Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Ognie Azeroth
 
Katalog - dodano
 Gamedec. Czas silnych istot
- Marcin Przybyłek
 Europa w zimie
- Dave Hutchinson
 Ostatni
- Charlie Fletcher
 84 000
- Claire North
 Noc bez gwiazd
- Peter F. Hamilton
 
- skomentowano
 Wiedźmie opowieści
- Olga Gromyko
 Pierwsze słowo
- Marta Kisiel
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Agent JFK 3. Miecz i tomahawk'' - Miroslav Žamboch, Jiří W. Prochazka

Morska Żmija


Wody Atlantyku miały taki sam kolor jak niebo. Brudną szarość stołu w zapomnianym przez Boga i ludzi barze na skraju miasta. John Francis Kovař przetarł twarz, żeby choć na chwilę pozbyć się uporczywego pieczenia w oczach. Na próżno, kolejna fala rozbiła się o niską burtę i znów poczuł lodowatą strużkę aż na gołym ciele. Prześliznął się wzrokiem po ludziach siedzących na ławkach lub leżących w śpiworach pomiędzy pakunkami z prowiantem i beczułkami z wodą. Stu pięćdziesięciu chłopa, trzydzieści trzy pary wioseł, jeden prostokątny żagiel na, wydawałoby się, zbyt wiotkim maszcie. To było szaleństwo, największe i najryzykowniejsze szaleństwo jego życia, płynąć otwartą łodzią, czterdziestopięciometrowym drakkarem, przez ocean. Prawda, że niebywałym szczęściem zostawili za sobą Gotlandię, Danię, wybrzeża Norwegii, Irlandię, Islandię, Grenlandię. Przed nimi leżała Nowa Fundlandia, najgorsza część drogi ku brzegom Ameryki Północnej, czy też Vinlandii, jak ją nazywali wikingowie.
Nadbiegła kolejna fala, jasnowłosy demon Snori Sturlurson naparł na wiosło sterujące i wyrównał kurs łodzi, żeby sprawniej ślizgała się po nadciągających falach o groźnym wyglądzie.
JFK spojrzał w niebo. Pociemniało, pośród szarości uformowała się gęstsza, niżej położona warstwa chmur.
– Trzymiesięczna płaca, podłe żarcie w najbardziej zaplutej spelunce, jaka istnieje – mruknął, starając się przy tym nie poczuć smaku soli między zębami.
A wszystko zaczęło się tak dobrze.
Ljuba Bytewska, szefowa oddziału do zwalczania międzyświatowego przemytu, zawołała Kovařa do biura, ledwie odbył konieczną kurację w szpitalu i dwu- miesięczną rekonwalescencję, będącą w rzeczywistości ciężkim treningiem. Kovař miał uczucie, że od czasu rozpoczęcia pracy w agencji tylko Bytewska stanowi pewny punkt oparcia w jego życiu. Nadal była świetnie zbudowaną kobietą, o bujnych, ale równocześnie znakomicie prezentujących się kształtach, które wprowadziły- by w zachwyt każdego miłośnika sztuki baroku. Z oczu, w jednej chwili przychylnych, a w następnej twardych jak stal, oraz starannie ważonych słów widać było, że za twarzą współczesnej Wenus z Vestonic kryje się doskonale funkcjonujący mózg.
– Razem z komtesą de Villefort i Vincentem Vegą spisał się pan więcej niż dobrze – oznajmiła dźwięcznym głosem, nalewając równocześnie szklaneczkę wyśmienitego koniaku. – I to za cenę poważnych szkód osobistych.
Kovař wiedział, że nie doczeka się większego uznania z jej strony.
– Zgodnie z tradycją każda trzecia misja jest ulgowa. Taki zasłużony płatny urlop na jakiejś plaży, gdzie przez parę tygodni potrzebujemy obserwatora. Pańska pierwsza misja była wprawdzie, ehm, ehm – przybrała rozbawiony wyraz twarzy – nieco specyficzna, ale doszłam do wniosku, że na urlop zasłużył pan bardziej niż ktokolwiek inny. jfk wiedział, że mowa była o jego przemytniczej przeszłości, kiedy de facto stał po przeciwnej stronie barykady niż agencja.
– Ma pani na myśli pracę w stylu: plaża, gorące kobiety i zimne koktajle?
– No, chyba że byłby pan zainteresowany zimnymi kobietami i gorącymi napojami... – odparła z przymrużeniem oka. – To też by się dało załatwić.
– Pierwszy wariant bardziej mi się podoba.
Obraz wstęgi białego piasku zwieńczonej zielenią palm, za którymi znajdował się dobrze zaopatrzony bar, nie wyglądał źle.


* * *



Fala uderzyła w łódź, kadłub zatrząsł się, drgania wytrąciły Kovařa ze wspomnień. Nadciągała burza, nie było już wątpliwości.
– Jonh! – zwrócił się do niego z typowo północnym akcentem Spar Gurgysson, przysadzisty chłop z rękami jak orangutan, podając mu dzban pełen gorącego piwa. – Kucharz właśnie wygasił ogień. To ostatni gorący posiłek na kilka następnych dni.
Kovař podziękował skinieniem, wziął kufel i szyb- ko wypił zawartość, żeby rozkoszować się słodkawym smakiem piwa i rozgrzać od środka. Zauważył zawistne spojrzenia siedzących w pobliżu członków załogi. W od- różnieniu od Gurgyssona wykorzystaliby okazję i pozbawili Kovařa należnej porcji.
– Dla niektórych to będzie ostatni posiłek do czasu, aż się znajdą w Walhalli – mruknął któryś.
– Szczęśliwi chłopcy, można sobie wyobrazić, jacy będą dumni po tej burzy, już im zazdroszczę – usadził czarnowidza mężczyzna przypominający krasnoluda.
W ramionach był szerszy niż większość pozostałych, ale co najmniej o półtorej głowy niższy od najniższego z nich. Należał do kręgu dowódców Sturlursona i był
powszechnie lubiany za swoje niekończące się historyj- ki, a nazywał się Jori Loset.
Kovař przyjacielsko wykrzywił do niego twarz.
– Walhalla, tam chociaż będzie ciepło – powiedział, z trudem pokonując szczękanie zębami.
Obfita porcja morskiej piany zalała naraz wszystkich bez wyjątku, przez chwilę wypluwali więc wodę.
– Piwo, miód pitny – ciągnął Kovař, otrząsając się razem z innymi. – Mnóstwo dobrego jedzenia. – Wskazał kucharza, który wraz z pomocnikiem starannie chował szczupłe zapasy. – Ładne dziewczyny, na które przyjemniej będzie popatrzeć niż teraz na Spara, niech nas Thor nie ukarze za jego brzydotę.
Słuchacze nie wytrzymali i parsknęli śmiechem, równocześnie drakkar wpłynął na falę i pokład uniósł się pod ostrym kątem, tak że wszyscy się poprzewracali.
– A przede wszystkim nie będzie mi tam Jori deptał po twarzy – dokończył Kovař, wygrzebując się spod gromady rechoczących mężczyzn.
Burza uderzyła z wściekłym wyciem wiatru, głuchy szum fal zamienił się w huk wodnych lawin walących się nieprzerwanie gdzieś z góry, a światło dzienne ściemniało do mokrej szarości.
Snori Sturlurson zmagał się teraz z wiosłem sterowym do spółki z Olafem i Ormem Brigvassonami. Cała trójka starała się za wszelką cenę utrzymać łódź we właściwym kierunku, tak żeby nie ustawiała się bokiem do nacierających fal. Sturlurson rozkazał pozostawić na maszcie tylko reję bez żagla. Ale i to wystarczyło, żeby wichura gnała ich z szaloną szybkością. Skuleni na ław- kach ludzie trzymali się ze wszystkich sił, żeby nie wy- paść za burtę.
Kovař mrużył oczy i starał się odgadnąć, jak długo smukły, sprawiający wrażenie kruchego kadłub wytrzyma wściekły atak oceanu. Wystarczyło, że zaleje ich jedna większa fala i pełna wody łódź pójdzie na dno. Już teraz po pokładzie przelewało się jej zbyt dużo.
– Wylewać wodę! – ryknął, nie zdając sobie sprawy, że użył języka staronordyckiego.
Oparty na hipnozie kurs, wspomagany intensywną nauką i dwoma miesiącami praktyki, przyniósł spodzie- wany efekt.
Nie czekając na innych, wstał i sięgnął po cebrzyk. Łódź pochyliła się gwałtownie bez ostrzeżenia, buty mu się pośliznęły i zaczął niepowstrzymanie zsuwać się na burtę. Rozpaczliwie szukał czegoś, czego mógłby się uchwycić, ale wszędzie było zbyt dużo wody. Namacał róg ławki, złapał się ze wszystkich sił, lecz drewno pękło. Zrozumiał, że za chwilę wypadnie za burtę. Nagle coś go złapało za przedramiona z siłą imadła. Gdy masa wody spłynęła, ujrzał twarz wykrzywiającego się doń Spara Gurgyssona.
– Już mógłbym być z dala od tej ulewy! – ryknął Kovař tak głośno, żeby go wiking usłyszał poprzez wycie wichury. – To ci zapamiętam!
Później odwrócił się do pozostałych.
Za cebrzyki! Myślicie sobie, że sam jeden będę moczył buty?!


* * *



Burza szalała już drugi dzień. Sturlurson razem z braćmi Brigvassonami nadal mocował się ze sterem, Kovař zmuszał załogę do ciężkiej pracy przy wiadrach i cebrzykach. Wody było wszędzie pełno, niektórzy ludzie, powaleni nieludzkim zmęczeniem, leżeli przywiązani do ławek, niezdolni do wykonania jakiegokolwiek ruchu. Kovař też czuł, że zaczyna mu brakować sił. Chłód i skrajne wyczerpanie jakby pożerały go coraz większymi kawałkami, czuł, że niedługo nie zostanie z niego nic. Napełniony w trzech czwartych cebrzyk wyśliznął się z niepo- słusznych rąk, to samo przytrafiło się niemal w tej samej chwili McCathailowi, rudowłosemu gościowi z Irlandii. Mówiono o nim, że jest szaleńcem i berserkiem, ale Kovařowi się spodobał.
– Rzucisz go na dobre, cherlaku, prędzej niż ja – wy- cedził Irlandczyk przez zęby i schylił się po naczynie.
Woda ściekała mu ciurkiem z dwóch zaplecionych warkoczyków i szczeciniastych wąsów.
Kovař rozejrzał się po omdlewającej załodze. Długo już nie wytrzyma, to było jasne.
– Ta samochwała McCathail, rodem z jakiejś małej wysepki, twierdzi, że zabraknie mi sił prędzej niż jemu! Założę się o dziesięć srebrnych, że nie zdzierży!
Burza osłabła na krótką chwilę, słowa Kovařa usłyszeli wszyscy.
– A ja dam dwadzieścia każdemu, kto wyleje więcej cebrzyków niż ja! – ryknął Irlandczyk. – Jonh zawsze tylko dużo gada.
Ktoś zarechotał, ktoś szybko sięgnął po skórzany worek.
Zakład wyrwał ludzi z letargu i rezygnacji, wody w łodzi zaczęło naraz ubywać.
– Dwadzieścia srebrniaków, ci, co chrapią, będą żałować do śmierci! – mruknął któryś.
Burza nie chciała się poddać, nagły bałwan wodny oślepił wszystkich na moment. Kiedy ustąpił, Sverre Bjorkedal klęczał na człowieku, którego fala o mało nie zmyła za burtę.
– Na tobie, Knucie, mi nie zależy, ale cebrzyka byłoby szkoda – wycedził skald przez zęby, zabrał naczynie poturbowanemu wikingowi i wziął się do roboty.


* * *



Kovař leżał obok nasiąkniętego morską wodą pakunku z suszonym mięsem, tępo wpatrując się we własne ręce. Po trzech dniach moczenia w słonej wodzie były pozbawione jakiegokolwiek koloru, pozdzierana skóra odchodziła cienkimi pasmami, a w niezliczonych skaleczeniach i zadrapaniach w promieniach wychodzącego zza chmur słońca błyszczały kryształki soli.
– Świetnie, urlop, słońce, szum morza, romantyczność – udało mu się powiedzieć zesztywniałymi wargami. Już nie było mu zimno, albo przynajmniej tego nie czuł.


* * *



Ljuba Bytewska podała mu kopertę zawierającą ręcznie napisane rozkazy i dysk, na który wgrano dane niezbędne do transferu na miejsce przeznaczenia.
– Okno startowe zaplanowano na pojutrze. Zespół doktora Carla Marii już jest gotowy. Niech pan czeka, aż nastawią bramę na pana nowe biodane. Nie chcielibyśmy, żeby swój urlop roboczy zaczął pan poturbowany.
Carl Maria von Wonder był, jak mówiono, najwybitniejszym specjalistą od podróży pomiędzy światami równoległymi i potrafił dostarczać agentów nawet do takich miejsc, które inne oddziały agencji uważały za nie- dostępne. A przede wszystkim potrafił sprowadzać ich
z powrotem. Zawistne języki utrzymywały, że nie potrzebuje do tego rozbudowanej technologii ani w cern, ani w przepaści Macocha na Morawach. Wystarczy mu tylko powiedzieć „abrakadabra”, ponieważ jest podobno wcieleniem praojca wszystkich czarodziejów.
Kovařowi było to obojętne. Von Wonder wydawał się wprawdzie dziwakiem, ale znał się na swojej robocie, a tylko to się liczyło.
Niedbale udał, że salutuje, i odwrócił się, by odejść, gdy bezgłośnie otworzyły się pneumatyczne drzwi. Do pracowni Ljuby Bytewskiej bez pukania mogło wchodzić niewielu ludzi. Szef wydziału, czasem sam głów- ny szef agencji. Żadnego z nich Kovař jak do tej pory nie widział. Poza nimi tylko kurier niosący informacje o pierwszym stopniu utajnienia.
Gdy Kovař ujrzał w drzwiach skupioną twarz kuriera z ciemnym magicznym tatuażem na skroni, zrozumiał, że stało się coś złego i naszła go nieprzyjemna myśl, że jego urlop w ramach pracy właśnie się skończył.
– John, niech pan poczeka na korytarzu – powie- działa Bytewska i spojrzała na kuriera pytająco.


* * *



– I właśnie dlatego tu jestem – wymamrotał Kovař.
– Jonh, wróciłeś do przytomności – odezwał się McCathail. – Naliczyłem czterysta dwadzieścia jeden wy- lanych cebrzyków.
Kovař przewalił się na bok z trudem, tłumiąc jęk. Wszystko, kości, stawy, mięśnie, a nawet to, o czym nie miał pojęcia, że istnieje, bolało go niewiarygodnie. On wylanych cebrzyków nie liczył.
– Zmyślasz – rzekł chrapliwie. – Nie uwierzę, że umiesz rachować więcej niż do trzech.
Irlandczyk zarechotał, co zabrzmiało jak odgłos wy- dawany przez obracający się kamień młyński.
– Ja mam tylko czterysta dwadzieścia, wygrałeś – dodał Kovař.
– My, Irlandczycy, tacy jesteśmy, że zawsze musimy wygrać – mruknął zadowolony McCathail. – Albo uroczyście przegrać.
Morze uspokoiło się, z rzadka tylko przez burtę drakkara wpadała piana wodna, rześka bryza napinała do połowy zrefowany żagiel, gnając ich szybko naprzód. Snori Sturlurson znów samotnie stał u steru.
Kovař podziwiał nadludzką wytrzymałość jasnowłosego mieszkańca Północy. Snori nie był najsilniejszym członkiem załogi, ale miał w sobie jakby stalową sprężynę, chłodną zawziętość, a w oczach nieugiętość i pew- ność godne wytrawnego dowódcy, które czyniły z niego prawdziwego jarla. Może króla. Kovařowi wydało się zabawne, że po tak krótkim pobycie w tym świecie zaczyna już myśleć niczym człowiek z epoki.
– Nie ma już ani kropli! – jakiś pełen wściekłości głos przerwał ciszę.
Taki bas mógł wydobywać się tylko z piersi wielkiej jak beczka i Kovař poznał, do kogo należy, nawet się nie odwracając. To Thori Sigfusson, olbrzymi Gotlandczyk, jedyny, który oprócz Sturlursona trzymał się na nogach. Ostrożnie poruszał się między leżącymi wikingami z na wpół pustym wiadrem i wyżętą szmatą.
– Cztery razy po sto i dwadzieścia jeden wiader wody, a łódź sucha do ostatniej deski! – uskarżał się.
– Nie możesz czekać na następną burzę. Nie zwyciężyłeś mnie – odpowiedział McCathail, nie ruszając się z miejsca. – Pół wiadra się nie liczy.
Sigfusson zajrzał do wiadra, rozejrzał się po drakkarze i zachmurzył niezadowolony, aż brwi zbiegły mu się w jedną kosmatą linię. Mógł je spokojnie czesać, tak jak swoją czarną brodę.
Później na jego surowej twarzy pojawił się uśmiech
i przez chwilę wyglądał jak duże dziecko, które znalazło ulubioną zabawkę. Postawił wiadro, rozpiął spodnie
i wysikał się do niego. Kovař stwierdził, że pęcherz moczowy Gotlandczyka musi być solidnych rozmiarów, tak jak cały Sigfusson, ale mimo to nie wystarczyło.
– Hej, chłopy, pomóżcie mi zwyciężyć naszego małego Irlandczyka – zabasował Thori, zawiązując spodnie.
Pierwszy wstał, stękając, Spar Gurgysson, a za nim inni.
Nie trwało długo, a Sigfusson pokazał McCathailowi pełne wiadro.
– Jest pełne?
– Jest – wycedził McCathail z niezadowoleniem. – Zabierz te szczyny dalej ode mnie, śmierdzą, jakbyście wszyscy zadali się z kozłem.
Wśród powszechnego rechotania zawartość wiadra znalazła się za burtą, a Sigfusson pysznił się jak paw. Kovař nie przyłączył się do ogólnego rozbawienia, powrócił myślami do przeszłości.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-03-13 (1122 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej