Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Czyste intencje
 
Katalog - dodano
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 Ale z naszymi umarłymi
- Jacek Dehnel
 Jednookie walety
- antologia
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Kiedy Bóg zasypia - Rafał Dębski

Aż po grób


Kopała najpierw rydlem. Ziemia, zapiekła po deszczach następujących na przemian z upałami, poddawała się niechętnie. Nie chciała oddać tajemnic. Ale tym razem musiała ustąpić. Najpierw rydel, potem długi, wąski sztylet. Wszystko, aby zagłębić się w chłodne wnętrze, dotrzeć tam, gdzie...
Pod warstwą gliny niespodziewanie pulchna czarna gleba. Nanieśli jej kmiecie z pól. Ponoć została poświęcona przez chrześcijańskiego kapłana. Kopiąca odchyliła głowę, zaśmiała się na cały głos. Po lesie poniosło się przeszywające wycie. Przy nim wilczy zew mógł się zdać kwileniem niewinnego niemowlęcia. Umilkły nawet ptaki, bezpieczne wysoko w koronach drzew. Zdawało się, że w samym środku wiosny okolicę nagle skuł straszliwy mróz.
Pod czarnoziemem znów gliniasta skorupa. Niecierpliwie zaczęła ją rwać palcami, nie zważając na łamiące się i krwawiące paznokcie. Rozgarniała oporną ziemię. Ta osuwała się z powrotem w wykopany dół, zupełnie jakby chciała jak najbardziej utrudnić pracę.
-Trzy łokcie, może cztery - mruknęła do siebie kobieta - nie więcej. A choćbyście nawet schowali go głęboko na siedem sążni, znajdę!
Znów chwyciła rydel, mozolnie rozbijała uparte grudy. Głupi ludzie, uważają, że jeśli coś ukryją w trzewiach matki ziemi, jest to bezpiecznie schowane. Nie wiedzą, jak łatwo odkryć ich marne tajemnice. Uderzyła mocno z góry. Drewniane ostrze okute żelazem wbiło się w coś miękkiego. Powietrze wypełnił mdlący odór.
Uśmiechnęła się triumfalnie. Jest! Nareszcie! Jeszcze tylko trochę cierpliwości. Niech zgaśnie słońce, a księżyc wypełni świat sinym, skradzionym bogom blaskiem. To już niedługo. Patrzyła bez zmrużenia na czerwony krąg powoli znikający za horyzontem. Pozostał jeszcze jedynie sam skraj tarczy, jeszcze ostatnie promienie pieściły delikatnymi palcami poszarpane na strzępy obłoki. Jeszcze przeleciał ostatni ciepły podmuch. Wreszcie nastał zmierzch. Sierp księżyca stał już wysoko, zbudzony jeszcze za dnia. Dawał niezmiernie mało światła, ale jej to musiało wystarczyć. I wystarczało w zupełności.
Źrenice rozszerzyły się, wypełniły nie tylko całe tęczówki, ale sprawiły, iż oczy stały się prawie całe czarne, obwiedzione jedynie wąskim pasmem bieli. Podjęła pracę. Ostrożnie odkrywała znalezisko, odgarniała zeń ostatnią warstewkę ziemi. Najpierw ukazały się dłonie, poczerniałe, połyskujące śliskim, cuchnącym woskiem. Złe ręce zapętliły je konopnym sznurem. Natychmiast rozcięła więzy. Nogi... również uwięzione. Potwory! Pomsta spadnie na wasze głowy! Warknęła cicho. A teraz głowa... Rzadkie włosy zlepione trupim jadem, opuchnięte wargi, wyszczerzone zęby. Na oczach srebrne monety. W czoło wbity długi żelazny gwóźdź. Bez dalszych oględzin wiedziała, że ostrze wychodzi potylicą, wbite głęboko w glinę. Tak właśnie mali, brudni ludzie potrafią się zabezpieczyć przed powrotem umarłych. Ale nie dzisiaj! Tej nocy ich podstępy okażą się podobne jałowym poczynaniom mrówek zabezpieczających dom przed powodzią. Podniosła głowę, zawyła przeciągle. Tym razem wydobyła z piersi bardziej jeszcze potępieńczy głos niż za dnia. Zdecydowanym szarpnięciem wyrwała gwóźdź, odrzuciła go ze wstrętem, prędko, jakby mógł ją sparzyć, jakimś patykiem zrzuciła z powiek trupa srebro. Rozgarnęła resztki ziemi wokół ciała. Ujęła przelewającą się dłoń. Przegniłe tkanki rozstępowały się pod dotykiem. Pochyliła się, by złożyć na granatowosinych wargach długi, miłosny pocałunek.
- Zbudź się, miły – szepnęła. – Dość już wypocząłeś. Pora wstać. Nadchodzi nasz czas. Dzisiejszej nocy obejmiemy świat we władanie. Zatańczymy w oszalałym rytmie bijących, przerażonych serc. Napijesz się krwi i nasycisz strachem. Zbudź się!
Ostatnie słowa wypowiedziała głośno, z mocą. I znów przywarła wargami do martwych ust kochanka. Jakże pragnęła, by drgnęły, oddały pieszczotę! Pogładziła sztywne włosy.
- Jam jest twoja, a ty mój jesteś, jak to sobie ślubowaliśmy na nowiu pod starym posągiem. Zbudź się, ukochany.


Fragment udostępniony przez Wydawnictwo Fabryka Słów








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-06-03 (1547 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej