Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Tuf Wędrowiec (wyd.2)
 
Katalog - dodano
 Immersja
- Erick Pol
 Jadowity miecz
- Rafał Dębski
 Zabójcze maszyny
- Philip Reeve
 Ostatnie konklawe
- Marcin Wolski
 Strażnik rzeczy zagubionych
- Ruth Hogan
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 

''Próba kwiatów'' - Jay Lake



I. Jesień Nieprzemijającego Miasta


Jason zarządca



Lipy rosnące wzdłuż alei Stawowej płonęły, wypełniając bezksiężycową noc światłem i cieniami. Kolejne drzewa wybuchały, gdy krążące w nich soki zaczynały wrzeć, a towarzyszący temu huk sprawiał, że konie w stajniach przy bocznych uliczkach rżały z przerażenia. Ostry dym gryzł Jasona w oczy, gdy płonące kawałki kory i trocin wznosiły się wirując w ciemne jesienne niebo.
Ognia nie podłożyła ludzka ręka ani nie rozpaliła wściek­ła klątwa. Drzewa zapłonęły samoistnie. Jason wiedział, że ten widok powinien w nim wzbudzić lęk, jednak noumenalne, a przynajmniej dziwaczne zjawiska ostatnio stały się aż nazbyt powszechne.
Gdy eksplozje ustały, służący i robotnicy przystąpili do wygaszania pogorzeliska. Niczego więcej nie można się było tutaj dowiedzieć. Nikt nie wiedział więcej od niego, więc Jason zawrócił ku rzece i domowi.
Obecnie wszyscy zachowywali ostrożność. Nawet on, mimo dopiero niespełna trzydziestu lat, czuł na swoich barkach ciężar miasta. Jego ojciec nie pozostawił po sobie żadnego dziedzictwa, nie licząc problemów, bólu i butelek dusz dawno temu rozsianych po Nieprzemijającym Mieście. Jason znalazł sens w kontynuowaniu pracy swego mistrza, który chronił miasto przed tajemnymi wojnami noumenalnego świata. Jednak obawiał się, że w tym roku to zadanie go przerośnie.
Idąc bawił się srebrnym obolem, wyjętym z kieszeni. Znajome oblicze, które poczuł pod palcami, przypominało jego mistrza – Ignatiusa z Czerwonej Wieży, Drugiego Doradcę w Wewnętrznej Izbie Zgromadzenia Obywateli. Podczas gdy Jason zajmował się głównie handlem, Ignatius znał tajemnice noumenalnego świata, był doktorem filozofii w Hermetycznych Zakonach. Łączyła ich głęboka i skomplikowana relacja, która korzeniami sięgała upadku ojca Jasona.
Karzeł czekał na Jasona na skrzyżowaniu alei Stawowej ze Srebrną. Miał usta naznaczone starymi otworami po szwach, rozgorączkowane spojrzenie i ciężkie krępe ciało chwiejnie opierające się na zdeformowanych nogach typowych dla jego ludu. W Nieprzemijającym Mieście mieszkało, przynajmniej kiedyś, tysiące karłów. Spędzały dzieciństwo w zamkniętych skrzyniach, które nie tylko pozwalały odpowiednio uformować ich nogi i tułowia, ale także umożliwiały zdobycie solidnego wykształcenia, czyniąc z nich uważnych uczniów. Zgodnie z tradycją karły pracowały na stanowis­kach urzędniczych bądź w branży handlowej.
Jason rozumiał to aż za dobrze. Po katastrofalnym załamaniu się rodzinnej fortuny spędził ostatnie, najtrudniejsze lata dzieciństwa pod opieką agenta swojego ojca, niejakiego Bidżaza karła. Był to dziwny okres, podczas którego poznał wiele zwyczajów i rytuałów miejskich karłów, wliczając w to mowę palców. Zapłacił wysoką cenę za tę kuratelę. Bidżaz zaszył Jasonowi usta, co stanowiło perwersyjne odbicie karlich obyczajów. Podczas bezkresnych nocy spędzanych przy igle i świecy Jason odkrył zamiłowanie do bólu, początkowo w sobie, a w końcu także w innych.
Ostatecznie on i agent ojca rozstali się nieobciążeni przy-jaźnią. Jason powędrował własną drogą, wplątując się w dziw-ną historię butelek dusz, która uczyniła go służącym Ignatiu-sa i skierowała ku wyższym celom niż pieniądze czy rozpusta. Stary karzeł również poświęcił się nowym ­wyzwaniom i teraz zajmował wysokie stanowiska w radach swojego ludu, występując w imieniu frakcji Zaszytych przed Wewnętrzną Izbą i Obywatelami.
Onezyfor, karzeł, który czekał na Jasona, był przywódcą stojącym w opozycji do Bidżaza i Zaszytych. Rozcięci stanowili ruch wyzwolenia karłów, który po raz pierwszy zagościł na wybrukowanych ulicach miasta podczas wilgotnych i upalnych dni ostatniego lata. Gdy nastała jesień, przywódca Rozciętych odszukał Jasona, który choćby z tego powodu był skłonny poprzeć jego sprawę.
– Zarządco – odezwał się Onezyfor.
Rozcięci nie używali mowy palców. Wśród buntowników stanowiło to powód do dumy. Także jego głos brzmiał inaczej, był pozbawiony gwiżdżącej nuty słyszalnej w mowie tradycyjnych karłów. Usta Zaszytych, ciasno zasznurowane wokół niewielkiego otworu pozostawionego w celu odżywiania się oraz mówienia, zawsze sprawiały wrażenie gotowych do bolesnego pocałunku.
– Onezyforze. – Jason skinął głową, zatrzymując się pod czarnym żelaznym słupem gazowej latarni, gdzie czekał na niego karzeł. – Wyszedłeś podziwiać gorejące drzewa?
Karzeł prychnął.
– Nie obchodzi mnie, co bogacze na wzgórzach robią ze swoją okolicą.
– Zapewne. A więc co cię sprowadza do eleganckich dzielnic?
Od końca lata Rozcięci nieprzerwanie wysyłali karły i karlice barkami na południe do Portu Buntowników i dalej. Uciekali, podobnie jak rubinowopióre papugi z Parku Imperatrix.
Miasto było w tarapatach. Wiedzieli o tym nawet umarli.
– Czy w ostatnich dniach odzywał się do ciebie Ignatius?
Jason był zaskoczony. Agitator Rozciętych zazwyczaj prawił mu kazania dotyczące miejskiej polityki bądź przekazywał wieści o tym, co się dzieje pod ziemią i za zamkniętymi drzwiami. To była informacyjna gra, wymiana plotek i pobożnych życzeń. Jason między innymi ostrzegł Rozciętych przed Edyktem o Formowaniu Młodzieży, dzięki czemu większość sal, w których trzymano dzieci w skrzyniach, była pusta, gdy wtargnęli do nich komornicy sądowi Administratora.
To zapewniło Jasonowi wdzięczność wielu karłów, nie tylko związanych z ruchem, zaś Onezyfor rewanżował się cennymi informacjami.
Jednak Ignatius był zmartwieniem Jasona, a nie Rozciętych.
Ostrożnie, pomyślał Jason. Tutaj płonie coś więcej niż drzewa.
– Ignatius jest zajęty swoją pracą.
– Bardzo możliwe. A jednak na twoim miejscu bym go odszukał.
– Słuszna uwaga, panie karle.
Onezyfor odwrócił się i chwiejnie powędrował w dół wzgórza, zmierzając w kierunku rzeki Saltus. Przed nim światła gazowych latarni przeszywały ciemność. Jason dostosował się do tempa karła, czekając, co jeszcze powie jego rozmówca. Myślami krążył wokół losów Ignatiusa.
– To nadal nasz dom – wymamrotał karzeł. – Mimo że go opuszczamy.
– Wiesz, że Obywatele obiecali chronić twój lud. – Ignatius wymusił tę obietnicę na Pierwszym Doradcy w obliczu nieprzemyślanego Edyktu o Formowaniu Młodzieży.
Onezyfor splunął.
– Akurat. Zbyt wiele nas czeka. Wszyscy wiedzą o maszerujących armiach, które chcą nas spalić. Cienie miały kolor krwi na długo przed opustoszeniem Ostrego Tronu. Tak wygląda życie w tym mieście. Ale teraz... śnieg wypełni Wielką Salę Zgromadzenia zanim lipy ponownie się zazielenią. Ochrona Obywateli znaczy tyle co pierdnięcie w rzece.
– Miasto ocaleje. – Jason chciał w to wierzyć. Według tradycji Nieprzemijające Miasto nigdy nie zostało podbite przez zewnętrznych wrogów.
– Może jego mury, które będą broniły dostępu do dymu i popiołów. – Onezyfor ponownie się zatrzymał i podniósł wzrok, spoglądając Jasonowi w oczy. – Dlaczego zostajesz?
– To nadal mój dom. – Duchy, wspomnienia, jedyne miejsce, jakie zna. Tutaj umarł jego ojciec, a Jason spędził całe życie. Kiedy akurat nie wykonywał potajemnych zadań dla Ignatiusa, kierował handlowym magazynem na Nabrzeżu Jesiotrów i nigdy nie opuścił murów miasta. – Nie mam dokąd pójść.
– Na tym polega różnica między nami. Ja znam takie miejsce. – Karzeł pokręcił głową i podreptał uliczką.
– A więc dlaczego wciąż tu jesteś? – spytał Jason pustych cieni. Kilka przecznic za nim opieszała lipa wybuchła przy wtórze trzasku przypominającego drewniany grzmot.


* * *



Miasto jest.
Tak brzmiały słowa miasta, motto umieszczone na najstarszych monetach wygrzebywanych z zapomnianych, otoczonych lasem kurhanów, które otwierano podczas prac wykopaliskowych. To samo zdanie wyrzeźbiono na nadprożach Bramy Rzecznej i Bramy Mydlanej, a także wyszyto na jedwabnych, wysadzanych klejnotami transparentach wiszących w siedzibie Zgromadzenia Obywateli, aby szlachetne osobistości od czasu do czasu mogły oderwać się od harówki i przypomnieć sobie, czyje losy trzymają w rękach.
Jason jednak od niedawna rozważał prawdziwość słów „miasto było”. Tego ranka wędrował wzdłuż wschodniej ściany miasta, gdzie zmiana z czasu teraźniejszego na przeszły najbardziej rzucała się w oczy. Ten ciąg rozgałęziających się i rozsypujących kamiennych murów stanowił punkt miasta najbardziej oddalony od nadrzecznych okolic, w których najczęściej przebywał. Pojawił się tutaj, by doglądać miejskich zabezpieczeń w imieniu Ignatiusa z Czerwonej Wieży, który, jak poprzedniego wieczoru zauważył Onezyfor, uparcie pozostawał nieobecny – nie odpowiadał na listy Jasona, ani na jego coraz bardziej naglące dociekania.
A może zniknął.
Jason wolałby, aby Rozcięty karzeł nie dopytywał się o miejsce pobytu jego mistrza. Pozwolił sobie na przypływ słodkiego gniewu. Odkąd rozpoczął służbę u Ignatiusa, zaniedbał swoją tajemną salę zabaw ukrytą pod magazynem, wyposażoną w dyby do chłosty i ruszty do piętnowania. Nigdy jednak nie zapominał o tych rozrywkach, praktycznie jedynej dostępnej mu pozostałości po szlachetnym urodzeniu. Nadal potrafił i lubił zadawać ból, przynajmniej w salach wyobraźni.
– Zabiję tego karła – wyszeptał.
Jego oddech przybierał postać malutkich obłoków wyglądających niczym duchy wypowiadanych słów. Było zimno, zdecydowanie zbyt zimno jak na porę roku, która powinna przynieść owoce w sadach i zmienić kolor liści miejskich drzew na srebrny, czerwony i brązowy.
Sytuacji nie poprawiał fakt, że Jason wiedział o żołnierskiej sztuce równie niewiele co o przekształcaniu kamieni żółciowych w klejnoty. Każda branża ma swoich mistrzów. Jason znał się na pośrednictwie handlowym, potrafił zarobić na opóźnieniu towarów trafiających do doku lub na podziale wynagrodzenia między barkarzem a portowym inspektorem, lecz tego ranka nie czekały na niego listy przewozowe, a jedynie mury, kamienie i stanowiska bojowe. Czyli domena kamieniarzy i dowódców artylerii.
Ta część wschodniej ściany stanowiła najwyżej położony punkt miasta. Gdy patrzył w stronę rzeki, Nieprzemijające Miasto przeciągało się i budziło u jego stóp. Ulica Murowa biegła między rzędami zrujnowanych domów. W wielu miejscach pośród wiekowych fundamentów rosła dojrzała złocista kukurydza. Dalej, na starym Placu Apelowym, rozciągał się chaos namiotów, bud i straganów z jedzeniem, które tworzyły rozbrzmiewający gwarem Zielony Targ.
Spoglądając na zachód i południe Jason mógł prześledzić bieg alei Melisandy ciągnącej się przez Dzielnicę Świątynną do placu Delatora. Odepchnął od siebie wspomnienie o gorzkim końcu, jaki spotkał jego ojca na karnej platformie na placu, i popatrzył dalej na północ, na drugą stronę rzeki Byczek, gdzie ulica Korkowa wspinała się od nabrzeża aż na szczyt Babcinego Garbu. Tam wznosiła się spiralna Kopuła Dywaniarza zbudowana z czerwonych i żółtych kamieni. Był to najwyższy budynek na tym krańcu miasta i jedyna budowla, która wznosiła się powyżej punktu, w którym stał obecnie. Następnie powiódł wzrokiem wzdłuż linii miasta z powrotem na południe poza plac Delatora i wzdłuż zbocza Nowego Wzgórza do równiny nad rzeką Saltus, gdzie Pałac Wapienny lśnił w blasku wschodzącego słońca. Pomiędzy tymi charakterystycznymi obiektami wznosił się szeroki las wież, dachów i murów obronnych, kominów, ciepłowni i wodociągów, wierzchołków drzew, masztów namiotów i modlitewnych platform.
Gdzieś poza polem jego widzenia nieśpiesznie pogrywała orkiestra dęta. Jason słyszał śmiech kobiet, pogwizdywania i okrzyki poganiaczy bydła na targu. Jego nos atakowały wonie potraw gotowanych nad ogniskiem, węglowych pieców, koni, wołów, ścieków, potu, a nawet lekki aromat palonego drewna utrzymujący się od poprzedniego wieczoru, zaś wszystko to spięte klamrą nieuniknionego i nieustającego smrodu rzeki Saltus.
Oto Nieprzemijające Miasto.
Dom.
Z góry było wyraźnie widać, że metropolia z czasem zbieg­ła się ku środkowi i ścieśniła, odsuwając się od obronnych murów. Nad rzeką panował tłok, lecz obok wiekowych obwarowań rozciągały się zielono-złoto-brązowe pola.
Wśród ruin w cieniu wschodniej ściany słowa „miasto jest” ustąpiły miejsca słowom „miasto było”.
Jason zwrócił się na wschód, by popatrzeć na walczący o przetrwanie, nieregularnie zabudowany kraj leżący poza zwierzchnictwem Nieprzemijającego Miasta i jego nieistniejącej armii. Różane Wzgórza pięły się ku porannym obłokom odmalowanym blaskiem. Krainę przecinała kręta rzeka Byczek wypływająca z trawiastych równin poza horyzontem. Najeźdźcy mogliby powędrować wzdłuż jej biegu przez nierówne pola uprawne, gęstwiny lasów gospodarczych i rozległe mroczne plantacje dzikiej róży, po krętych drogach i obok kluczących strumieni. Nikt nie ­przeciwstawiłby się wrogiej armii, oprócz Jasona oraz spóźnionych rolników, którzy właśnie wjeżdżali do miasta wozami pełnymi jaj, ziemniaków i świeżo ubitych świń.
– Jak te mury mogą powstrzymać cokolwiek, skoro nie stać na nich doświadczeni ludzie? – spytał cichy głos z dziwnym akcentem znad Morza Słonecznego.
Zaskoczony Jason aż poślizgnął się na pokruszonym żwirze zalegającym na szczycie zniszczonego muru. Odwrócił się, rozdrażniony swoją reakcją.
– To ty jesteś najemnikiem? – syknął. Nigdy nie kontaktowałby się z takim człowiekiem, gdyby nie potrzeba wynikająca z nieobecności jego mistrza.
– Ależ – odrzekł mężczyzna. – Proszę nazywać mnie wolnym jeźdźcem.
Był niski, niższy nawet od Jasona, który nigdy nie osiągnął imponującego wzrostu. Miał blade oczy, niemal w kolorze okruchów lodu, osadzone w bladej, gładko ogolonej twarzy, nad którą wyrastały przyprószone srebrem włosy jeszcze jaśniejsze od fryzury Jasona. Mężczyzna był ubrany w ładnie skrojony surdut oraz jasnoniebieskie spodnie, które podkreślały kolor jego oczu. Wydawało się, że nie ma przy sobie broni.
– A więc wolny jeździec – odparł Jason. – Ze spółki pana Zimy. Jak się nazywasz?
– Enero. My nazywać się Zimowymi Chłopcami. Ale ty nie być Ignatiusem.
Jasonowi nie spodobał się ten niski facet, który uważał się za niezwykle niebezpiecznego i łebskiego. Wystarczyłaby godzina albo dwie w jego sali zabaw i żołnierz inaczej by zaśpiewał. Jednak Ignatius umówił się z nim tutaj na dziś rano.
– Jestem Jason Zarządca, jego agent. A więc zauważyłeś, to bardzo sprytnie z twojej strony.
– Owszem. Płacić mi za spryt. Za to, że być sprytny albo zabójczy. Ty mówić w imieniu Ignatiusa?
– Tak. – To było kłamstwo, bezczelne jak sam Enero, jednak Ignatius nie odzywał się od trzech dni. Wiadomości wysłane zeszłej nocy po rozmowie z Onezyforem nie odniosły skutku, podobnie jak poprzednie próby. Co bardzo źle wróżyło. Mistrz Jasona miał wielkie wpływy w mieście i niewykluczone, że był następcą imperatorskiego tronu, który od tak dawna stał spowity cieniem i kurzem, że większość ludzi zapomniała o jego istnieniu.
Innymi słowy, był właściwym człowiekiem w czasach, gdy niebezpieczeństwo czyhało ze wszystkich stron. Władze miasta spadały wirując niczym sokół ze złamanym skrzydłem. Zgromadzenie Obywateli dbało jedynie o to, kto runie pierwszy, by pozostali przedstawiciele władzy mogli zatańczyć na jego kościach.
Mówiąc w skrócie, czekała ich katastrofa, jeśli Ignatius zniknął na dobre. To, że odszedł bez słowa, wydawało się niewyobrażalne. A jednak musiał wiedzieć o nadciągającej burzy, w przeciwnym razie nie zadbałby o to, by Jason stawił się tutaj w jego imieniu o tak niezwykłej porze.
Dlatego kłamstwo:
– Mówię w jego imieniu. – A następnie kiepskie negocjacje: – On was potrzebował. My was potrzebujemy. – Zgodnie z wiedzą Jasona Ignatius był przekonany, że armie, które rzekomo nadciągały z Żółtych Gór i znad Morza Piaskowego, rzeczywiście istniały.
Kapitan Zimowych Chłopców podrapał się po ogolonym podbródku i z namysłem popatrzył na Jasona.
– Obiecać nam kwatery na dwa sezony, dla grosa ludzi i koni, do tego zapasy i wyżywienie oraz usługi dobrego rusznikarza i przyzwoitego stajennego. Dwa srebrne obole dziennie na głowę plus pięćdziesiąt oboli dziennie dodatku do podziału między oficerów.
Wliczając wydatki to prawie czterysta srebrnych oboli dziennie, policzył Jason. Nie miał pojęcia, jakie warunki rzeczywiście zaproponował Ignatius. Uzbrojonym osiłkom pilnującym towarów w porcie podczas bezksiężycowej nocy płaci się nie więcej niż jednego srebrnego obola za ostrze, nie licząc wydatków.
Wynajęci siepacze nie przybywają w towarzystwie uzbrojonych i opancerzonych towarzyszy.
– To nie ja ustalałem warunki – odrzekł Jason, starając się zamaskować swoją ignorancję. – Podpiszę rachunek na prowiant i usługi rzemieślników. Doktor Ignatius zadba o zapłatę gotówką.
Enero wydawał się niewzruszony.
– Przyjemnie jechać na Nefrytowe Wybrzeże jesienią. Nasza matka Północny Wiatr dmuchać nam w plecy.
Niech szlag trafi Ignatiusa za to, że pozostawił mnie w niewiedzy, pomyślał Jason. Nie znając wartości tego, co chce się kupić, nie sposób ustanowić ceny.
– W takim razie zobowiązujemy się spełniać wasze żądania przez tydzień. Gdy Ignatius wróci, będziesz musiał się przed nim tłumaczyć, jeśli wprowadziłeś mnie w błąd. – Oczywiście nie sądził, by Wewnętrzną Izbę zainteresowały jego wnioski o fundusze. Odpowiadał przed Ignatiusem, a nie Zgromadzeniem Obywateli i ten brak lojalności działał w obie strony.
Gdzie jest Ignatius?
Podniósł wzrok i zobaczył, że Zimowy Chłopiec uważnie mu się przygląda.
– Czego się bać poza wiatrem?
Na to pytanie jest tak wiele odpowiedzi, pomyślał Jason. Ogni pośród nocy. Ludzi umierających z niezrozumiałymi słowami na ustach. Paniki. Ale tego nie powiedział.
– Zgadnij. Zapowiada się boska jesień.
– Pociski nie powstrzymać nocnych istot, ale zdziałać cuda przeciwko jeźdźcom.
– Racja.
– Dać mi rachunek?
– Oczywiście. – Jason sięgnął w głąb płaszcza po formularze. Będzie musiał zapłacić za pierwszy tydzień z funduszy spółki.
Z jakiegoś powodu, pomimo noumenalnych ataków i zniknięcia jego mistrza, właśnie to stanowiło dla niego najgorszą obrazę.


Imago z Lockwood



„Pieniądze, na słodką dupę Dorgaua, człowiek potrzebuje pieniędzy jak ptak powietrza!”. Imago przemierzał nis­ko sklepiony bar w świetle cuchnących olejowych lamp. Jego wędrówce przyglądała się tylko garstka śliniących się pijaków oraz potężny jednoręki Tokharczyk – wielki drab o miedzianej skórze, oczach w kolorze jesiennego brązu i czarnych włosach typowych dla tego pustynnego ludu – który sprawiał wrażenie, jakby nie rozumiał żadnego z języków, którymi posługiwał się Imago.
A może w ogóle żadnego języka.
Imago nie był wysoki, ale za to jego buty miały wysokie obcasy i pogrubione brandzle. Nie był barczysty, ale jego płaszcz miał wywatowane ramiona. Denko jego kapelusza sięgało wyżej niż u innych. Pomadował i szczotkował ciemne kręcone włosy, by odstawały od głowy i okalały jego twarz, czyniąc go większym. Mówiąc w skrócie, Imago dbał o wygląd i zawsze wydawał się kimś więcej niż był w istocie.
W tej chwili rozpalały go wino i ubóstwo. Za sprawą fatalnej passy w kasynach przy ulicy Korkowej był winny pieniądze Trybadzie, zaś jego ostatnie prawnicze przedsięwzięcia nie przyniosły żadnych zysków.
– Ty! – wykrzyknął, obracając się i celując palcem w Tokharczyka. – Nie wysłuchałbyś zeznań trzech sióstr doprowadzonych do ruiny przez niegodne postępki sług jednego z wielkich domów handlowych?
– Em zhakkal – wymamrotał Tokhari.
– Otóż to! Rzeczywiście prawdziwy z niego szakal. – Imago odwrócił się i po raz kolejny okrążył niską salę. Z każdym kółkiem przybliżał się do drzwi, nie wzbudzając podejrzeń u czujnego barmana, który domagał się zapłaty. Drobiazgo­we dranie. – Cóż to za świat, w którym nie można sobie kupić sędziego?
Obrót i kolejna rundka. Jeszcze jedna i będzie mógł wyskoczyć na zewnątrz.
– Zapłaciłbym mu – dodał Imago – gdyby wydał właściwy wyrok.
Krok za krokiem, potem skręt obok pustego stojaka na broń w drugim końcu pomieszczenia.
Potężny Tokhari popatrzył spode łba.
– Izh-al madir.
– „Mój drogi”? – zdziwił się Imago, po raz ostatni mijając olbrzyma. – To nie do pomyślenia.
Położył dłoń na klamce, otworzył drzwi i wyszedł na lodowaty deszcz, poruszając się dwukrotnie szybciej od oburzonego okrzyku, który rozległ się za jego plecami.
W tym tygodniu czekały go jeszcze dwa procesy prowadzone przez innego sędziego, nie tamtego złodziejskiego fircyka, który wzdragał się przed odrobiną zdrowej nieuczciwości. Teraz musiał tylko znaleźć jakiś sposób na to, by zapewnić sobie jedzenie, nocleg i porządne ubranie za to, co mu pozostało: jednego miedzianego orychalka i trzy włókniste marchewki.
No cóż, zawsze pozostaje mu zniewalająca uroda i jeszcze bardziej zniewalający dowcip.
Lecz na razie jego płaszcz nasiąkał deszczem, a ani uroda, ani dowcip nie potrafiły powstrzymać kropli.


* * *



Dom Lockwoodów rzeczywiście podupadł, pomyślał Imago.
Obudził się zesztywniały, plecy i nogi boleśnie zapowiadały nadchodzące lata starości. Jego brat Humphrey mieszkał razem z ich Mater w zapleśniałej norze na brzegu Węgorzowej Szczęki, głęboko w przesiąkniętych strachem dżunglach Nefrytowego Wybrzeża, gdzie usługiwało im kilku żałosnych miejskich karłów, którym zabrakło dumy, by pozostać w cywilizowanym świecie.
Ale nie on. Imago i jego duma spędzili noc na wozie rolnika, który niedawno transportował nim znaczne ilości cebuli. Niewielkie skrawki, których nie rozładowano na targu, kłuły Imago w brzuch, jednak woskowana płócienna plandeka osłaniała go przed zimnym nocnym deszczem.
A teraz, sądząc po jasnej mgiełce, która wypełniła jego pole widzenia, słońce powróciło, przynosząc odrobinę ciepła.
Imago wytoczył się przez tylną klapę, nie czekając, aż właściciel wozu mu w tym pomoże. Nastał nowy dzień, pełen możliwości zarobku, zdobycia honoru i przeżycia duchowej rewolucji. Największym darem, który dali mu bogowie, była umiejętność doceniania potencjału, jaki niesie ze sobą każdy wschód słońca.
Imago zeskoczył na bruk i zobaczył, że tenże potencjał właśnie zmaterializował się w postaci dwóch komorników Zgromadzenia Obywateli ubranych w czerwone wełniane tuniki i dzierżących w dłoniach laski.
– Tam jest! – zawołał jeden z nich.
Imago z Lockwood ponownie rzucił się do ucieczki.
Ostro skręcił w Zaułek Piskorzy na tyłach Targu Korzennego, następnie puścił się dzikim pędem między stertami koszy śmierdzących płukanym chrzanem i imbirem oraz wokół gór ziemniaków i rzepy, po czym dał nura pod brzuchem pociągowego konia parującego porannym potem i minął pokrzykujących handlarzy, zaskoczonych tragarzy i leniwych klientów targu.
Sądząc po odgłosach dobiegających zza jego pleców, komornicy powoli go doganiali. Imago wyskoczył z uliczki na aleję Filigranową, zrzucił z pleców ciemny płaszcz pokryty kawałkami cebuli i pewnym krokiem dołączył do grupy chłopców od jubilera, którzy pośpiesznie zmierzali w stronę rzeki, by złamać nocny post.
Kiedy bluźniący i posiniaczeni komornicy wysypali się z wylotu uliczki w otoczeniu wściekle toczących się bulw, Imago był już tylko jednym z wielu ciemnowłosych mężczyzn ubranych w wyblakłe, upstrzone plamami koszule.
Kolejny dobrze zapowiadający się dzień. Chociaż nakaz, który wydali przeciwko niemu Obywatele, utrudni mu w tym tygodniu dostęp do jego procesów.
Najwyższy czas przemyśleć swoje podejście. W kodeksach prawnych Nieprzemijającego Miasta kryło się wiele ciekawostek. Być może przy odrobinie szczęścia i biegłości uda mu się którąś z nich wykorzystać.


* * *



Karzeł Belisare pełnił funkcję Claviger Familias w Domu Lockwoodów i zarządzał rodzinnym majątkiem. Chociaż już dawno umknął na bagna Węgorzowej Szczęki razem z resztą tchórzliwej familii Imago, to w Nieprzemijającym Mieście pozostał jego brat, niejaki Ducôte. Imago uznał, że nadszedł czas, by odezwać się do tego szlachetnego karła i odwołać do ostatniego rodzinnego kontaktu, który jeszcze się go nie wyparł.
Śpieszył w stronę portu, gdzie Ducôte prowadził scriptorium położone w pobliżu Nabrzeża Iglaków. Lepiej nie włóczyć się po ulicach, skoro szukają go komornicy. Oczywiście to zjedna mu sympatię Ducôte’a, który nie robił tajemnicy ze swojej współpracy z Rozciętymi.
Aleja Filigranowa zaprowadzi go niemal nad samą wodę, do Targu Przypraw. Podążając wzdłuż bocznej grani Babcinego Garbu i dalej ku rzece, Imago starał się trzymać blis­ko grup wędrowców, nigdy nie zapuszczając się samotnie w miejsca, w których mógłby zostać dostrzeżony. Komorników była ograniczona liczba i byli zajęci trzymaniem niespokojnych i wściekłych mieszkańców z daleka od murów Pałacu Wapiennego, a jednak ktoś uznał, że należy posłać za nim ludzi.
Musiał znaleźć sposób na uwolnienie się od nakazu, który wydało przeciwko niemu Zgromadzenie, bo mógł całkowicie pokrzyżować mu plany. Nawet pomijając procesy, w których pełnił rolę oskarżyciela – zawód prawnika był coraz mniej użyteczny w tych podejrzanych czasach – bez swobody ruchów nie mógł skutecznie gromadzić gotówki ani grać w kasynach przy ulicy Korkowej.
Imago rozsądnie nie dopuszczał do siebie myśli, że Ducôte zaproponuje mu podróż w dół rzeki do Belisare’a i azylu Domu Lockwoodów. Żaden miejski karzeł zaliczany w poczet Rozciętych nie myśli w tak konwencjonalny i zawężony sposób.
To niemożliwe.


Bidżaz karzeł



Karzeł pocił się od gorąca i dymu, które biły od stojącego przed nim koksownika. Ktoś skryty w cieniu ponad nim i za jego plecami uderzał w bęben w powolnym tempie bijącego serca. Tradycyjny strój złożony z kawałków muślinu, którymi Bidżaz był owinięty, lepił się do jego ciała niczym całun do topielca. Jego puls szalał. Smród wzbierającego pożądania unoszący się z jego krocza, pach i skóry na karku niemal skłaniał go do ocierania się o najbliższą framugę.
Zamiast tego praktykował powściągliwość.
Wiedział, że w ogniu płoną zioła i żywica. Poniekąd właśnie dlatego tu przyszedł. Bidżaz nie korzystał bezpośrednio z tysięcy grzesznych rozrywek dostępnych w Nieprzemijającym Mieście. Śmiertelnie się bał, że wpełznie do rury wodociągowej i nie wyjdzie z niej o własnych siłach, lecz zostanie zaniesiony na desce prosto do dołu na cmentarzu dla biedoty. Jednak nie był niczemu winien, jeśli w powietrzu kłębiły się substancje odurzające. Akt oddychania nie wiązał się z grzechem ani pokusą.
Niedaleko Bidżaza, naprzeciwko dołu znajdującego się poniżej, siedziały inne tajemnicze postacie. Cztery z nich bez wątpienia były karłami ze skrzyń – samymi Zaszytymi o prawidłowo zapieczętowanych ustach. Jeden z nieznajomych prawdopodobnie należał do rzadkiej grupy przyciętych karłów, dorosłych ofiar, które z nadmiaru zapału i pieniędzy pozwoliły się skrócić chirurgowi. Był nawet jeden pełnowymiarowiec, który kucał, by zmieścić się w miejscu, gdzie wysocy byli przeznaczeni jedynie na pokaz. Urodzona karlica, niemal równie rzadki okaz w mieście karłów jak przycięci, bez słowa krążyła między mężczyznami – w takie miejsca zawsze przychodzili mężczyźni – częstując ich winem i deszczówką podawanymi w wąskich kubkach dostosowanych kształtem do otworów między zaszytymi wargami.
Bidżaz wodził palcami po supełkach pokrywających jego ściśnięte, rozgrzane wargi. Nie miał najmniejszego zamiaru ich przeciąć i dołączyć do grona Rozciętych; prędzej obciąłby sobie fiuta. Gdy o tym pomyślał, jego druga ręka wślizgnęła się pod przepocony muślin, by dodatkowo wzmocnić wściekły nacisk, który czuł w kroczu.
Chłopiec przykuty łańcuchami na środku dołu wił się w oślepiającym blasku trzech świateł wapiennych, które syczały i płonęły wydzielając cuchnące opary.
Bidżaz zaczął powoli masować swojego fiuta pod szatą. Chłopiec w dole był wysokim, niemal dorosłym pełnowymiarowcem o długich kończynach i zniewalającej urodzie. Trzy karlice niosące skórzane pasy i igły do szycia płótna właśnie od niego odstąpiły. Na jego ustach drżały jaskraworubinowe koraliki krwi. Został włączony w poczet Zaszytych. Na krótką chwilę. Obiecano mu bogowie wiedzą co i nafaszerowano narkotykami, więc teraz rytmicznie poruszał biodrami w tył i przód, prężąc ciało natarte śliskimi olejkami i naznaczone śladami języków jego niedawnych dręczycielek.
Jęki chłopca pieściły uszy Bidżaza niczym usta kochanka. Ręka karła zaczęła szybciej poruszać się pod szatą, pot wystąpił na jego ciało niczym mgła wypływająca na ląd na Nefrytowym Wybrzeżu. Bycie karłem oznacza spędzenie bolesnego dzieciństwa w skrzyni, podczas gdy pełnowymiarowcy chodzą wolni i radośni w promieniach słońca. Bycie karłem oznacza napełnianie głowy liczbami, literami i ­faktami, aż z uszu zacznie płynąć wosk, a z oczu krew, podczas gdy pełnowymiarowcy piją, grają i łajdaczą się w tawernach oraz kasynach Nieprzemijającego Miasta. Bycie karłem oznacza służbę, całe życie wpatrywania się w bruk i dwukrotnie przeliczone monety, podczas gdy pełnowymiarowcy klękają przed miejskimi władcami, by odbierać nowe honory, i galopują na pięknych koniach jasnymi ulicami.
Czasami karzeł musi się zrewanżować. Czasami karzeł musi zobaczyć, jak pełnowymiarowcy sięgają dna. Czasami karzeł musi odnaleźć dumę w krwi i pocie. Kiedyś Bidżaz czerpał rozkosz i utraconą godność od Jasona, syna swojego dawnego mistrza, gdy młodzieniec był w potrzebie, ale tamte dni już dawno minęły. Tamte chwile drżącej namiętności i oślepiającego światła wypełniającego umysł odeszły w niepamięć.
Mógł odbudować swoją dumę na cierpieniu innego człowieka, na jedną noc, tydzień albo cykl księżyca. Dziesięć złotych oboli i zobowiązania wobec Trybady, by przekroczyć próg, cały czas czując za sobą obnażone miecze gotowe go ściąć choćby w chwili szczytowania, jeśli tylko jego słowa lub uczynki złamią zasady tego tajemnego miejsca.
Do dołu wszedł nagi karzeł o twarzy zakrytej gnijącym końskim łbem. Napęczniałego fiuta miał pomalowanego na jasnoniebiesko i niósł trzy wąskie rapiery zawieszone na pasie przerzuconym przez jedno ramię. Na widok ostrzy Bidżaz poczuł nagły przypływ gorąca w kroczu. Z klejącym się, ciepłym udem osunął się niżej na krześle i gestem poprosił o więcej wina.
Jeśli człowiekowi-koniowi uda się przedłużyć agonię do kilku godzin, na co stać najlepszych przy odrobinie szczęścia i w przypadku silnych chłopców, być może Bidżaz ­będzie tej nocy szczytował jeszcze dwa albo trzy razy, po czym wyjdzie stąd czując się jak prawdziwy człowiek.
Przynajmniej na jakiś czas.
Jednak przerażało go, jak często musi tu wracać oraz jak wiele zażąda od niego Trybada w zamian za zaspokajanie sekretnych wstydliwych żądz.
Tak naprawdę przerażało go wszystko. Bidżaz chciał, by powróciły dawne czasy; pragnął tego równie mocno jak chodzić z wysoko podniesioną głową i zdobywać miłość kobiet o jasnych udach, które górowałyby nad nim na letnich polach.


* * *



Bidżaza odprowadzono do zamkniętego powozu i przez jakiś czas wożono ulicami miasta, po czym wysadzono, by sam odnalazł drogę – w ten sposób zadbano o to, by nie ujawnił położenia karlego dołu. Jednak Bidżaz nawet nie próbował zapamiętać układu zakrętów ani zmieniającego się brzmienia stukotu kół na bruku.
Znalazł się w alei Melisandy i podreptał w stronę domu. Księżyc krył się za chmurami ledwie widocznymi ponad dachami Nieprzemijającego Miasta. Każdy cień wydawał się głębszy, mroczniejszy, bardziej ponury.
Wieczór go rozczarował. Co prawda chłopiec długo umie-rał, ale nieciekawie się zachowywał, płakał i błagał o życie. Mówiąc wprost, średnio się spisał. Bidżaz usiłował nie myśleć, kim był pełnowymiarowiec. Sądząc po kształcie nosa zapewne dzieckiem ze szlachetnego domu, sprzedanym ciemności, by uregulować sekretny dług bądź anulować opłacone zlecenie zabójstwa. Jedyne, czym mógł się pochwalić Bidżaz, to znacznie lżejszy portfel. A także zaschnięte nasienie na udach.
W odległości jednej lub dwóch przecznic ktoś krzyknął. Ostatnio nie było to rzadkością w Nieprzemijającym Mieś­cie, zwłaszcza w nocy. Bidżaz nie zareagował. Wiedział, że będzie bacznie obserwowany w drodze do domu. Po wieczorze spędzonym w karlim dole nie był bezpieczny. Trybada nie lubiła informatorów.
Kolejny krzyk, tym razem dobiegający z góry. Czyżby z dachu?
Krople deszczu zabębniły o bruk. Bidżaz podniósł wzrok i zobaczył nogi opadające na ulicę przed nim. Same nogi – strzaskana, rozerwana biała kość zalśniła w syczącym świetle gazowej latarni stojącej na rogu – które jednak nie krwawiły.
Krew padała z nieba.
Noumenalny atak! Tak jak w przypadku płonących drzew, olbrzymich dżdżownic wypełzających ze źródeł oraz innych potworności, które ostatnimi czasy nękały miasto.
Rzucił się do ucieczki, szukając schronienia. Był gotów postawić mosiądz przeciwko złotu, że nogi należały do jednej z agentek Trybady. Cokolwiek szalało na dachu, nie dbało o jego wizytę w karlim dole, jednak to mu nie pomoże, jeśli zostanie schwytany. Gdy pędem mijał gazową latarnię, ślizgając się na zakrwawionym bruku, zerknął w górę i zobaczył upiorne zęby szczerzące się w pysku wielkim jak wóz z piwem.
Stracił równowagę i runął twarzą do rynsztoku, wyrzucając w powietrze falę pomyj i gówna, po czym uderzył pod-bródkiem o krawężnik i odnalazły go gwiazdy.


* * *



Poranek nastał stanowczo zbyt późno. Bidżaz otworzył oczy, do których dotarło dziwnie przefiltrowane światło, i poczuł ból wywołany długotrwałym brakiem przytomności, który zastąpił mu sen. Coś było nie w porządku z jego ustami i leżał pod grubym płótnem.
Temu ostatniemu łatwo było zaradzić. Zrzuciwszy z siebie materiał, Bidżaz zauważył nad sobą gazową latarnię i obłoki perlące się na niebie. Po chwili zgłosił się jego język i powiadomił o braku kilku zębów. Karzeł nie mógł otworzyć zaschniętych ust.
Ból był dobrym znajomym każdego karła wychowanego w skrzyni. Bidżaz oparł się dłonią o krawężnik i dźwignął na kolana. Płótno opadło – była to tania plecionka używana przez komorników sądowych i niektóre prywatne nocne patrole do oznaczania i okrywania ciał pozostawianych dla porannego wozu wywożącego zwłoki. Albo ktoś miał niefortunne poczucie humoru, albo w ciemności wzięto go za trupa.
Nadal znajdował się w miejscu, w którym upadł, przy alei Melisandy. W tej okolicy położonej bliżej rzeki stały wysokie, wąskie domy z witrażami w oknach, gargulcami na gzymsach i skrzynkami, w których rosły kolorowe jesienne kwiaty podtopione i wyziębione za sprawą nietypowej pogody. Lipy już traciły liście, a ich gołe konary wznosiły się w niebo na podobieństwo modlitw.
Aleja Melisandy nie przypominała rodzinnych okolic Bidżaza rozciągających się między placem Delatora a rzeką, nic z tych rzeczy. Tutaj od karła oczekiwano, że będzie używał bocznych uliczek i tylnych wejść, a nie zataczał się z zakrwawioną twarzą i zabrudzonym ubraniem wzdłuż lakierowanych frontowych drzwi i żelaznych słupków do wiązania koni. Mieszkali tutaj wpływowi i piękni ludzie, zarządcy, a nawet drobni syndycy, bez wyjątku pełnowymiarowcy.
Na myśl o tym w pamięci Bidżaza na krótką chwilę pojawił się obraz chłopca, który zeszłego wieczoru z wytrzeszczonymi oczami usiłował zwymiotować krwią przez ciasno zaszyte usta. Część krwi wyciekła wzdłuż ostrza, które przebiło oba policzki i język, ale większość spływała do płuc. Młodzieniec był już wtedy bliski końca. W tamtej chwili świadomość własnego zbrukania była w Bidżazie tak silna, że sam pragnął złapać ostrze i odciąć sobie członka, jak to uczynił chłopcu karzeł z głową konia.
To był czyjś syn. A teraz nie żył, dla próżności i złej, drżącej namiętności.
Brud. Bidżaz był brudny.
Podniósł się na nogi, zatoczył i niemal wpadł na pomocnika piekarza pchającego wózek z ciepłymi, świeżymi bochenkami. Aromat drożdży i masła odpędził wstyd i żądzę krwi. Pozostało tylko poczucie winy, jego stary przyjaciel.
Zgromadzenie. Tego ranka ma się pojawić przed Wewnętrzną Izbą Zgromadzenia. Administrator i Doradcy nie będą zachwyceni, jeśli się spóźni. Nie mógł nic poradzić na stracone zęby, poza pogodzeniem się z bólem i unikaniem słonych potraw. Jednak musiał się pozbyć zakrwawionego i nasiąkniętego ściekami muślinu, który wciąż owijał mu ciało.
No i nie miał portfela.
Niepewnie, ale z determinacją wędrował chodnikiem, rozglądając się za jakimś karłem wciąż lojalnym wobec Nieprzemijającego Miasta. Szukał któregoś z Zaszytych o prawidłowo zamkniętych ustach, a nie jakiegoś Rozciętego sukinsyna. Potrzebował natychmiastowej pomocy, w przeciwnym razie miesiące pracy w imieniu ich ­wszystkich, ­zarówno Zaszytych, jak i niewdzięcznych Rozciętych, mog­ły pójść na marne.


* * *



Handlarz bóstwami, którego odnalazł Bidżaz, wskazał mu wodę do mycia i dał czystą szatę. No, prawie czystą, ale z pewnością wolną od niefortunnych plam pozostałych po zeszłej nocy. Dobroczyńca Bidżaza przyniósł mu także destylowany alkohol niepewnego pochodzenia, który miał zagłuszyć ból zębów i górnej szczęki.
Jak dotąd wszystko dobrze.
Gorzej, że przeklęty karzeł przyczepił się do Bidżaza jak rzeczne błoto do portowej drabiny. Minęli Skrzydło Sepiowe i idąc ulicą Maldorora wzdłuż południowej ściany Pałacu Wapiennego prawie dotarli do Bramy Costarda. Bidżaz zamierzał zgubić handlarza bóstwami w alei Margolina wśród tłumu urzędników i dostawców, ale nie miał szczęścia.
Może opiekuńcze duchy tego pedałka szepnęły mu o znaczeniu spraw, którymi zajmował się Bidżaz.
A może, musiał przyznać Bidżaz, przemówiły jego własne opiekuńcze duchy. Kimkolwiek albo czymkolwiek były. Nie był w nastroju, by ich słuchać. Ból wywołany połamanymi zębami odbierał mu cierpliwość, zaś lęk o to, co czeka Nieprzemijające Miasto, jeszcze nigdy nie był tak blisko powierzchni.
Musi zaprzestać wizyt w karlich dołach. Ktoś w końcu się dowie. Bidżaz okryje się hańbą. W okolicach Mydlanej Bramy można bez trudu wynająć chłopców, których będzie mógł bić do krwi całymi dniami, nie płacąc za to nawet srebrnego obola. Jednak Bidżaz wiedział, że czyści młodzieńcy w dołach i tak będą umierali, niezależnie od jego obecności. Nie zabijano ich specjalnie dla niego. Ten argument sprawiał, że od lat tam powracał. Nie był za nic odpowiedzialny.
A jednak chciałby znaleźć dla siebie inny rytuał.
– A więc szukaj – rzekł handlarz bóstwami.
Był to karzeł ze skrzyni, rzecz jasna Zaszyty, ubrany w kawałki muślinu niczym najszlachetniejsze i najbardziej szanowane karły. Jednak jego karnacja nie pozostawiała wątpliwości, że pochodzi spoza Nieprzemijającego Miasta – tak głębokich odcieni brązu zazwyczaj nie spotykało się na dalekiej północy, podobnie jak oczu w kolorze polerowanego dębu. Także palce handlarza bóstwami zalśniły dziwnym kolorem, gdy zdecydowanym ruchem ułożył je w znak LILIE NA RZECE oznaczający akceptację swojego losu, płynięcie z prądem wydarzeń.
– Nie chciałem, aby moje myśli były aż tak przejrzyste – mruknął Bidżaz. – Chociaż jestem bezgranicznie wdzięczny za twoją pomoc, to wkrótce będę musiał zająć się swoimi sprawami.
Znów mowa palców: WIATR PRZEMAWIA ZE WSZYSTKICH STRON. Co oznaczało, że rad udziela zawsze więcej niż jeden głos.
– Otwórz uszy, człowieku, a także oczy – odparł hand­larz bóstwami. – Znalazłem cię zalanego ściekami i krwią. Nie tak powinno wyglądać życie w mieście. Uważasz, że to w porządku? Te tłumy na placach? Nasi ludzie uciekający na Nefrytowe Wybrzeże?
– Nie. To nie jest w porządku. Wiem o tym. Właśnie tego dotyczy moja praca. Zresztą muszę już iść.
– W ogóle nie słuchasz. – Skośne oczy wydawały się smutne i nieobecne. Palce handlarza bóstwami zaczęły wykonywać znak GÓRA, ale w połowie przerwały.
– Nie mam czasu słuchać – odparł Bidżaz. – Przyjdź do mojego biura przy alei Zgiętej Szpilki w Dzielnicy Świątynnej; odpłacę ci po dziesięciokroć za twoje usługi.
Handlarz bóstwami podjął ostatnią próbę, gdy przystanęli przed ubranymi na czerwono komornikami sądowymi pilnującymi Bramy Costarda.
– Pieniądze nie są tyle warte co twoja niepodzielna uwaga.
– Możliwe – odrzekł Bidżaz. Palcami pokazał: BURZA NISZCZY UPRAWY.
– Zaiste. – Ponuro ukłoniwszy się nachmurzonym komornikom, handlarz bóstwami się oddalił.
Bidżaz odwrócił się w stronę strażników.
– Zostałem wezwany do stawienia się przed Wewnętrzną Izbą.
– Tak jest, proszę pana – odpowiedział najmłodszy z komorników, niejaki Federico, znany Bidżazowi. – Jest pan oczekiwany. W odróżnieniu od pozostałych śmieci, którzy od rana skomlą, żeby ich wpuścić. – Oddał laskę jednemu z towarzyszy, lecz wciąż trzymał w dłoni rewolwer pieprzniczkę. – Niech pan idzie ze mną.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-05-04 (1028 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej