Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Świadek cienia
 
Katalog - dodano
 Noc bez gwiazd
- Peter F. Hamilton
 Cynobrowe pola
- Aleksandra Radlak
 Księga czarownic
- Deborah Harkness
 Szczury Wrocławia. Kraty
- Robert J. Szmidt
 Twarzą w twarz
- Agata Suchocka
 
- skomentowano
 Wiedźmie opowieści
- Olga Gromyko
 Pierwsze słowo
- Marta Kisiel
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Coś z Nightside'' - Simon R. Green



Pieniądz wieczorową porą




Prywatni detektywi bywają najróżniejsi, dowolnej postury i wzrostu, jednak w rzeczywistości żaden chyba nie wygląda jak gwiazda popularnego serialu. Niektórzy robią w ubezpieczeniach, inni kręcą się w okolicy tanich hoteli z przygotowanym aparatem licząc, że zdobędą dowody do spraw rozwodowych, a naprawdę cholernie nieliczni mają do czynienia z morderstwami. Jeszcze inni zaś próbują upolować rzeczy, które nie istnieją, albo nie powinny istnieć.
A ja? Ja znajduję rzeczy. Niektórych wolałbym nie znajdować, lecz nie mam w tym względzie wiele do powiedzenia. Albo się dar ma, albo nie. Ja mam.
Kiedy rozpoczęła się ta historia łuszczący się napis na moich drzwiach głosił „Taylor – dochodzenia”.
Taylor to ja. Wysoki, ciemnowłosy i nieszczególnie przystojny. Z dumą noszę blizny po starych sprawach i nigdy jeszcze nie zawiodłem klienta. O ile wcześniej dostałem stosowną zaliczkę.
Moje biuro było niewielkie i przytulne, przynajmniej dla tych bardziej wyrozumiałych, dla pozostałych – zwyczajnie ciasne. Spędzałem tam większość czasu. Jakoś nie umiałem docenić zalet posiadania życia prywatnego. Czynsz nie wart był wzmianki, okolica też nie. Jeśli nawet komuś udało się założyć tu jakiś sensowny biznes, to i tak wynosił się jak najszybciej, ustępując miejsca tym, którzy działali w szarych rejonach prawa i bezprawia. Nawet szczury jedynie tędy przechodziły, w drodze do bardziej cywilizowanych terenów.
Moimi sąsiadami byli dentysta i księgowy, obaj krętacze i obaj zarabiali tyle, ile ja nigdy nie zarabiałem i raczej nie będę.
Tego wieczoru, gdy poznałem Joannę Barrett lało jak z cebra. Lodowate krople, siekące bezlitośnie, przejmujące zimnem aż do szpiku kości – to był ten rodzaj deszczu, który sprawiał, że człowiek czuł się szczęśliwy tylko dlatego, że siedział pod dachem, suchy i bezpieczny.
Powinienem był potraktować paskudną aurę jako omen, ale jakoś nigdy nie byłem dobry w odczytywaniu aluzji.
Było późno, popołudnie stało się już wieczorem. Budynek opustoszał, wszyscy dawno udali się do domów. A ja wciąż siedziałem za biurkiem, zerkając na ekran przenośnego telewizora. Odbiornik ledwie szemrał, bo zasadniczo słuchałem męskiego głosu, który za pośrednictwem słuchawki telefonu wrzeszczał mi prosto do ucha. Facet żądał ode mnie forsy. Głupiec. W odpowiednich momentach pomrukiwałem współczująco tonem całkowitego zrozumienia, licząc na to, że gość w końcu się zmęczy i da spokój.
Nagle usłyszałem kroki, wyraźnie, zmierzające w stronę moich drzwi.
Miarowe, niespieszne i… niewątpliwie kobiece. Ciekawe.
Kobiety to najlepsze klientki. Powtarzają, że chcą jedynie informacji, lecz w rzeczywistości zawsze pragną zemsty. I nie żałują pieniędzy, jeśli tylko mogą dostać to, na czym im zależy. To, czego potrzebują. „Piekło nie zna furii”. Właściwie powinienem był to wiedzieć.
Kroki zatrzymały się pod drzwiami i wysoki cień studiował przez chwilę dziurę po kuli w matowym szkle. Już dawno należało zlecić fachowcom wymianę szyby, ale straciłbym taki świetny temat do rozmowy. Klienci lubią czuć ten powiew romantyzmu i niebezpieczeństwa, gdy wynajmują detektywa, nawet jeśli chcą tylko dostarczyć jakieś dokumenty.
Drzwi się otworzyły. Weszła. Wysoka, atrakcyjna, jasnowłosa. Na kilometr dało się wyczuć forsę i klasę. Na nieciekawym tle odrapanych mebli i popękanych ścian mojego biura natychmiast zaczęła wyglądać nie na miejscu.
Jej ubranie odznaczało się tą wyważoną elegancją i stylem, które wręcz krzyczały, że w grę wchodzą prawdziwe pieniądze. A gdy wymówiła moje nazwisko, głos miał to arystokratyczne brzmienie zdolne zarysować szkło. Albo skończyła wszystkie możliwe szkoły dla panienek z dobrego domu, albo wydała fortunę na nauczycieli dykcji. Była, może, trochę zbyt szczupła, a jej twarz, o wyrazistych kościach policzkowych zdobiło niewiele makijażu, przez co uznałem ją nie tyle za ładną, co atrakcyjną. Z jej postawy, zachowania, wynikało wyraźnie, że ma obsesję na tle kontroli, a wyraz perfekcyjnie pomalowanych ust nie pozostawiał wątpliwości, że ta kobieta przywykła do wydawania poleceń. Zauważam takie rzeczy. To moja praca.
Przywitałem ją jak najbardziej obojętnym skinieniem głowy, zapraszając gestem by zajęła jedyne wolne krzesło w pomieszczeniu, po drugiej stronie biurka. Siadła. Nie wyjęła chusteczki, by najpierw wytrzeć siedzenie. W duchu przyznałem jej dodatkowe punkty za męstwo. Obserwowałem jak rozglądała się po biurze, tymczasem głos w słuchawce osiągnął już tony histeryczne, a żądania zmieniły się w groźby. Bardzo konkretne groźby.
Jej twarz pozostawała starannie opanowana, wręcz bez wyrazu, ale gdy podążyłem wzrokiem za jej spojrzeniem, nie miałem najmniejszych trudności by zobaczyć moje biuro takim jakim ona je widziała.
Poobijane biurko, na blacie niewielka ilość papierów, szafa – z czwartej ręki – na dokumenty i rozklekotana sofa pod ścianą. Na sofie zmiętoszony koc i poduszka, świadczące o tym, że ktoś często tutaj sypia. Okno, usytuowane za moimi plecami, miało kraty, a szyby dzwoniły przy każdym podmuchu wiatru. Powycierany dywan dekorowały liczne dziury, przenośny telewizor na biurku był czarno-biały, jedyną kolorową ozdobę, doskonale monotonnych ścian stanowił kalendarz z dziewczynkami. Nieaktualny. Pudełka po pizzy piętrzyły się w kącie, ułożone w niezgrabny stos. Nie trzeba było geniusza by dodać dwa do dwóch i zorientować się, że lokal spełniał funkcję nie tylko biurową. Ktoś tu mieszkał. Kolejny oczywisty wniosek też nasuwał się sam: ten ktoś z pewnością nie był człowiekiem sukcesu.
Zdecydowałem się żyć w normalnym świecie z powodów, które wtedy uznawałem za istotne, ale to nie znaczy, że kiedykolwiek opływałem w luksusy.
Nagle doszedłem do wniosku, że mam dosyć głosu w słuchawce.
– Słuchaj – powiedziałem tym łagodnym, spokojnym tonem, który, odpowiednio użyty, może doprowadzić do szału. – Gdybym miał pieniądze, zapłaciłbym, ale nie mam. Więc po prostu weź numerek i ustaw się w kolejce. Możesz oczywiście próbować mnie pozwać i w tym przypadku polecam ci usługi mego sąsiada, jest prawnikiem. Potrzebuje jakiejś roboty więc nie parsknie ci śmiechem w twarz, gdy już mu powiesz z kogo chcesz wycisnąć forsę. Jednak, gdybyś zechciał wykazać się jeszcze odrobiną cierpliwości, być może właśnie wszedł do mojego biura niezły pieniądz. Cała góra pieniędzy… I wiesz co?, takie napady histerii muszą fatalnie wpływać na ciśnienie. Zalecam głębokie oddechy i wyjazd nad morze. Zawsze uważałem, że morze ma kojący wpływ na nerwy. Odezwę się do ciebie. Kiedyś.
Stanowczym ruchem odłożyłem słuchawkę i uśmiechnąłem się uprzejmie do mego gościa. Nie odwzajemniła uśmiechu. No tak, na pierwszy rzut oka było widać, że znajdziemy wspólny język. Spojrzała wymownie na mruczący telewizorek, więc go wyłączyłem.
– Moje towarzystwo – wyjaśniłem spokojnie. – Prawie jak pies, a ma jeszcze tę zaletę, że nie trzeba wyprowadzać go na spacer.
– Bywa pan kiedykolwiek w domu? – Jej ton nie pozostawiał wątpliwości, nie kierowała nią troska o mnie, pytała informacyjnie.
– Jestem aktualnie między sprzedażą a kupnem domu. Duża, pusta, kosztowna rzecz. A tu mi całkiem dobrze. Wszystko w zasięgu ręki i nikt nie przeszkadza, gdy dzień się skończy. Zazwyczaj nie przeszkadza.
– Wiem, że jest późno. Ale nie chciałam, żeby mnie tutaj widziano.
– To akurat rozumiem.
Pociągnęła lekko nosem.
– Ma pan dziurę w drzwiach biura, panie Taylor.
Skinąłem potakująco głową.
– Mole.
Kąciki jej czerwonych ust opadły lekko i przez moment byłem pewien, że wstanie i wyjdzie.
Robiłem wrażenie na ludziach. Jednak wzięła się w garść i rzuciła mi spojrzenie, które miało być chyba niemą groźbą.
– Jestem Joanna Barrett.
Tym razem skinąłem głową niezobowiązująco.
– Z pani tonu wnioskuję, że powinienem kojarzyć nazwisko.
– Chyba każdy by skojarzył – odpowiedziała, zaledwie odrobinę kwaśno. – Ale z drugiej strony nie spodziewam się, by przyglądał pan notowania giełdowe.
– Nie, chyba że ktoś mi za to zapłaci. Czy mam przez to rozumieć, że jest pani bogata?
– Niebywale.
Uśmiechnąłem się szeroko.
– Klient najlepszy z możliwych. Co mogę dla pani zrobić?
Poprawiła się nieznacznie na krześle, przyciskając do piersi zbyt dużą, skórzaną torebkę, zupełnie jakby miała zamiar się za nią schronić. Nie chciała tu być, nie chciała rozmawiać z kimś takim jak ja. Niewątpliwie miała ludzi od takich nieprzyjemnych zadań. Ale coś ją gryzło. Coś osobistego. Coś, czego nie mogła powierzyć komuś innemu. Potrzebowała mnie.
Do diabła, już liczyłem pieniądze.
– Potrzebuje prywatnego detektywa – powiedziała szorstko. – I… polecono mi pana.
Przytaknąłem ze zrozumieniem.
– Czyli próbowała już pani na policji i we wszystkich dużych agencjach detektywistycznych i nikt nie zdołał pani pomóc. A to z kolei oznacza, że pani problem nie jest ani prosty, ani typowy.
Skinęła sztywno głową.
– Zawiedli mnie. Wszyscy. Wzięli pieniądze, a w zamian dostałam jedynie wymówki. Dranie. Więc pociągnęłam za wszelkie możliwe sznurki, zażądałam zwrotu wszelkich możliwych przysług, które ktokolwiek był mi winien i, w końcu, ktoś wspomniał o panu. Jak rozumiem znajduje pan ludzi.
– Mogę odnaleźć każdego, albo dowolną rzecz, o ile w grę wchodzi odpowiednie wynagrodzenie. To dar. Jestem zawzięty i zdeterminowany i mam kupę innych cech charakteru na „z”, i nie poddaję się tak długo jak dostaję czeki. Ale nie zajmuję się rozwodami. Ani nie rozwiązuję zagadek kryminalnych. Do diabła, nie rozpoznałbym dowodu rzeczowego nawet gdybym się o niego potknął. Ja tylko znajduję rzeczy. Niezależnie od tego czy chcą być znalezione, czy nie.
Joanna Barrett rzuciła mi lodowate spojrzenie, pełne dezaprobaty. Była w tym dobra.
– Nie lubię takich wykładów.
Uśmiechnąłem się lekko.
– Wszystko w ramach usługi.
– I nie obchodzi mnie pańska opinia.
– Niewielu obchodzi.
Po raz kolejny rozważała opcję natychmiastowego opuszczenia biura. Poważnie rozważała.
Obserwowałem jak zmaga się ze sobą, ja zaś byłem spokojny, wręcz odprężony. Nie przyszłaby tu, gdyby nie była naprawdę zdesperowana.
– Moja córka… zaginęła – powiedziała w końcu z oporami. – Chcę, żeby ją pan dla mnie odnalazł.
Ze swojej dużej torby wydobyła lśniące zdjęcie osiem na dziesięć i przesunęła je po blacie szybkim, pełnym złości ruchem. Popatrzyłem na portret nie dotykając go.
Z fotografii gapiła się na mnie ponuro naburmuszona nastolatka, mrużąc oczy pod strzechą blond włosów. Może i byłaby ładna gdyby nie marszczyła się tak paskudnie. Robiła wrażenie kogoś, kto ma na pieńku z całym tym cholernym światem i patrząc na jej minę, tylko skończony frajer postawiłaby kasę na świat. Innymi słowy: wykapana mamusia.
– Ma na imię Catherine, panie Taylor. – Głos Joanny Barrett ścichł nagle, złagodniał. –Aczkolwiek reaguje jedynie na Cathy, jeśli w ogóle reaguje. Ma piętnaście lat. Prawie szesnaście. I chcę, żeby się znalazła.
Skinąłem głową.
– Jak długo jej nie ma?
– Ponad miesiąc. – Urwała, a następnie dodała niechętnie – Tym razem.
Znów skinąłem głową. To zawsze robi wrażenie, że słucham w skupieniu.
– Czy wydarzyło się coś, co mogło wyprowadzić z równowagi, zdenerwować pani córkę?
– Posprzeczałyśmy się. Nic nowego. Bóg mi świadkiem nie padło ani jedno słowo, które nie zostałoby powiedziane już wcześniej. Nie wiem dlaczego ona ucieka. Zawsze dostawała wszystko, czego tylko chciała. Zawsze. – Ponownie sięgnęła do torebki, tym razem po papierosy i zapalniczkę. Papierosy były francuskie. Zapalniczka złota i z monogramem. W myślach natychmiast podniosłem odpowiednio cenę swoich usług.
Zapaliła papierosa pewną ręką po czym zaczęła wydmuchiwać małe, nerwowe kłębki dymu. Ludzie nie powinni palić w takich sytuacjach. To ich zdradza. Pchnąłem w jej kierunku popielniczkę, tę, w kształcie płuca i wróciłem do oglądania zdjęcia. Jakoś nie czułem niepokoju na myśl o losie Cathy Barrett. Wyglądała na kogoś, kto potrafi zadbać o siebie i dać sobie radę z każdym, na tyle głupim, by spróbował jej w tym przeszkodzić.
Zadecydowałem, że czas zadać kilka oczywistych pytań.
– Co z ojcem Catherine? Jakie stosunki łączą córkę z ojcem?
– Nie łączą żadne. Odszedł od nas gdy miała dwa lata. To jedyna przyzwoita rzecz jaką ten samolubny drań dla nas zrobił. Jego prawnicy oczywiście wywalczyli mu prawo do odwiedzin, ale rzadko z niego korzysta. Wciąż muszę go ścigać o alimenty. Nie żebyśmy ich potrzebowały, ale zasada to zasada. I zanim pan zapyta: nie, nigdy nie było żadnego problemu z narkotykami, alkoholem, czy też nieodpowiednim towarzystwem. Zadbałam o to osobiście. Zawsze ją chroniłam i nigdy, przenigdy, nie podniosłam na nią ręki. Ona jest po prostu małą, wstrętną, niewdzięczną jędzą.
Przez moment oczy jej zabłysły, jakby łzami, ale tylko przez moment. Odchyliłem się na oparcie krzesła, jak gdybym rozważał to, co właśnie usłyszałem. W rzeczywistości nie było czego rozważać, sprawa okazała się banalna. Zasadniczo szukanie uciekiniera nie było nawet sprawą, ale akurat tak się składało, że nie miałem ani prawdziwych spraw, ani forsy, za to miałem rachunki, które należałoby popłacić. Pilnie. To nie był dobry rok. Już od jakiegoś czasu nie był.
Pochyliłem się, opierając łokcie na blacie biurka i przywołując na twarz moją najlepszą poważną minę. Tę pełną głębokiego zaangażowania.
– Wiec, pani Barrett, mamy tu do czynienia z biedną bogatą dziewczynką, która jest przekonana, że ma wszystko prócz miłości. Prawdopodobnie żebrze o drobne gdzieś na stacji metra, je resztki i kawałki czerstwego chleba, sypia na parkowych ławkach, włóczy się z podejrzanym elementem, wmawiając sobie, że to jedna wielka przygoda. Żyje surowym życiem, razem z prawdziwi ludźmi. Zbrojna w świadomość, że oto po raz kolejny udało jej się zyskać pełną uwagę matki. Nie martwiłbym się o nią za bardzo, pani Barrett. Wróci do domu, gdy tylko noce staną się chłodniejsze.
Joanna Barrett już potrząsała kosztowną fryzurą, przecząco kręcąc głową.
– Nie tym razem. Od tygodni szukają jej profesjonaliści i nikt, nikt nie był w stanie trafić na najmniejszy ślad. Nikt z jej wcześniejszych… znajomych jej nie widział. Nikt nie potrafił mi o niej niczego powiedzieć, mimo że obiecywałam nagrodę bardziej niż sowitą. Zupełnie jakby się zapadła pod ziemię. Wcześniej zawsze udawało mi się ją znaleźć. Moi ludzie mają kontakty dosłownie wszędzie. Ale tym razem wszystkie wysiłki spełzły praktycznie na niczym, praktycznie, bo jedyne, co osiągnęłam to nazwa miejsca. Nazwę zdradziła mi ta sama osoba, która wspomniała i pańskie nazwisko. Powiedziała mi, że znajdę moją córkę w… Nightside.
Poczułem jak lodowata łapa ściska mi serce. Wyprostowałem się. Powinienem był wiedzieć. Powinienem był wiedzieć, że przeszłość dopadnie każdego, bez względu na to jak szybko i jak daleko się ucieka. Spojrzałem jej w oczy
– Co pani wie o Nightside?
Nie wzdrygnęła się, choć odniosłem wrażenie, że miała zamiar. Jeśli chcę, potrafię sprawić, by mój głos brzmiał naprawdę groźnie. Ten chwilowy brak kontroli zamaskowała rozgniatając w popielniczce na wpół wypalonego papierosa. Poświęciła tej czynności całą uwagę, byle tylko nie patrzeć na mnie.
– Nic – odpowiedziała w końcu. – Absolutnie nic. Nigdy przedtem nie słyszałam tej nazwy, ci nieliczni z moich ludzi, którzy w ogóle wiedzieli, o co chodzi, nie chcieli na ten temat rozmawiać. Gdy naciskałam zwalniali się. Po prostu odchodzili. Woleli zrezygnować z najlepszej posady w życiu niż rozmawiać o Nightside. Sam fakt, że w ogóle chciałam rozmawiać na ten temat sprawiał, że patrzyli na mnie jak… bym była… chora.
– Nie dziwi mnie to – mówiłem już spokojnie, ale wciąż poważnie. Spojrzała na mnie. Staranie dobierałem słowa. – Nightside jest tajemnym, ukrytym, mrocznym sercem miasta. Przepojonym złem odbiciem Londynu. To tam dzieją się rzeczy najgorsze. Jeżeli pani córka odnalazła drogę do tego miejsca, znajduje się w poważnych kłopotach.
– Dlatego przyszłam do pana – stwierdziła Joanna. – Jak rozumiem działa pan na terenie Nightside.




Taylor




Nazywam się John Taylor. W Nightside każdy zna to nazwisko.
Wiodłem sobie zwyczajne życie, w zwyczajnym świecie i już od dawna nikt nie próbował mnie zabić tylko po to, by zgarnąć nagrodę. Lubiłem tę anonimowość. Pozwalała nie czuć presji. Presji, że każdy, kogo mijasz na ulicy wie kim jesteś, presji oczekiwania i własnego przeznaczenia. I nie, nie jestem w nastroju, by to teraz wyjaśniać.

Kilka miesięcy temu stuknęła mi trzydziestka, ale jakoś się tym nie przejąłem. Kiedy los doświadcza cię tak bardzo, jak mnie swego czasu, uczysz się olewać drobiazgi. Ale bywa, że te drobiazgi, małe codzienne problemy, nawarstwią się, tworząc niemałą górę. Z tego powodu właśnie wyruszyłem w drogę. Z powrotem. Wracałem do Nightside, choć wiedziałem, że to wyjątkowo głupi pomysł. Uciekłem stamtąd pięć lat temu, przed niechybną śmiercią i zdradą przyjaciół, pokrwawionymi wargami klnąc się, że nigdy, przenigdy tam nie wrócę. Choćby nie wiem co. Powinienem był pamiętać, że Bóg uwielbia zmuszać ludzi do łamania takich obietnic.
Bóg, albo Ktoś.
Wracałem więc do miejsca, gdzie każdy mnie znał, albo przynajmniej uważał, że mnie zna.
Mogłem tam być pretendentem, gdyby zależało mi wystarczająco mocno. Albo gdyby mniej zależało mi na maluczkich, których musiałbym zdeptać wspinając się na szczyt. Prawdę mówiąc, czego zasadniczo staram się nie robić publicznie, nigdy nie byłem na tyle ambitny. Ani na tyle towarzyski. Żyłem więc po swojemu, pilnując własnego tyłka i stosując się do własnej definicji honoru, a to, że wszystko się tak popieprzyło, nie było jedynie moją winą. Uważałem się za kogoś w rodzaju błędnego rycerza… ale dama w opresji wbiła mi sztylet w plecy, mój miecz połamał się na smoczej łusce, a Graal okazał się opróżnioną butelką po whiskey. Wracałem. Do starych znajomych, starych lęków i ran. I mogłem jedynie mieć nadzieję, że to mi się opłaci.

Nie było co liczyć, że przemknę niezauważony. John Taylor – to nazwisko coś znaczy w Nightside. I nie zmieni tego pięć lat na wygnaniu. Nie, żeby ktoś znał mnie tak naprawdę. Co to, to nie. Gdyby ktoś zapytał o mnie w dwunastu różnych miejscach, dostałby tuzin różnych odpowiedzi. Nazywano mnie czarownikiem, magiem, hochsztaplerem, naciągaczem, oszustem, uczciwym łajdakiem. Nic z tego nie jest bliskie prawdy. Nie dopuściłbym nikogo na tyle blisko, by mógł tę prawdę poznać. I tak dla jednych byłem bohaterem, dla innych najczarniejszym z charakterów, dla większości – czymś pomiędzy. Mam kilka umiejętności, poza talentem do znajdowania, i niektóre z nich są całkiem imponujące. Gdy zadaję pytanie ludzie zazwyczaj odpowiadają. Kiedyś byłem niebezpiecznym facetem, nawet jak na standardy Nightside. Ale to było pięć lat temu. Zanim los mnie połamał. Kołem miłości.
Nie potrafiłem ocenić, czy coś z tego dawnego, niebezpiecznego gościa zostało jeszcze we mnie. Ale zakładałem, że tak. To zupełnie tak samo, jakby zwalić kogoś z roweru, używając bejsbola – skończy z połamanym ganatami, ale nadal będzie umiał jeździć.
Nigdy nie nosiłem broni. Nigdy nie czułem takiej potrzeby.
Mój ojciec zapił się na śmierć. Nie zdołał się podnieść po tym, jak dowiedział się, że jego żona nie jest człowiekiem. Nie miałem okazji jej poznać. Zajmowali się mną sąsiedzi, z tej samej ulicy, po kolei. Mniej lub bardziej niechętnie. W rezultacie nigdzie nie czułem się jak w domu. Wciąż dręczy mnie wiele pytań dotyczących mnie samego i wciąż szukam na nie odpowiedzi. Być może właśnie dlatego zostałem prywatnym detektywem. Skoro nie mogę rozwiązać własnych problemów, szukam ulgi w rozwiązywaniu cudzych.
W pracy noszę długi, biały prochowiec. Częściowo dlatego, że każdy tego się właśnie spodziewa po prywatnym detektywie, częściowo dlatego, że płaszcz jest praktyczny, a głównie dlatego, że pomaga mi stworzyć image, za którym bez trudu mogę ukryć prawdziwego siebie. Lubię sprawiać mylne wrażenie. Nigdy już nie pozwolę na to, by ktokolwiek zbliżył się do mnie. To w trosce o dobro obu stron, nie tylko moje własne.
Sypiam sam, jem wszystko, co niezdrowe i sam piorę swoje rzeczy. Kiedy sobie przypomnę. Pielęgnuję swoją samowystarczalność. Absolutną niezależność. Nie mam szczęścia do kobiet, choć przyznaję bez bicia, że to moja i tylko moja wina. Mimo wszystko wciąż jestem romantykiem, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Tymi złymi też. Najbliższa mi kobieta jest łowcą nagród i pracuje wyłącznie w Nightside. To moja przyjaciółka. Raz próbowała mnie zabić. Nie mam żalu. To był tylko biznes.
Piję za dużo, ale zasadniczo mam to gdzieś. Wysoko cenię ogłuszające właściwości alkoholu. Jest mnóstwo rzeczy, o których chętnie zapominam.
A teraz, dzięki Joannie Barrett i jej pomylonej córce, zmierzam prosto do piekła. Do miejsca, gdzie ludzie próbowali mnie zgładzić od kiedy tylko pamiętam, z powodów, których nigdy nie mogłem zrozumieć. Do jedynego miejsca na ziemi, gdzie czułem, że naprawdę żyję. W Nightside jestem kimś więcej, niż tylko kolejnym prywatnym detektywem. Między innymi dlatego stamtąd odszedłem. Przestało mi się podobać to, kim się stawałem.
Ale gdy schodziłem do metra holując za sobą Joannę Barrett… do diabła, czułem się jakbym wracał do domu!

Nie miało znaczenia którą stację, czy linię wybiorę, wszystkie i tak prowadziły do Nightside. Cały dowcip w przypadku metra polega na tym, że każda stacja wygląda tak samo. Te same ściany wyłożone identycznymi kafelkami, te same paskudne maszyny, zbyt jasne światła, zbyt wielkie plakaty filmowe, albo reklamowe. Zakurzone automaty z kawą czy słodyczami, z których tylko turyści próbują coś wydobyć. Bezdomni, zagrzebani w gniazdach z lepkich od brudu koców, żebrzący o drobne, albo tylko rozkoszujący się chwilą wytchnienia od kaprysów pogody. No i oczywiście niecichnący tupot nóg. Zakupowiczów, dojeżdżających do pracy, turystów, biznesmenów, dziennikarzy, nieustannie spieszących się by być gdzie indziej. W Tokio w metrze zatrudnia się ludzi, którzy na siłę upychają w wagonach podróżnych, tak, by drzwi pociągów mogły się zamknąć. Londyn nie osiągnął jeszcze tej granicy nasycenia, ale nieuchronnie się do niej zbliża.
Kiedy szliśmy tunelami, Joanna trzymała się blisko mnie. Widać było od razu, że nie bardzo zachwyca ją tłum i otoczenie w jakim się znalazł. Bez wątpienia była przyzwyczajona do innego sposobu przemieszczenia się, na przykład długaśnymi limuzynami z szoferem w uniformie i zawsze pełną butelką zimnego szampana w podręcznym barku. Starałem się ukryć uśmiech. Okazało się, że nie ma przy sobie drobnych, więc to ja musiałem zapłacić za bilety dla nas obojga. Musiałem też pokazać jej, jak przejść przez bramkę zamykająca drogę na perony.
Ruchome schody, o dziwo, wszystkie były czynne. Zjechaliśmy w głąb systemu tuneli. Wybierałem drogę na chybił trafił, licząc, że poprowadzi mnie instynkt i nie zawiodłem się. W końcu zauważyłam znak, którego szukałem. Żeby rozpoznać język, w jakim został napisany, trzeba było specjalnej wiedzy, nie mówiąc już o jego zrozumieniu. Enokiański jeśli chcecie wiedzieć. Sztuczny język, stworzony przed wielu laty, by śmiertelnicy mogli porozumiewać się z aniołami, choć spotkałem tylko jedną osobę, która znała poprawną wymowę. Złapałem Joannę za ramię i pociągnąłem w boczny tunel, pod znakiem. Szarpnęła się ze złością, uwalniając z mojego uścisku, ale pozwoliła bym poprowadził ją w stronę drzwi opatrzonych tabliczką: Obsługa Techniczna. Jej protesty ucichły w chwili gdy znaleźliśmy się w składziku, w połowie zapełnionym strachami na wróble, w uniformach Kolei Brytyjskich. Lepiej nie pytajcie.
Zamknąłem za sobą drzwi, oddzielając nas oboje od ryku tłumu. Błogosławiona cisza. Na ścianie wisiał aparat telefoniczny. Podniosłem słuchawkę. Telefon był głuchy, ale nie czekałem na sygnał. Powiedziałem jedno jedyne słowo:
– Nightside.
Odłożyłem słuchawkę i popatrzyłem z oczekiwaniem na mur. Joanna spojrzała na mnie, zaskoczona. I wtedy beznadziejnie zwyczajna, szara powierzchnia ściany pękła od sufitu po podłogę. Obie części ze zgrzytem rozsunęły się na boki, ukazując długi, wąski tunel, o ścianach czerwonych niczym otwarta rana. Owionął nas zapach zwietrzałych perfum i gnijących kwiatów. Światło w tunelu było stłumione i mgliste. Z głębi dobiegał pomruk wielu głosów, to wznosił się, to opadał, a urywki melodii to rozbrzmiewały, to cichły, jakby sygnały wielu stacji radiowych nakładały się na siebie. Słychać było odległe bicie klasztornego dzwonu, zagubiony, samotny, smutny dźwięk.












Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-03-03 (1013 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej