Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Niewidzialni. Tajemnica Misty Bay
 
Katalog - dodano
 Wędrowiec
- Suren Cormudian
 Bestie i ludzie
- Jacek Piekara
 Eliza
- Roxana Wojtas-Tabiś
 Wyprawa Błazna (wyd.M)
- Robin Hobb
 Roar
- Cory Carmack
 
- skomentowano
 Zapisane w kartach
- Anne Bishop
 Ciężko być najmłodszym
- Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa
 Sopel cz.1
- Paweł Kornew
 HEL 3
- Jarosław Grzędowicz
 Evna
- Siri Pettersen
 

Trylogia ''Orzeł'' - Rosemary Sutcliff

Wybrane fragmenty trzech tomów


''Dziewiąty Legion''



Testudo nie było formacją szturmową, lecz nie miało sobie równych, gdy należało szybko doskoczyć na wyznaczoną pozycję lub przedrzeć się przez szyki nieprzyjaciela. Także jego przerażający wygląd mógł odstraszyć wroga. Gdy formacja zjawiła się niespodziewanie i spadła z góry z miażdżącym impetem, skłębieni tubylcy cofnęli się z chwilowym przestrachem. Dzikie mrowie zawahało się i na moment straciło animusz, co zaraz zauważyli i wykorzystali broniący się żołnierze z oddziału patrolowego. Ze zwierzęcym okrzykiem ruszyli na spotkanie swoich kamratów.
A tymczasem Marek na czele połowy centurii uderzył w tabun rozwścieczonych nieprzyjaciół. Formacja musiała zwolnić i prawie się zatrzymać, a mimo to niezmordowanie parła przed siebie. Raz nawet pękła, lecz zwarła się na nowo. Zbrojny klin wdzierał się coraz głębiej w szeregi tubylców, aż przyszła chwila, kiedy przestał spełniać swe zadanie. Przekrzykując bitewny zgiełk, Marek zawołał do trębacza:
– Graj sygnał do rozproszenia!
Czyste dźwięki trąbki wzniosły się ponad wrzawę. Żołnierze opuścili tarcze i skoczyli na boki, żeby zrobić sobie miejsce do walki. Las włóczni pokłuł rozkołysaną hordę tubylców, siejąc śmierć i zamęt tam, gdzie żelazne groty trafiły w cel. Następnie rozległo się: – Miecze w dłoń! – a zaraz potem okrzyki: – Za cesarza! Za cesarza! – gdy zaczęto chlastać nieprzyjaciół.
Z tyłu dzielna grupa kawalerzystów próbowała oczyścić im drogę odwrotu, z przodu legioniści z patrolu walczyli zaciekle, żeby się z nimi połączyć, jednakże między jednymi a drugimi nadal wznosił się mur wrzeszczących, miotających się wojowników. Wśród nich Marek ponownie wypatrzył postać z sierpem księżyca na czole. Ze śmiechem na ustach rzucił się na wroga, a za nim reszta żołnierzy.
W końcu oddział patrolowy i ten wysłany mu na pomoc spotkały się i zlały ze sobą. Od razu rozpoczął się odwrót. Utworzono szyk o kształcie zbliżonym do rombu, który był równie trudny do uchwycenia, co mokry kamyk z rzeki, ściskany w palcach. Tubylcy napierali zewsząd, lecz z wolna, stopniowo, dzięki krótkim mieczom, kąśliwym jak żywe istoty, i jeźdźcom torującym drogę gwałtownymi szarżami, do bramy fortu zbliżali się ci, którzy utrzymali się przy życiu.
Bliżej, coraz bliżej... Aż raptem szeregi wroga przerzedziły się. Marek, walczący przy brzegu, zerknął przez ramię i ujrzał nad sobą wieże oraz rój obrońców, gotowych na ich przyjęcie. Wtem dało się słyszeć ostrzegawcze granie trąbek i rosnący grzmot kół i kopyt. Zza załomu wzgórza, prosto z lasu, wypadła zakrzywiona kolumna rydwanów.
Nic dziwnego, że się przerzedziło.
Mocarne wozy bojowe od dawna były zakazane wśród tubylczych plemion, więc pędziły teraz na nich lekkie rydwany podobne do tego, którym kierował Marek przed dwoma dniami. Każdy prócz woźnicy wiózł tylko włócznika. Jednakże starczyło jedno spojrzenie – gdy się tak zbliżały, ciągnięte przez rącze konie – aby dostrzec budzące grozę kosy, osadzone w piastach kół.
Zwarty szyk nie nadawał się do niczego w obliczu takiego zagrożenia, zwłaszcza że w gorączce walki potracono włócznie.
I znów trębacze przekazali rozkaz. Legioniści momentalnie porzucili szyk, rozpierzchli się i pognali w stronę bramy. Nie łudzili się, że dotrą do niej, nim dosięgną ich rydwany, lecz dyszeli z wysiłku, chcieli bowiem bronić się przed wrogiem na jak najwyższym terenie.
Markowi, gdy tak biegł z innymi, wydało się nagle, że nic nie waży, nic a nic! Przenikała go na wskroś rzeczywistość przemijania, smak życia trzymanego przezeń w garści, które można odrzucić jak błyszczące kulki – przedmiot dziecięcych zabaw w ogrodach Rzymu. W ostatnim momencie, kiedy napastnicy siedzieli im już na karku, odbiegł od swoich żołnierzy, ruszył w przeciwną stronę, a potem, odrzuciwszy miecz, stanął, gotów do skoku, naprzeciwko zbliżających się rydwanów. Gdy pozostało mu już tylko kilka chwil, jego umysł pracował nadzwyczaj jasno i chłodno; odnosił wręcz wrażenie, że ma jeszcze sporo czasu na rozmyślania. Gdyby skoczył ku koniom zaprzęgniętym do pierwszego rydwanu, raczej by nie powstrzymał ich dzikiego galopu, prawdopodobnie zostałby potrącony i rozjechany. Lepszy skutek mogło przynieść zaatakowanie woźnicy. Gdyby go powalił, zaprzęg przestałby iść równo, a na stromym zboczu pozostałym rydwanom byłoby trudno ominąć zawalidrogę. Czekało go wielce ryzykowne zadanie, ale w razie powodzenia zyskałby dla żołnierzy tych kilka cennych chwil, które decydują o życiu lub śmierci. On sam wiedział – w tej kwestii nie miał żadnych złudzeń – że zginie. Już byli przy nim. Kopyta napełniały dudnieniem chyba cały wszechświat. Czarne grzywy rozwiane na tle nieba... Konie, które nazywał swoimi braćmi jeszcze dwa dni temu. Cisnął między nie swoją tarczę, odsunął się w bok i odnalazł wzrokiem szarą twarz woźnicy: był to Cradoc. Na jedną ulotną chwilę ich spojrzenia się skrzyżowały i odmalowało się w nich coś jakby pozdrowienie, czy raczej pożegnanie dwóch ludzi, którzy w innych okolicznościach mogliby zostać przyjaciółmi. W końcu jednak Marek pochylił się nad opadającą włócznią, poderwał się w górę i rzucił się na przedni łuk rydwanu. Całym ciężarem swojego ciała przygniótł lejce, które miejscowym zwyczajem Cradoc obwinął sobie wokół nadgarstka. Konie teraz gnały poza wszelką kontrolą. Marek zwarł się z Cradokiem i obaj runęli w dół. Uszy mu puchły od przeraźliwych końskich kwików i trzasku pękającego drewna. A potem niebo i ziemia zamieniły się miejscami. Nie wypuszczając z uścisku nieprzyjaciela, zwalił się pod grzmiące kopyta, pod koła zbrojne w kosy, pod bok przewracającego się rydwanu. Zakręciło mu się w głowie i ogarnęła go czarna pustka.


* * *



Pierwszym punktem programu była walka wilków z niedźwiedziem brunatnym. Niedźwiedź nie chciał walczyć, więc asystenci musieli go poganiać długimi, giętkimi biczami. Zwierzę po chwili było już zagryzione, czemu towarzyszyły owacje tłumów. Ścierwo zostało ściągnięte z areny, a z nim dwa rozszarpane wilki. Pozostałe zagnano do klatki na kółkach, a krew posypano świeżym piaskiem. Marek bezwiednie skierował wzrok na dziewczynę w ciemnym kapturze, która siedziała skamieniała, blada jak płótno, z przerażeniem w oczach. Nadal dziwnie poruszony wymianą spojrzeń z wystraszonym młodym gladiatorem, uczuł w sobie niespodziewaną wściekłość na Kaesa za to, że pokazuje małej dziewczynce tak wstrętne widowisko; wściekłość na wszystkie igrzyska i wszystkich ludzi, którzy zlatują się je oglądać z wywieszonym jęzorem, a nawet na niedźwiedzia za to, że dał się zagryźć.

Następnie przyszła kolej na ustawianą walkę, przy czym nikt nie ucierpiał: skończyło się na lekkich, powierzchownych obrażeniach (na głuchej prowincji zarządcy cyrku nie szastali życiem gladiatorów). Potem rozegrano pojedynek bokserski, w którym za sprawą cestusów, ciężkich rękawic nabijanych ćwiekami, polało się o wiele więcej krwi niż przedtem za sprawą mieczy. Nastąpiła przerwa. Arenę posprzątano i posypano czystym piaskiem. Aż nagle rozochocone tłumy wydały z siebie długie westchnienie. Nawet znudzony młody trybun wyprostował się i wbił oczy w arenę, albowiem ponownie zabrzmiały trąbki, drzwi otwarły się szeroko i na olbrzymim placu stanęły obok siebie dwie postacie. Oto prawdziwa rozrywka: walka na śmierć i życie.
Na pierwszy rzut oka jeden był gorzej uzbrojony od drugiego. Pierwszy miał przy sobie miecz i puklerz, zaś jego przeciwnik – drobny, czarnowłosy mężczyzna, przypominający Greka budową ciała i rysami twarzy – niósł w ręku trójząb, przez ramię natomiast przewiesił złożoną sieć, obciążoną małymi ołowianymi dyskami. Marek jednak znał się na rzeczy i wiedział, że przewagę ma człowiek z siecią, czyli rybak, jak takich nazywano. Z ciężkim sercem rozpoznał w drugim mężczyźnie zatrwożonego młodego wojownika.
– Nigdy nie lubiłem sieci – narzekał wujek Akwila. – To nie będzie czysta walka, o nie!
Jeszcze przed chwilą Marek przejmował się chorą nogą, którą łapały bolesne skurcze. Wiercił się na wszystkie strony, próbując złagodzić ból, ale tak, żeby wujek niczego nie zauważył. Teraz jednak, gdy gladiatorzy szli na środek areny, zapomniał o dolegliwościach.
Ryk, z jakim przywitano uczestników pojedynku, ustąpił martwej ciszy. Na środku areny dowódca gladiatorów pokazał walczącym, gdzie mają stanąć. Skrupulatnie wyznaczył im miejsca oddalone od siebie o dziesięć kroków – takie, żeby żadnemu nie pomagało słońce ani wiatr. Dowódca spełnił swoje zadanie szybko i ze znawstwem, po czym wycofał się do barierek.
Czas płynął, nikt się nie ruszał. Przedłużała się chwila, w której stali w bezruchu, otoczeni kręgiem wpatrzonych w nich twarzy. W końcu wojownik z mieczem zaczął się wolno przesuwać. Nie spuszczając wzroku z przeciwnika, przekładał ostrożnie stopy. Lekko pochylony, zasłaniał się okrągłym puklerzem i skradał się, skradał, przygotowany do skoku w odpowiednim momencie.

Rybak tymczasem nie ruszał się z miejsca, przyczajony na ugiętych nogach. W lewej ręce trzymał trójząb, prawa ginęła w fałdach sieci. Tuż poza zasięgiem sieci wojownik zatrzymał się na długą, pełną napięcia chwilę, po czym skoczył. Jego atak był tak szybki, że sieć przeleciała mu niegroźnie nad głową. Rybak odskoczył w tył i trochę w bok, żeby uniknąć kłującego miecza, a następnie odwrócił się i popędził co tchu przed siebie, zwijając w biegu sieć przed następnym rzutem. Młody wojownik rzucił się w pogoń. Przebiegli tak pół areny, coraz bardziej zmęczeni. Wojownik nie był tak wysoki i gibki jak jego przeciwnik, lecz biegł krokiem myśliwego – być może gonił za sarnami, nim przekłuto mu ucho – i teraz zbliżał się do swej ofiary. Obiegli zakręt barierek, kierując się w stronę ław urzędników. Tuż pod nimi rybak obrócił się i ponownie rzucił sieć. Ta wystrzeliła niczym ciemny płomień i owinęła się wokół rozpędzonego wojownika, tak bardzo zajętego pościgiem, że zapomniał się zasłonić. Mordercza sieć, obciążona ciężarkami, owinęła się kilka razy wokół nieszczęśnika, który poleciał na ziemię i przetoczył się po piasku, bezradny jak mucha w pajęczynie. Widownia wyła.
Marek wychylił się do przodu. Nie mógł chwycić oddechu. Wojownik leżał dokładnie pod nim – tak blisko, że mogliby rozmawiać półgłosem. Rybak stał nad powalonym przeciwnikiem z trójzębem przygotowanym do ciosu i z uśmieszkiem na ustach, choć oddychał ze świstem przez rozszerzone nozdrza. Rozglądał się, posłuszny woli tłumów. Leżący człowiek wykonał drobny gest ręką zaplątaną w sieci, jakby chciał zwyczajem pokonanych gladiatorów prosić o litość, lecz duma kazała mu opuścić ją na ziemię. Przez oka sieci spojrzał prosto na Marka, zatopił w niego wzrok tak głęboko, jak gdyby
w tym olbrzymim amfiteatrze byli tylko oni dwaj.
Marek wstał migiem, jedną ręką chwycił się poręczy barierki, drugą zaś domagał się litości. Powtarzał ten gest wiele razy z niezłomnym przekonaniem, wkładał w to całe serce, omiatając wyzywającym spojrzeniem zatłoczone trybuny, na których widać już było kciuki obracające się w dół. Jak tu skłonić tę tłuszczę, niewymownie głupią, bezlitosną tłuszczę, do wyrzeknięcia się krwi, której tak bardzo pragnęła? Jej widok przyprawiał go o mdłości. Czuł w sobie niezwykły zapał bitewny, który nie byłby większy nawet wtedy, gdyby stał z mieczem w ręku nad leżącym przeciwnikiem. W górę kciuki!
W górę, bałwany! Od samego początku miał świadomość, że wujek Akwila wskazuje kciukiem niebo. Nagle zauważył, że następni idą w jego ślady, potem jeszcze inni. Przez długą, bardzo długą chwilę ważyły się losy pokonanego wojownika, aż w końcu, gdy uniósł się w górę las kciuków, rybak wolno opuścił trójząb, ukłonił się drwiąco i cofnął.
Marek zadrżał i odetchnął. Znów targał nim ból ścierpniętej nogi. Przybył asystent, żeby wyplątać wojownika i pomóc mu wstać. Marek nie patrzył już na młodego gladiatora, który zapewne palił się ze wstydu. Uważał, że nie godzi się obserwować człowieka w takich chwilach.


* * *



Gdy tak trwali w milczeniu, wokół nich ujawniała się dzika przyroda. Na niższym skraju polany, w rozwijających się paprociach i młodych naparstnicach, mignął rudy skrawek lisiego futra. Lisica zatrzymała się na moment w pełnej okazałości, z uniesionym ostrym pyskiem. Słońce nadawało sierści niemalże metaliczny błysk. Potem zagłębiła się między drzewa. Patrząc, jak znika, Marek zaczął myśleć o Kottii.
Więzy przyjaźni, łączące obie rodziny, wciąż się zacieśniały. Znał już całkiem dobrze Kaesa, a nawet trochę Walarię. Walarię: lekko otyłą, dość ładną i trochę nierozgarniętą kobietę, snującą się z miejsca na miejsce w cieniutkich lnianych ubraniach w przygaszonych kolorach, dzwoniącą bransoletami, z drobnymi loczkami przypominającymi owcze runo. Co rusz spotykał ją w lektyce, gdyż często chodził do miasta – do łaźni, gimnazjonu lub stajni przy zajeździe Pod Złotą Winoroślą, skąd ostatnio on i Esca kilka razy wypożyczali kuce na wyprawy po okolicach Callevy. I zawsze musiał się zatrzymać i zamienić z nią dwa słowa. Nagle uświadomił sobie, że jeśli chodzi o samą Kottię, to w ciągu ostatnich miesięcy widywał się z nią coraz rzadziej i rzadziej.
W miarę jak otwierało się przed nim nowe życie, przestawał się nią interesować, a ona odsuwała się krok po kroku, bez cienia wyrzutu. Pomimo to sumienie go nie gryzło, więc gdy uświadomił sobie, z jaką łatwością Kottia mogłaby wstrząsnąć jego sumieniem, gdyby tylko zechciała, zapałał do niej cieplejszym uczuciem. Najdziwniejsze było to, iż wraz z tą myślą zdał sobie sprawę, że jej potrzebuje tak samo jak dawniej. Owszem, zapominał o niej na pewnym poziomie świadomości, lecz w głębi serca wiedział, że gdyby już nigdy miał jej nie zobaczyć, byłby z tego powodu bardzo nieszczęśliwy; być może równie niepocieszony jak w przypadku utraty Wilczka...
Czy Wilczek wróci? Czy zew natury okaże się silniejszy od więzi z panem? W każdym razie miał nadzieję, że rozstrzygnięcie będzie szybkie, proste i nieodwracalne i że nikomu nie pęknie serce.
Poruszył się i spojrzał na Escę.
– Nie za długo się tu wałkonimy? – zapytał.
Niewolnik odchylił głowę i na chwilę skrzyżowały się ich spojrzenia. Potem Esca wstał i wyciągnął do Marka pomocną dłoń.
– Gwizdnij raz, centurionie, może jest gdzieś blisko. Jeśli nie, wracajmy do domu.
Rozległo się świdrujące, urywane gwizdnięcie, jakim zwykle posługiwał się Marek, przywołując Wilczka. Teraz stał i nasłuchiwał. Wystraszona sroka w lesie fuknęła na nich ze złością i na tym się skończyło. Po chwili gwizdnął po raz drugi. Nie odpowiedziało mu szczekanie, z gęstwiny nie wyłonił się znajomy kształt.
– Jest za daleko, żeby słyszeć – powiedział Esca. – Tak czy owak, zna drogę do domu i nie stanie mu się krzywda.
To oczywiste, że Wilczkowi nic nie grozi. W Callevie i okolicach ludzie dobrze go znali, a ponieważ dawno już stracił swój wilczy zapach, psy traktowały go jak swojaka – i to takiego, którego należy darzyć szacunkiem. Nie stanie mu się krzywda ze strony dzikich pobratymców, bo – chyba że wtrącał się człowiek – psi ród nigdy nie toczył wojny z wilczym rodem; psy czasem parzyły się z wilkami, przez co nieraz trudno było odróżnić jedne od drugich. Tyle że jeśli zdecyduje się pozostać w puszczy, może przyjść taki dzień, kiedy ludzie zapolują na niego, jak polowali na jego matkę.
Gdy weszli w gęstwę leszczyny, Marka kusiło, żeby choć raz się obejrzeć, bo a nuż Wilczek zechce gonić ich skrajem lasu? Jednak oglądanie się nie było częścią planu, więc z niewolnikiem u boku ruszył raźnym krokiem do domu.
Kiedy minęli Południową Bramę i weszli do miasta, Esca natychmiast się cofnął i odtąd trzymał się zwyczajowe trzy kroki z tyłu. Zamiast iść naokoło, wykorzystali skrót za świątynią Sulis--Minerwy i weszli do domu najbliższymi drzwiami, które prowadziły do kwater niewolników i do ogrodu.
Gdyby Wilczek wrócił, najprawdopodobniej przeszedłby przez stare ziemne umocnienia, bo był przyzwyczajony do tamtej drogi, lecz na wszelki wypadek Marek pogadał ze strażnikami w innych bramach.



''Srebrna Gałąź''



W odległości rzutu oszczepem stał mężczyzna z twarzą skierowaną na kogoś, kto akurat w tej chwili wychynął z wierzbowych zarośli, rosnących dalej od brzegu. W zimnym jak woda świetle, z każdą chwilą nabierającym mocy, ujrzeli okrągły puklerz na jego plecach, a także złote strąki włosów i brody. A ponieważ był do nich zwrócony prawym bokiem, zobaczyli również saks, krótki saski miecz przeznaczony do kłucia, wystający z pochwy z wilczej skóry. Kiedy zaś przybliżył się ów drugi mężczyzna, Flawiusz zagwizdał bezdźwięcznie.
– Na Gromowładnego! – szepnął. – Przecież to Allektus!
Justyn, który jakby skamieniał, kucając obok niego, nie okazał zdziwienia. Można by rzec, że to przewidział.
Allektus spotkał się z Sasem. Gdy ten powiedział coś gardłowym, gniewnym głosem, dostojnik odparł głośniej:
– Wiem, że bezpieczniej przyjść w środku nocy. Gdybym mógł, zrobiłbym to na pewno, gdyż cenię sobie swoją skórę. Bądź co bądź, to ja narażam się na największe ryzyko. Ty masz tylko zaczekać, aż przypłynie „Morska Wiedźma” i weźmie cię na pokład. A teraz słuchaj, co powtórzysz tym, którzy cię posłali. – W tym momencie obaj się odwrócili i ich głosy rozpłynęły się w bezkształtnym pomruku.
Justyn ze wszystkich sił natężał słuch, żeby wyłapać poszczególne słowa, lecz dobiegał go tylko niezrozumiały zlepek wyrazów. Nawet miał wrażenie, że konspiratorzy zrezygnowali z łaciny na rzecz jakiegoś nieznanego mu języka. Gorączkowo przeczesywał spojrzeniem najbliższe otoczenie, szukając sposobu, żeby po kryjomu podejść bliżej, lecz za szuwarami nie ukryłby się nawet kulik, a cóż dopiero człowiek.
Nagle zauważył, że mężczyźni powiedzieli już sobie wszystko, co mieli do powiedzenia. Sas kiwnął głową, jakby w odpowiedzi na polecenie, a Allektus odwrócił się w stronę, skąd przyszedł. Sas przez chwilę odprowadzał go wzrokiem. Potem wzruszył ramionami, pochylił się nisko, żeby jego postać nie odcinała się na tle nieba, i ruszył przed siebie wzdłuż starego ciernistego żywopłotu; kierował się na zachód, ku najdzikszej i najtrudniej dostępnej części mokradeł.
W szuwarach Flawiusz i Justyn wymienili prędkie spojrzenia. Nie było czasu do namysłu: nie mogli teraz szukać argumentów, żeby zdecydować, co będzie najlepszym rozwiązaniem. Musieli podjąć decyzję błyskawicznie i trzymać się jej niezależnie od tego, dokąd ich to mogło zaprowadzić.
– Zaczekajmy, aż obejdzie żywopłot – mruknął Flawiusz, patrząc przez rozchylone trzciny zmrużonymi oczami. – Jeśli teraz za nim pójdziemy, krzyknie i ostrzeże swojego przyjaciela Allektusa.
Justyn pokiwał głową. Ze swojego miejsca nie widział już oddalającego się Sasa, więc tylko obserwował Flawiusza. Ten pochylił się ze zgiętym kolanem niczym biegacz na starcie wyścigu i naprężył, gotów wyskoczyć z kryjówki…
– Teraz! – szepnął Flawiusz.
Wystrzelili z szuwarów niczym strzała z łuku, a potem, pochyleni, rzucili się w stronę żywopłotu. Kiedy do niego dotarli, mężczyzna już zniknął im z oczu. Gdy jednakże po pewnym czasie zatrzymali się, niezdecydowani co do dalszej drogi, ukazał się znowu przy suchym wale, gdzie obejrzał się za siebie i pomknął na otwartą przestrzeń płowej równiny.
– Zapewne ma kryjówkę gdzieś na wydmach – stwierdził Flawiusz. – Za nim!



* * *



– Przybyliście na koniec świata – oznajmił centurion Posydes. We trzech znajdowali się w kwaterze komendanta obozu wojskowego w Magnis, gdzie Flawiusz właśnie przejął dowodzenie od człowieka, który odtąd miał być numerem dwa w forcie. – Mam nadzieję, że wam się tu spodoba.
– Ja raczej nie mam złudzeń – rzekł Flawiusz bez ogródek. – Ale to bez znaczenia. Nie podoba mi się również, jak załoga garnizonu prezentuje się na placu apelowym, centurionie Posydesie, a to już ma pewne znaczenie.
Centurion Posydes wzruszył ramionami. Był rosłym człowiekiem z niedużą, zmiętą, zgorzkniałą twarzą.
– Nic lepszego nie znajdziesz, choćbyś przewędrował cały Mur. Czego się spodziewasz po bandzie posiłkowych, zbieraninie ludzi wszelkiej maści i urodzenia ze wszystkich krańców Cesarstwa?
– Akurat Ósemka jest kohortą legionową – zauważył Flawiusz.
– Niby tak. Tylko że ty przybywasz tu prosto ze swojej wychuchanej fortecy w Rutupiae, gdzie cesarz ma na każdego oko, i myślisz, że wszystkie legionowe kohorty są identyczne – odparł centurion Posydes. – No cóż, był czas, kiedy myślałem tak samo. Prędzej czy później zmienisz swoje poglądy.
– Może i tak, chyba że najpierw swoje poglądy zmieni załoga garnizonu w Magnis. – Flawiusz stał w rozkroku z rękami założonymi za plecy. – Wydaje mi się, że tak właśnie się stanie, centurionie Posydesie.
Na początku wiele wskazywało na to, że jednak się przeliczy. W Magnis bowiem wszystko, co mogło pójść źle, szło źle. Zarówno garnizon, jak i cały fort był brudny i zaniedbany, w łaźni śmierdziało, a kucharze kradli żywność z przydziału i sprzedawali ją za murami. Nawet katapulty i parapety strzelnicze nad Północną Bramą wymagały bezzwłocznej naprawy.
– Jak często ćwiczycie z katapultami? – zapytał Flawiusz, kiedy pierwszego dnia lustrował stanowiska strzeleckie.
– O, dawno już tego nie było – odpowiedział beztrosko Posydes.
– Domyślam się. Gdybyście puścili w ruch trójkę, pewnie rozleciałaby się w drobny mak.
Posydes wyszczerzył zęby.
– Byle wyglądały groźnie w oczach tych malowanych diabłów. W dzisiejszych czasach nie ma z katapult większego pożytku, odkąd cesarz poskromił ich traktatem.
– To nie zwalnia nas z obowiązku dbania o nie – odparł ostro Flawiusz. – Tylko popatrz! Drewno gnije, rdza zżera żelazne obejmy. Każ ściągnąć trójkę do warsztatu, centurionie, a kiedy przejdzie gruntowny remont, daj mi znać.
– Można ją naprawić na górze, bez ściągania jej na dół.
– Żeby każdy tubylec na wyprawie myśliwskiej zobaczył, że nasze machiny są w haniebnie kiepskiej kondycji? – burknął Flawiusz. – Nie, centurionie. Ściągniemy ją do warsztatu.
Katapulta numer trzy została zdjęta do remontu, łaźnia – wyszorowana, a kucharze – nastraszeni tak, że trzęsły im się kolana. Po pierwszych trzech dniach żołnierze w czasie musztry nie wałkonili się już w brudnych tunikach i z rozpiętymi rzemykami. Była to wszakże tylko otoczka niechętnego salutowania i stukania piętami, pod którą duch Magnis nie zmienił się ani na jotę.
Pod koniec pierwszego tygodnia nowy komendant rzekł, przygnębiony, do chirurga:
– Mogę sprawić, że będą stać prosto na apelu, ale tą drogą nie zrobię z nich porządnej kohorty. Gdybym tylko umiał do nich dotrzeć! Musi być jakiś sposób, lecz ja go nie znam.
O dziwo, kilka dni później niezwykle pomocna w tej kwestii okazała się katapulta numer trzy.
Justyn widział wszystko na własne oczy. Zajmował się właśnie sprzątaniem po zbiórce chorych, kiedy na zewnątrz rozległo się skrzypienie i turkotanie. Podszedłszy do drzwi małej izby szpitalnej, zobaczył, że żołnierze wytaczają z warsztatu katapultę. Ze swojego miejsca widział całą baterię artylerii przy Północnej Bramie. Przez dłuższą chwilę śledził wzrokiem potężną machinę, posuwającą się w tamtą stronę wśród ociężałych zrywów, toczącą się na wałkach, ciągniętą i pchaną przez zastęp spoconych legionistów. Zobaczył, jak Flawiusz wyłania się z pretorium i podchodzi do grupy stojących opodal ludzi, a katapulta zbliża się do prowizorycznej pochylni, prowadzącej na parapet strzelniczy na wysokości ludzkiego ramienia. Machina szarpnęła się niczym statek uderzony wiatrem i ruszyła w górę. Zmęczona drużyna otaczała ją zwartym kręgiem: holowała, popychała, obracała wałki. Justyn usłyszał głuchy turkot na belkach pochylni i rozkazy dowodzącego tym przedsięwzięciem centuriona:
– Wyy-żej! Wyy-żej! I jeszcze raz: wyy-żej!
Katapulta była już prawie na samej górze, kiedy wydarzyło się coś niespodziewanego. Rozległ się trzask pękającego drewna i ostrzegawcze krzyki. Ludzie przemieścili się co żywo, centurion wydał donośne rozkazy. Wtedy jedna z belek oderwała się z hukiem z pochylni. Na krótką, króciutką chwilę wszystko jakby zamarło – aż wśród przerażonych okrzyków wielka katapulta przechyliła się na bok, zsunęła się z grzmotem rozrywanych belek i runęła na ziemię wraz z całą pochylnią.



''Niosący latarnię''



Nadeszła wreszcie prawdziwa wiosna – z aurą mglistych zieleni i błękitów. Świergotki fruwały w olchach i brzozach, na których rozwijały się pąki. W miarę upływu dni tumult przygotowań stawał się głośniejszy. Co roku wybuchała gorączkowa krzątanina, gdy zbliżał się czas spychania na wodę okrętów. Tym razem jednak miała zgoła inny, dalekosiężny wymiar, ponieważ Ullasfjord nie szykował się już tylko do letniej zbójeckiej wyprawy, ale do przedsięwzięcia, z którego nie będzie można się wycofać. Prócz wojowników i ich oręża do drogi przygotowywały się również niewiasty, dzieci, kilka psów, bydło zarodowe. Należało zabrać na okręty dostateczną ilość paszy i żywności, kosze z najlepszym ziarnem na wysiew, a nawet maleńkie jodełki z korzeniami otulonymi skórami i szmatami. Ponadto narzędzia gospodarcze i cenne mienie: a to piękny chodnik z jeleniej skóry, a to szczególnie lubiany rondel, a to dziecięcą lalkę z drewna…
Ostatniego wieczoru przed wyruszeniem w podróż odbyło się w Domu Bogów przy Długim Dole, w którym grzebano zmarłych, wielkie zgromadzenie wszystkich mężczyzn z Ullasfjordu. Tam w skąpym świetle łuczywa zabito dzika, a jego krwią spryskano zebranych wojowników i posmarowano ołtarz z poczerniałych jodłowych kłód. Poprzysięgnięto wierność Edricowi, synowi naczelnika, przywódcy wyprawy, na wielki złoty pierścień – pierścień Thora – który tam leżał. I przyrzeknięto sobie braterstwo w boju na pokładzie okrętu i w ścisku tarcz, na grzbiecie konia i w nawałnicy mieczy.
Akwila, jako zwykły parobek, nie brał udziału w zgromadzeniu, lecz razem z innymi parobkami siedział w otwartych drzwiach Domu Bogów i zaglądał do środka. Doskwierał mu ucisk ciężkiej, żelaznej obręczy, której końce kilka godzin wcześniej, na polecenie Thormoda, złączono na jego szyi. Stary Bruni przynajmniej dopilnowałby, żeby go nie uwierała – albowiem on bardziej niż wnuk interesował się tym, czy jarzmo za bardzo nie ugniata karku wołów w czasie orki i czy obroża nie wyciera sierści z gardła psa gończego. A jednak w dziwny sposób obręcz na szyi poprawiała mu humor. Stanowiła obietnicę, ciągłe przypomnienie, że tam dokąd się udaje, nadarzy się być może sposobność ucieczki. Wiatr – ów Boży wiatr, na który tak czekał – wiał już mocno. Nagle był o tym całkowicie przekonany.
Wiedziony niejasnym przeczuciem, że gdzie ludzie oddają cześć bogom (nawet jeśli są to obcy bogowie), tam jest dobre miejsce do modlitw, Akwila modlił się w skupieniu, nie zwracając uwagi na pozostałych parobków, z żarliwym nabożeństwem, z zaciśniętymi pięściami i czołem opartym o futrynę Domu Bogów, poplamioną krwią i ozdobioną rysunkami węży:
– Chrystusie, wysłuchaj mnie, musisz mnie wysłuchać. Pozwól mi odnaleźć siostrę, jeśli jeszcze żyje! I spraw, bym umiał jej pomóc lub umrzeć z nią… jeśli nie będzie dla niej innego wyjścia.


* * *



Nazajutrz rano wiał zimny wschodni wiatr, a wody fiordu były szare jak głownia miecza. Ludzie wszakże śmiali się, spychając okręty po wałkach na płyciznę.
– Saski wiatr mocno dziś dmucha! – krzyknął młody wojownik, uniósłszy wilgotny palec. – Na dobrą wróżbę dla nas!
Akwila też się roześmiał, choć był to gorzki śmiech, który prędko uwiązł mu w gardle. Aby służyć Brytanii, wystawił na szwank swój honor i porzucił wszystko, czemu ślubował wierność, w wyniku czego dostał się w niewolę barbarzyńców. Przeszło dwa lata wiódł życie parobka na juckiej farmie i na domiar złego miał teraz chwycić za wiosło na barbarzyńskim statku, wiozącym rozbójników do jego ojczystego kraju. Śmiech w jego krtani zamienił się w szloch. Wtulił głowę w ramiona i razem z innymi poczłapał po wodzie. Kadłub zakołysał się i stał się lekki niczym morski ptak, gdy dźwignęły go fale.
Wreszcie do ładowni „Morskiej Wiedźmy” zostało zapędzone bydło i przygotowania dobiegły końca. Wszystkie zapasy znajdowały się już na statkach, pożegnano krewnych i znajomych. Ci, którzy mieli zostać, nie zalewali się łzami, bo byli ludem nienawykłym do mazania się na plaży, gdy odpływały okręty.
Akwila siedział przy wiośle. Po przeszło dwóch latach spędzonych wśród tych ludzi przestał być żółtodziobem w sprawach morza, jakim był wtedy, gdy po raz pierwszy chwytał rękami trzon wiosła. Wiosło sterowe dzierżył Wulfnoth, dowódca statku. Za nim – za podniesioną, malowaną rufą „Węża Morskiego” – Akwila widział kurczące się postacie na plaży, a dalej ciemną smugę wrzosowisk. Wszystko to malało i malało… niczym przeszłość, która chowa się za widnokręgiem, by już nie powrócić.
Kiedy wreszcie minęli płycizny, Wulfnoth zarządził:
– Wciągać wiosła! Stawiać żagle!
I tak „Sztormowy Wiatr”, „Morska Wiedźma” i „Wąż Morski” mknęły przez fiord, popychane lekkim północno-wschodnim wiatrem – saskim wiatrem.
Wiatr ustał zupełnie po dwóch dniach, więc znów musieli przystąpić do wioseł. Żeglowali niemalże po omacku w szarym półmroku, zlewającym się z rozpryskami wody, w którym czasem tracili z oczu pozostałe okręty. Niektórzy młodsi wojownicy okazywali niepokój, choć próbowali żartować:
– Ran, Matka Burz, warzy strawę! Jak tu się nie zgubić, gdy tyle pary bucha z kotłów?
Jednakże stary Haki, wujek naczelnika, biegły w znajomości morza niczym szara foka, rozchylił we mgle swoje szerokie, owłosione nozdrza i powiedział:
– Kierujcie się węchem, dzieci!
I rzeczywiście: kiedy wreszcie mgła się rozproszyła i w południe, za pomocą ledwie widocznego słońca i drzewca ustawionego na półpokładzie, byli w stanie sprawdzić swoje położenie, okazało się, że tylko nieznacznie zboczyli z kursu.
Podczas podróży przytrafiały im się większe nieszczęścia: wiele kobiet chorowało, jedno dziecko wyskoczyło za burtę, pewnej nocy bydło wpadło w popłoch i omal nie przewróciło „Morskiej Wiedźmy”, a rankiem okazało się, że dwie jałówki padły i jeden z mężczyzn pilnujących bydła ma groźnie poharatane ramię. Wszelako siódmego dnia wyleciały im na spotkanie mewy i nagle, tuż przed zachodem słońca, na zachodnim widnokręgu ukazała się długa, ciemna linia, przypominająca wał chmur. Zaraz rozległ się, cienki jak głos morskich ptaków, okrzyk żeglarza wczepionego w liny przy topie masztu „Sztormowego Wiatru”:
– Ziemia!!!



© Rosemary Sutcliff, Oxford University Press
© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo TELBIT, Warszawa 2011
© Copyright for the Polish translation by Wydawnictwo TELBIT, Warszawa 2011









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-02-20 (1022 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej