Zdarzyło się to w Wigilię. Przyjechaliśmy do Londynu, żeby odwiedzić moją siostrę Sadie.
Bo to jest tak, że tato ma tylko dwa dni odwiedzin u niej – jeden w zimie i jeden w lecie – a wszystko przez to, że nasi dziadkowie go nienawidzą. Kiedy zmarła nasza mama, jej rodzice (czyli nasi dziadkowie) stoczyli w sądzie batalię z tatą. Z pomocą sześciu prawników, po dwóch walkach na pięści i prawie śmiertelnym ataku chochlą (nie pytajcie o szczegóły) w końcu zdobyli prawo do zatrzymania Sadie w Anglii. Ona miała tylko sześć lat, o dwa mniej niż ja, a nie mogli wziąć na wychowanie nas obojga – tak w każdym razie tłumaczyli się z tego, że mnie nie zatrzymali. Sadie uczyła się więc w brytyjskiej szkole, a ja podróżowałem po świecie z naszym ojcem. Widywaliśmy się dwa razy do roku, co jak dla mnie było w porządku.
[Zamknij się, Sadie. Tak… już do tego zmierzam].
W każdym razie właśnie wylądowaliśmy z tatą na Heathrow po kilku opóźnieniach. To było dżdżyste, zimne popołudnie. Przez całą jazdę taksówką do centrum tato był jakby podenerwowany.
To potężny facet. Nie wygląda na kogoś, kogo łatwo przestraszyć. Ma brązową skórę jak ja, przenikliwe brązowe oczy, jest łysy, ale nosi bródkę, co w sumie sprawia, że wygląda jak wysportowany szalony naukowiec. Tego wieczoru miał na sobie wełniany zimowy płaszcz i swój najlepszy brązowy garnitur – ten, w którym wygłasza wykłady. Zazwyczaj emanuje taką pewnością siebie, że natychmiast zdobywa serca wszystkich słuchaczy, ale czasami – jak wtedy – widuję inne jego oblicze, którego w ogóle nie rozumiem. Cią-gle oglądał się przez ramię, jakby ktoś nas ścigał.
– Tato? – zapytałem, kiedy skręcaliśmy z autostrady A-40. – Czy coś się stało?
– Nie widzę ich – mruknął, po czym chyba się zorientował, że powiedział to na głos, ponieważ spojrzał na mnie trochę zdziwiony. – Nic, Carter. Wszystko gra.
Te słowa mnie zmartwiły, ponieważ on zupełnie nie umie kłamać. Zawsze widzę, kiedy coś ukrywa, ale wiem też, że żadnym jęczeniem nie wydobędę z niego prawdy. Zapewne usiłował mnie chronić, choć nie wiedziałem, przed czym. Czasami zastanawiałem się, czy w jego przeszłości kryje się jakiś mroczny sekret, może dawny wróg, który go ściga – ale sam taki pomysł wydawał mi się śmieszny. On jest przecież tylko archeologiem.
Niepokoiło mnie coś jeszcze: ściskał swoją torbę z narzędziami. Zazwyczaj kiedy tak robi, znaczy to, że jesteśmy w niebezpieczeństwie. Jednego razu jacyś uzbrojeni faceci wdarli się do naszego ho-telu w Kairze. Słyszałem strzały w holu, więc pobiegłem sprawdzić, co z tatą. Kiedy tam dotarłem, całkiem spokojnie zamykał swoją torbę, podczas gdy trzej nieprzytomni napastnicy zwisali z żyrandola do góry nogami, a szaty opadły im na głowy, tak że widać było bokserki. Tato twierdził, że nic nie widział, więc policja w końcu uznała, że to wina niezwykle dziwnej awarii żyrandola.
Innym razem dostaliśmy się w sam środek zamieszek w Paryżu. Tato znalazł najbliższy zaparkowany samochód, wepchnął mnie na tylne siedzenie i kazał nie wychylać głowy. Przykucnąłem na podłodze i zacisnąłem po-wieki. Słyszałem, jak tato, siedząc z przodu, grzebał w torbie i mamrotał coś do siebie, podczas gdy dziki tłum z wrzaskiem demolował wszystko na zewnątrz. Kilka minut później powiedział mi, że mogę już bezpiecznie wysiąść. Wszystkie pozostałe samochody w okolicy były przewrócone na dach i podpalone. Nasz był świeżo umyty i wypucowany, a za wycieraczkami tkwiły we-tknięte banknoty po dwadzieścia euro.
Czułem szacunek dla tej torby. Była naszym talizmanem. Ale kiedy tato przyciskał ją do piersi, oznaczało to, że szczęście będzie nam potrzebne.
Jechaliśmy przez centrum miasta, kierując się na wschód, w stronę mieszkania dziadków. Minęliśmy złotą bramę pałacu Buckingham i wielką kamienną kolumnę na Trafalgar Square. Londyn to całkiem fajne miejsce, ale jak się dużo podróżuje, wszystkie miasta wydają się podobne. Zdarza mi się, że spotykane dzieciaki mówią: „Ale masz szczęście, że tyle jeździsz po świecie”. Problem tylko w tym, że my nie zwiedzamy ani też nie mamy tyle pieniędzy, żeby podróżować z klasą. Zdarzało nam się nocować w całkiem podłych warunkach, no i nigdy nigdzie się nie zatrzymujemy na dłużej niż kilka dni. Przez większość czasu mam wrażenie, że jesteśmy uciekinierami, a nie turystami.
Zasadniczo praca taty nie sprawia wrażenia niebezpiecznej. Jego wykłady dotyczą takich tematów jak „Czy egipska magia może zabić?” albo „Wieczne kary w egipskiej Krainie Umarłych”, no i mnóstwa innych rzeczy, które większości ludzi wcale nie obchodzą. Jednak jak już mówiłem, jest jeszcze ta jego druga strona. Jest zawsze bardzo ostrożny, sprawdza każdy pokój hotelowy, zanim pozwoli mi wejść do środka. Czasem wpada do muzeum, żeby zobaczyć kilka zabytków, robi jakieś notatki i wypada, jakby się bał, że zarejestrują go kamery.
Kiedyś, gdy byłem młodszy, pędziliśmy przez lotnisko de Gaulle’a w Paryżu, żeby złapać samolot, a tato był bardzo spięty aż do samego startu. Zapytałem go wtedy wprost, przed czym uciekamy, a on spojrzał na mnie tak, jakbym właśnie odbezpieczył granat. Przez moment bałem się, że powie mi prawdę. Ale on odrzekł: „To nic takiego, Carter”, tonem takim, jakby to „nic” było najstraszliwszą rzeczą na świecie.
Po tym zdarzeniu uznałem, że lepiej nie zadawać pytań.


Moi dziadkowie, państwo Faustowie, mieszkają na osiedlu w pobliżu Canary Wharf, nad samą Tamizą. Z taksówki wysiedliśmy na chodnik, ale tato poprosił kierowcę, żeby zaczekał.
Byliśmy już w połowie ścieżki prowadzącej do domku, kiedy tato zamarł. Odwrócił się i spojrzał za siebie.
– Co się dzieje? – zapytałem.
I wtedy zobaczyłem przysadzistego mężczyznę w trenczu. Stał po drugiej stronie ulicy, oparty o wielkie zeschnięte drzewo. Jego skóra była koloru palonej kawy, a płaszcz i garnitur w prążki wyglądały na drogie. Miał długie zaplecione włosy, czarny kapelusz typu fedora zsunięty głęboko na twarz i ciemne okulary o okrągłych szkłach. Przypominał mi muzyków jazzowych, na których koncerty zabierał mnie tato. Nie widziałem oczu tego człowieka, ale miałem wrażenie, że nas obserwuje. Może był jakimś dawnym kumplem albo znajomym ojca. Dokądkolwiek byśmy pojechali, on zawsze spotykał znajomych. Wydawało mi się jednak dziwne, że ten facet czekał tu, pod domem dziadków. I nie miał radosnej miny.
– Carter – powiedział tato. – Idź dalej.
– Ale…
– Zabierz siostrę. Spotkamy się przy tak-sówce.
Przeszedł przez ulicę, zbliżając się do mężczyzny w trenczu, co pozostawiało mi dwie możliwości do wyboru: iść za nim i sprawdzić, o co chodzi, albo zrobić, co mi kazał.
Wybrałem tę nieco mniej niebezpieczną opcję. Poszedłem po moją siostrę.


Zanim zdążyłem zapukać, Sadie otwarła drzwi.
– Jak zwykle się spóźniacie – oznajmiła.
Miała na rękach swoją kotkę Muffinkę, którą sześć lat temu dostała jako „pożegnalny” prezent od taty. Muffinka wyglądała tak, jakby w ogóle nie rosła ani się nie starzała. Miała żółto--czarne futerko niczym miniaturowy lampart, czujne żółte oczy i spiczaste uszy. Z obróżki zwisała jej srebrna egipska zawieszka. Kotka zupełnie nie przypominała ciastka, ale Sadie była malutka, kiedy dała jej imię, więc chyba trzeba jej wybaczyć.
Sadie nie zmieniła się wiele od zeszłego lata.
[Kiedy to nagrywam, stoi obok, rzucając mi gniewne spojrzenia, więc lepiej będę o niej mówił ostrożnie].
Nikt by się nie domyślił, że jest moją siostrą. Po pierwsze, mieszka tak długo w Anglii, że ma brytyjski akcent. Po drugie, przypomina naszą mamę, która była biała, więc jej skóra jest znacznie jaśniejsza od mojej. Ma proste włosy w odcieniu karmelu, nie całkiem jasne, ale też nie brązowe, i zazwyczaj farbuje pojedyncze kosmyki na jaskrawe kolory. Tego dnia po lewej stronie twarzy miała czerwony. No i ma niebieskie oczy. Mówię poważnie. Prawdziwe niebieskie oczy, jak nasza mama. Ma dopiero dwanaście lat, ale jest dokładnie mojego wzrostu, co jest strasznie irytujące. Jak zwykle żuła gumę, ubrana na dzień z tatą w zniszczone dżinsy, skórzaną kurtkę i glany, jakby wybierała się na koncert i zamierzała rozdeptać parę osób. Z szyi zwisały jej słuchawki – zabezpieczenie na wypadek gdybyśmy ją znudzili.
[Okej, nie oberwałem, więc chyba udało mi się w miarę dobrze ją opisać].
– Samolot miał opóźnienie – powiedziałem.
Strzeliła balonem, podrapała Muffinkę po głowie i wrzuciła kotkę do domu.
– Babciu, wychodzę!
Ze środka domu dobiegł mnie głos babci Faust, ale nie zrozumiałem słów. Prawdopo-dobnie mówiła: „Nie wpuszczaj ich!”.
Sadie zamknęła drzwi i obrzuciła mnie takim spojrzeniem, jakbym był zdechłą myszą, którą jej kotka przywlekła do domu.
– No, znowu tu jesteś.
– Aha.
– No to chodź – westchnęła. – Miejmy to z głowy.
Ona taka właśnie jest. Żadnego: „Hej, jak minęło ostatnie pół roku? Fajnie znów cię widzieć!” – nic z tych rzeczy. Ale jak dla mnie to okej. Kiedy widuje się kogoś dwa razy do roku, to jakby się było dalekimi kuzynami, a nie rodzeństwem. Jeśli nie liczyć rodziców, nie mieliśmy z sobą abso-lutnie nic wspólnego.
Zeszliśmy po schodach. Myślałem właśnie o tym, że Sadie pachnie jak połączenie domu starych ludzi i gumy do żucia, kiedy zatrzymała się tak gwałtownie, że na nią wpadłem.
– Kto to jest? – zapytała.
Prawie zapomniałem o facecie w płaszczu. On i tato stali po drugiej stronie ulicy pod wielkim drzewem i wyglądało na to, że zawzięcie się kłócą. Tato był do nas od-wrócony plecami, więc nie widziałem jego twarzy, ale wymachiwał rękami jak zwykle, kiedy się denerwuje. Drugi mężczyzna rzucił mu spojrzenie z ukosa i potrząsnął głową.
– Nie mam pojęcia – odparłem. – Stał tam, kiedy przyjechaliśmy.
– Wygląda znajomo. – Sadie zmarszczyła brwi, jakby usiłowała sobie coś przypomnieć. – Chodź.
– Tato chciał, żebyśmy zaczekali w taksówce – przypomniałem, choć wiedziałem, że to nic nie da. Sadie już ruszyła.
Zamiast przejść prosto przez ulicę, po-biegła chodnikiem prawie do następnej przecznicy, kryjąc się za samochodami, po czym przeskoczyła na drugą stronę i przykucnęła za niskim kamiennym murkiem. Następnie zaczęła się skradać w kierunku taty. Nie miałem wielkiego wyboru: udałem się za nią, choć wydawało mi się to głupie.
– Sześć lat w Anglii – wymamrotałem – i wydaje się jej, że jest Jamesem Bondem.
Sadie pacnęła mnie, nie odwróciwszy się nawet, i skradała się dalej.
Po kilku krokach znaleźliśmy się za wielkim zeschniętym drzewem. Usłyszałem głos taty po drugiej stronie pnia:
– Muszę, Amosie. Wiesz, że tak trzeba.
– Nie – odparł ten drugi, który widocznie nazywał się Amos. Jego głos był głęboki i spokojny… bardzo stanowczy. Akcent miał amerykański. – Jeśli ja cię nie powstrzymam, Juliusie, oni to zrobią. Per Anch depcze ci po piętach.
Sadie odwróciła się do mnie i wyszeptała bezgłośnie:
– Per co?
Pokręciłem głową, równie zdumiony jak ona.
– Spadajmy stąd – szepnąłem, ponieważ wy-obrażałem sobie, że w każdej chwili możemy zostać odkryci, a to oznaczałoby poważne tarapaty. Sadie, oczywiście, zignorowała mnie.
– Nie znają mojego planu – odparł tato. – A kiedy domyślą się, co zamierzam…
– A co z dziećmi? – zapytał Amos, a mnie włosy stanęły na głowie. – Co z nimi?
– Postarałem się, żeby miały ochronę – odrzekł nasz ojciec. – A poza tym, jeśli tego nie zrobię, wszyscy będziemy mieć kłopoty. Odejdź.
– Nie mogę, Juliusie.
– W takim razie chcesz pojedynku? – Głos taty zabrzmiał śmiertelnie poważnie. – Nie zdołasz mnie pokonać, Amosie.
Od czasu Wielkiego Wypadku z Chochlą nie widziałem, żeby tato stosował przemoc, a nie miałem ochoty oglądać z tego powtórki, ale ci dwaj najwyraźniej zmierzali do konfrontacji.
Zanim zdążyłem zareagować, Sadie wyskoczyła zza drzewa, krzycząc: – Tato!
Zrobił zaskoczoną minę, kiedy objęła go ramionami, ale ten Amos był jeszcze bardziej zdumiony. Cofnął się tak szybko, że potknął się o własny płaszcz.
Zdjął okulary. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że Sadie miała rację. Wyglądał znajomo… Jak z bardzo odległych wspomnień.
– M-muszę już iść – powiedział. Poprawił kapelusz i ruszył powoli ulicą.
Tato spoglądał za nim. Opiekuńczo objął Sadie jedną ręką, a drugą zanurzył w torbie zarzuconej na ramię. Kiedy wreszcie Amos znikł za rogiem, tato się rozluźnił. Wyjął dłoń z torby i uśmiechnął się do córki.
– Cześć, słoneczko.
Sadie wyrwała mu się i skrzyżowała ręce.
– Ach, teraz jestem „słoneczkiem”, tak? Spóźniłeś się. Dzień widzenia prawie już minął! No i o co w tym wszystkim chodzi? Kim jest Amos i co to jest Per Anch?
Tato drgnął. Zerknął na mnie, jakby się zastanawiał, ile podsłuchaliśmy.
– To nic – odpowiedział, siląc się na optymistyczny ton. – Zaplanowałem dla nas wspaniały wieczór. Kto chce się wybrać na prywatną przechadzkę po Muzeum Brytyjskim?


Sadie opadła na tylne siedzenie taksówki między tatą a mną.
– No nie wierzę – burknęła. – Jeden wspólny wieczór, a ty chcesz prowadzić badania.
Tato usiłował się uśmiechnąć.
– Kochanie, będzie fajnie. Kustosz kolekcji egipskiej osobiście zaprosił…
– Jasne, wielka niespodzianka. – Sadie zdmuchnęła z twarzy czerwony kosmyk. – Jest Wigilia, a my będziemy oglądać jakieś zatęchłe egipskie truchła. Czy ty w ogóle myślisz o czymkolwiek innym?
Tato się nie rozzłościł. On nigdy się na nią nie gniewa. Zapatrzył się na ciemniejące niebo i deszcz za oknem.
– Tak – odparł cicho. – Myślę.
Ilekroć mówi tym cichym głosem i wpatruje się w przestrzeń, wiem, że myśli o naszej mamie. W ostatnich miesiącach często się to zdarzało. Wchodziłem do pokoju hotelowego i zastawałem go z komórką w ręce i zdjęciem mamy uśmiechającym się do niego z wyświetlacza – włosy przewiązane chustką, niebieskie oczy, zaskakująco jaskrawe na tle pustyni.
Albo kiedy byliśmy na jakimś wykopie. Widziałem, jak gapi się na horyzont, i wiedziałem, że wspomina ich pierwsze spotkanie: dwoje młodych naukowców w Dolinie Królów, podczas wykopalisk w poszukiwaniu jakiegoś zaginionego grobowca. On jest egiptologiem. Mama była antropologiem i zajmowała się starożytnym DNA. Tato opowiadał mi o tym tysiące razy.
Taksówka jechała zakosami wzdłuż Tamizy. Tuż za mostem Waterloo nasz ojciec ze-sztywniał.
– Proszę pana – zwrócił się do kierowcy. – Proszę się tu na chwilę zatrzymać.
Taksówkarz przystanął na Victoria Embankment.
– Co się stało, tato? – zapytałem.
Wysiadł z samochodu, jakby mnie nie słyszał. Kiedy razem z Sadie dołączyliśmy do niego na chodniku, wpatrywał się w Igłę Kleopatry.
Dla kogoś, kto nigdy jej nie widział: Igła jest obeliskiem, a nie żadną igłą, i nie ma nic wspólnego z Kleopatrą.
Obawiam się, że Brytyjczycy po prostu uznali, że to fajnie brzmi, kiedy przywlekli ten obelisk do Londynu. Ma on około dwudziestu pięciu metrów wysokości, co pewnie robiło wrażenie w starożytnym Egip-cie, ale nad Tamizą, gdzie dookoła wznoszą się naprawdę wysokie budynki, wygląda nie-pozornie i smutno. Można go minąć, nawet nie podejrzewając, że przejechało się obok czegoś o kilka tysięcy lat starszego od Londynu.
– O rany! – Sadie krążyła niecierpliwie po chodniku. – Czy musimy się zatrzymywać przy każdym zabytku?
Tato wpatrywał się w czubek obelisku.
– Musiałem go jeszcze raz zobaczyć – wy-mruczał. – Tu, gdzie to się stało…
Od rzeki zawiał lodowaty wiatr. Chciałem wrócić do taksówki, ale zaczynałem martwić się o tatę. Nigdy nie widziałem, żeby był taki roztargniony.
– Co, tato? – zapytałem. – Co tu się stało?
– Tutaj widziałem ją po raz ostatni.
Sadie przestała chodzić w kółko. Rzuciła mi niepewne spojrzenie i zwróciła się do taty:
– Czekaj. Masz na myśli mamę?
Odgarnął jej włosy za ucho, co zdziwiło ją tak bardzo, że nawet go nie odepchnęła.
Czułem się tak, jakby deszcz zmroził mnie na sopel. Śmierć mamy była zawsze zakazanym tematem. Wiedziałem, że zginęła w jakimś wypadku w Londynie. Wiedziałem, że dziadkowie winili o to tatę. Ale nikt nigdy nie powiedział nam nic więcej. Przestałem go wypytywać, po części dlatego, że robił się wtedy smutny, a częściowo dlatego, że bez-względnie odmawiał wyjawienia mi jakichkolwiek szczegółów. „Jak będziesz starszy” – mówił wtedy, co jest najbardziej irytującą odpowiedzią, jaką znam.
– Mówisz, że zginęła tutaj? – odezwałem się. – Przy obelisku Kleopatry? Co się stało?
Spuścił głowę.
– Tato! – zaprotestowała Sadie. – Chodzę tędy codziennie, a ty mówisz… że przez cały ten czas… I ja nic nie wiedziałam?
– Masz dalej tego kota? – Pytanie wydawało się idiotyczne.
– Oczywiście, że mam dalej tego kota! – odparła. – Co to ma do rzeczy?
– A amulet?
Sięgnęła ręką do szyi. Kiedy byliśmy mali, tuż przed tym, zanim Sadie zamieszkała z dziadkami, tato dał nam obojgu egipskie amulety. Na moim było Oko Horusa, które jest popularnym staroegipskim symbolem opiekuńczym.


Tato mówi nawet, że współczesny znak farmaceutów, R, to uproszczona wersja Oka Ho-rusa – zadaniem medycyny jest przecież opieka i ochrona.
W każdym razie zawsze nosiłem amulet pod ubraniem, ale obawiałem się, że Sadie swój zgubiła lub wyrzuciła.
Ona jednak ku mojemu zdumieniu przytaknęła.
– Oczywiście, że go mam, tato, ale nie zmieniaj tematu. Babcia zawsze mówi, że jesteś winny śmierci mamy. To nieprawda, tak?
Czekaliśmy. Po raz pierwszy w życiu Sadie i ja pragnęliśmy dokładnie tego samego – poznać prawdę.
– Tej nocy, kiedy zginęła wasza matka – zaczął tato – tu, pod obeliskiem…
Nabrzeże oświetlił nagły rozbłysk światła. Odwróciłem się, częściowo oślepiony, i przez ułamek sekundy dostrzegłem dwie postacie: wysokiego, bladego mężczyznę z rozdwojoną brodą, odzianego w kremowe szaty, i dziewczynę o miedzianej skórze, w ciemnoniebieskiej sukni i chuście na głowie – setki razy widywałem takie ubrania w Egipcie. Stali obok siebie, mniej niż dziesięć metrów od nas, przyglądając się nam. Następnie światło zgasło. Postacie rozpłynęły się w mgliste powidoki. Kiedy moje oczy przyzwyczaiły się z powrotem do ciemności, nikogo już nie było widać.
– Yyy… – odezwała się nerwowo Sadie. – Widziałeś to?
– Wsiadajcie do taksówki – powiedział tato, popychając nas w stronę krawężnika. – Spóźnimy się.
Od tej chwili zamknął się w sobie.
– To nie miejsce na rozmowy – oznajmił, spoglądając w przestrzeń za nami.
Obiecał taksówkarzowi dodatkowe dziesięć funtów, jeśli dowiezie nas do muzeum w czasie krótszym niż pięć minut, więc kierowca robił, co mógł.
– Tato – zagadnąłem – ci ludzie nad rzeką…
– I tamten facet, Amos – dodała Sadie. – Czy oni są z egipskiej policji albo coś w tym rodzaju?
– Słuchajcie, oboje – odparł tato. – Będę dziś potrzebował waszej pomocy. Wiem, że to trudne, ale musicie zachować cierpliwość. Obiecuję, że wszystko wyjaśnię, kiedy już znajdziemy się na miejscu. Wszystko znów będzie w porządku.
– O czym ty mówisz? – zdziwiła się Sadie. – Co będzie w porządku?
Wyraz twarzy taty był więcej niż smutny. To było prawie poczucie winy. Poczułem dreszcz na myśl o tym, co powiedziała Sadie: że nasi dziadkowie obarczają go winą za śmierć mamy. On nie mówił o tym, prawda?
Taksówkarz skręcił gwałtownie w Great Russell Street i z piskiem opon zatrzymał się pod główną bramą muzeum.
– Chodźcie za mną – poinstruował nas tato. – A kiedy spotkamy kustosza, zachowujcie się normalnie.
Pomyślałem, że Sadie nigdy nie zachowuje się normalnie, ale uznałem, że lepiej nie mówić tego głośno.
Wysiedliśmy z taksówki. Wyciągnąłem bagaż, a tato zapłacił kierowcy sporym zwitkiem banknotów. Następnie zrobił coś dziwnego. Rzucił na tylne siedzenie garść drobnych przedmiotów: chyba kamyków, ale w tych ciemnościach nie byłem tego pewny.
– Proszę jechać dalej – odezwał się do taksówkarza. – Do Chelsea.
Nie miało to wielkiego sensu, zważywszy, że byliśmy już poza taksówką, ale kierowca ruszył gazem. Zerknąłem na tatę, a następnie ponownie na samochód, i zanim skręcił za róg, znikając w ciemności, dostrzegłem dziwaczny cień trojga pasażerów na tylnym siedzeniu: mężczyzny i dwójki dzieci.
Zamrugałem powiekami. Niemożliwe, żeby taksówkarz tak szybko znalazł następnych klientów.
– Tato…
– Londyńskie taksówki nie pozostają długo puste – odpowiedział obojętnym tonem. – Chodźcie, dzieci.
Ruszył ku bramie z kutego żelaza. Przez moment Sadie i ja wahaliśmy się.
– Co tu się dzieje, Carter?
Pokręciłem głową.
– Nie jestem pewny, czy chcę to wiedzieć.
– No to stój tu na zimnie, jeśli chcesz, ale ja nie ustąpię bez wyjaśnienia. – Od-wróciła się i ruszyła za tatą.
Teraz uważam, że powinienem był wtedy uciekać. Trzeba było odciągnąć stamtąd Sadie i uciekać najdalej jak się dało. Ja jednak wszedłem za nią w bramę.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-02-17 (1103 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej