Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Śpiew smoków (K.kieszonkowa)
 
Katalog - dodano
 Wrota Abaddona
- James S. A. Corey
 W ogniu walki
- Marko Kloos
 Mass Effect: Andromeda. Inicjacja
- N.K. Jemisin i Mac Walters
 Dynia i jemioła. Nietypowe historie świąteczne
- Aneta Jadowska
 Nemezis
- James Swallow
 
- skomentowano
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Diamentowe psy/Turkusowe dni'' - Alastair Reynolds



''Diamentowe psy''


Jeden



Spotkałem Childe’a w Pomniku Osiemdziesiątki.
Tego dnia – jak to się czasami zdarzało – prawie całą przestrzeń miałem dla siebie. Mogłem przechadzać się między nawami i nikt mi nie przeszkadzał. Grobową ciszę zakłócał tylko odgłos moich kroków.
Odwiedzałem kapliczkę rodziców. Był to skromny przybytek: gładki obsydianowy klin w kształcie metronomu za wyłączną ozdobę miał dwa portrety – kamee w eliptycznych ramkach. Jedyną ruchomą część stanowiło przytwierdzone u podstawy kapliczki czarne ostrze, które wahało się w lewo i w prawo z dostojną powolnością. Dzięki ukrytym mechanizmom ostrze poruszało się coraz wolniej; początkowo wahnięcie trwało dzień, po pewnym czasie już rok, a w końcu będzie można wykryć ten ruch tylko dzięki bardzo dokładnym pomiarom.
Kiedy obserwowałem ostrze, ktoś zakłócił mi spokój.
– Richardzie, znów odwiedzasz umarłych?
– Kto to? – Rozejrzałem się. Chyba rozpoznawałem głos pytającego, choć nie potrafiłem go od razu przypisać do konkretnej osoby.
– Po prostu jeszcze jeden duch.
Głęboki, drwiący głos nasunął mi różne podejrzenia – chcą mnie porwać?... Zabić?... Uznałem jednak, że nie jestem wart aż tyle zachodu, i przerwałem te pochlebne wyliczanki.
Mężczyzna wyłonił się spomiędzy dwóch kapliczek, znajdujących się nieco za metronomem.
– Mój Boże!
– Teraz mnie poznajesz?
Uśmiechnął się i podszedł bliżej: wysoki, okazały, takim go zapamiętałem. Od naszego ostatniego spotkania stracił diabelskie różki – wtedy były tylko bioinżynieryjnym pretensjonalnym dodatkiem – jednakże miał w wyglądzie coś satanicznego, to skojarzenie niewątpliwie podsycała spiczasta bródka.
Szedł w moją stronę, wzbijając kurz, co sugerowało, że to nie projekcja.
– Myślałem, że nie żyjesz, Rolandzie.
– Nie, Richardzie. – Podszedł na tyle blisko, że mógł mi uścisnąć dłoń. – Ale z pewnością chciałem taki efekt osiągnąć.
– Dlaczego?
– Długa historia.
– Zacznij więc od początku.
Roland Childe oparł dłoń na gładkiej ścianie kapliczki moich rodziców.
– Uznałbym, że raczej nie jest w twoim guście.
– Tyle udało mi się wykłócić, bo proponowano coś bardziej wystawnego i makabrycznego. Ale nie zmieniaj tematu. Co się z tobą działo?
Zdjął rękę ze ściany, zostawiając na niej wilgotny ślad.
– Sfabrykowałem swoją śmierć. Osiemdziesiątka to doskonała przykrywka. Tym lepsza, że wszystko poszło okropnie źle. Nie zdołałbym tego tak zaplanować, nawet gdybym się bardzo starał.
Bez wątpienia, pomyślałem. Wszystko poszło przerażająco źle.
Ponad półtora wieku temu grupa badaczy pod kierunkiem Calvina Sylveste’a odnowiła starą ideę przekopiowania istoty życia do generowanej komputerowo symulacji. Procedura – wówczas w powijakach – miała małą wadę: zabijała obiekt tej operacji. Ale znaleźli się ochotnicy, a moi rodzice przystąpili jako pierwsi i wspierali dzieło Calvina. Udzielili mu politycznego wsparcia, gdy potężne lobby Mikserów sprzeciwiało się projektowi, i znaleźli się w grupie pierwszych zeskanowanych.
A czternaście miesięcy później ich symulacje znalazły się wśród tych, które zepsuły się pierwsze.
Niczego nie udało się zrekonstruować. Większość z Osiemdziesięciu również się zepsuła i obecnie tylko kilka osobowości pozostało nienaruszonych.
– Musisz nienawidzić Calvina za to, co zrobił. – W głosie Childe’a nadal pobrzmiewała drwina.
– A gdybym powiedział, że nie czułem nienawiści? Zdziwiłoby cię to?
– Zatem, dlaczego po tragedii tak głośno występowałeś przeciwko jego rodzinie?
– Bo uznałem, że sprawiedliwości musi stać się zadość. – Odwróciłem się i ruszyłem do wyjścia, ciekaw, czy Childe pójdzie za mną.
– No dobrze, ale ta opozycja dużo cię kosztowała.
Żachnąłem się. Przystanąłem obok czegoś, co przypominało nadzwyczaj realistyczną rzeźbę, ale z pewnością były to zabalsamowane zwłoki.
– Co masz na myśli?
– Oczywiście ekspedycję na Resurgam, zbiegiem okoliczności finansowaną przez Dom Sylveste’ów. Powinieneś brać w tym udział. Na Boga, przecież nazywałeś się Richard Swift! Znaczną część życia poświęciłeś rozmyślaniom o różnych formach obcych cywilizacji. Na statku powinno być dla ciebie miejsce, cholernie dobrze o tym wiesz.
– To nie było takie proste. – Kierowałem się do wyjścia. – Nie mieli zbyt wielu miejsc, a przede wszystkim potrzebowali specjalistów. Biologów, geologów. Gdy zapełnili główne koje, nic nie zostało dla abstrakcyjnych marzycieli takich jak ja.
– A to, że wkurzyłeś całą rodzinę Sylveste, nie miało znaczenia? Nie żartuj, Richardzie.
Zeszliśmy na najniższy poziom pomnika. Pod sufitem atrium kłębiły się rzeźby o ostrych kantach – stado posplatanych metalowych ptaków. Weszła grupa zwiedzających w asyście serwitorów i roju jasnych latających kamer wielkości małych kulek. Childe wkroczył nonszalancko w grupę. Patrzono na niego z irytacją, ale nikt nas nie rozpoznał, choć ja sam mgliście sobie przypominałem parę osób.
– O co chodzi? – spytałem, gdy wyszliśmy na zewnątrz.
– Troska o starego przyjaciela. Cały czas miałem cię na oku i gdy nie zabrano cię na ekspedycję, widziałem, że jesteś ewidentnie zdruzgotany i rozczarowany. Całe życie poświęciłeś rozmyślaniom o obcych. Tak byłeś tym pochłonięty, że przez to zmarnowałeś jedno swoje małżeństwo. Jakżeż ona miała na imię?
Tak głęboko zakopałem wspomnienia o niej, że dopiero duży wysiłek woli umożliwił mi wydobycie jakichkolwiek szczegółów tamtej relacji.
– Celestine. Tak mi się wydaje.
– Od tamtego czasu byłeś w kilku związkach, ale żaden nie przetrwał nawet dekady. Dekada to jak krótki romans w tym mieście.
– Moje życie osobiste to moja prywatna sprawa – odparłem ponuro. – Zaraz, gdzie jest mój wolantor? Zaparkowałem go tutaj.
– Odesłałem go. Pojedziemy moim.
Tam, gdzie zostawiłem swój wolantor, stał teraz większy model w kolorze krwistoczerwonym, z barokową ornamentacją jak barka pogrzebowa. Childe dał znak i pojazd otworzył się jak muszla, odsłaniając luksusowe złote wnętrze z czterema fotelami; na jednym siedziała w niedbałej pozycji ciemna postać.
– O co chodzi, Rolandzie?
– Znalazłem coś. Coś zadziwiającego. Chcę, żebyś wziął w tym udział. Ambitne wyzwanie, w porównaniu z nim wszystkie nasze dotychczasowe gry to bedłka.
– Wyzwanie?
– Według mnie, trudniejszego zadania nie można sobie wyobrazić.
Wzbudził moją ciekawość, ale miałem nadzieję, że się z tym nie zdradziłem.
– Miasto czuwa. Do wiadomości publicznej dostanie się informacja, że odwiedziłem Pomnik i że obu nas nagrały latające kamery.
– Właśnie. – Childe energicznie skinął głową. – Zatem, wsiadając do wolantora, nic nie ryzykujesz.
– A jeśli w pewnym momencie znuży mnie twoje towarzystwo?
– Daję słowo, że cię wypuszczę.
Postanowiłem chwilowo przyjąć jego propozycję. Zajęliśmy dwa frontowe fotele. Usiadłem wygodnie i odwróciłem się do drugiego pasażera. I aż drgnąłem, gdy mu się dokładniej przyjrzałem.
Miał na sobie skórzany płaszcz z wysokim kołnierzem, zakrywającym dolną połowę twarzy. Górną jej część ocieniało duże rondo filcowego kapelusza, opuszczone na czoło. Jednakże to, co było widoczne, wywołało u mnie szok. Srebrna maska, przystojna, acz nijaka, patrzyła z wyrazem cichego, pogodnego spokoju. Oczy – puste srebrne powierzchnie; usta – cienka uśmiechnięta szczelina.
– Doktor Trintignant – powiedziałem.
Wyciągnął do mnie dłoń w rękawiczce i pozwolił, żebym ją uścisnął, tak jak się ściska rękę kobiety. Pod czarną aksamitną rękawiczką wyczułem twardą metalową konstrukcję. Ten metal potrafiłby zmiażdżyć nawet diament.
– Cała przyjemność po mojej stronie – odparł.


* * *



Wolantor wzniósł się w powietrze i barokowa ornamentacja stopniała – teraz kadłub był gładki jak lustro. Childe pchnął kontrolki o rączkach z kości słoniowej, zwiększając wysokość i prędkość. Miałem wrażenie, że lecimy szybciej, niż pozwalają przepisy, i unikamy zwykłych, zatłoczonych korytarzy ruchu. Zastanawiałem się nad tym, jak Childe mnie śledził, badał moją przeszłość i przegnał mojego wolantora z postoju. Sporo zachodu musiało go kosztować zlokalizowanie tego odludka Trintignanta i nakłonienie go do wyjścia z kryjówki.
Wszystko świadczyło o tym, że Childe miał w mieście większe wpływy ode mnie, choć tak długo był tu nieobecny.
– Stare śmieci niewiele się zmieniły – zauważył, nurkując przez gęste skupisko złotawych budynków, ekstrawagancko spiętrzonych niczym pagody z gorączkowego snu cesarza.
– A więc naprawdę wyjechałeś? Mówiłeś mi, że sfingowałeś swoją śmierć, i wtedy pomyślałem, że się po prostu gdzieś ukryłeś.
Odpowiedział z lekkim wahaniem:
– Wyjechałem, ale nie aż tak daleko, jak mógłbyś sądzić. Pojawiły się problemy rodzinne i należało je rozwiązać poufnie. Naprawdę wolałem, żeby mi nie zawracano głowy, nie chciałem wszystkim wyjaśniać, dlaczego potrzebuję trochę spokoju i samotności.
– I najlepiej to załatwiało sfingowanie własnej śmierci?
– Jak powiedziałem, nie mógłbym zaplanować całej sprawy Osiemdziesięciu, nawet gdybym próbował. Oczywiście, musiałem przekupić wielu pomniejszych graczy w tym projekcie i zaoszczędzę ci szczegółów, w jaki sposób dostarczyliśmy ciało... ale wszystko doskonale się udało, prawda?
– Nigdy nie wątpiłem, że zginąłeś wraz z tamtymi.
– Nie chciałem oszukiwać przyjaciół. Włożyłem w to jednak wiele wysiłku i nie mogłem zniweczyć swoich planów z powodu kilku przecieków.
– Byliście wtedy przyjaciółmi? – spytał Trintignant.
– Tak, doktorze. – Childe obejrzał się na niego. – Dawno temu. Richard i ja byliśmy bogatymi dzieciakami, no... względnie bogatymi, i nie mieliśmy zbyt wielu zajęć. Żaden z nas nie interesował się giełdą ani życiem towarzyskim. Interesowały nas tylko gry.
– O, to urocze. A mógłbym zapytać, jakiego rodzaju gry?
– Budowaliśmy symulacje, żeby się nawzajem przetestować. Bardzo skomplikowane światy pełne subtelnych niebezpieczeństw i pokus. Labirynty, zakamarki, tajemne przejścia, zapadnie, lochy i smoki. Spędzaliśmy w środku całe miesiące, doprowadzając się nawzajem do szału. A po wyjściu stamtąd tworzyliśmy jeszcze bardziej skomplikowany system.
– I z czasem wasze drogi się rozeszły? – W syntetycznym głosie doktora pobrzmiewały osobliwe tony piszczałki.
– Tak – odparł Childe. – Ale pozostaliśmy przyjaciółmi. Tylko że Richard mnóstwo czasu poświęcał na wymyślanie coraz dziwniejszych scenariuszy, mentalnie wcielał się w obcych i coraz bardziej interesowała go ich domniemana psychika, która mogłaby się ujawnić podczas rozwiązywania problemów. A dla mnie ciekawe było samo granie, a nie konstrukcja gier. Niestety, Richard przestał tworzyć dla mnie interesujące problemy.
– W grach zawsze byłeś znacznie lepszy ode mnie – stwierdziłem. – W końcu prawie niemożliwe stało się wymyślenie dla ciebie czegoś wystarczająco trudnego. Zbyt dobrze wiedziałeś, w jaki sposób pracuje mój umysł.
– Uważa się za nieudacznika – rzucił Childe przez ramię, odwracając się do doktora.
– Jak my wszyscy – odparł Trintignant. – I należy przyznać, że ma to pewne uzasadnienie. Nigdy nie pozwolono mi doprowadzić moich kontrowersyjnych projektów do logicznego końca. Ciebie, panie Swift, nie akceptowali ci, którzy – według twojej oceny – powinni się poznać na wartości twojej pracy w dziedzinie spekulatywnej psychologii obcych. A ty, panie Childe, nigdy nie spotkałeś trudności na miarę swego niewątpliwego talentu.
– Nie sądziłem, doktorze, że w ogóle zwracasz na mnie uwagę.
– Ani ja. To wszystko wywnioskowałem, gdy cię spotkałem.
Wolantor opadł poniżej poziomu gruntu i wleciał do jasno oświetlonego centrum handlowego, pełnego sklepów i butików. Z niefrasobliwą łatwością Childe śmignął między napowietrznymi przejściami, a potem wprowadził pojazd w ciemny tunel boczny. Przyśpieszył. Szybkość wyczuwałem tylko dzięki temu, że obserwowałem miganie czerwonych lamp osadzonych w ścianach. Z rzadka mijały nas inne pojazdy, ale potem, po kilku rozgałęzieniach tunelu, cały ruch zniknął. Panował tu mrok i gdy reflektory wolantora przesuwały się po ścianach, widzieliśmy na nich brzydkie pęknięcia i połacie odłażącej powłoki. Te stare podziemne korytarze pochodziły z najwcześniejszej epoki miasta, zanim jeszcze zbudowano kopułę nad kraterem.
Przed wlotem do tunelu rozpoznałem tę część miasta, ale teraz czułem się zupełnie zagubiony.
– Doktorze, czy według ciebie Childe zebrał nas tu razem, żeby szydzić z naszych porażek? – Czułem niepokój, choć dodawałem sobie odwagi.
– Uznałbym taką wersję, gdyby on sam nie był ewidentnie skażony takimi samymi porażkami.
– Więc musi być inny powód.
– Który z czasem wyjawię – oznajmił Childe. – Tylko proszę o cierpliwość. Skontaktowałem się nie tylko z wami dwoma.


* * *



Dotarliśmy na miejsce.
Do jaskini w kształcie niemal idealnej półkuli, której wielki sufit wznosił się na wysokość ponad trzystu metrów. Z pewnością znajdowaliśmy się pod powierzchnią Yellowstone. Możliwe, że nawet przekroczyliśmy linię ścian krateru – więc mieliśmy nad sobą tylko trujące niebo.
Ta komora była jednak zamieszkana.
Ze sklepienia usianego mnóstwem lamp lało się syntetyczne dzienne światło. Pośrodku komory leżała wyspa otoczona niegościnną fosą. Na ląd prowadził jeden biały most w kształcie olbrzymiej kości udowej. Na wyspie rósł gęsty las smukłych, ciemnych topoli, częściowo przysłaniających jasną konstrukcję pośrodku wyspy.
Childe osadził wolantor nad brzegiem wody i poprosił nas, żebyśmy wysiedli.
– Gdzie jesteśmy? – Wyszedłem z pojazdu.
– Spytaj miasto, to sam się dowiesz – poradził Trintignant.
Zrobiłem to, ale nie tego się spodziewałem. Przez chwilę mia-łem w głowie szokującą neuronalną pustkę, jakby mi niespodziewanie coś w tym miejscu wycięto. Usłyszałem chichot doktora – arpeggio na organach.
– Znaleźliśmy się poza serwisami miejskimi, gdy tylko wsiedliśmy do jego wehikułu.
– Nie ma powodu do niepokoju – stwierdził Childe. – Usługi miejskie są niedostępne, ale tylko dlatego, że zależy mi na tym, żeby to miejsce pozostało tajne. Gdybym przypuszczał, że to cię zszokuje, uprzedziłbym cię.
– Rolandzie, byłbym ci bardzo wdzięczny przynajmniej za ostrzeżenie – rzekłem.
– Czy wtedy zmieniłbyś swoją decyzję i nie przyjechał ze mną?
– Niewykluczone.
Jego śmiech rozbrzmiał echem, które ujawniło osobliwą akustykę pieczary.
– W takim razie, czy jesteś w ogóle zdziwiony, że ci nie powiedziałem?
Zwróciłem się do Trintignanta:
– A ty, doktorze?
– Muszę przyznać, że używam miejskich serwisów w sposób równie ograniczony jak ty, Swift, choć mam inne powody.
– Poczciwy doktor musiał się przyczaić – wyjaśnił Childe. – Nie mógł więc uczestniczyć aktywnie w sprawach miasta, jeśli nie chciał, żeby go wytropiono i zamordowano.
Przytupywałem, bo zrobiło mi się zimno.
– Dobrze. Co teraz?
– Krótka jazda do domu – odparł Childe, spoglądając w stronę wyspy.


* * *



Hałas wyraźnie się zbliżał: nienowoczesne dudnienie z towarzyszeniem dziwnego rytmicznego bębnienia; żadna znana mi maszyna nie wydawała takiego dźwięku. Spojrzałem na most. Przypuszczałem, że most jest rzeczywiście tym, na co wygląda – gigantyczną, wykonaną metodami bioinżynierii kością z wyprofilowaną płaską jezdnią. Coś się po niej zbliżało. Ciemny, skomplikowany, nieznany mi twór, przypominający na pierwszy rzut oka żelazną tarantulę.
Poczułem, jak jeżą mi się włoski na karku.
Tuż za mostem obiekt gwałtownie skręcił w naszą stronę. Napęd zapewniały mu dwa mechaniczne czarne konie. Wymizerowane czarne maszyny, o krzepkich tłokowych kończynach, parskały i wypuszczały parę z wlotów. Omiotły nas złośliwe czerwone laserowe oczy. Konie były przypięte do czterokołowej karety, nieco większej od wolantora. Nad nią przycupnął bezgłowy humanoidalny robot. Rękami jak szkielety trzymał kable sterujące, zanurzone w stalowych karkach koni.
– To po to, by wzbudzić w nas zaufanie? – spytałem.
– Stara rzecz, od dawna jest w rodzinie – wyjaśnił Childe. Otworzył czarne drzwi karety. – Mój wuj Giles robił automaty. Niestety... z powodów, o których później... był to kawał nieszczęsnego drania. Ale niech cię to nie zraża.
Pomógł nam wsiąść, a potem on również wsiadł, zamknął szczelnie dach i zapukał w sufit. Usłyszałem parsknięcie mechanicznych koni. Podkowy ze stopu niecierpliwie uderzały o grunt. Ruszyliśmy. Pojazd zakręcił i wspinał się po łagodnym łuku kościanego mostu.
– Czy podczas twojej nieobecności, Rolandzie, przebywałeś tu cały czas? – spytał Trintignant.
Childe skinął głową.
– Od kiedy powstał ten rodzinny interes, pozwalałem sobie na okazjonalne wizyty w mieście, takie jak dzisiaj. Ale starałem się ograniczać te wyprawy do minimum.
– Kiedy się ostatni raz widzieliśmy, miałeś chyba rogi? – spytałem.
Potarł gładką czaszkę, w miejscu gdzie kiedyś wyrastały rogi.
– Musiałem je usunąć. Przeszkadzały mi w kamuflażu.
Przejechaliśmy przez most, potem ścieżką między wysokimi drzewami, które kryły strukturę wyspy. Kareta zatrzymała się precyzyjnie przed budynkiem. Po raz pierwszy mogłem zobaczyć niczym nieprzesłonięty widok naszego celu podróży. Nie zasługiwał na oklaski. Architektura chaotyczna. Może na początku charakteryzował się symetrią, ale zatarły ją liczne przybudówki i modyfikacje. Na wielokrotnie załamanym dachu wyrastała plątanina iglic, wieżyczek i zapadni do ponurych lochów. Te wszystkie ozdobniki zbiegały się pod różnymi kątami, pochodziły z różnych epok i często kłóciły się stylem. Od naszego przybycia do jaskini górne światła przygasły, naśladując nadchodzący zmierzch, ale w budynku świeciło się tylko w nielicznych oknach, w skrzydle po lewej stronie. Pozostała część domu miała w sobie coś złowieszczego – blade, kamienne mury, nieregularne konstrukcje i dużo mrocznych okien. Wyglądała jak sterta czaszek.
Już mieliśmy wychodzić z karety, gdy z domu wyłoniła się grupa powitalna. Zespół serwitorów – humanoidalnych robotów domowych; w samym mieście każdy by się z nimi czuł bezpiecznie, ale te zostały przebudowane w taki sposób, by przypominały upiorne szkielety albo bezgłowych rycerzy. Ich mechanizmy zepsuto – postacie kulały i skrzypiały – a krtanie im wyłączono.
– Ten twój wujek miał dużo wolnego czasu – zauważyłem.
– Polubiłbyś Gilesa. Był przezabawny.
– Muszę ci chyba uwierzyć na słowo.
Serwitory szły z nami do centralnej części domu, a potem poprowadziły nas labiryntem zimnych, ciemnych korytarzy.
W końcu doszliśmy do dużego pokoju o ścianach wyłożonych miękkim, czerwonym aksamitem. W jednym rogu stał holoklawikord z otwartym zeszytem nutowym nad rzutowaną klawiaturą. Było tam też kilka regałów wypełnionych książkami, malachitowy sekretarzyk, żyrandol, trzy mniejsze kandelabry i dwa gotyckie kominki – w jednym trzaskał prawdziwy ogień. Głównym meblem był jednak mahoniowy stół, przy którym siedziało troje gości.
– Przepraszam, że musieliście czekać. – Childe zamknął solidne drewniane drzwi. – Teraz nastąpi prezentacja.
Tamci spojrzeli na nas z dość słabym zainteresowaniem.
Jedyny mężczyzna wśród nich miał misternie ornamentowany egzoszkielet: przeładowaną elementami konstrukcję, złożoną z rozpórek, płyt na zawiasach, kabli i serwomechanizmów. Twarz była papierową maską śmiertelnie białej skóry naciągniętej na czaszkę; na ostrych kościach policzkowych biel skóry przechodziła w czerń. Oczy ukrywał za goglami, a włosy stanowiła wiązka czarnych dredów.
Od czasu do czasu wdychał coś ze szklanej fajki połączonej z miniaturową rafinerią – bąbelkującymi aparatami stojącymi przed nim na stole.
– Pozwolę sobie przedstawić kapitana Forqueraya – powiedział Childe. – Kapitanie, to Richard Swift i... hmm... doktor Trintignant.
– Miło mi cię poznać, kapitanie. – Pochyliłem się nad stołem, by podać mu dłoń. Zrewanżował się zimnym uściskiem kałamarnicy.
– Kapitan jest Ultrasem, dowodzi światłowcem „Apollyon”, obecnie na orbicie wokół Yellowstone – wyjaśnił Childe.
– Obawiasz się, doktorze? – spytał Forqueray. Głos miał jednocześnie głęboki i niedoskonały, jak ton pękniętego dzwonu.
– Nie, po prostu jestem ostrożny. Powszechnie wiadomo, że mam wrogów wśród Ultrasów.
Trintignant zdjął kapelusz i delikatnie poklepał się po ciemieniu, jakby wygładzał niesforne włosy. Na czaszce miał wyrzeźbione srebrne fale – upodobnił się tym do rokokowego fircyka w peruce zanurzonej w rtęci.
– Wszędzie masz wrogów, doktorze – odparł Forqueray między kolejnymi inhalacjami. – Ale nie żywię do ciebie osobistej niechęci z powodu twoich potwornych uczynków i zapewniam, że moja załoga potraktuje cię z podobną kurtuazją.
– To bardzo uprzejme z twojej strony. – Trintignant podał wreszcie dłoń Ultrasowi, ale tylko na moment, dyktowany przez grzeczność. – Co jednak ma do mnie twoja załoga?
– Nieważne – wtrąciła jedna z kobiet. – Kim jest ten facet i dlaczego wszyscy go nienawidzą?
– Pozwolę sobie przedstawić Hirz. – Childe wskazał kobietę, która się przed chwilą odezwała. Była mała, jak dziecko, ale miała twarz dojrzałej kobiety. Nosiła ascetyczne obcisłe ubranie, co tylko podkreślało jej drobną figurę. – Hirz jest... z braku lepszego określenia... najemnikiem.
– Wolę o sobie myśleć jako o specjaliście od wydobywania informacji. Specjalizuję się w potajemnej infiltracji bogatych i ustosunkowanych klientów korporacyjnych w Migotliwej Wstędze. Czasami jest to fizyczne szpiegowanie. Głównie jednak zajmuję się tym, co kiedyś nazywano hakerstwem. I jestem w tym cholernie dobra. – Upiła łyk wina. – Ale dosyć o mnie. Kto to jest ten srebrny laluś i co Forqueray miał na myśli, mówiąc o potwornych uczynkach?
– Mówisz serio, Hirz? Nie jest ci znana reputacja Trintignanta? – spytałem.
– Posłuchaj, dałam się zamrozić między kolejnymi zleceniami. Czyli ominęło mnie wiele gówna, które zalało Chasm City. Zatem wyklaruj mi to.
Wzruszyłem ramionami i zerkając na doktora, powiedziałem, co o nim wiem.
O wczesnym etapie jego kariery w eksperymentalnej cybernetyce, o tym, jak jego sława nieustraszonego innowatora przyciągnęła uwagę Calvina Sylveste’a.
Calvin zatrudnił Trintignanta w swojej grupie badawczej, ale ich współpraca nie układała się najlepiej. Doktor chciał znaleźć szczytową formę połączenia ciała i maszyny, stało się to jego obsesją. Niektórzy uznali to za perwersję. Wybuchł skandal – eksperymentowano z ludźmi bez ich pozwolenia – i Trintignant był zmuszony odejść z grupy, ponieważ nawet Calvin uznał jego metody za zbyt ekstremalne.
Doktor zapadł się więc pod ziemię i kontynuował swoje makabryczne eksperymenty z jedynym pozostałym mu obiektem: z samym sobą.
– Zobaczmy, kogo tu mamy – powiedziała ostatnia zaproszona osoba. – Obsesyjnego cyberuczonego, który nie osiągnął sukcesu i który lubi ekstremalne modyfikacje. Specjalistkę od włamań, z talentem do włamywania się do dobrze zabezpieczonych – i niebezpiecznych – środowisk. Faceta, który ma do swojej dyspozycji statek z załogą.
Potem spojrzała na Childe’a, a wtedy ja zerknąłem na nią. Mia-ła piękny, delikatny profil. Znałem go. Idealnie czarne jak przestrzeń kosmiczna włosy były odgarnięte do tyłu i spięte ozdobną broszą, która migotała pastelowymi iskierkami jak gwiezdne konstelacje. Kim jest ta kobieta? Byłem pewien, że spotkaliśmy się już parę razy. Może odwiedzając zmarłych, minęliśmy się w tłumie w Pomniku Osiemdziesiątki?
– I Childe – kontynuowała. – Mężczyzna słynny kiedyś z tego, że podejmował skomplikowane wyzwania. Od dawna uznany za zmarłego. – Przeszyła mnie wzrokiem. – I wreszcie ty.
– Chyba cię znam – powiedziałem. Miałem jej imię na końcu języka.
– Oczywiście, że mnie znasz. – Spojrzała na mnie z pogardą. – Jestem Celestine. Kiedyś byliśmy małżeństwem.





''Turkusowe dni''

Jeden



Naqi Okpik poczekała, aż siostra mocno zaśnie, a potem weszła na zabezpieczony poręczami balkon wokół gondoli.
Najlepsza w ostatnich miesiącach cicha i ciepła noc. Nawet wywołany ruchem sterowca wietrzyk, cieplejszy niż zwykle, muskał policzek łagodnym tchnieniem czułego kochanka. W górze oba księżyce zbliżały się do pełni – skrywał je jednak wór próżniowy sterowca. Sto metrów poniżej pobłyskiwały mikroskopijne stworzenia, a wielkie ich ławice rysowały galaktyki na tle głębokiej czerni morza. Spirale, zębate strzałki i gałęzie luminescencji kręciły się i zwijały, jakby w takt niesłyszalnej melodii.
Naqi spojrzała w tył, gdzie zasobnik czujnikowy, osłonięty ceramiką, wycinał skrzącą się bruzdę. W kilwaterze zasobnika mrugały kolory: róż, rubin i wściekła zieleń. Od czasu do czasu barwy zmieniały położenie gwałtownym ruchem przypominającym lot zimorodków. Naqi, jak zwykle czujnie, wyczekiwała na coś niezwykłego w ruchach chochlików-gońców, cokolwiek zasługującego na wzmiankę w bieżącej gazetce, a może nawet na pełny artykuł w poważnym czasopiśmie poświęconym badaniom nad Żonglerami. Dziś jednak nie działo się nic osobliwego, żadnych nowych godnych skatalogowania wzorców zachowań, które mogłyby wskazywać na znaczącą aktywność Żonglerów Wzorców.
Po balkonie przeszła na rufę sterowca, gdzie na długim holu ze światłowodu zaczepiono podwodny zasobnik czujnikowy. Wyciągnęła z kieszeni długą składaną pałeczkę, rozpostarła jednym ruchem – rzekłbyś: kurtyzana rozpościera swój wachlarz – i pomachała nią przy wyciągarce. Domyślny obraz – akwarelę z liliami i morskimi smokami – zastąpiły tablice liczb, wijące się wykresy i drżące histogramy. Rzutem oka oceniła, że nie ma w nich nic zaskakującego, ale zebrane dane utworzą użyteczny zestaw kalibracyjny dla innych eksperymentów. Naqi, składając wachlarz – delikatnie, kosztował bowiem niemal tyle co sterowiec – przypomniała sobie, że już upłynął dzień od chwili, gdy odebrała ostatnią porcję przychodzących wiadomości. Podczas poprzedniej ekspedycji połączenie między anteną a gondolą zgniło i od tamtego czasu odbieranie wiadomości stało się harówką; siostry zasadniczo odbierały je na przemian – czasami jedna godziła się wykonywać tę czynność poza swoją kolejką – w zamian druga oddawała się jakiemuś niewygodnemu dla niej zajęciu.
Naqi chwyciła za poręcz i przerzuciła się na jej drugą stronę, z tyłu sterowca. Tutaj wór próżniowy zwisał tylko metr nad gondolą, a przymocowana do niego drabinka pozwalała się wspiąć wokół przewieszki i wydostać na płaski wierzch pojazdu. Naqi poruszała się ostrożnie, stawiała bose stopy na zardzewiałych szczeblach i starała się jak najmniej przeszkadzać Minie. Sterowiec lekko się kołysał i skrzypiał, kiedy na wierzchu wora łapała równowagę, ale wkrótce znowu ucichł i znieruchomiał. Silniki sterowca pracowały tak cicho, że Naqi już dawno temu odfiltrowała ich dźwięk ze swej świadomości.
Panował idealny spokój.
W świetle księżyca antena wyglądała jak pojedynczy kwiat wyrastający z szerokiej tylnej części powłoki. Naqi ruszyła ku niej wąskim, ogrodzonym poręczami pomostem. Szła coraz pewniej i czuła znacznie mniejsze zawroty głowy, niż odczuwałaby w świetle dnia.
Wtem zamarła, miała wrażenie, że ktoś ją obserwuje.
Dokładnie na skraju pola widzenia Naqi pojawił się chochlik-goniec. Uniósł się na wysokość sterowca i teraz leciał za nim w odległości dziesięciu czy dwunastu metrów. Naqi westchnęła, jednocześnie zachwycona i zdenerwowana. Jeśli nie liczyć martwych okazów, po raz pierwszy zobaczyła chochlika z tak bliska. Organizm o kształcie i rozmiarach ziemskiego kolibra jarzył się niczym latarnia. Naqi rozpoznała go natychmiast – to był długodystansowy nośnik pakietów. Będzie miał brzuch wypchany danymi zakodowanymi w ciasno upakowane zwitki RNA, zamknięte w mikroskopijnych proteinowych kapsomerach. Głowa nośnika pakietów miała kształt gładkiej łzy ozdobionej świetlistymi, pastelowymi markerami i była pozbawiona innych cech charakterystycznych, z wyjątkiem pary oczu, osadzonych ponad linią środka. Wewnątrz znajdowała się grupa neuronów, w której zakodowano pozycje najjaśniejszych gwiazd okołobiegunowych. Prócz tego chochliki miały jedynie bardzo szczątkową inteligencję. Istniały po to, by transportować informacje między węzłowymi punktami oceanu, kiedy zwykłe drogi sygnalizacji chemicznej uznano za zbyt wolne lub niedokładne. Chochlik umrze, gdy dotrze do punktu przeznaczenia, skonsumowany przez mikroskopijne organizmy, które rozplączą i przetworzą informację zmagazynowaną w kapsomerach.
A jednak Naqi miała nieodparte wrażenie, że chochlik obserwuje właśnie ją, nie sterowiec. Od tej czujnej ciekawości zjeżyły jej się włoski na karku. I wtedy – akurat w chwili, gdy uczucie bycia obserwowaną stało się niepokojące – chochlik ostro odbił od sterowca. Naqi patrzyła, jak schodzi znowu ku oceanowi, a potem sunie nad powierzchnią wody, podskakując od czasu do czasu jak rzucony na płask kamień. Pozostała w bezruchu jeszcze kilka minut, przekonana, że stało się coś ważnego, chociaż również świadoma tego, jak subiektywne było to doświadczenie, jak niewielkie wrażenie by wywarło na Minie, gdyby jutro je zrelacjonowała. Bo przecież to Minę łączyły specjalne więzy z oceanem, prawda? To Mina po nocach drapała swe ramiona. To Mina miała zbyt wysoki współczynnik koherencji, by dopuszczono ją do korpusu pływaków. Zawsze Mina.
Naqi nigdy.
Metrowy dysk anteny osadzono na przysadzistym postumencie z mnóstwem odpornych na pogodę kontrolek i displejów. Ta technologia sprzed wieku pochodziła ze statku „Pelikan”, podobnie jak sterowiec i wachlarz. Wiele kontrolek i displejów nie działało, ale urządzenie nadal mogło podłączyć się do funkcjonujących satelitów. Naqi otworzyła wachlarz i skopiowała najnowsze wiadomości do jego wolnej pamięci. Potem uklękła przy postumencie, rozpostarła wachlarz na kolanach i przejrzała listy i streszczenia wiadomości z ubiegłego dnia. Garstka meldunków nadeszła od przyjaciół z miast śnieżynkowych Prachuap Pagnirtungu i Umingmaktoku. Była wiadomość od dawnej sympatii ze stacji korpusu pływaków na atolu Narathiwat. Chłopak przysłał jej listę kawałów, które już od pewnego czasu były powszechnie znane. Przeglądała je, raczej się krzywiąc niż uśmiechając, aż znalazła dowcip, przy którym się zaśmiała – wcześniej go przeoczyła. Przysłano kilkanaście streszczeń wypowiedzi na różnych grupach dyskusyjnych o tematyce Żonglerów i prośbę od wydawcy czasopisma, by zrecenzowała jeden z artykułów. Naqi przeczytała streszczenie artykułu i pomyślała, że prawdopodobnie zdoła napisać recenzję.
Przejrzała pozostałe wiadomości. Znalazła notatkę doktora Sivaraksy – informował, że jej formalne podanie o pracę przy projekcie Fosa nadeszło i jest w trakcie rozpatrywania. Nie było oficjalnego wywiadu, ale Naqi spotkała Sivaraksę kilka tygodni wcześniej, gdy oboje akurat byli w Umingmaktoku. Sivaraksa w czasie spotkania raczej ją zachęcał, choć Naqi nie potrafiła stwierdzić, czy dlatego, że zrobiła na nim dobre wrażenie, czy też może dlatego, że właśnie wymienił swego tasiemca na miłego i nowego. W obecnej wiadomości Sivaraksa stwierdzał, że może się spodziewać odpowiedzi w swojej sprawie za dzień czy dwa. Naqi leniwie zastanawiała się, jak powiadomi Minę, jeśli dostanie tę pracę. Mina krytycznie odnosiła się do całego pomysłu z Fosą i prawdopodobnie nie spojrzy przychylnie na fakt, że siostra ma z nim coś wspólnego.
Dalej natknęła się na list uczonego z Qaanaaq – prosił o dostęp do pewnych danych kalibracyjnych, które uzyskała tego lata. Potem zobaczyła cztery czy pięć automatycznych prognoz pogody, szkice dwóch artykułów, w których miała coś napisać, i zaproszenie na przyjacielski rozwód Kugluktuka i Gjoi, planowany za trzy tygodnie. Wreszcie następowało streszczenie ostatnich wiadomości globalnych – plik nadzwyczaj duży – a potem nie było już nic. Od ośmiu godzin nie nadeszła ani jedna wiadomość.
Nie było w tym nic szczególnie niezwykłego – szwankująca sieć ciągle się psuła – ale po raz drugi tego wieczoru Naqi poczuła na karku dreszcz. Coś się musiało wydarzyć, pomyślała.
Otworzyła streszczenie wiadomości i zaczęła czytać. Pięć minut później budziła Minę.


* * *



– Chyba wolałabym w to nie wierzyć – oznajmiła Mina Okpik.
Naqi popatrzyła na niebo, przywołując dziecięcą znajomość gwiazd. Z nieznacznymi poprawkami wynikającymi z paralaksy, stare konstelacje widziane z Turkusa, wyglądały mniej więcej tak samo jak na Ziemi.
– Myślę, że to to.
– Co takiego? – spytała Mina, nadal senna.
Naqi machnęła ręką, wskazując nieokreślony kawałek nieba między Skorpionem a Herkulesem.
– Wężownik. Gdybyśmy miały oczy wystarczająco wrażliwe, teraz byśmy go widziały: mały fiut niebieskiego światła.
– Mam już dość małych fiutów – oznajmiła Mina, obejmując ramionami kolana.
Miała tak samo idealnie czarne włosy jak Naqi, ale ostrzyżone na jeża, co powodowało, że wyglądała młodziej lub starzej, zależnie od oświetlenia. Włożyła czarne szorty i bluzkę bez rękawów. Fosforyzujące tatuaże w kolorze szmaragdu i indygo otaczały spiralami losowo rozmieszczone łaciate ślady grzybiczej inwazji, które pokrywały jej ramiona, uda, szyję i policzki. W świetle pełnego księżyca wzory grzybicze same nieco fosforyzowały, również mieniły się odcieniami szmaragdu i indygo. Na ciele Naqi nie było tatuaży i miała ona niewiele własnych wzorców grzybiczych. Nic nie mogła na to poradzić – trochę zazdrościła siostrze tych ozdób.
– Ale, mówiąc poważnie, nie sądzisz, że to może być pomyłka? – kontynuowała Mina.
– Nie, nie sądzę. Odkryli to przed tygodniami, ale siedzieli cicho, żeby przeprowadzić więcej pomiarów.
– Jestem zaskoczona, że nie krążyły żadne pogłoski.
Naqi skinęła głową.
– Dość dobrze to ukrywali. Co nie oznacza, że nie będzie mnóstwa kłopotów.
– Hm. I myślą, że ta blokada informacyjna pomoże?
– Sądzę, że oficjalny ruch nadal się odbywa. Po prostu nie chcą, żeby wszyscy zapychali sieć niekończącymi się spekulacjami.
– Raczej nie można nas za to winić. Przecież wszyscy zajmą się zgadywaniem.
– Może wkrótce się przedstawią – powiedziała z powątpiewaniem Naqi.
Podczas ich rozmowy sterowiec wleciał nad strefę morza w za-sadzie pozbawioną fosforyzującego życia na powierzchni. Strefy tego typu były niemal równie powszechne jak obszary węzłowe, gdzie sieć była najgęstsza. Przypominały ziejące pustki pomiędzy skupiskami galaktyk. Kilwater zasobnika czujnikowego stał się niemal niewidoczny, a sterowiec otoczyła zupełna ciemność, przerywana tylko światełkami bezmyślnych chochlików-gońców.
– A jeśli tego nie zrobią? – spytała Mina.
– Wtedy, jak przypuszczam, mamy znacznie większe kłopoty, niżbyśmy chcieli.
Pierwszy raz od stulecia do Turkusa zbliżał się statek, rozpoczynał hamowanie, wytracał szybkość podróży międzygwiezdnych. Żagiew światłowca była skierowana wprost ku układowi Turkusa. Pomiary dopplerowskiego przesunięcia płomienia wskazywały, że statek nadal miał przed sobą dwa lata lotu, ale na Turkusie taki czas się nie liczył. Statek musiał jeszcze się przedstawić i nawet jeśli się okaże, że ma tylko dobroczynne intencje – może chce na krótko się zatrzymać na wymianę handlową? – trudno przewidzieć, jaki to będzie miało wpływ na społeczeństwo Turkusa. Wszyscy pamiętali kłopoty, które nastąpiły po przybyciu „Bezbożnego Pelikana”. Kiedy Ultrasi wprowadzili statek na orbitę, poniżej zrobiło się niespokojnie. Szpiedzy sabotowali lukratywne interesy handlowe. Miasta walczyły o prestiż, rywalizując o techniczne kąski. Dochodziło do pośpiesznych małżeństw i równie pośpiesznych separacji. Wiek później stare nieprzyjaźnie tliły się jeszcze tuż pod powierzchnią serdecznej polityki międzymiejskiej.
Tym razem wcale nie będzie lepiej.
– Posłuchaj – powiedziała Mina. – To wcale nie musi być aż tak złe. Może nawet nie będą chcieli z nami rozmawiać. Chyba około siedemdziesięciu lat temu przeleciał przez nasz układ statek i nawet nie zapytał o pozwolenie?
Naqi przyznała siostrze rację – wspominano o tym w bocznej ramce jednego z głównych artykułów.
– Mieli kłopoty z silnikiem, czy coś takiego. Ale eksperci mówią, że tym razem nic nie wskazuje na takie kłopoty.
– Zatem przylecieli handlować. Co możemy im oferować, czego nie mieliśmy zeszłym razem?
– Przypuszczam, że niewiele.
Mina skinęła głową.
– Kilka dzieł sztuki, które prawdopodobnie nie zniosą dobrze podróży. Komu, komu, dziesięciogodzinne symfonie na flet nosowy? – Skrzywiła się. – Mówi się, że są produktem mojej kultury, ale nawet ja ich nie znoszę. Co jeszcze? Garstka odkryć na temat Żonglerów, które najprawdopodobniej zostały powielone gdzie indziej, w kilkunastu miejscach. Technika, medycyna? Nic z tych rzeczy.
– Na pewno myślą że mamy coś, po co warto tu przylecieć – odparła Naqi. – Nie znamy ich motywacji, ale wystarczy jedynie poczekać i się przekonać. To tylko dwa lata.
– Myślałam, że to dla ciebie za długo – powiedziała Mina.
– Tak naprawdę...
Mina zamarła.
– Spójrz!
Coś przemknęło obok w mroku, daleko w dole – kilka takich samych błysków, potem kilkanaście, a potem cała jasna eskadra. Naqi uświadomiła sobie, że to chochliki-gońcy; nigdy nie widziała ich aż tylu naraz – teraz najwidoczniej mknęły z posłaniem w tej samej sprawie. Gdy się je obserwowało na tle ciemnego oceanu, wywierały hipnotyczny wpływ: zakręcały i falowały, zamieniały się pozycjami, od czasu do czasu odbijały daleko od głównego stada, a potem łukiem wracały do ławicy. Jeden ponownie wzleciał na wysokość sterowca, trwał tam kilka chwil na rozłożonych skrzydłach, a następnie szybko się oddalił i dołączył do innych. Rój się cofał, stał się zwartą kulą świetlików, a potem jedynie bladą okrągłą plamą. Naqi śledziła ją wzrokiem, aż była pewna, że ostatni chochlik przepadł wśród nocy.
– Łał – powiedziała cicho Mina.
– Czy kiedyś widziałaś coś podobnego?
– Nigdy.
– Trochę dziwne, że to się wydarzyło akurat dziś w nocy, nie sądzisz?
– Nie bądź głupia – odparła Mina. – Żonglerzy nie mogą wiedzieć o statku.
– Nie ma pewności. Większość ludzi słyszała o tym statku wiele godzin temu. Ktoś mógł w tym czasie pływać.
Mina rozważała argument młodszej siostry.
– Mimo to, przepływ informacji zazwyczaj nie jest taki wyraźny. Żonglerzy magazynują wzorce, ale rzadko wykazują oznaki zrozumienia ich rzeczywistej zawartości. Mamy do czynienia z nierozumnym biologicznym systemem archiwizującym. To muzeum bez kustosza.
– To tylko jeden z poglądów.
– Bardzo bym chciała zobaczyć dowód, że jest inaczej.
– Myślisz, że trzeba spróbować polecieć za nimi? Wiem, że nie możemy śledzić chochlików na większe odległości, ale mogłybyśmy jeszcze lecieć przez kilka godzin, dopóki akumulatory się nie wyczerpią.
– Niewiele byśmy się dowiedziały.
– Nie mamy pewności, dopóki nie spróbujemy – odparła Naqi, zgrzytając zębami. – Słuchaj, może warto spróbować? Wnioskuję, że rój porusza się trochę wolniej od pojedynczego chochlika. Przynajmniej byłoby o czym pisać w sprawozdaniu.
Mina potrząsnęła głową.
– Mamy tylko jedną obserwację i kilka hipotez. Wiesz, że nie możemy opublikować czegoś takiego. I w każdym razie, jeśli założymy, że rój chochlików ma coś wspólnego ze statkiem, dziś wieczorem będą setki podobnych widoków.
– Pomyślałam właśnie, że dzięki temu nasze umysły oderwą się od wiadomości o statku.
– Może. Ale również mogłybyśmy się przez to spóźnić do naszego celu. To byłoby niewybaczalne. – Mina ściszyła głos. Usiłowała mówić bardzo rozsądnie. – Posłuchaj, rozumiem twoją ciekawość. Też ją czuję. Ale możliwe, że to albo fenomen przypadkowy, albo zjawisko globalne, które wszyscy inni będą mogli zbadać znacznie lepiej od nas. W obu wypadkach nie wniesiemy nic użytecznego, więc możemy równie dobrze o tym zapomnieć. – Potarła odbarwienia na przedramieniu, śledząc palcami zadziory i wiry w perskim wzorze. – A ja jestem zmęczona i czeka nas kilka pracowitych dni. Zanotujmy to zjawisko i przejdźmy nad tym do porządku dziennego, dobrze?
– Zgoda – odparła Naqi.
– Przykro mi, ale po prostu wiem, że tylko zmarnowałybyśmy czas.
– Mówię „zgoda”.
Naqi wstała i oparła się o poręcz, biegnącą przez całą długość tylnej części sterowca.
– Dokąd idziesz?
– Spać. Jak powiedziałaś, czeka nas pracowity dzień. Głupio tracić czas na pogoń za przypadkowym zjawiskiem.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-04-15 (965 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej