Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Tajemnica Medyceuszy
 
Katalog - dodano
 Fandom
- Anna Day
 Przebudzenie Lewiatana
- James S. A. Corey
 Przepaść
- Michelle Paver
 Spętani przeznaczeniem
- Veronica Roth
 Wyklucie
- Ezekiel Boone
 
- skomentowano
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 Idiota skończony
- Antologia
 Plus/minus
- Olga Gromyko
 Plus/minus
- Olga Gromyko
 

''Istoty Światła i Ciemności'' - Simon R. Green



Bolesna



W Nightside jest tylko jeden kościół. Pod wezwaniem Świętego Judy. Zaglądam tam tylko w interesach. Daleko stamtąd do Promenady Bogów i jej rozmaitych świątyń. Kościół Świętego Judy znajduje się w cichym zaułku, ukryty w głębokim cieniu z dala od tak typowych dla Nightside jaskrawych i krzykliwych neonów. Nie reklamuje się, nie wabi, nie dba o to, czy z przyzwyczajenia przejdziesz szybko na drugą stronę ulicy. Po prostu jest, w razie gdybyś go akurat potrzebował. Pod wezwaniem patrona spraw przegranych.
Kościół Świętego Judy to stare, bardzo stare miejsce, budowla ma więcej lat niż samo chrześcijaństwo. Nagie kamienne ściany są szare i nijakie, nie naznaczył ich ani czas, ani zamysł budowniczego. Zwykły blok kamienia, nakryty białym suknem pełni rolę ołtarza, za nim wisi pojedynczy srebrny krzyż, a przed nim stoją dwa rzędy prostych drewnianych ławek i to wszystko. Tu nie ma miejsca na luksus, na ozdóbki i dekoracje, na żadne pozłacane wabiki religii. Nie ma tu też księdza ani kościelnego, nie odbywają się nabożeństwa. Kościół po wezwaniem Świętego Judy to, po prostu, ostatnia szansa na zbawienie w Nightside, sanktuarium, miejsce na ostateczną rozmowę ze swoim Bogiem. Przychodząc tu w poszukiwaniu plasterka na zbolałą dusze, możesz dostać o wiele, wiele więcej niż się byś się kiedykolwiek spodziewał.
U Świętego Judy modlitwy zostają wysłuchane, a czasem nawet odpowiedziane.
Wykorzystuję ten kościół, jako miejsce spotkań. Neutralny grunt, o jaki w Nightside wyjątkowo trudno. Ale nie robię tego zbyt często. Świątynia otwiera podwoje dla wszystkich, ale nie wszyscy zeń wychodzą. Kościół się broni i walczy o swoje przetrwanie, i nikt nie chce wiedzieć jak to się dzieje. Tym razem jednak miałem dość szczególny powód, by przekroczyć progi Świętego Judy. Liczyłem na to, że niezwykła natura tego miejsca ochroni mnie przed nadchodząca straszliwością. Przed potworną istotą, którą wyjątkowo niechętnie zgodziłem się spotkać.
Siedziałem sztywno na twardej drewnianej ławce, w pierwszym rzędzie, owinąłem się połami prochowca, chroniąc się w ten sposób przed gryzącym chłodem, jaki zwykle mieszkał w tych murach. Rozglądałem się raz po raz, starając się przy tym nie wiercić niespokojnie. Nie było na czym oka zawiesić, ani nic do roboty, a nie zamierzałem marnować czasu na modły. W chwili, kiedy to moi wrogowie próbowali zgładzić mnie po raz pierwszy, czyli już we wczesnym dzieciństwie przyswoiłem sobie trudną i bolesną lekcję, że liczyć mogę tylko na siebie. Kręciłem się więc bezczynnie, próbując powstrzymać chęć kołysania się w przód i w tył. Gdzieś tam, w mroku wiecznej nocy, straszliwa, niszcząca siła kroczyła na spotkanie ze mną, a ja mogłem jedynie siedzieć i czekać. Pozwoliłem, by moja dłoń odszukała pudełko po butach, które stało obok na ławce, ot tak, by sprawdzić, że nie zniknęło od czasu, gdy sprawdzałem po raz ostatni. Zawartość pudełka mogła ochronić mnie przed tym, co nadciągało. Albo i nie. Takie jest życie, szczególnie tu, w Nightside. I szczególnie, jeśli jesteś sławnym, czy może niesławnym, Johnem Taylorem, który zwykł się chwalić, że potrafi znaleźć wszystko. Nawet, jeśli przez to pakuje się w sytuacje jak ta.
Tuzin świec, które przyniosłem ze sobą i zapaliłem, nie rozjaśniło zbytnio tego miejsca. Powietrze było nieruchome, a przy tym przesycone zimną wilgocią. Po kątach zalegało stanowczo zbyt wiele cieni. Siedząc tak w ciszy, słuchając jak kurz ściele się na posadzce, czułem wiek tego miejsca, przygniatający ciężar minionych stuleci. Kościół pod wezwaniem Świętego Judy był ponoć najstarszym budynkiem w Nightsiude. Starszym niż Promenada Bogów, niż Wieża Czasu, starszym niż Obcy Znajomkowie nawet. Tak starym - i od tak dawna - miejscem kultu, że niektórzy ośmielali się zauważyć, że tak naprawdę wcale nie był kościołem, a po prostu miejscem, gdzie możesz porozmawiać z Bogiem i czasem otrzymać odpowiedź. Czy ci się ta odpowiedź podobała, czy nie, stanowiło już odrębną kwestię, uznawaną z założenia za problem pytającego.
W sumie niewiele trzeba, by gorejący krzak stał się gorejącym heretykiem. Staram się nie niepokoić Boga, licząc że zrewanżuje mi się tym samym.
Nie mam pojęcia, dlaczego w Nightside brak innych kościołów. Przecież nie dlatego, że ludzie tutaj są niewierzący. Powodów należy się raczej doszukiwać w tym, że do Nightside przybywasz po to, by robić rzeczy, których Bóg z definicji nie pochwala. Tutaj nikt nie traci duszy tylko ją sprzedaje, wymienia w barterze, albo zwyczajnie się jej pozbywa, skazując na zatracenie. Spotkasz tu najróżniejsze manifestacje, awatary, a nawet Moce i Dominacje, wystarczy że zajrzysz na Promenadę Bogów, i już możesz układać się z nimi o wszystkie te rzeczy, których posiadania Bóg ci odmówił.
W ciągu wieków pojawili się i tacy, którzy chcieli zniszczyć Kościół Świętego Judy. Od dawna ich już nie ma, a kościół stoi jak stał. Aczkolwiek istniała szansa, że tej nocy sytuacja zmieni się drastycznie, jeśli popełniłem błąd, w kwestii zawartości pudełka po butach.
Była trzecia nad ranem, ale w Nightside zawsze jest trzecia nad ranem. Noc, której nigdy nie rozjaśnia świt i godzina, która trwa w nieskończoność. Trzecia nad ranem, czas wilka, kiedy człowiek jest najsłabszy. Godzina, w której rodzi się najwięcej dzieci i najwięcej ludzi umiera. Ta najgorsza pora nocy, kiedy można tylko leżeć bezsennie w łóżku, zastanawiając się jak to możliwe, że nasze życie tak bardzo odbiega od tego, co sobie zaplanowaliśmy.
No i oczywiście najlepszy moment na dobijanie interesów z diabłem.
Nagle wszystkie włoski na karku stanęły mi dęba, a serce zamarło na sekundę, jak gdyby ściśnięte lodowatymi palcami. Podniosłem się, a moim ciałem wstrząsnął gwałtowny dreszcz, niemal spazm. Była już bardzo blisko. Czułem jej obecność, jej spojrzenie, przerażający chłód jej determinacji. Złapałem pudełko po butach i przycisnąłem do piersi, jakby to mogło uratować mi życie. Zmusiłem się by wyjść z ławki i stanąć naprzeciw drzwi. Patrzyłem na solidne dębowe skrzydło, wysokie na pięć stóp a grube na pięć cali, zamknięte na cztery spusty, i wiedziałem, że ono jej nie powstrzyma. Nic nie mogło. Nadchodziła Bolesna Jessica. Pani Niewiara. Nie było na świecie siły zdolnej ją powstrzymać. Monstrum, potworność, Niewierna. Powietrze trwało w bezruchu, pełnym tego nieokreślonego napięcia, które zwiastuje nadchodzący sztorm. Burzę zrywającą dachy, wyrywającą drzewa z korzeniami, strącającą ptaki z nieba. Bolesna Jessica przybywała w progi Świętego Judy, bo powiedziano jej, że tam będę i że mam to, czego ona szuka. Jeśli było inaczej, to nie było najmniejszej wątpliwości, że słono za tę pomyłkę zapłacimy. Nie noszę pistoletu, ani innej broni. Nigdy nie miałem takiej potrzeby. Zresztą żadna broń nie zdałaby się na wiele przeciwko Jessice. Już nic nie mogło jej zranić. Coś wydarzyło się w jej życiu, dawno, dawno temu, coś tak potwornego, że utraciła swe człowieczeństwo i stała się Niewierną. Teraz nie wierzyła w nic. A jej niewiara była tak potężna, tak głęboka i tak niezachwiana, że świat i wszystko, co z nim związane nic dla niej nie znaczyły. Nic nie mogło już jej dotknąć. Mogła pójść wszędzie i zrobić wszystko. I tak też czyniła. Mogła dokonywać rzeczy potwornych i okrutnych. I je czyniła. I nic już jej nie dotykało, nie obchodziło. Nie ma sumienia and moralności, nie ma żalu i nigdy się nie waha. Świat materialny jest dla niej jak kartka papieru, a każdy krok Pani Niewiary drze go na strzępy. Szczęśliwie dla świata Jessica rzadko opuszcza Nightside. A szczęśliwie dla nas tutaj, przeważnie śpi, czy też po prostu nie opuszcza swojej kryjówki. Ale kiedy się obudzi, kiedy wyjdzie na ulice, kto tylko może spieprza jej z drogi. Albowiem, gdy Jessica skoncentruje na kimś, lub na czymś moc swej niewiary, to ta rzecz przestaje istnieć. Znika. Na zawsze. Nawet sklepy na Promenadzie Bogów zamykane są na głucho, a ich właściciele decydują się spędzić wieczór w domu. Okolica pustoszeje, gdy Bolesna wędruje poprzez niekończącą się noc w Nightside.
Jej ostatni napad szału, był zarazem i najgorszym, bo za cel obrała sobie najbardziej wrażliwe rejony Nightside, zostawiając za sobą chaos i ruiny, widomy dowód, ze obsesyjnie szukała… czegoś. Nikt do końca nie wiedział, co to mogło być, nikt też się kwapił zbliżyć się do niej na tyle, by zadać pytanie. To musiało być coś niezwykłego, coś potężnego… Z drugiej strony mieliśmy do czynienia z Panią Niewiarą, która słynęła z tego, że nic nie jest dla niej szczególnie wyjątkowe lub potężne. Co mogło dać Bolesnej Jessice posiadanie jakiegokolwiek przedmiotu? Potężnych artefaktów w Nightside nie brakowało, od magicznych pierścieni po opisy budowy bomby i wszystkie były na sprzedaż. Ale Niewiara żadnego nie chciała, kontynuowała swój marsz zniszczenia, a pod jej gniewnym spojrzeniem ludzie i miejsca rozpływały się w nicości. Plotka głosiła, że poszukiwała czegoś tak realnego, że nie zdoła zwątpić w jego istnienie. Być może czegoś realnego na tyle by ją zabić, a tym samym skrócić męki i jej i otoczenia.
Tak oto Walker trafił do mnie i zlecił odnalezienie owego przedmiotu. Walker jest przedstawicielem Władz. O ile można mówić o jakimkolwiek rządzie w Nightside, bo Nightside nikt tak naprawdę nie rządzi, aczkolwiek wielu próbowało. Mówiąc o Władzach mamy na myśli tych, którzy wkraczają i rozwalają łby, gdy sprawy wymykają się spod kontroli. Walker jest spokojny i cichy, nosi schludne garnitury biznesmena i nigdy nie podnosi głosu. Nie musi. Nie pochwala prywatnej inicjatywy, do której się niewątpliwie zaliczam, ale od czasu do czasu zleca mi jakąś robotę. W zasadzie, dlatego że nikt inny nie ma moich zdolności i nie potrafi tego, co ja. No i dlatego, że uważa, iż można mnie bez żalu spisać na straty.
Dlatego za każde zlecenie wyciskam z niego kupę forsy.
Potrafię znaleźć dowolną rzecz. To dar. Od mojej drogiej nieobecnej mamusi, która okazała się nie być człowiekiem. Tak naprawdę nie jest martwa, to tylko takie moje pobożne życzenie.
W każdym razie udało mi się znaleźć to, czego szukała Bolesna Jessica. Miałem to w pudełku po butach, które przyciskałem do piersi. Wiedziała, gdzie to jest i właśnie po to szła. Moim zadaniem było oddać jej to we właściwym momencie i we właściwy sposób, tak by uciszyć jej gniew i odesłać tam, gdzie przebywała wtedy, gdy nie próbowała doprowadzać nas wszystkich do tego byśmy posrali się ze strachu. Zakładając oczywiście, że znalazłem właściwą rzecz. No i że nie wedrze się tu i nie uwierzy we mnie, kładąc tym samym kres memu istnieniu.
Była już niemal na progu kościoła. Pode mną kamienne płyty zawibrowały przerażającym echem zbliżających się kroków. Jej stopy raz po raz waliły głucho w powierzchnię świata, w który zdecydowała się nie wierzyć. Płomienie świec migotały dziko, a cienie czołgały się ku mnie, jak gdyby i je przepełniał strach. W ustach mi zaschło, konwulsyjny uścisk moich dłoni już dawno pozbawił pudełko po butach kształtu. Zmusiłem się, żeby odstawić je na ławkę i wcisnąłem ręce w kieszenie. Nie byłem w stanie wyglądać na wyluzowanego, ale przynajmniej mogłem się postarać, żeby nie zrobić wrażenia słabego, czy niezdecydowanego. Miałem tylko nadzieję, że kościół Świętego Judy wchłonął przez wieki tak potężny ładunek wiary i świętości, że obroni mnie przed siłą niewiary Jessiki. Ale wcale nie byłem tego pewien. Nadchodziła. Jak sztorm, jak fala przypływu, jak jakaś niezmierzona i niezwyciężona siła natury, która już za chwilę zwali mnie z nóg, zmiecie z powierzchni ziemi, zdmuchnie niczym pyłek. Nadchodziła. Jak przerzuty raka, jak depresja, jak wszystkie te rzeczy, których nie da się odwołać, którym nie da się zaprzeczyć, z którymi nie można negocjować. Była Niewiarą. W porównaniu z nią Święty Juda był niczym, ja byłem niczym… Wziąłem głęboki wdech i podniosłem dumnie głowę. Do diabła z tym. Jestem John Taylor, do kurwy nędzy, i zręczną gadką wywinąłem się z gorszego gówna niż to tutaj. Zmuszę ją, by uwierzyła we mnie.
Dębowe drzwi wzmocniono jeszcze ciężkimi okuciami z czarnego żelaza. Jak nic ważyły z pięćset funtów. Nawet jej nie spowolniły. Kroki załomotały na progu, a palce rozdarły drewno niczym zetlałą szmatkę. Przeszła przez dębowe dechy jakby to była kurtyna. Ruszyła w moją stronę. Naga, wychudzona, trupioblada.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-05-03 (1019 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej