Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Pocałunki wampira. Miłość po grób
 
Katalog - dodano
 Eliza
- Roxana Wojtas-Tabiś
 Wyprawa Błazna (wyd.M)
- Robin Hobb
 Roar
- Cory Carmack
 Wybawienie
- Jussi Adler-Olsen
 Zabójcy bażantów
- Jussi Adler-Olsen
 
- skomentowano
 Zapisane w kartach
- Anne Bishop
 Ciężko być najmłodszym
- Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa
 Sopel cz.1
- Paweł Kornew
 HEL 3
- Jarosław Grzędowicz
 Evna
- Siri Pettersen
 

''Dwie karty'' - Agnieszka Hałas

#1


Każde dziecko w Shan Vaola słyszało o mieszkańcach Krzywej Alei, jakkolwiek mało kto tam chadzał.
Przed laty ulica ta nazywała się inaczej i stały przy niej wille zamożnych obywateli, otoczone ogrodami z widokiem na wodę. Potem miasto nawiedziła zaraza, która najbardziej rozsrożyła się w dzielnicach położonych nad rzeką; wiele posesji straciło wówczas właścicieli, a nieliczni, którzy w porę wyjechali, lękali się wracać. Następnej wiosny wezbrana woda przelała się przez wały, których nie było komu naprawić, zalała ogrody i podmyła fundamenty części opustoszałych domów. Rada miasta straciła zainteresowanie ruderami, do których nikt nie chciał się zbliżać ze strachu przed morowym powietrzem. Nikomu więc nie wadziło, kiedy rozgościli się tam odmieńcy, do tej pory skazani na koczowanie poza miejskimi murami. Z zarazy mogli sobie kpić, bo ludzkie choroby się ich nie imały. Wokół zrujnowanych willi wyrosły szałasy i lepianki, a teren ogrodzono częstokołem. I tak Krzywa Aleja stała się królestwem potworków. Odmieńcy żyli tu spokojnie w swoich żałosnych domostwach; niektórzy utrzymywali się z żebraniny, ale większość trudniła się rzemiosłem albo różnymi podłymi pracami, jak czyszczenie rynsztoków albo opróżnianie wychodków. Dopóki nie łamali prawa, nikt ich nie nękał ani nie prześladował.
Po przejściu przez bramę w częstokole Brune wyraźnie oprzytomniał. Rozglądał się z zainteresowaniem i nieco niepewnie. W świetle dnia Krzywa Aleja straszyła ruderami o wyłamanych okiennicach i dziurawych dachach. Na zarośniętych pokrzywami podwórkach piętrzyły się rupiecie – widocznie część rodzin zarabiała tu na życie w podobny sposób, co familia Sinego. Tu i tam spacerowały kury, w śmierdzącej gnojówką kałuży wylegiwało się kilka świń. Przed domami bawiły się dzieci wyglądające jak potomstwo demonów. Zdeformowane twarze, skóra pokryta sierścią, piórami bądź łuską, zniekształcone albo brakujące kończyny.
Jedna z na wpół zrujnowanych willi z daleka rzucała się w oczy, obwieszona była bowiem kolorowymi szmatami i pękami zielska.
– Tam mieszka starosta – wyjaśnił Znajda. – No, taki starosta dla picu, znaczy się. Jak są jakie kłopoty z władzami, starosta musi iść i gadać w imieniu wszystkich, ale powtarza tylko to, co wcześniej ustaliła starszyzna. Sprytny układ, uważasz. Na starostę zawsze się wybiera kogoś głupszego, a mocnego w gębie. Ci mądrzejsi nie lubią się zadawać z obcymi, a z Elitą w szczególności.
Podeszła do nich odmianka o złotych oczach i skórze pokrytej drobniutkimi, migoczącymi w słońcu łuskami.
– Kogo nam tu przyprowadziłeś, mały śmieciarski braciszku? – spytała z kpiącym uśmiechem, ale bez wrogości.
– On jest z familii Sinego, jak ja – wyjaśnił pospiesznie chłopak. – Choruje. Musimy się zobaczyć z Gorczycą.
– Znasz drogę?
– Nie...
– Chodźcie za mną.
Zaprowadziła ich do lepianki stojącej na zboczu wzgórza, w pewnym oddaleniu od innych domów. Na przyzbie siedziała staruszka o nienaturalnie wielkiej, wybrzuszonej na ciemieniu głowie, i łuskała groch. Nad jej ramieniem sterczał garb, a wątłe dłonie miały po sześć palców.
– Oczekiwałam was – odezwała się niskim, chrapliwym głosem, na dźwięk którego Znajda wzdrygnął się lękliwie. – Wchodźcie, wchodźcie. Dziękuję, dziecko – zwróciła się do złotookiej.
Obaj musieli się schylić, żeby przejść przez drzwi. W chacie Gorczycy panował półmrok, bo błony w okienku przepuszczały niewiele światła. Dym z rozpalonego wprost na polepie ogniska unosił się leniwie, uchodząc przez szpary w strzesze. Pod powałą wisiały pęki ziół, a z kociołka zawieszonego nad żarem dobiegał bulgot.
Gorczyca gestem poleciła, żeby usiedli przy ogniu. Sama zajęła miejsce naprzeciwko. Wyjęła zza pazuchy flakonik, odkorkowała go i wytrząsnęła do kociołka kilka kropel. Rozszedł się intensywny aromat, jakby zamorskich przypraw. Znajda kichnął raz i drugi. Sędziwa odmianka w ogóle nie zwróciła na niego uwagi.
– Wiedziałam, że się zjawisz – przemówiła, wpatrując się w przeciętą szramami twarz Brune’a, jakby chciała przewiercić go wzrokiem na wylot. – Czy masz czym zapłacić?
– Ja zapłacę – odezwał się Znajda. Położył na polepie miedziaki, które dała mu Pyszczek. – Proszę. Więcej nie mamy.
– To wystarczy. – Gorczyca zgarnęła pieniądze. Nadal wpatrywała się w Brune’a. – Czego ode mnie oczekujesz, wężu? Nie przywrócę ci wspomnień i nie uwolnię cię od tego, co jest ci przeznaczone.
Brune nic nie odrzekł, przygarbił się tylko. Otulił się ciaśniej złachmanioną kurtką, chociaż w chacie było ciepło, wręcz duszno.
– Czy możesz go uleczyć z szaleństwa? – spytał błagalnym tonem Znajda.
– Czy mogę? – Wiedźma bez pośpiechu posmarowała sobie olejkiem skronie. – On pyta, czy mogę cię uleczyć, wężu. No cóż, to zależy, o którą chorobę wam chodzi.
Zaśmiała się; brzmiało to jak szelest suchych liści. Potem nieoczekiwanie wyciągnęła rękę. Brune drgnął, kiedy dotknęła jego szram, ale nie próbował się odsunąć.
– To musiało boleć, o tak... Gdy zadano te rany, straciłeś też imię, a wraz z nim pamięć. Osłabiono w ten sposób twój umysł.
Dołożyła do ognia, po czym wsypała do kociołka garść proszku. Zasyczało, a gotująca się ciecz zaczęła fosforyzować zielonkawo. Znajda obserwował to zafascynowany, zapominając o strachu.
Gorczyca uklękła naprzeciwko Brune’a i spojrzała mu przenikliwie w oczy.
– Imię, które nosisz, ukradłeś. Wiem to, bo jestem wiedźmą. Zastąpiłeś nim utracony kawałek siebie, by uleczyć swoje ludzkie ja. Ale twoja wężowa natura też potrzebuje imienia. Imienia, które da jej kształt, a tobie siłę. Które będzie twoją tarczą i maską.
Ogień łakomie pożerał suche drewno. Kociołek bulgotał.
– Jestem odmianką, więc mogę ci ofiarować tylko imię odmieńca. Ale wpierw muszę zajrzeć w twoje myśli, dowiedzieć się o tobie troszkę więcej. Nie bój się.
Przyłożyła ręce do skroni Brune’a. W następnej chwili jęknęła i skuliła się jak uderzona.
Znajda zamarł. Przez mgnienie oka słyszał i czuł to samo, co usłyszała i poczuła Gorczyca.
Czerń, nieprzenikniona, bezdenna otchłań. Przeraźliwe zimno. Smród padliny, grobu.
I krzyk... Przerażony, rozpaczliwy krzyk kogoś miotającego się w ciemności, w której nie widać nic.
– Skąd tu przybyłeś?... – szepnęła drżącym głosem wiedźma. Brune tylko patrzył na nią z nieprzeniknionym wyrazem twarzy.
Otrząsnąwszy się, palcem umoczonym w olejku nakreśliła na jego czole jakiś symbol.
– Przyjmij mój dar. Przyjmij nowe imię.




. . .



Wieża wznosiła się na północ od portu, wysmukła i biała na tle poszarpanych szarych skał.
Na jej szczycie znajdował się niewielki taras, wyposażony w lunetę do obserwacji astronomicznych. Trzy postacie w białych szatach wpatrywały się w usiane gwiazdami niebo.
– Hiroth świeci coraz jaśniej – powiedziała Iglendis ar Vanth, wyciągając rękę. – Co to oznacza według teorii mistrza Tarvusa, Reohanie?
Jej uczeń przymknął oczy, przywołując z pamięci odpowiednią stronę z księgi.
– Że żywioł ognia dominuje teraz w prądach Zmroczy nad innymi żywiołami. Jest to okres sprzyjający prowadzeniu wojen, wszelkim niepokojom oraz dramatycznym wydarzeniom.
– Do jakiej konstelacji należy Hiroth?
– Do Stosu.
– Co oznacza nazwa tej gwiazdy?
– Smoczy Jeździec.
– Bardzo dobrze – skinęła głową Iglendis. – Teraz zanotuj pozycje Hiroth, Asel i Melegeris względem Gwiazdy Północnej. Później wyliczysz, w jakiej konfiguracji w stosunku do materialnego świata znajduje się królestwo salamander oraz wytłumaczysz, w jaki sposób wynika to z układu sfer.
Reohan ar Vithanare, wysoki, jasnowłosy młodzieniec, który wkrótce miał przystąpić do trudnych egzaminów na stopień akolity, posłusznie sięgnął po przyniesioną tabliczkę i rysik.
Iglendis popatrzyła na Opiekuna Miasta. Demetheos ar Kel nadal stał bez ruchu, patrząc w niebo.
– Hiroth istotnie świeci wyjątkowo jasno – powiedział cicho. – To niepokojące. Zwłaszcza w połączeniu z pewnymi informacjami, jakie uzyskałem dzisiaj od salamander. Moja córko, czy patrole w Podziemiach nie zauważyły w ostatnich dniach niczego niepokojącego?
– Nie, mistrzu. – Iglendis natychmiast poczuła, że ogarnia ją napięcie. Teraz już wiedziała, czemu Demetheos wezwał ją razem z uczniem do swojej wieży.
– Zgodnie z tym, co mówią salamandry i co potwierdzają moi szpiedzy, w mieście grasuje co najmniej jeden wysłannik Otchłani – kontynuował sędziwy mag.
– Czy wiadomo, jaką ma misję?
Demetheos zerknął na ucznia, który skończył już notować pozycje gwiazd na tabliczce i przysłuchiwał się rozmowie, wiedząc, że gdyby jego obecność była niepożądana, zostałby odesłany.
– Ty także słuchaj uważnie, uczniu. Zdaniem salamander, Otchłań ma na oku pewien niebezpieczny przedmiot, który znajduje się w mieście, lecz nie wiadomo, gdzie i w czyich rękach. Jest to szklana kula, wewnątrz której uwięziono stado ifrytów.
Reohan westchnął mimo woli. Iglendis zasępiła się.
– Moja córko, dołożyłem starań, aby wyśledzić kulę – podjął Demetheos. – Ponad wszelką wątpliwość znajduje się ona gdzieś w Podziemiach. Homunkulusy gończe poszukują jej na mój rozkaz, lecz istnieje obawa, że wysłannik Otchłani dotrze do niej pierwszy. Dlatego musicie za wszelką cenę go ująć. Jeszcze dziś roześlij po Podziemiach dodatkowe patrole. Niech sprawdzają zarówno zamieszkane, jak i niezamieszkane korytarze. Każda żywa istota, która wyda im się podejrzana, czy będzie to człowiek, czy odmieniec, czy zwierzę, ma zostać pochwycona i sprowadzona do was. Czy chciałeś o coś spytać, uczniu? – Uniósł brew, bo Reohan istotnie wyglądał tak, jakby chciał coś powiedzieć.
Młodzieniec lekko się speszył.
– Czy nie lepiej byłoby śledzić wysłannika, kiedy już wpadniemy na jego trop? Wówczas moglibyśmy za jednym zamachem zgarnąć i jego, i kulę.
Demetheos potrząsnął głową.
– Nie, za duże ryzyko. Trzeba jak najszybciej wyeliminować wysłannika, a równolegle szukać kuli.
– Jak każesz, mistrzu. – Iglendis skłoniła się.
Owinęła się szczelniej białym płaszczem. Czuła chłód. I wcale nie dlatego, że od morza wiał wiatr, szumiąc w gałęziach drzew otaczających wieżę.
Czerwonawa gwiazda Hiroth, Smoczy Jeździec, migotała nad zachodnim horyzontem jak ziarenko żaru.


* * *



Nazwa Doliny Złota na pierwszy rzut oka była myląca – w jej krajobrazie dominowały niegościnne czarne skały, bezwodne kotliny oraz urwiska, gdzie gnieździły się sępy.
Lecz pod górami znajdowały się jaskinie pełne rozmaitych cudów, jakkolwiek niekoniecznie takich, które przypadłyby do gustu śmiertelnikom, choćby i najbardziej chciwym. Charooz, władca Doliny Złota, lubował się w kosztownościach, ale kosztownościach szczególnego rodzaju. Więził dusze w złotych klatkach, wewnątrz rzeźb oraz olbrzymich drogich kamieni. Nawet wśród możnych Otchłani miał opinię snoba.
W swoim dominium najchętniej przybierał postać smoka o karmazynowo-złotych łuskach i czerwonych ślepiach, a mieszkał nie w pałacu, tylko w skalnej pieczarze. Sypiał na posłaniu z monet i klejnotów, a służących nie posiadał, bo im nie ufał.
Pod sklepieniem jaskini unosiła się chmara uwięzionych błędnych ogników. Ich blade światło migotało na piętrzących się pod ścianami skarbach.
Charooz raz jeszcze uważnie przeczytał raport szpiega. Potem odłożył pergamin i zasępił się, myśląc, że chyba jednak nie docenił Sul-Berith i jej niekonwencjonalnych posunięć.
W Otchłani od tysiącleci trwała bezustanna rywalizacja, graniczące ze sobą Doliny stale toczyły boje. Siła każdej z nich zależała przede wszystkim od liczby pochłoniętych dusz, a te trzeba było zdobywać z zachowaniem zasad, tak bowiem funkcjonowała magia spajająca ojczyznę demonów. Nie wystarczyło po prostu zabić śmiertelnika, aby zdobyć jego duszę – to byłoby zbyt proste. Istniały prawa ustanowione dawno temu przez bogów, które chroniły tę hałastrę z ciała i krwi. Dlatego jedna zgrabnie poprowadzona intryga w świecie ludzi mogła znaczyć więcej niż cała kampania wojenna na dole.
Starano się podstępnie nakłaniać śmiertelników do dobrowolnego zaprzedania się w niewolę. Jednak o wiele efektywniej było wykorzystać kogoś – człowieka lub dowolną istotę niebędącą demonem – do zabijania na rzecz Otchłani. W ten sposób demony obchodziły prawo bogów. Magia Otchłani i magia materialnego świata zazębiały się w wystarczającym stopniu, żeby pozwolić na taką, jakże zdradziecką dla ludzi, furtkę.
Może bogowie po prostu tego nie przewidzieli.
Charooz zamyślił się. Stado ifrytów... Gdyby plan Sul-Berith się powiódł, rywalka bez wątpienia mogła liczyć na duże korzyści w krótkim czasie.
Demon zaczął węszyć wśród stert kosztowności, aż znalazł to, czego szukał – złoty posążek przedstawiający kobietę w długiej sukni. Tchnął nań gorącym smoczym oddechem i trzykrotnie wypowiedział imię.
– Jestem, panie – przemówił posążek głosem jego nowej agentki z materialnego świata. – Słucham cię.
Charooz wydał rozkazy, udzielając tak szczegółowych wskazówek, jak było to możliwe.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-03-22 (999 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej