Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Wyprawa Kedrigerna
 
Katalog - dodano
 Bramy Światłości, tom 3
- Maja Lidia Kossakowska
 Ziemia złych uroków. Tom I
- Jacek Kloss
 Lucyfer
- Jennifer L. Armentrout
 Heroina
- Mons Kallentoft
 Czarownica
- Małgorzata Lisińska
 
- skomentowano
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Wszyscy Martwi razem'' - Charlaine Harris



Rozdział pierwszy



Dziś wieczorem wampirzy bar w Shreveport miał zostać otwarty później. Pośpiesznie wysiadłam z auta i odruchowo skierowałam się do drzwi frontowych, tych dla gości, lecz tam natknęłam się na jednoznaczną informację – czerwone gotyckie litery układały się na białej tekturze w napis: „DZIŚ WIECZOREM BĘDZIEMY GOTOWI POWITAĆ WAS I POKĄSAĆ OD 20.00. WYBACZCIE ZWŁOKĘ”. Podpisano: „Personel Fangtasii”.
Był trzeci tydzień września, toteż płonął już czerwony neon „FANGTASIA”. Niebo było niemal czarne. Wsiadając ponownie do auta, zatrzymałam się na minutkę i delektowałam łagodnym wieczorem oraz słabym, cierpkim, charakterystycznym dla wampirów zapachem, który otaczał klub. Potem pojechałam na tył lokalu i zaparkowałam obok kilku innych samochodów, które stały przy wejściu dla pracowników. Spóźniłam się tylko pięć minut, a jednak wyglądało na to, że wszyscy pozostali zjawili się na zebraniu przede mną. Zastukałam do drzwi. Poczekałam.
Podniosłam rękę, chcąc zastukać ponownie, lecz właśnie wtedy otworzyła mi Pam, zastępczyni Erica. Zazwyczaj przebywała w barze, lecz miała również inne obowiązki, zajmowała się bowiem licznymi firmami i interesami Erica. Chociaż wampiry ujawniły społeczeństwu ludzi fakt swego istnienia już pięć lat temu i od tej pory starały się pokazywać nam od najlepszej strony, nadal trzymały w tajemnicy metody zarobkowania i czasami zastanawiałam się, jak dużo amerykańscy nieumarli tak naprawdę posiadają. Eric, właściciel „Fangtasii”, potrafił się świetnie maskować. Ale, hmm... no cóż, skoro żył tak długo, bez wątpienia nie mogło być inaczej.
– Wejdź, przyjaciółko-telepatko – powiedziała Pam, zapraszając mnie do środka teatralnym gestem.
Była ubrana w typowy dla siebie strój „roboczy” – przezroczystą, powłóczystą czarną suknię, w jakiej pragnęli widzieć każdą wampirzycę wszyscy wchodzący do baru turyści. (Prywatnie preferowała subtelne stroje w pastelowych odcieniach). Pam ma najjaśniejsze i najbardziej proste blond włosy, jakie kiedykolwiek widziałam; właściwie jest eteryczna i śliczna, choć bywa ostra i nigdy nie należy jej lekceważyć.
– Jak się miewasz? – spytałam uprzejmie.
– Miewam się wyjątkowo dobrze – odparła. – A Eric wprost tryska szczęściem.
Eric Northman, wampirzy szeryf Piątej Strefy, zmienił kiedyś Pam w wampirzycę, toteż od tamtej pory była zarówno zobowiązana, jak i zmuszona wykonywać jego rozkazy. Cóż, jest to nieodłączny element egzystencji wszystkich nieumarłych: na zawsze pozostają zależni od swego stwórcy. Pam jednak nieraz powtarzała, że Eric jest dobrym szefem i pozwala jej dokonywać własnych wyborów. Długo zresztą mieszkała z dala od niego – w Minnesocie. Dopiero gdy Northman kupił „Fangtasię”, wezwał Pam do pomocy w prowadzeniu lokalu.
Piąta Strefa zajmuje najbardziej wysunięte na północny zachód tereny Luizjany, czyli obszar, który jeszcze miesiąc temu stanowił słabszą pod względem gospodarczym część stanu. Tyle że od huraganu Katrina równowaga sił w naszym stanie zmieniła się, niestety, radykalnie, szczególnie dla społeczności wampirów.
– A jak miewa się twój zachwycający brat, Sookie? I twój zmiennokształtny szef? – spytała Pam.
– Mój zachwycający brat zajmuje się obecnie wyłącznie własnym zbliżającym się ślubem, tak samo zresztą jak wszyscy inni mieszkańcy Bon Temps – odburknęłam.
– Jesteś z tego powodu przygnębiona?
Przechyliła głowę i przyjrzała mi się z uwagą, z jaką wróbel przypatruje się robakowi.
– No cóż, może trochę – przyznałam.
– Pewnie jesteś też ostatnio bardzo zajęta – ciągnęła. – Ale dzięki temu nie będziesz miała czasu rozczulać się nad sobą.
Pam uwielbiała rubrykę „Droga Abby”. Zresztą, wiele wampirów szukało tam codziennie porad. A przecież rozwiązania niektórych problemów czytelników po prostu wołają o pomstę do nieba. Dosłownie. Pam już wcześniej doradziła mi, że inni będą mnie wykorzystywać tylko, jeśli im na to pozwolę... oraz że powinnam sobie ostrożniej dobierać przyjaciół! Taaa, nie ma jak porady w takich sprawach otrzymane od... wampirzycy.
– Zgadza się – powiedziałam. – To znaczy, tak, jestem zajęta. Pracuję, wciąż mieszka u mnie koleżanka z Nowego Orleanu, a jutro idę na wieczór panieński. Nie do Crystal, tylko do dziewczyny z drugiej pary.
Pam zastygła z ręką na gałce u drzwi prowadzących do biura Erica i z marsową miną rozważała przez jakiś czas moje słowa.
– Nie pamiętam, czym jest wieczór panieński, chociaż słyszałam to określenie – wyznała i po chwili się rozpromieniła. – Biorą ślub wieczorem? Nie, nie, ale na pewno obiło mi się o uszy. Jakaś kobieta napisała do Abby, że nie dostała podziękowania za wielki prezent, który wręczyła na wieczorze panieńskim. Daje się tam... prezenty?
– Tak – odparłam. – Wieczór panieński to przyjęcie organizowane dla dziewczyny, która wychodzi za mąż. Czasami przyjęcie organizuje się dla obojga narzeczonych... ale wieczór panieński raczej tylko dla niej. I na przyjęciu są same kobiety. Każda zaproszona przynosi prezent. Jest taka teoria, że dzięki temu, po przyjęciu para młodych może zacząć nowe życie, ponieważ niczego więcej im nie potrzeba. Podobne przyjęcie wydaje się, gdy spodziewają się potomka. Wtedy jest to oczywiście przyjęcie na cześć nienarodzonego jeszcze dziecka.
– Przyjęcie na cześć nienarodzonego – powtórzyła Pam. Uśmiechnęła się nieco chłodno, lecz dostatecznie, by zmrozić atmosferę. – Podoba mi się – oceniła w końcu. Zastukała do drzwi biura Erica, a potem wreszcie je otworzyła. – Ericu – oznajmiła – może któregoś dnia jedna z naszych kelnerek zajdzie w ciążę i będziemy mogli wydać przyjęcie na cześć jej nienarodzonego dziecka!
– To byłoby coś – odparł Eric, unosząc złotowłosą głowę znad leżących na biurku papierów.
Zauważył mnie, posłał mi twarde spojrzenie i postanowił mnie zignorować. Eric i ja mamy ze sobą na pieńku.
Mimo że pomieszczenie było pełne czekających na jego uwagę istot, odłożył długopis, powoli wstał i wyprostował się, prezentując w całej okazałości wspaniałe, szczupłe ciało... Może zrobił to z myślą o mnie? Jak zwykle miał na sobie obcisłe dżinsy i reklamujący lokal podkoszulek – ze stylizowanymi białymi kłami, których bar używał jako znaku firmowego; nazwa „Fangtasia” została wykonana krzykliwymi czerwonymi literami, w tym samym stylu co na neonie przed lokalem. Gdyby Eric odwrócił się plecami, z tyłu na koszulce można by przeczytać napis: „Bar, w którym kąsamy”. Wiem, bo Pam dała mi jedną, kiedy „Fangtasia” zaczynała promocję.
Na Ericu koszulka prezentowała się doskonale, a ja aż za dobrze pamiętałam, jak jego ciało wygląda... pod nią.
Oderwałam wzrok od przeciągającego się wampira i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Na małej przestrzeni tłoczyło się mnóstwo nieumarłych, lecz dopóki nie zobaczy się wampirów, człowiek nie wie o ich istnieniu, często bowiem tkwią w bezruchu i milczą. Clancy, kierownik baru, zajmował jeden ze stojących przed biurkiem dwóch foteli dla gości. Muszę dodać, że Clancy ledwie przeżył ubiegłoroczną Wojnę z Czarownicami, gdyż czarownice osuszyły go z krwi prawie nieodwracalnie. Do czasu, aż Eric go znalazł, wyśledziwszy jego zapach na cmentarzu w Shreveport, w żyłach Clancy’ego pozostały jedynie resztki krwi i od ostatecznej śmierci dzieliły go ledwie minuty. Po długim okresie zdrowienia rudowłosy wampir stał się osobnikiem rozgoryczonym i opryskliwym. Teraz jednak wyszczerzył do mnie zęby, prezentując w całej okazałości kły.
– Możesz mi usiąść na kolanach, Sookie – oznajmił, klepiąc się po udach.
Odwzajemniłam się uśmiechem, ale nie był szczery.
– Nie, dzięki, Clancy – odrzekłam grzecznie.
Flirt z Clancym nigdy nie wydawał mi się bezpieczny, a dziś propozycja wampira zabrzmiała wyjątkowo groźnie. Clancy należał do wampirów, z którymi w ogóle wolałabym nie zostawać sam na sam. Chociaż kompetentnie zarządzał barem i ani razu nie tknął mnie nawet palcem, stale odnosiłam wrażenie, że posyła mi ostrzegawcze spojrzenia. Nie potrafię czytać wampirom w myślach i właśnie dlatego przyjemnie przebywa mi się w ich towarzystwie, ale kiedy poczułam na sobie jego wzrok, zadrżałam i przyłapałam się na chęci, by zajrzeć do jego głowy i sprawdzić, co też się w niej dzieje.
Felicia, najnowsza barmanka w lokalu, siedziała na kanapie, wraz z Indirą i Maxwellem Lee. Czyżbym znalazła się na wampirzym odpowiedniku zebrania Tęczowej Koalicji? Co do Felicii, dziewczyna wyglądała na udaną mieszankę rasy czarnej i białej, a ponieważ mierzyła ponad metr osiemdziesiąt, było co podziwiać. Maxwell Lee to z kolei jeden z najbardziej ciemnoskórych mężczyzn, jakich kiedykolwiek spotkałam. Mała Indira była córką hinduskich imigrantów.
W pomieszczeniu przebywały jeszcze cztery osoby (o ile można je nazwać „osobami”) i na widok każdej z nich poczułam niepokój, chociaż w różnym stopniu.
Jedną z tych osób był mężczyzna, o którego istnieniu staram się zapomnieć. Zaczerpnęłam zasadę stosowaną przez wilkołaki i potraktowałam go jak osobnika wygnanego przez stado – inaczej mówiąc, wyrzekłam się go! Nie wymawiam jego imienia, nie rozmawiam z nim, nawet go nie rozpoznaję! (Chodzi oczywiście o mojego byłego faceta, Billa Comptona, i tak naprawdę wiedziałam, że jest w biurze i, dumając o czymś, siedzi w kącie).
Obok niego stała oparta o ścianę wiekowa Thalia, istota chyba jeszcze starsza niż Eric. Równie niewysoka jak Indira, bardzo blada, o mocno kręconych czarnych włosach, była kobietą ostrą w obyciu i nieuprzejmą.
Ze zdumieniem odkryłam, że jej oschłość podnieca niektórych mężczyzn. Można by rzec, że Thalia wręcz miała oddanych wyznawców, którzy wyglądali na podekscytowanych, ilekroć typowym dla siebie patetycznym angielskim oznajmiała im, że mają się od niej odpieprzyć. Dowiedziałam się, że ma nawet stronę internetową, którą założyli i prowadzili jej wierni fani. Po prostu brak słów. Pam powiedziała mi kiedyś, że skoro Eric pozwolił Thalii mieszkać w Shreveport, równie dobrze mógłby trzymać przywiązanego na podwórzu kiepsko wyszkolonego pitbula. Co oznaczało, że Pam nie akceptuje Thalii.
Wszyscy ci nieumarli obywatele mieszkają w Piątej Strefie. Żyją tu pod opieką Erica Northmana i pracują dla niego, przysięgli mu bowiem wierność. Czyli że – nawet jeśli nie mieli jakichś zadań w barze – musieli poświęcić część swego czasu, wykonując polecenia szefa. Po Katrinie, w Shreveport pojawiło się kilkoro nowych wampirów; po prostu, tak jak wielu ludzi, dokądś musieli się udać. Eric jeszcze nie zdecydował, co zrobi z nieumarłymi uchodźcami. Nie zaprosił ich też na dzisiejsze zebranie.
Mieliśmy tu jednak dwoje gości, z których jeden był osobistością znacznie ważniejszą od Erica.
Andre, najbliższy ochroniarz Sophie-Anne Leclerq, królowej Luizjany. Królowa opuściła oczywiście zniszczony Nowy Orlean i przebywała obecnie w Baton Rouge. Andre wyglądał bardzo młodo, może na szesnaście lat; twarz miał gładką niczym niemowlę, a jasne włosy gęste i grube. Żył długo, dbając wyłącznie o Sophie-Anne, swoją stwórczynię i wybawicielkę. Dziś nie miał przy sobie szabli, ponieważ nie pełnił funkcji strażnika królowej, byłam jednak przekonana, że jest uzbrojony – na pewno miał nóż lub pistolet. Zresztą, nawet bez oręża czy wsparcia innych był groźniejszy niż niejedna śmiercionośna broń.
Akurat gdy Andre zamierzał się do mnie odezwać, zza jego fotela dobiegł czyjś głęboki głos.
– Hej, Sookie.
Należał do naszego drugiego gościa, Jake’a Purifoya. Nakazałam sobie spokój, chociaż całą sobą aż się rwałam do ucieczki z biura. Jestem idiotką – skoro nie wybiegłam z krzykiem na widok Andre, Jake nie powinien zrobić na mnie wrażenia. Zmusiłam się i skinęłam głową temu przystojnemu młodemu mężczyźnie, który wciąż jeszcze nie wyglądał na nieumarłego. Wiedziałam jednak, że moje powitanie nie wyda mu się naturalne. Niestety, Jake wzbudzał we mnie okropną mieszankę uczuć – litości i strachu.
Purifoya, który urodził się wilkołakiem, zaatakowała pewna wampirzyca, toteż wykrwawił się niemal na śmierć. Gdy moja kuzynka Hadley (również wampirzyca) odkryła prawie pozbawione życia ciało Jake’a, popełniła błąd i ze źle pojmowanego współczucia przemieniła mężczyznę w wampira. Można by jej gest uznać za dobry uczynek, lecz – jak się okazało – nikt tak naprawdę nie docenił jej dobroci... nawet sam Jake. Nikt nigdy przedtem nie słyszał bowiem o wilkołaku-wampirze: wilkołaki nie lubiły nieumarłych i im nie ufały, a ci całym sercem odwzajemniali niechęć. Egzystencja Purifoya stała się więc trudna i samotnicza. Ponieważ nikt nie wyciągnął do niego pomocnej dłoni, królowa uprzejmie przyjęła go do siebie na służbę.
Jake, oślepiony żądzą krwi, wybrał sobie na pierwszą wampirzą przekąskę właśnie mnie. Na pamiątkę, do dziś pozostała mi na ramieniu czerwona szrama.
Jaki cudowny wieczór mi się zapowiadał, nie ma co!
– Panno Stackhouse – zagaił Andre, wstając z drugiego fotela dla gości.
Skłonił się. To był prawdziwy hołd i na ten widok humor nieco mi się poprawił.
– Panie Andre – odparłam i również się ukłoniłam.
Wykonał zamaszysty ruch ręką, sugerując, że mogę zająć zwolnione przez niego łaskawie miejsce, a ponieważ najłatwiej było przyjąć jego propozycję, chętnie skorzystałam.
Clancy wyglądał na rozgoryczonego. To on powinien odstąpić mi swój fotel, ponieważ był tu najmniej znaczącym wampirem. Swoim gestem Andre wytknął to tak jednoznacznie, jakby zawiesił mu nad głową mrugający neon w postaci strzałki wycelowanej w nieszczęśnika. Bardzo się starałam zapanować nad uśmieszkiem, który wywołała ta myśl.
– Jak się miewa Jej Wysokość? – spytałam, próbując być tak samo grzeczna jak Andre.
Byłoby trochę naciągane, gdybym oznajmiła, że lubię Sophie-Anne, na pewno jednak ją szanowałam.
– Królowa jest jednym z powodów, dla których przybyłem tutaj dzisiejszego wieczoru – oznajmił. – Ericu, możemy już zaczynać?
Przemknęło mi przez głowę, że łagodnie zbeształ w ten sposób Erica za „grę na czas”.
Pam przycupnęła na podłodze obok mojego fotela.
– Tak, jesteśmy już w komplecie – odparł Eric. – Proszę bardzo, Andre, masz głos – dodał, lekko się uśmiechając, z pewnością na myśl o nowoczesnych frazach, jakich używał.
Ponownie rozsiadł się wygodnie w fotelu, po czym podniósł długie nogi, opierając stopy o kant biurka.
– Wasza królowa mieszka w domu szeryfa Czwartej Strefy w Baton Rouge – obwieścił Andre małej grupie zebranych wampirów. – Gervaise był bardzo łaskawy, że udzielił jej gościny.
Pam popatrzyła na mnie, unosząc brwi. Gdyby Gervaise nie zechciał udzielić gościny, zapewne ktoś ściąłby mu głowę.
– Jednakże pobyt w domu Gervaise’a jest bez wątpienia rozwiązaniem tymczasowym – kontynuował Andre. – Od czasu katastrofy byliśmy w Nowym Orleanie wiele razy. Oto raport na temat stanu naszych nieruchomości.
Chociaż żaden z wampirów nawet się nie poruszył, poczułam, że wyostrzyły uwagę.
– W siedzibie królowej została uszkodzona większa część dachu, toteż woda poczyniła rozległe zniszczenia na drugim piętrze i poddaszu. Ponadto, ogromny kawał dachu z innego budynku spadł na gmach, więc na podłodze zalegają stosy gruzu, a w ścianach są dziury... tego typu problemy. Osuszamy wnętrza, lecz dach ciągle jest pokryty niebieskim plastikiem. Przyjechałem między innymi dlatego, że szukam przedsiębiorcy budowlanego, który natychmiast przystąpi do zadaszania budynku. Do tej pory nie miałem szczęścia, więc jeśli ktoś z was ma osobiste kontakty i może polecić człowieka, który wykonuje tego rodzaju prace, chętnie skorzystam z waszej pomocy. Na parterze doszło do licznych, ale raczej powierzchownych szkód. Do niektórych pomieszczeń również wdarła się woda. No i pojawili się rabusie...
– Może królowa powinna pozostać w Baton Rouge – wtrącił złośliwie Clancy. – Jestem pewien, że Gervaise nie posiada się ze szczęścia na myśl, że będzie gościł ją bez końca.
Okazało się zatem, że Clancy jest idiotą o skłonnościach samobójczych.
– Delegacja nowoorleańskich przywódców odwiedziła królową w Baton Rouge. Prosili, by wróciła do miasta – podjął Andre, ignorując Clancy’ego. – Istoty ludzkie sądzą, że jeśli wampiry powrócą do Nowego Orleanu, metropolia znów stanie się interesująca dla turystów. – Popatrzył chłodno na Erica. – W międzyczasie królowa rozmawiała z czterema innymi szeryfami na temat finansowych kwestii związanych z renowacją nowoorleańskich budowli.
Eric niemal niedostrzegalnie pochylił głowę. Nie potrafiłam określić jego stosunku do propozycji opłacenia napraw królowej.
Odkąd potwierdziły się opisywane przez Anne Rice informacje na temat istnienia wampirów, Nowy Orlean stał się prawdziwą mekką, do której ciągnęli zarówno nieumarli, jak i osoby, które szukały ich towarzystwa. Tak, to miasto było jak wampirzy Disneyland. Jednakże od czasu Katriny wszystko się zmieniło. Nawet w Bon Temps odczuwaliśmy skutki huraganu. Jeszcze zanim straszliwa fala dotarła do lądu, ludzie zaczęli uciekać, więc nasze miasteczko wciąż jest zatłoczone osobami przybyłymi z południa.
– Co z drugą posiadłością królowej? – spytał Eric.
Królowa kupiła kiedyś stary klasztor, który stał na skraju dzielnicy Garden District. Organizowała w nim przyjęcia dla rzeszy wampirów i innych istot. Chociaż posiadłość była otoczona murem, nie uważano jej za łatwą do ochrony (klasztor uznawano za zabytek i nie wolno w nim było dokonywać zmian, na przykład zabić deskami okien), toteż królowa nie mogła właściwie w nim mieszkać. Tak, ten historyczny gmach nadawał się wyłącznie na przyjęcia.
– Nie ucierpiał zbytnio – odparł Andre. – Ale i tam grasowali złodzieje. Wiemy o tym, ponieważ zostawili po sobie zapach. – Jeśli chodzi o talent tropicieli, wampiry ustępowały jedynie wilkołakom. – Jeden z nich zastrzelił lwa.
Zrobiło mi się z tego powodu przykro. W pewnym sensie lubiłam tego lwa.
– Potrzebujesz pomocy, żeby ich aresztować? – spytał Eric.
Andre zmarszczył czoło.
– Pytam tylko dlatego – wyjaśnił Northman – że wasze szeregi zostały nieco przetrzebione.
– Nie, nie, zajęliśmy się już tą sprawą – odrzekł Andre i leciutko się uśmiechnął.
Usiłowałam nie myśleć o tym dokładniej.
– Poza utratą lwa i grabieżami... jak prezentuje się posiadłość? – naciskał Eric, starając się wrócić do tematu huraganu i zniszczeń.
– Królowa może zatrzymać się tam na jakiś czas, czyli, dopóki nie rozważy innych opcji mieszkaniowych – kontynuował Andre. – Na pewno jednak nie na dłużej niż noc czy dwie.
Wszyscy zgromadzeni nieznacznie kiwnęli głowami.
– Mamy duże straty w stanie personelu – dodał.
Wszystkie wampiry nerwowo napięły mięśnie, nawet „nowicjusz” Jake.
– Początkowo, jak wiecie, nie mieliśmy obaw. Zakładaliśmy, że tuż po uderzeniu huraganu zaginieni są zajęci i dlatego się nie zgłaszają. Niestety, okazało się, że przeżyło nas jedynie dziesięcioro: pięcioro przebywa tutaj, troje w Baton Rouge, dwoje w Monroe. Szacuję, że w samej Luizjanie straciliśmy trzydzieści osób. A w Missisipi przynajmniej dziesięć.
Tu i ówdzie rozległy się cichutkie szepty, a większość wampirów poruszyła się niespokojnie. Tak shreveporckie wampiry zareagowały na te nowiny. Przed Katriną najwięcej nieumarłych, zarówno na stałe, jak i tymczasowo, przebywało właśnie w Nowym Orleanie. Gdyby huragan o podobnej sile nawiedził na przykład Tampę, liczba zabitych i zaginionych wampirów byłaby znacznie niższa.
Podniosłam rękę, ponieważ coś przyszło mi do głowy.
– A co z Bubbą? – spytałam, kiedy Andre skinął głową, wspaniałomyślnie pozwalając mi przemówić.
Od czasu Katriny nie miałam o nim żadnych wiadomości. Gdybyście spotkali Bubbę, na pewno byście go poznali. Rozpoznałby go każdy człowiek na świecie. No, przynajmniej każdy powyżej pewnego wieku. Na podłodze w łazience, w swoim domu w Memphis piosenkarz nie do końca umarł. Nie całkiem. Tyle że jego mózg nie był w najlepszym stanie, więc od chwili, gdy stał się wampirem, był... dziwny.
– Bubba żyje – zapewnił mnie Andre. – Ukrył się w jakiejś krypcie i przetrwał, żywiąc się krwią małych ssaków. Ale ponieważ psychicznie nie czuł się najlepiej, królowa wysłała go do Tennessee, gdzie będzie mógł przez jakiś czas trzymać się z dala od społeczności Nashville.
– Andre przekazał mi listę zaginionych – wtrącił Eric. – Wywieszę ją po zebraniu.
Znałam kilka osób spośród straży przybocznej królowej, toteż pomyślałam, że chętnie się dowiem, czy żyją.
Miałam kolejne pytanie i ponownie zamachałam ręką.
– Tak, Sookie? – spytał Andre.
Jego obojętne spojrzenie trochę mnie zdeprymowało, więc przeprosiłam, że domagam się prawa głosu.
– Wiecie, nad czym się zastanawiam...? Czy przypadkiem ktoś spośród królów czy królowych biorących udział w konferencji nazywanej przez was... szczytem... Czy przypadkiem któreś z nich nie posiada specjalisty przepowiadającego pogodę? – Tym razem większość osób popatrzyła na mnie obojętnie, za to Andre wydawał się zainteresowany. – Ponieważ, zauważcie, początkowo tę konferencję czy też szczyt zaplanowano na późną wiosnę. Jednakże cały czas zwlekano, prawda? A później nagle w wybrzeże uderzyła Katrina. Gdyby spotkanie rozpoczęło się w pierwotnie zaplanowanym terminie, królowa byłaby w znacznie lepszej sytuacji. Miałaby spore fundusze i mnóstwo podwładnych, przez co trudniej byłoby ją oskarżyć o śmierć króla. Prawdopodobnie przyznano by jej wszystko, o co by poprosiła. Zamiast tego Sophie-Anne wygląda jak... – chciałam powiedzieć „żebraczka”, ale w ostatniej chwili zerknęłam na Andre i zrezygnowałam – ...jak dużo mniej potężna władczyni – dokończyłam głupawo.
Obawiałam się, że wszyscy zebrani w tym momencie wybuchną śmiechem i stanę się obiektem ich drwin, jednak zapadło milczenie i czułam, że wiele osób całkiem poważnie rozważa moje słowa.
– To jest właśnie jedna z kwestii, które będziesz musiała ustalić podczas szczytu – odparł Andre. – Ale powiem ci, że twoja sugestia wydaje się osobliwie możliwa. Ericu?
– Też sądzę, że coś w tym jest – powiedział Eric, patrząc na mnie. – Sookie świetnie potrafi wyciągać wnioski.
Siedząca obok mojego fotela Pam uśmiechnęła się do mnie.
– Co z oskarżeniem wniesionym przez Jennifer Cater? – spytał Clancy, patrząc na Andre.
Odniosłam wrażenie, że Clancy’emu zrobiło się niewygodnie w fotelu, na którym wcześniej puszył się z dumą.
Zrobiło się cicho jak makiem zasiał. Nie wiedziałam, o czym, do diabła, rudowłosy wampir mówi, uznałam jednak, że lepiej wywnioskować z rozmowy niż pytać.
– No, jak dotąd nie wycofała go – odparł Andre.
– Jennifer Cater – wyjaśniła mi szeptem Pam – szkoliła się, ponieważ miała zostać porucznikiem Petera Threadgilla. W dniu zamieszek i śmierci króla przebywała w Arkansas, gdzie kierowała jego sprawami.
Skinęłam głową, dając Pam do zrozumienia, że doceniam jej chęć oświecenia mnie w tej kwestii. Wampiry z Arkansas, chociaż ich stan nie doświadczył klęski żywiołowej, również zostały zdziesiątkowane, ponieważ wiele z nich przebywało akurat w Luizjanie.
– Królowa odpowiedziała na zarzuty. Zeznała, że musiała zabić Petera w obronie własnej – tłumaczył Andre. – Zaproponowała oczywiście zadośćuczynienie, czyli pewną kwotę do wspólnej kasy.
– Dlaczego nie bezpośrednio stanowi Arkansas? – spytałam szeptem Pam.
– Ponieważ królowa utrzymuje, że od śmierci Petera ten stan przeszedł w jej posiadanie. Zgodnie z małżeńskim kontraktem – mruknęła. – Nie mogłaby zatem wypłacić tej kwoty sama sobie. Jeśli Jennifer Cater wygra proces, królowa nie tylko straci Arkansas, lecz będzie musiała również zapłacić temu stanowi grzywnę. Ogromną grzywnę! Poniesie także koszty sądowe.
Andre zaczął bezszelestnie chodzić po pokoju. Wiedziałam, co to oznacza – ten temat go smucił i Andre nie miał ochoty go rozwijać.
– Mamy jeszcze w ogóle jakieś pieniądze po huraganie? – spytał Clancy.
To pytanie nie było mądre.
– Królowa żywi nadzieję, że wniosek Jennifer zostanie oddalony – odrzekł Andre, znowu ignorując Clancy’ego. Z młodzieńczej twarzy Andre nie sposób było wyczytać żadnych emocji. – Ale oczywiście być może rozprawa się odbędzie. Jennifer oskarża naszą królową o to, że wabiąc Threadgilla do Nowego Orleanu, jak najdalej od jego terytorium, od samego początku planowała wywołanie wojny i morderstwo. – Teraz słyszałam głos Andre za sobą.
– Ale przecież nic takiego się nie zdarzyło – wtrąciłam.
Zresztą, to nie Sophie-Anne zabiła króla. Byłam świadkiem tej śmierci. Threadgilla zabił wampir stojący w tej chwili za mną i snujący tę opowieść. W dodatku uważałam jego czyn za usprawiedliwiony.
Nie poruszyłam się, choć poczułam, jak zimne palce Andre muskają moją szyję. Nie potrafię wam powiedzieć, skąd wiedziałam, że te palce należą właśnie do niego, lecz ich lekki dotyk uprzytomnił mi nagle pewien straszliwy fakt – oprócz Andre i Sophie-Anne byłam jedynym świadkiem śmierci króla!
Nigdy wcześniej nie rozpatrywałam tej kwestii w tych kategoriach, toteż przysięgam, że teraz na moment przestało mi bić serce. W tej jednej sekundzie przyciągnęłam spojrzenia przynajmniej połowy zgromadzonych w biurze wampirów. Przypatrujący się z uwagą mojej twarzy Eric otworzył szeroko oczy. Na szczęście, po chwili moje serce zabiło ponownie i sytuacja wróciła do normy, jak gdyby nic się nie stało. Widziałam jednak, że leżąca na biurku ręka Erica drga nerwowo, i wiedziałam, że Northman nigdy nie zapomni mojej reakcji i zechce odkryć, co oznaczała.
– Sądzisz zatem, że dojdzie do procesu? – spytał ochroniarza królowej.
– Skoro królowa jedzie na szczyt jako władczyni Nowego Orleanu... Nowego Orleanu w takim stanie, w jakim teraz jest... wydaje mi się, że sąd zechce doprowadzić do ugody pomiędzy nią i Jennifer. Może Jennifer otrzyma propozycję awansu, zostanie prawą ręką Sophie-Anne i otrzyma jakąś wielką premię... No, coś w tym rodzaju. Jednakże tak jak sprawy przedstawiają się obecnie... – Na długą chwilę zapadła cisza i każde z nas dopowiadało sobie w myślach zakończenie tego zdania. Nowy Orlean nie był już taki jak wcześniej i może już nigdy nie wróci do dawnej świetności. Królowej groziło bankructwo. – Jeśli Jennifer się uprze, sąd będzie musiał rozpatrzyć jej zarzuty – dopowiedział Andre, po czym zamilkł.
– Wiemy, że zarzuty nie mają podstaw – dobiegł z kąta głośny i zimny głos. Należał do mojego byłego chłopaka, Billa, którego obecność do tej pory udawało mi się lekceważyć. Tyle że ignorowanie kogokolwiek nie leży w mojej naturze. – Eric tam był – kontynuował wampir (Bezimienny, jak sobie wmawiałam). – Ja tam byłem. Sookie tam była.
To prawda. Zarzuty Jennifer Cater, jakoby Sophie Anne zwabiła swojego króla na przyjęcie w należącym do niej starym klasztorze z zamiarem morderstwa, były kompletnie zmyślone. Masakrę wywołał jeden z ludzi Petera Threadgilla, ścinając głowę człowiekowi królowej.
Eric uśmiechnął się z rozrzewnieniem. Wspomnienie tej bitwy sprawiało mu wyraźną przyjemność.
– Tłumaczyłem to Jennifer – powiedział. – Król starał się przecież ze wszystkich sił sprowokować Sophie--Anne do jakiegoś nieostrożnego ruchu, lecz dzięki naszej Sookie nie udało mu się to. Gdy odkrył, że spisek się nie powiódł, uciekł się do prostego ataku frontalnego. Nie widziałem Jennifer od dwudziestu lat – dodał. – Szybko awansowała. Na pewno jest osobą bezwzględną i nie ma w niej litości.
Andre stanął po mojej prawej stronie. Wreszcie go widziałam, co mnie uspokoiło. Pokiwał głową, a wszystkie wampiry w pomieszczeniu niemal równocześnie ponownie się poruszyły. Rzadko czułam się tak odmienna od reszty jak dziś: jedyna żywa istota w pokoju pełnym ożywionych martwych stworzeń.
– Tak – zgodził się Andre. – Królowa zazwyczaj pragnie mieć wokół siebie wszystkich popleczników, lecz obecnie, niestety, mamy ograniczone finanse, więc wspierać ją będzie znacznie mniejsza grupa.
Był znowu tak blisko mnie, że niemal muskał mój policzek.
Przemknęło mi przez głowę pewne spostrzeżenie, które było niczym objawienie: zatem tak czują się normalni ludzie. Normalni, czyli ci, którzy nie potrafią czytać w myślach innym. Bo dziś zupełnie nie wiedziałam, jakie zamiary i plany mają moi towarzysze. Tak właśnie codziennie egzystują zwyczajne osoby. Doświadczenie wydało mi się przerażające, a równocześnie ekscytujące. Czułam się jak ktoś, kto musi z zawiązanymi oczyma przejść przez zatłoczoną salę. Zastanowiłam się, jak przeciętni ludzie wytrzymują ten codzienny stan napięcia.
– Królowa chce, by ta kobieta towarzyszyła jej podczas wszystkich spotkań, w których będą uczestniczyły inne istoty ludzkie – kontynuował Andre. Wyraźnie mówił do Erica. – Sophie-Anne chce znać ich myśli. Zresztą, Stan przywozi ze sobą telepatę. Znasz go może?
– Siedzę tutaj! – mruknęłam.
Nikt nie zwrócił na to uwagi poza Pam, która posłała mi pogodny uśmiech. Chwilę później poczułam na sobie wiele lodowatych spojrzeń i zrozumiałam, że wszyscy czekają na moją odpowiedź, bo Andre mówił jednak do mnie. Tak bardzo się przyzwyczaiłam do tego, że swobodnie rozmawiają między sobą o mnie i w mojej obecności, że teraz ochroniarz królowej naprawdę mnie zaskoczył. Przemyślałam sobie wszystkie jego wypowiedzi i doszłam do wniosku, że zadał mi pytanie.
– Spotkałam w życiu tylko jednego innego telepatę i mieszkał w Dallas, więc przypuszczam, że to ten sam facet... Barry, goniec hotelowy. Pracował w wampirzym hotelu w Dallas, kiedy odkryłam jego... hmm... dar.
– Co o nim wiesz?
– Jest młodszy ode mnie i słabszy niż ja... W każdym razie wtedy miał słabsze zdolności. W przeciwieństwie do mnie nie akceptował swojej odmienności. – Wzruszyłam ramionami. Na tym kończyła się moja wiedza.
– Sookie tam będzie – powiedział do Andre Eric. – Jest najlepszą telepatką na świecie.
Cóż, pochlebił mi, chociaż przypomniałam sobie, że przecież, jak sam twierdził, oprócz mnie spotkał w życiu również tylko jednego telepatę.
Po namyśle uznałam, że jego uwaga mnie zirytowała, ponieważ Northman jawnie sugerował Andre, że swoje niezwykłe umiejętności w jakiś sposób zawdzięczam jemu, Ericowi, a nie samej sobie.
Chociaż cieszyłam się, że wyjadę i zobaczę coś poza miasteczkiem, w którym mieszkam przez całe życie, odkryłam, że chętnie wykręciłabym się z wyjazdu do Rhodes. Nie potrafiłam jednak znaleźć żadnej wymówki. Zresztą, już kilka miesięcy temu zgodziłam się wziąć udział w wampirzej konferencji jako wysoko opłacana pracownica królowej. A przez ostatni miesiąc pracowałam przez wiele godzin w „U Merlotte’a”, tak żeby inne kelnerki nie narzekały, że będą mnie musiały zastępować przez kolejny tydzień. Mój szef, Sam, pomagał mi na bieżąco kontrolować nadgodziny dzięki wykresowi, który narysował.
– Clancy zostanie tutaj i będzie prowadzić bar – oznajmił Eric.
– Czyli ta kobieta jedzie, a ja muszę zostać na miejscu? – jęknął rudowłosy kierownik. Decyzja Erica naprawdę go zasmuciła. – Ominie mnie cała zabawa.
– To prawda – przyznał uprzejmie Eric. Jeśli Clancy zamierzał powiedzieć coś niemiłego, to, spojrzawszy na twarz swego szefa, zrezygnował. – Felicia zostanie i będzie ci pomagać. Billu, ty też zostajesz.
– Nie – odparował zimnym głosem osobnik siedzący w kącie. – Królowa mnie potrzebuje. Ciężko pracowałem nad tą bazą danych i Sophie-Anne poprosiła, żebym reklamował i sprzedawał swój program podczas szczytu. W ten sposób zarobimy trochę grosza, rekompensując jej poniesione straty.
Eric gapił się na niego w bezruchu przez minutę, a potem wreszcie lekko uniósł brwi.
– Tak, zapomniałem o twoim talencie do komputerów – wyznał. Okazał tyle zainteresowania czy respektu, że równie dobrze mógł powiedzieć: „Och, zapomniałem, że potrafisz przeliterować słowo KOT”. – Przypuszczam, że pewnie musisz lecieć z nami. Maxwell?
– Jeśli taka twoja wola, zostanę.
Maxwell Lee chciał dać jasno do zrozumienia, że wie, co to znaczy być dobrym podwładnym. Popatrzył jeszcze po zebranych, sprawdzając, czy wszyscy to zauważyli.
Eric skinął głową. Przypuszczałam, że Maxwell otrzyma sympatyczny prezent na Gwiazdkę, za to Bill... oj, Bezimienny... raczej rózgę.
– W takim razie zostaniesz tutaj. I ty, Thalio. Musisz mi jednak obiecać, że będziesz się dobrze sprawowała w barze.
Eric wymagał od Thalii, by siedziała w barze w bezruchu, wyglądając tajemniczo i wampirycznie przez parę nocy w tygodniu, jednak nie zawsze jej pobyt tam przebiegał bez żadnych incydentów.
Thalia, jak zwykle nieustannie posępna i smętna, oschle skinęła mu głową.
– I tak nie chcę tam jechać – mruknęła.
W jej okrągłych czarnych oczach nie dostrzegłam niczego poza pogardą dla świata. Cóż, Thalia zbyt dużo widziała w swoim bardzo długim życiu i nie cieszyło jej nic już od kilku stuleci. Ilekroć mogłam, starałam się unikać kontaktów z nią. Byłam właściwie zaskoczona, że w ogóle przebywa czasem w towarzystwie innych nieumarłych. Bardziej mi wyglądała na samotną wampirzycę.
– Thalia niczego w życiu nie pragnie – szepnęła mi do ucha Pam. – Chce tylko, żeby zostawić ją w spokoju. Wyrzucono ją z Illinois, ponieważ po Wielkim Ujawnieniu zachowywała się zbyt agresywnie.
Terminem „Wielkie Ujawnienie” wampiry określały noc, podczas której pojawiły się w stacjach telewizyjnych na całym świecie i powiadomiły społeczeństwo ludzi, że w rzeczywistości egzystują i, co więcej, pragną wyjść z cienia, wkraczając w nasze życie gospodarcze i towarzyskie.
– Eric pozwala Thalii żyć, jak ona chce, dopóki przestrzega zasad i co jakiś czas posiedzi kilka godzin w barze – kontynuowała ledwie słyszalnym szeptem Pam. Eric był władcą tego małego świata i nikt nie zapominał o tym ani na chwilę. – Thalia wie, jaka kara ją spotka, jeśli choć raz zachowa się nieodpowiednio. Ale cóż, czasami chyba umyka jej fakt, jak mało spodoba jej się taka kara. Powinna czytać rubrykę Abby i czerpać z niej pomysły.
Jeśli życie was nie cieszy, musicie... och, zrobić coś dla innych, znaleźć sobie nowe hobby albo coś w tym rodzaju, prawda? Czy nie tak wyglądają tamte porady? Wyobraziłam sobie, jak Thalia zgłasza się na przykład do hospicjum i proponuje, że posiedzi czasem w nocy z chorymi... Na tę myśl aż zadrżałam. Potencjalny widok starej wampirzycy robiącej na drutach i wymachującej dwoma długimi, ostrymi metalowymi prętami spowodował kolejny dreszcz przerażenia. Do diabła z taką terapią!
– Podsumowując, na szczyt jadą Andre, nasza królowa, Sookie, ja, Bill i Pam – powiedział Eric. – Prawnik Cataliades i jego bratanica jako pomocnica. Och, i tak, Gervaise z Czwartej Strefy, jego kobieta... Ustępstwo, ponieważ Gervaise niezwykle szczodrze ugościł królową. Rasul jako kierowca. I oczywiście Sigebert. To cała nasza grupa. Wiem, że niektórzy z was czują się rozczarowani, i mogę tylko mieć nadzieję, że przyszły rok będzie dla Luizjany lepszy. I dla Arkansas, który to stan uważamy teraz za część naszego terytorium.
– Sądzę, że nie ma więcej spraw, które powinniśmy dziś omówić – powiedział Andre.
Resztę kwestii on i Eric zamierzali przedyskutować na osobności. Andre nie dotknął mnie ponownie, co mnie ucieszyło. Przerażał mnie całą, od głowy po pomalowane na różowo paznokcie u nóg. Powinnam, naturalnie, reagować identycznie na wszystkie osoby zgromadzone w tym biurze. Gdybym miała dość zdrowego rozsądku, wyjechałabym do Wyoming – stanu, który zamieszkiwała najmniejsza wampirza populacja (zgodnie z artykułem w „Amerykańskim Wampirze”, było ich jedynie dwoje). W niektóre dni odczuwałam niezwykle silną pokusę...
Eric podał datę naszego wyjazdu, datę powrotu, godzinę odlotu czarteru Anubis Airline z Baton Rouge, gdzie samolot zjawi się po naszą shreveporckę grupę oraz bagaże z rzeczami, których będziemy potrzebować. Wyjęłam z torebki mały notes i wszystko zapisałam. Z niejakim przerażeniem uświadomiłam sobie, że znów muszę się zapożyczyć u moich przyjaciółek. Northman jednak jakby czytał mi w myślach.
– Sookie, gdyby nie ten wyjazd, nie potrzebowałabyś nowych ubrań, dlatego pozwoliłem sobie zadzwonić do sklepu, który prowadzi twoja koleżanka. Masz tam otwarty kredyt. Wykorzystaj go. – Zapłonęły mi policzki. Już poczułam się jak uboga krewna, wtedy jednak dodał: – Cały nasz personel ma konta w sklepach tu, w Shreveport, lecz przyjazdy do miasta nie byłyby zapewne dla ciebie wygodne. – Rozluźniłam nieco napięte do tej pory mięśnie ramion. Miałam nadzieję, że Eric mówi prawdę. Popatrzyłam mu w twarz i nie zauważyłam miny sugerującej, że jest inaczej. – Może przeżyliśmy katastrofę, lecz nie będziemy prezentować się jak biedota – ciągnął, nie patrząc mi w oczy.
– Nie wyglądasz na biednego – powiedziałam.
– Czy wszyscy wszystko zrozumieli? Naszym celem podczas konferencji ma być wsparcie królowej, która próbuje oczyścić się z tych absurdalnych zarzutów, a także powiadomienie wszystkich w kraju, że Luizjana wciąż pozostaje wspaniałym stanem. Żaden z wampirów, które przyjechały z Arkansas do Luizjany wraz ze swoim królem, nie ocalał, więc nie opowiedzą swojej historii.
Uśmiechnął się i nie był to miły uśmiech.
Przed dzisiejszym wieczorem nigdy wcześniej podobnego u niego nie widziałam.
Cholera, czyż śmierć tamtych nie była dla wielu wygodna?









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-04-18 (1031 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej