Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Szewc z Lichtenrade
 
Katalog - dodano
 Nikt nie idzie
- Jakub Małecki
 Epoka diamentu
- Neal Stephenson
 Kroniki Jaaru. Tajemne imię
- Adam Faber
 Hajmdal. Księżyce monarchy
- Dariusz Domagalski
 Alyssa i czary
- A.G. Howard
 
- skomentowano
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Purpura imperatora'' - Jarosław Błotny

Pater Familias II


Gęste mgły zasnuły świat, a ulewny deszcz zamienił ziemię w grzęzawisko. Krajobraz rozlał się, jak niedosuszone malowidło, rozmiękł i nabrał pękatych kształtów. Powietrze nabrzmiało od wilgoci i gdyby nie to, że zrobiło się chłodniej, ciężko byłoby oddychać. Przemoczeni i zziębnięci kierowaliśmy się na południe. Brnęliśmy w lepkim błocie, w którym zapadały się końskie kopyta.
To już nie były urzekające letnie zachody słońca, gdy temperatura spadając, przynosiła orzeźwienie. Teraz przenikliwe zimno potrafiło kąsać nawet przez fałdy żołnierskiego ubrania. Na postojach rozpalaliśmy wielkie ogniska, dzięki którym utrzymywaliśmy ciepło. Wrogowie? Nie miałem nic przeciw temu, by się dowiedzieli, że nadciągamy z odsieczą dla Oklatyniusza Adwenta.
Goci też nie kryli się ze swoją obecnością. Niedaleko miejsca, gdzie trzy miesiące temu Hariowie przeprawili się na wschodni brzeg rzeki, na piaszczystej plaży znaleźliśmy porzucone czółna wykonane z pni drzew. W jednym z czółen rzucały się jeszcze świeżo złowione ryby. Helwekońscy przewodnicy nie mieli wątpliwości, że czółna należały do Gotów. Kazałem przeszukać najbliższą okolicę, ale nikogo nie znaleźliśmy.
Potem dostrzegliśmy ich – tych od ryb lub innych – na przeciwległym brzegu, jak towarzysząc nam, przemykali między drzewami, porastającymi piaszczyste skarpy. Zachowywali się dyskretnie i nie wykonywali w naszą stronę żadnych gestów, po prostu wędrowali równolegle z nami, niczym gromada dzieciaków towarzyszących kupieckim wozom z błyskotkami.
– Wandalowie! – niebawem donieśli nasi zwiadowcy.
Grupa konnych Asdingów musiała wymknąć się Gotom i po przeprawieniu się na zachodni brzeg rzeki, skierowała się na północ. Nie kryli swojej radości ze spotkania z nami. Rozkazałem, by zaprowadzili nas do miejsca, gdzie rzeka Gutalus wpadała do Vistuli. Teren w tamtej okolicy był grząski i porośnięty gęstym lasem. Szpiegujący nas Goci przepadli w starodrzewie, schodzącym ku przybrzeżnym rozlewiskom. Na południowym brzegu rzeki Gutalus oraz na wschodnim brzegu Vistuli część wiekowej puszczy wycięto, a drewno wykorzystano do budowy castrum. Kiedy je ujrzeliśmy, wstąpił w nas nowy duch. Nad jego obronnymi wałami dumnie złociły się rzymskie orły i powiewały legionowe sztandary. Gdy załoga nas dostrzegła, rozległy się okrzyki i strzały na wiwat.
Niebo przetarło się i zza chmur wyjrzało słońce. Krajobraz wyostrzył swoje kontury. W nozdrza łaskotało mnie rześkie, ale szybko nagrzewające się powietrze. Najwidoczniej lato nie miało jeszcze zamiaru ustąpić miejsca jesieni, zapowiadającej swoje przyjście wczesnymi zachodami słońca. Wjechałem konno w nurt rzeki.
– Przeprawiamy się na wprost! – rozkazałem.
Vistula po ubiegłorocznej suszy niosła mało wody i nie przybrała po zimie, ani po ostatnich deszczach. Była płytka i aby znaleźć się po drugiej stronie wystarczyło przebyć wpław dwadzieścia, może trzydzieści, kroków w najgłębszym miejscu. Skalks nie opierał się, gdy wprowadziłem go do głębokiej wody. Tak jak wszyscy, ostrożnie zsunąłem się z siodła, kiedy koń zaczął płynąć, po czym trzymając się łęku, starałem się mu nie przeszkadzać. Prąd nie zniósł nas zbyt daleko i gdy Skalks znów odzyskał grunt pod kopytami, ruszył w stronę brzegu, rozbryzgując fontanny wody.
Castrum miało tylko dwie bramy, obie od strony lądu. Jedna z nich była otwarta i właśnie wybiegali przez nią legioniści w pełnym oporządzeniu. Zrobili mi przejście, tak, że jako jeden z pierwszych dostałem się do środka i zaraz wpadłem w objęcia Oklatyniusza Adwenta. Był ogorzały od słońca i wiatru, spoglądał na mnie spode łba, ale w jego spojrzeniu nie było złości.
– Witaj, legacie! – powiedział.
Pozbawiony od wielu miesięcy jakiegokolwiek wsparcia, musiał sam sobie radzić, ale wytrwał na sarmackim brzegu. Dla Gotów był jak cierń w ciele ziemi, którą uważali za swoją. Na dodatek towarzyszyli mu Wandalowie, do których niegdyś należały te tereny, co było dla Gotów upokorzeniem chyba jeszcze większym niż sama obecność rzymskich wojsk.
Moich wojsk, pomyślałem… Prawdziwie moich, po prostu moich, bo z Vandalii. Spędziłem przecież wiele lat z II Legionem Pomocniczym, poznając jego trybunów, centurionów i zwykłych żołnierzy. Podczas długich, zimowych miesięcy byłem na co dzień jednym z nich – dbałem o ich uzbrojenie, ujeżdżałem wraz z nimi legionowe konie, jadałem placki pieczone na rozgrzanej blasze… Poczułem niezwykły przypływ pamięci, jak wtedy, w Gota, gdy dochodziłem do siebie po kuracji zaaplikowanej mi przez Pakorosa. Znów pojawiły się w mojej pamięci wydarzenia sprzed setek i dziesiątek lat, a przesuwające się przed moimi oczami postaci – dobrze zapamiętane lub znane tylko z posągów – wyglądały jak żywe. W moich uszach rozbrzmiewał bitewny zgiełk dawno zakończonych wojen i tych wojen, które dopiero miały się rozpocząć.
Ujrzałem Fulwiusza Maksymusa, najstarszego stopniem trybuna II Legionu, który poprawiając temblak, na którym spoczywała jego lewa ręka, podążał w moją stronę.
– Cóż to, pestis nie szaleje już nad Oceanem? – wykrzyknął, śmiejąc się.
– Powstrzymaliśmy pestis, Fulwiuszu – odrzekłem. – Taka była moja wola.
Zmieniłem ubranie na suche, które czuć było wojskowym magazynem. Potem udałem się z Adwentem i Maksymusem do pretorium, gdzie dołączyli do nas Saktas, Geta i Sirmos.
– Moi Jazygowie przeprawią się przez rzekę na samym końcu – poinformował Saktas. – Mają za dużo ciężkiego uzbrojenia.
– Zdążycie do wieczora?
– Na pewno, legacie.
Rozsiadłem się na drewnianym zydlu, sięgnąłem po chleb i kubek z winem, który podał mi Sirmos i zapytałem Oklatyniusza Adwenta:
– A gdzie Goci?
– Odstąpili przedwczoraj. Pewnie zorientowali się, że nadciągasz z odsieczą i nie chcieli ryzykować bezpośredniego starcia pod castrum. Ale według mnie nie wycofali się na dobre.
– Tak przypuszczam. Jest ich wielu?
– Kilkanaście tysięcy, głównie piesi. Teraz podobno część wyprawiła się na Hariów, bo zorientowali się, że Wisimar jest z tobą na północy.
– Oko-Oko nie będzie tym zachwycony – stwierdził z boku Saktas.
– Jego stanem ducha niech się martwią Goci, a nie my – odparłem. – Mam nadzieję, że Hariowie zdążyli coś zrobić ze swoimi kobietami i dziećmi?
Adwent nie odpowiedział. Zagryzłem wargi, uciekając myślami od widoków, jakie po powrocie do Harididuna mógł zastać Wisimar. Patrząc przed siebie, cedziłem wino przez zaciśnięte zęby, czułem jak drętwieją mi usta, ale jednocześnie ustępuje dokuczliwa sztywność karku.
W drzwiach stanęła jakaś postać. Gość pojawił się niespodziewanie, tak, jakby przeniknął przez grube, dębowe deski.
– Witaj, legacie.
Poznałem Raga, rejksa Asdingów.
– Witaj – odpowiedziałem i wstałem zza stołu, żeby wziąć go w ramiona.
Uścisk, którym się odwzajemnił był słaby. Rag chyba wziął na siebie obowiązki ponad siły. Odkrycie to zrodziło we mnie współczucie dla kogoś, kto pragnął jedynie zobaczyć po raz ostatni krainę swojego dzieciństwa, a zmuszony był zaprząc do realizacji tej idei krwawą wojnę, na którą poprowadził swoich współbraci.
– Czy zechcesz porozmawiać ze mną na osobności, legacie? – zapytał głucho.
Miałem wrażenie, że za chwilę wszystko dookoła rozpadnie się w proch i pył. W głosie Raga, który był tak samo słaby, jak uścisk jego ramion, brzmiała zapowiedź klęski, której można było uniknąć jedynie dzięki silnej woli i wsparciu bliskich mi ludzi.
Rag poprowadził mnie przez tłum, którego niezliczone oczy wpatrywały się we mnie, jak zestrachane dziecko w ojca podczas burzy z piorunami. Brodaci, ogorzali od słońca legioniści, rośli pretorianie w podniszczonych pancerzach i Asdingowie z rozpuszczonymi włosami. Zmęczeni, zapoceni, ze śladami krwi na pancerzach. Przechodząc obok nich, ściskałem im dłonie, poklepywałem po plecach, brałem ich wszystkich pod swoje skrzydła, a szum moich orlich piór niósł się ponad nami, coraz wyżej, wyżej i wyżej…
Wspięliśmy się na wał otaczający castrum. Było wczesne popołudnie. Świat dookoła złocił się w słońcu, które przedzierając się przez wędrujące chmury, bezszelestnie smagało swoimi promieniami łąki i lasy. Płytkie wody Vistuli błyszczały oślepiająco. W oddali, na przedpolu warowni, na rozkładających się ludzkich szczątkach, wśród pożółkłych traw, żerowały stada kruków.
– Goci i Tajfalowie najechali nasze ziemie po północnej stronie Karpat – powiedział Rag, gdy wreszcie zostaliśmy sami. – Spalili wiele wsi i wzięli do niewoli wielu naszych ludzi.
W słowach Raga wyczułem skrywaną wściekłość. Tajfalowie byli zbieraniną, złożoną z Gotów, Keltów, Daków, Sarmatów i – co najbardziej bolało Asdingów – także z ich wandalskich, zakarpackich ziomków, którzy nie podjęli wędrówki na południe, a których później podporządkowali sobie Goci. A więc nie dość, że odszczepieńcy, to jeszcze uznający zwierzchnictwo przeklętych potomków Asów. Rozumiałem podły nastrój Raga.
– Podobno obciąłeś mu włosy?
Wiedziałem, że usłyszę to z jego ust.
– Kiedy już mu odrosną, będzie mądrzejszy – odpowiedziałem.
– Każdy ojciec by tak postąpił.
– Bez wątpienia – przyznałem mu rację.
Rag zerknął na mnie z ukosa.
– Mam także wiadomość dla męża.
– Od niej?
– Tak.
– Od Ildy? – Chciałem się upewnić.
Długo spoglądał mi prosto w oczy.
– Odeszła z Tajfalami.
Coś zgrzytnęło w moim wnętrzu, niczym miecz wepchnięty między żebra.
– Jak to?
– Chciała być z Ediko.
– Dlaczego?
– Wątpiła, czy ocalisz Argaita.
Chyba potrzebowałem tego. Prawdziwego wyzwania, które trwalej niż wojna z Gotami wyprostowałoby mi kręgosłup. Ale najpierw wysyczałem:
– Niech będzie przeklęty dzień, w którym przyjąłem ją pod swój dach!
Rag wpatrzony we mnie odrzekł spokojnie:
– Niech będzie przeklęty dzień, w którym zabiłeś jej męża.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-03-16 (1179 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej