Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Miasto kości (wyd.2)
 
Katalog - dodano
 Wyprawa Błazna (wyd.M)
- Robin Hobb
 Roar
- Cory Carmack
 Wybawienie
- Jussi Adler-Olsen
 Zabójcy bażantów
- Jussi Adler-Olsen
 Battlefront: Oddział Inferno
- Christie Golden
 
- skomentowano
 Zapisane w kartach
- Anne Bishop
 Ciężko być najmłodszym
- Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa
 Sopel cz.1
- Paweł Kornew
 HEL 3
- Jarosław Grzędowicz
 Evna
- Siri Pettersen
 

''Księga wojny'' - antologia



Anna Brzezińska

''Jeden dzień''
(fragment)



Słońce przetoczyło się na zachodnią stronę, rozścielając w dolinie rdzawe i gołębie cienie. W dole, widoczne poprzez krystaliczne górskie powietrze, rozpościerało się przed nimi Torrine o tysiącu wież, opasane kręgami wiejskich willi i złocistych pól.
Zaskoczyło ją, że minęło tak wiele czasu, odkąd obwieszczono przybycie gościa. A może magowie zabawili się w casolaro czasem, usypiając ją pomiędzy jednym a drugim uderzeniem serca, żeby nie usłyszała, jak rozprawiają o niepojętych sprawach czarodziejów. Nigdy nie umiała zgadnąć, jak daleko sięga ich władza. Nie zastanawiała się zresztą. Moce nie pociągały jej ani odrobinę. Wystarczały kępy ziół, miodowa woń kwiecia i roztańczone strugi wody. I nawet one nie przemijały w tej zaklętej krainie, gdzie kwiaty rozchylały się o świcie i drzewa wydawały owoce, lecz nic nie ginęło ani nie gniło i spełniało się odwieczne marzenie czarodziejów, żeby zdobyć coś, nie dając nic w zamian.
– Więc ten obraz zobaczysz pod powiekami, kiedy będziesz zapadała w sen w Montenegro – odezwał się cicho Corvo.
Odwróciła wzrok ku sinej, rozmazanej chmurze gór daleko na północ od Torrine. To nie było jeszcze Montenegro, zaledwie pierwsze pasma Monti Aquilino, za którymi rozciągały się Monti Sacri, kolebka szarych braci, a dalej Monti Lunari, puste i jałowe, i na ostatek Montenegro, porośnięte lasami, za którym były już tylko Monti Serpillini, siedziba zbiegłych demonów i najdalsza krawędź świata. Oczywiście istniały jeszcze inne ścieżki, prowadzące ku odległym, obcym ziemiom, gdzie władali królowie pozbawieni magii, lecz równie jak wszyscy łapczywi na cudowne posągi, organy ożywiane przez demony wichru, a także barwione błękitem sukno, kosztowności, przyprawy, wreszcie srebro, które wydobywano w sztolniach Montenegro. Melissa nie wiedziała o nich jednak zbyt wiele – Cardo trzymał posłów, kupców i dworaków z daleka od córki, ukrytej w sercu castello. Wystarczała jej delikatna koronka pól, willi i oliwnych gajów, która pokrywała wzgórza wokół Valle dei Ruscelli.
– Nie znam innego – odpowiedziała cichym, modulowanym głosem.
Staruszek zamiatacz postępował za nimi, starannie wygładzając na żwirze ślady stóp i przywracając ogród do jego pierwotnego kształtu. Oczywiście istnieli słudzy dokładniejsi i piękniejsi niż ten wieśniak w szarym kaftanie i kapuzie – jej tasiemki opadały prawie do ziemi, kiedy przystawał zgarbiony i ze świstem wciągał powietrze. Wystarczyło związać pośledniego demona choćby i z chocholim wiechciem, aby do śmierć swego poskromiciela nie ustawał w pracy, do jakiej go przypisano. Lecz tutaj, w Valle dei Ruscelli, magia była jedynie tworzywem, nie twórcą. Książęta castello chełpili się tym przed konfratrami, a Cardo ostentacyjnie trzymał się dawnych zwyczajów, zupełnie jakby nie upadła Brionia i wszyscy magowi Półwyspu kłonili się nadal przed Principi dell’Arazzo.
Minęli Arco di Fuoco, Bramę Ognia, wchodząc na drugi z tarasów, rozpostarty szeroko tuż pod giardino secreto, obrębionym nićmi z róż i purpurowej szałwii. Cardo pozwalał wędrowcom zachodzić tutaj swobodnie i zachwycać się pięknem ogrodu, o ile bez przeszkód pokonali kamienne cielsko ladona. Melissa przystanęła na chwilę, by Corvo mógł nacieszyć oczy harmonią bukszpanowych kwadratów i kół, wypełnionych kwieciem w barwie zmiennego nieba. On jednak nic nie mówił. Poszli więc dalej pomiędzy porośniętymi różanymi pnączami pergolami, które otwierały się na posągi roztańczonych bachantek. Posągi gięły się przed nimi w ukłonach, otwierały kamienne księgi, symbol mądrości czarodziejów, a ich idealnie ukształtowane ciała lśniły perłowym połyskiem jak skóra po kąpieli. Wedle legendy tak właśnie magowie Valle dei Ruscelli upamiętniali swoje kochanki, łącząc je z demonami i zaklinając je po wiek wieków w głazie.
Nigdy nie ośmieliła się zapytać ojca, czy to prawda. “Bądź grzeczna” – powtarzały jej piastunki, odkąd urosła na tyle, żeby rozumieć ich słowa. “Bądź grzeczna, posłuszna i cicha, bo inaczej przyjdzie mag i zmieni cię w kamień”.
Z ksiąg w dłoniach posągów tryskała woda – drogocenna moc, która wydarła to miejsce dzikiemu zwierzowi i przemieniła w jeden z największych cudów Półwyspu.
– Zaczekajmy. – Mężczyzna zatrzymał ją delikatnie. – Ze względu na starca.
Wielokrotnie zastanawiała się później, którym momencie spostrzegła, że Corvo jest zupełnie inny niż ta postać z magii i mroku, jaką wymyśliła sobie w bezsenne wieczory, kiedy wykrochmalone prześcieradła parzyły nagą skórę i nocne straszydło – puchacz – odzywało się nad jej oknem głosem spierzchniętym ze strachu. Ale w istocie nie spostrzegła niczego. Zanadto pochłaniały ją własne lęki. I czasami wydawało jej się, że nic, żaden krok i żadne słowo nie wydarzyły się naprawdę i stworzyła je dopiero potem, bo bitwa pod Capo Grande nie okazała się jednak końcem świata, jakkolwiek bardzo mogła tego pragnąć. Nie, świat istniał nadal, przesypywały się ziarna piasku w klepsydrach i posągi toczyły łzy, a Melissa musiała z wysiłkiem przemierzyć drogę wstecz, by pomiędzy eksedrami i kolumnami z krzewów poszukać jakiejś wskazówki.
Tymczasem jednak nie wydarzyło się nic, po prostu zanurzyli się w kępy lawendy, połączeni przez moment wspólną tajemnicą i tym odruchem litości, który tak ją zdziwił u człowieka, który zwykł naginać innych do swojej woli.
Pszczoły brzęczały, ospałe od upału i woni ziół.
Z tyłu zamiatacz dyszał z mozołem.
– Przypomina, czym naprawdę jesteśmy. – Corvo przesunął palcami po bladofioletowych kwiatach. – Czyż nie?
Skinęła głową, niepewna, co ma na myśli – starca, kwiaty czy jeszcze coś innego.



Jakub Ćwiek

''Bajka o trybach i powrotach''
(fragment)



Franek szedł ulicą pomiędzy dwoma metalowymi ludźmi. Pan Bruckner z przodu, jako przewodnik. Kierowali się w stronę budynku poczty.
Pozornie nic się na ulicy nie zmieniło. Na oknach jak co dnia wietrzyły się wielkie poduchy, przy straganach, w drzwiach sklepów i punktów usługowych stali kupcy wyczekujący klientów, wzdłuż krawężników tu i ówdzie parkowały samochody zamożniejszych mieszkańców okolicznych kamienic. Dzień jak co dzień, tyle że jedynym dźwiękiem, jaki unosił się nad ulicą, było ciche tykanie tysięcy zegarowych mechanizmów. Równe, miarowe, sekunda dokładnie co sekundę.
Franek przymknął powieki i wsłuchał się w ciche tik-tak, chrup, zgrzyt, tink-tink, cyk-cyk. A potem otworzył oczy i uniósł głowę.
I wtedy ich dostrzegł.
Byli wszędzie. Szarzy jak ściany kamienic, trwający w bezruchu, dlatego w pierwszej chwili niedostrzegalni. Metalowi ludzie w mundurach. Wypukłe czoła gładko przechodziły w hełmy, przez co trochę przypominali grzyby. Ich oczy nie świeciły na czerwono. W ogóle nie świeciły, jakby przepaliły się tkwiące w nich żaróweczki.
Na gzymsach i dachach siedziały olbrzymie machinoptaki. Skrzydła miały z ozdobnych parawanów, metalowe brzuchy jak kotły, a pod dziobami jak wielkie nożyce – reflektory. Z grzbietów niczym kolce na smokach sterczały rzędy kominów, z których uchodziły w niebo kłęby czarnego dymu.
Gdyby teraz spadł deszcz, skrzydła ptaków na pewno by zamokły i porwały się na wietrze jak wilgotny papier, pomyślał Franek. Kto wie, może pordzewieliby też metalowi ludzie.
To była miła myśl, ale zaraz doszło do niego, że jeśli nawet ulewa zaszkodziłaby wszystkim metalowym ludziom w mundurach, to nie zrobiłaby nic jego eskorcie, bo ci dwaj mieli skórzane płaszcze. Porzucił więc wszelką nadzieję i ze zwieszoną głową wkroczył do budynku poczty. Im szybciej odrobi swoją pracę, tym szybciej wróci do taty.
A tam na stole do segregowania listów leżał... kolejny metalowy człowiek, też w skórzanym płaszczu. Od kolegów różnił się tym, że miał w piersi otwartą klapkę, z której unosił się dym.
– PO_MUSCH MÜ! – polecił metalowy stojący na lewo od Franka, ten sam, który postrzelił pana Joachima.
Jego palec wciąż wyglądał jak lufa, więc chłopiec posłusznie podszedł do stołu i odgarnąwszy listy, kartki pocztowe i stemple, uklęknął na blacie i zajrzał do wnętrza metalowego człowieka.
Oj, co się tam w środku wyrabiało! Z tysięcy zębatek wiele było już tak zdartych, że wyglądały prawie jak kółka, powyginane sprężyny powchodziły między tryby, niedokręcone śrubki chybotały się na wszystkie strony. Nic, zupełnie nic nie było w porządku i właściwie trudno było stwierdzić, co sprawia, że mechanizm w ogóle działa.
Franek odwrócił się i już miał o tym powiedzieć panu Bucknerowi, ale wtedy pan Buckner podszedł i postawił na blacie dużą czarną torbę. W środku zabrzęczały monety.
– Musisz go naprawić – szepnął. – Inaczej zginiemy.
To powiedziawszy, otworzył torbę, w której, jak się okazało, były części do zegarków. Chłopiec natychmiast zabrał się do pracy. Kto wie, jak by się potoczyła ta historia, gdyby nie to, że przejęty, podenerwowany Franek zapomniał o pierwszej zasadzie wpojonej mu przez ojca: “Gdy widzisz mechanizm po raz pierwszy, nie wyciągaj całego naraz, bo wszystko pomieszasz i potem nie będziesz wiedział, co jest do czego”.
Franek bez myślenia wyciągnął po kolei wszystkie części. No i wszystko pomieszał.



Michał Krzywicki

''Głosy''
(fragment)



Chłopak stanął. Jego drżąca i przepocona dłoń odruchowo sięgnęła do kieszeni w poszukiwaniu papierosów. Zanim zrozumiał, że nie ma szans na zaciągnięcie się nikotynowym dymem, namacał coś w czeluści spodni. Wyciągnął całą paczkę lucky strike’ów.
— Co jest, kurwa?!
Nic tutaj nie dzieje się bez woli nieba...
Machnięciem ręki odgonił natarczywy głos i patrzył z niedowierzaniem na twarde pudełko, wyciągnął zmiętego, bo zmiętego, ale prawdziwego papierosa z filtrem.
...komendanta i piekła.
Instynktownie włożył fajkę do ust. Dopiero po chwili zorientował się, że nie ma ognia. Znów sięgnął do kieszeni, ale nic tam nie znalazł.
Rozejrzał się po baraku.
Tym razem nikt nie unikał jego wzroku. Niedowierzanie więźniów mieszkało się z nieskrywanym podziwem.
Domyślał się, że rzadko goszczą tu takie uczucia, a jeżeli już, to zawsze przyprawione są strachem.
Jeden z więźniów podszedł do niego, w kościstej ręce trzymał kawałek siarki i zapałkę.
Przez chwilę trwała walka o ogień. Chyba cały barak przyglądał się scenie, jak Trzysta Dwa próbował odpalić papierosa. Udało mu się to za trzecim razem.
Chłast, chłast, chłast — dobiegł odgłos psów, które węszyły tuż obok baraków, ale władca ognia jak gdyby nigdy nic po prostu zaciągnął się dymem.
Nagle smród panujący w pomieszczeniu gdzieś znikł, zapach palonego tytoniu można było porównać do powiewu świeżego wiatru.
Ktoś podszedł do Stürma i wcisnął mu w rękę kawałek chleba.
Trzysta Dwa nie odczuwał głodu, ale wiedział, że wkrótce to się zmieni, więc przyjął podarunek z ochotą. W zamian wyciągnął z paczki papierosa.
W jednej chwili obstąpili go ludzie. Każdy chciał coś zamienić na papierosa. Chłopak odpychał od siebie połamane łyżki, szczerbate widelce, jakieś szmaty i zużyte chodaki, bez ustanku kręcił głową, gdy nagle ludzie zaczęli się rozstępować. Korytem zbudowanym teraz z dwóch grzbietów wychudzonych ciał szedł w jego stronę żylasty, blady więzień. Pomimo chłodu nie miał koszulki, tylko spodnie. Bose stopy. Wykrzywioną w triumfalnym grymasie twarz. Pod pachą trzymał koc. Wyciągnął rękę z tatuażem dwadzieścia dwa w stronę Trzysta Drugiego. Jednocześnie drugą dłonią pokazał pięć palców. Stürm długo nie myślał, wyszarpał wełniany skarb z ręki Żylastego i odliczył mu pięć papierosów.
Dwadzieścia Dwa poczekał, aż ktoś podpali mu fajka, i odszedł w cień, za nim podążył tłumek oddanych mu więźniów.
Chłopakowi udało się też kupić miejsce na łóżku wychudzonego chłopaka z jednym uchem.
— Nazywam się Czterysta — przedstawił się.
Nowe miejsce kosztowało dziesięć bezcennych skarbów zawiniętych pieczołowicie w bibułkę. Zmęczony, od razu się położył. Przytulił się do pleców leżącego mężczyzny. Niemal jednocześnie zasnął. Gdy się obudził, wciąż była noc.
Przypomniał sobie, że miał dziwne fantazje. Śnił o potężnym wytrysku, sperma lała się jak mocz grubym, jednostajnym strumieniem wprost na twarz pięknej kochanki. Nie wiedział, co o tym myśleć. Był Asem, jego kontakty z kobietami ograniczały się wyłącznie do uścisków, ewentualnie pocałunku. To wystarczyło. Przekręcił się na drugi bok. Jego partner zrobił to samo. Stürm poczuł ciepło na swoich plecach i wzwód.
Z trudem przełknął ślinę, zamroził na chwilę wszystkie myśli w oczekiwaniu, ale nic się nie stało, może po prostu bezduszna chudzina miała sen równie męczący jak jego.



Jakub Nowak

''Ciężki metal''
(fragment)



Nazywam się Łukasz Ozimczuk. Mam dwadzieścia pięć lat. Przez całe życie mieszkałem w Lublinie. Ostatnie lata w strefie bezpośredniego kontaktu z przedziwnu (mimo wysiłków pogranicze wciąż puchnie, w nasze głowy wlewa się wykrzywica). Służyłem jako stacjonarny prostownik w 2 Lubelskiej Kompanii Pogranicza, którą dowodzi kapitan Andrzej Ozimczuk. Mój ojciec. Kompania wchodzi w skład Pułku Kresowego, na czele którego stoi srogini Michalska.
Srogini. Wystarczyło jedno jej spojrzenie i wszyscy — ja, tata i reszta pułku — wszyscy byliśmy gotowi skoczyć do samego piekła. I skakaliśmy.
Zmuszają mnie, bym wszystko opowiedział. Trzy dni. Całe życie. I jeszcze więcej.


* * *


Lublin pachniał, a zmysły mieszały się. Bo Lublin pachniał miękką szeleszczącą zielenią, pachniał przyjemnie orzeźwiającą ciepłą ciemnością. Siedziałem po turecku z piwem w ręku. Był mój, a ja byłem jego. Gdybym teraz zerwał się, rozpędził i skoczył, runął prawie czterdzieści metrów w dół, Lublin nie dałby mnie skrzywdzić. Pochwyciłby mnie i zaniósł z powrotem na dach. Naprawdę tak myślałem. Dlatego wolałem nie zbliżać się do krawędzi. Piłem, słuchałem szumu w dole, rozkładałem ręce, rozkładałem dłonie szeroko, by każdym wolnym porem chwytać lipcowy wiatr.
Siedziałem na dachu wieżowca, w którym mieszkam całe życie. Betonowy moloch, połamany nieregularnie na kilka przylegających do siebie segmentów. Dwanaście pięter, czternaście klatek schodowych i niemal tysiąc mieszkańców. Nawet teraz, podczas konflaktu. On i jego osiedlowi towarzysze z góry wyglądaliby jak monstrualne kanciaste węże, pławiące się w puszystej zieleni. Siedziałem na grzbiecie betonowego gada, smakowałem piwo i smakowałem bezruch. Spokój był blisko jak rzadko kiedy. Wyczuwałem go tuż za granicą pola widzenia, jakby czaił się za moimi plecami.
Czekałem na ojca. Wyruszyli tydzień temu, Ułanem, nowym skrzepołamaczem, skierowanym na lubelski odcinek w ramach uzupełnień europejskich sił World Treaty Organization. Test bojowy sprzętu wyprodukowanego w barcelońskich stoczniach: nowe, organiczne filtry mają umożliwić efektywne prowadzenie działań na pograniczu przez dobre osiem dni i aż do trzech tygodni w warunkach defensywnych, przy wyłączonym rozkrzepie, w razie kłopotów ze znalezieniem drogi powrotnej. Pierwszym wypadem Ułana dowodził kapitan Andrzej Ozimczuk.
Tata.
Gdy poczułem ucisk w okolicy węzłów chłonnych, odłożyłem butelkę i powoli opadłem na plecy. Zbliżali się. Uśmiechnąłem się do nocnego letniego nieba. Jakie pory roku mają tam, w otchłani? Ucisk narastał. Przymknąłem oczy, wiedząc, co zaraz nastąpi. Kilka chwil bez dźwięku, bez ruchu, wszystko jak na pauzie. I nagle play, nagle znów pomieszanie zmysłów. Niebo pękło, rozdarło się, gwałtownie wyrzygało matowe światło, uwalniając przy okazji lśniący metalicznie, nieregularny kształt. Wiatr rozjęczał się między wieżowcami, zawtórowały mu samochodowe alarmy. Głośno, mocno, wysoko, jak gitarowe solo. Sam miałem ochotę powrzeszczeć.
Chodź do domu.
To był ułamek sekundy. Krócej niż mgnienie oka, nie dłużej niż mgnienie myśli. Wystarczyło. Zanim pogranicze zniknęło, zanim rana na niebie zasklepiła się, zerknąłem ku otchłani. Wtedy zewnętrzności przejrzały się we mnie, polizały od środka moje ciało i duszę. Jęzor przedziwnu, kwaśny i włochaty, zostawiał lepkie ślady na wspomnieniach. Wyżerał twarze, roztapiał słowa. Mieszał wszystko. Wykrzywiał.
Ostry ból wokół szyi, tępe łupanie w stawach. I ten okropny zawrót głowy. Oparcie zniknęło, spadałem i wzbijałem się jednocześnie, świat wokół zadrżał i zaczął wirować, wirowałem i ja, coraz szybciej i szybciej, coraz krzywiej. Krzywy język uciekał z pokrzywionej gęby, pełzł gdzieś po policzku, w stronę ucha, tam spierdalały pokrzywione oczy. Krzywe struny głosowe rzęziły w wykrzywionej krtani.
Na szczęście odbiło mi się ochronną zupą ze szczawiu i wędzonej pasztetowej. Zacisnąłem oczy, ugryzłem się w język. Mocno. Łzy pomogły, przemyły trochę głowę. Głęboki wdech. Rozchyliłem powieki. Pogranicza nie było. Był Ułan.



Łukasz Orbitowski

''Kanał''
(fragment)



Przed wieczorem znaleźli wśród ruin rannego Polaka. Miał dwadzieścia pięć lat i był przerażony. Joseph kazał mu obciąć obie dłonie i popędzić go przed siebie. Fritz to zrobił. Chłopak przeszedł ze sto metrów, nim upadł. Powstańcy zgromadzili się w ruinach czarnego domu, jedli fasolę i ciemny chleb. Było bardzo cicho.
— Tej nocy powinno być spokojnie. — Heinz zerknął za okno. Jego czarny mundur zlewał się ze ścianą.
— Nie wiadomo — odparł Joseph. Jadł powoli.
Fritz tylko mruknął, grzebiąc przy radiostacji. Wyniósł ją spomiędzy trupów. Nie chciała działać, a on nie wiedział dlaczego.
— Będziemy tak tkwili? — zapytał Anton.
— On mówi, że noc powinna być spokojna — odparł Joseph.
— A jak nie, to co?
— Gówno — mruknął Fritz.
Zapalili. W progu stanęła Marika z osmalonym, dymiącym czajnikiem w ręku. Popatrzyła na każdego z nich, jak tylko kobieta potrafi, na Heinza dłużej. Nalała herbaty. Joseph zabronił używać świeczek, ale noc była jasna, dymy ustąpiły, przez zdruzgotane okna wlewało się światło księżyca, od płonących domów, tam, daleko, biła czerwona mgiełka.
— Można by iść na północ — zastanawiał się Heinz.
— Tam są Francuzi — rzucił Anton.
Kucał, kubek z herbatą trzymał w obu dłoniach.
— Na północ kraju, nie miasta. Poszlibyśmy naokoło, wydostaniemy się — tłumaczył Heinz, wymachując papierosem. — Tu już się na nic nie przydamy. Miasto padło.
Fritz wzruszył ramionami.
— A co, do cholery, jest na tej twojej północy?
— Wojna. Guderian. Nie słyszałeś?
— Kogo? Radia? Szwajcarii?
— Na przykład — rzucił Heinz.
— Tam nic nie ma.
Heinz poszukał wzrokiem sojuszników. Marika chciała coś powiedzieć, ale zabrakło jej odwagi. W ogóle mówiła niewiele. Stanęła blisko Heinza, tak że prawie mogła go dotknąć.
— Czekamy na rozkazy. — Joseph wstał, odstawił kubek z herbatą na parapet, oparł się o ścianę, skrzyżował nogi, ręce włożył do kieszeni.
Anton myślał chwilę, nim zapytał:
— Kapitanie?
— Tak.
— Kto nam teraz rozkazuje?
Fritz trącił butem milczące radio.
— Poczekamy do rana — odparł Joseph.
Heinz się ożywił. Herbata go rozgrzewała. Z szarą, dziobatą twarzą i gorącymi oczami, w czarnym mundurze Rottenführera SS kojarzył się z wojennym cwaniakiem, takim, co przedrze się przez każdy szaniec, przepełznie tam, gdzie chce, przyniesie uśmiech i zwycięstwo.
— Najchętniej przyjmowałbym rozkazy od Leya. Robert Ley to jest ktoś.
— Znowu… — westchnął Fritz — A jak ci powiem, że ten twój Ley to dureń i moczymorda?
— Może i moczymorda. Ale dureń nie.
— O co ci chodzi z tym Leyem? — zapytał Anton.
Joseph nie chciał tego słuchać. Ciągle się o nim mówiło. Wielki doktor Robert Ley. Człowiek duch. Taki połknie granat i wysra go w kwaterze wroga bez żadnej szkody dla siebie. Zorro w partyjnym mundurze. Dzieci uratowane przez Leya. Odbite domy. Ocaleni więźniowie. Oficerowie wroga zastrzeleni albo zarżnięci, w chwili kiedy szczali lub leżeli na Niemkach. Ley — władca upiorów. Ley — król skrytobójców.
— Robert Ley dostał w łeb albo gdzieś się zagrzebał. Ludzie gadają bzdury. Jak o Himmlerze.
— O! — Fritz się ucieszył. — Co z Himmlerem?
— Ten mały Max, no, ten, co mu oko przestrzelili, mówił, że Himmler ma redutę w Alpach, gdzie może się bronić i dwadzieścia lat — odrzekł niespodziewanie Anton — Całe forty na szczytach. Z jedzeniem, winem i kobietami.
— Czemu więc ten Max tam nie został? — mruknął Joseph. Zerknął na zegarek. — Już czas. Rano ruszamy.
— Rano, ale dokąd? — zapytał Heinz.
Joseph nie odpowiedział. Trwali chwilę w ciszy, popijając herbatę. Tylko Fritz zgarbił się znów nad radiem, dłubał w nim wielkimi palcami, wydawało się, że zaraz coś w nim zmiażdży. Anton rozglądał się. Szukał kąta, w którym mógłby rozłożyć śpiwór.
— Może to prawda — odezwała się Marika.
— Co prawda? — mruknął Heinz.
— Z Robertem Leyem. Czy może być tak, że wszyscy o czymś mówią i to jest nieprawda?
Posłuchaj Goebbelsa z Zurychu, pomyślał Joseph, ale nic nie powiedział.
— Słyszałam — ciągnęła Marika — że Ley ma świeże siły poza miastem. Tylko czekają, aż wreszcie ruszy Mussolini. I jeszcze... — szukała słów — to nie może być kłamstwo, ludzie widzieli na własne oczy. Wielkie magazyny broni. W podziemiach pod miastem. Takiej jeszcze nie było. Nowe karabiny. Działa, ledwo co zrobione. I jeszcze więcej. Cudowna broń.
Heinz otoczył ją ramieniem. Pierwszy raz pozwolił sobie na coś takiego.
— Jeśli jest ta broń, to czemu jeszcze jej nie dostaliśmy?
— Kto wie? — rzucił ze Anton swojego posłania. — Gdzieś sobie leżą te spluwy, tylko ich wynieść nie ma komu? Bo jak? Pod nosem Polaków?
— Ludzie bredzą tak, gdy nie wiedzą, co robić — powiedział Joseph w pustkę.
— Może rzeczywiście tak jest? — zaryzykowała Marika — albo nie ma inżynierów do obsługi tych nowych karabinów.
— Ha! — warknął Fritz. — Nie masz inżyniera, nie masz i broni.
Zapadła cisza. Anton odwrócił się na bok twarzą do ściany. Joseph kiwnął na Fritza i ten zainstalował się w oknie, ogromny, jeszcze rosnący na tle tężejącej nocy. Brudne palce splótł na MP-38.
— Wyruszamy przed świtem — oznajmił Joseph.
Pozdrowił wszystkich uniesieniem dłoni. Mały palec miał czarny i martwy. Pociągnął za sobą plecak w głąb budynku, między szkło i kamienie. Znalazł rozbity sekretarzyk i wielkie łóżko z nadpaloną pościelą. Leżał na nim gruz, chwycił więc kołdrę za rogi i ściągnął, pospiesznym gestem przetarł ręką dziurawy materac i owinął się kocem. Nim zasnął, słyszał, jak koty buszują po ruinach, jak coś daleko trzeszczy i jęczy, jak strzały wybrzmiewają i cichną w pieśni ognia.



Paweł Paliński

''Wszystko, co przyjdzie, już pozostanie''
(fragment)



Matylda już dawno temu odkryła własną szkołę magii.
Najpierw zaczarowała swoje oczy i uszy.
Oczy — aby widziały wszystko wokół; uszy — by wszystko słyszały. To dlatego wciąż żyła. Nikt nigdy nie zaskoczył jej, skradając się ukradkiem, już z daleka zdradzało go bicie podstępnego serca. Matylda z łatwością łowiła każdy dźwięk na świecie — od ostatniego spazmu konającej mrówki po głuchy łoskot zawieszonych wysoko planetarnych torów.
Oczy nie pozostawały gorsze, patrzyły bystro. Żaden najmniejszy nieprzyjazny gest nie umykał ich uwadze.
Poza tym Matylda bez trudu chowała się w cieniach rzucanych przez dorosłych. Czasami nurkowała w ich włosach (choć ostatnio miała z tym kłopoty; wszyscy nowi dorośli, których spotykała, mieli ogolone na łyso głowy), kiedy indziej kryła się w co obszerniejszej kieszeni lub odnajdywała dogodne schronienie w luźnej nogawce spodni.
Oczywiście nikt nigdy nie dowiedział się, jak odważnie poczyna sobie Matylda, wiedziała o tym tylko ona sama. Po prostu wypowiadała zaklęcie i ważyła tyle co piórko, dla zabawy unosił ją byle wietrzyk. I na odwrót: gdyby przyszli po nią źli ludzie, ci w mundurach palaczy, o złych, nienasyconych oczach i uczernionych sadzą dłoniach, wystarczyłoby wypowiedzieć zaklęcie wspak, a ciężar jej ciała wzrósłby tak niepomiernie, że za nic nie ruszyliby jej z miejsca.
Kto jak kto, ale Matylda była spokojna o swój los. Magia stała po jej stronie.
Gdyby tylko tak mocno nie doskwierał jej głód.
Gdyby tak bardzo nie martwiła się o Pełzaka...
Odkąd znalazła go i objęła opieką, wydawania posiłków przerodziło się w koszmar.
W obozowej stołówce nie było miejsca dla słabych, panowało tam podszyte bezprawiem zamieszanie, tym bardziej przerażające, że zawieszone w absolutnej ciszy. Walka w kolejce po ochłap mięsa — w ciszy. Walka o stanowisko blisko koszy z czerstwym chlebem — w ciszy. Bójki i zabójstwa — w absolutnej ciszy.
Złodziei traktowano wyjątkowo surowo, ale Matylda była czujna. W każdym stęknięciu, w ledwie słyszalnym szurnięciu butów umiała rozpoznać zagrożenie. Lub szansę. O, właśnie zachwiał się i przewrócił jakiś stetryczały staruszek, więc szybko zajęła jego miejsce w kolejce. Złapała dodatkowe trzy kromki nadpleśniałego chleba, umoczyła w rozwodnionej zupie i połknęła je łapczywie. Gdy jednak wyciągnęła rękę do misy z rozgotowanymi ziemniakami, po porcję, przeznaczoną dla przyjaciela, ktoś złapał ją od tyłu za włosy i odciągnął od stołu.
— Ty suko! — wychrypiał i wymierzył kilka kopniaków. — Ty suko, nie wszystko jest dla ciebie!
Bolało. Ale Matylda była czujna, Matylda wiedziała, że nie ma innej zbroi nad cierpliwość. Skuliła się na podłodze, czekając aż ustaną razy, i gdy tylko pojawiła się szansa ucieczki, zerwała się i pobiegła w odległy kąt stołówki. Tam, przyczajona, prosto z talerza ukradła samotną przylepkę i błyskawicznie wsunęła do ust. Z pełną buzią pomknęła do swojego baraku.
Trudno, dzisiaj Pełzak obędzie się tą odrobiną.




Jacek Piekara

''Artur Potter Lwie Serce''
(fragment)



Starzec miał brodę koloru światła księżyca i tej samej barwy włosy sięgające aż za ramiona. Śnieżnobiała szata, w jaką był odziany, spływała szerokimi fałdami niemal do samej podłogi. Uśmiechnął się, widząc, że chłopiec się obudził.
— Jestem przyjacielem, Sebastianie — powiedział miękko i uniósł otwartą dłoń w geście pokoju. — Nie musisz się mnie obawiać.
Sebastian miał czternaście lat i bujną fantazję, lecz niewielkie wyobrażenie o tym, co robić, kiedy w środku nocy kilka kroków od jego łóżka pojawia się wysoki starzec, który wygląda tak, że mógłby być zaginionym bratem Gandalfa i kuzynem profesora Dumbledore'a. Na wszelki wypadek chłopiec na razie cofnął się tak daleko, jak na to pozwalało oparcie łóżka, i podciągnął kolana pod brodę. Przybysz nie wyglądał co prawda na mordercę ani porywacza (prędzej na staruszka, który lubi pobawić się w kosi, kosi, łapci z małymi hobbitami), ale gdyby mordercy i porywacze mieli na czołach wymalowane znaki, na świecie nie byłoby tylu zabójstw i porwań.
— Kim... kim pan jest? — wyjąkał Sebastian i wściekł się na samego siebie, gdy tylko usłyszał własny głos.
Nie ma co ukrywać: słaby i drżący.
Powinien wstać, podejść do obcego, stanąć z nim twarzą w twarz, skrzyżować z nim wzrok (starzec oczywiście nie wytrzymałby ostrego jak sztylet spojrzenia Sebastiana) i powiedzieć: „Co robisz w moim pokoju, człowieku?! I radzę ci: lepiej szybko znajdź dobre wytłumaczenie, jeśli nie chcesz zbierać zębów z podłogi”.
Ostatnie słowa Sebastian wypowiedziałby z papierosem przyklejonym do ust, po czym dmuchnąłby dymem obcemu w twarz. Oczywiście ten natychmiast żałośnie by się rozkaszlał. Potem jednak Sebastian pomyślał, że grożenie pobiciem srebrnowłosemu staruszkowi może nie do końca byłoby godne prawdziwego twardziela. Prawdziwi twardziele nie znęcają się nad klonami Gandalfodumbledorów. Prawdziwy twardziel powinien zapytać: „W czym mogę ci pomóc, stary człowieku?”. Albo jeszcze lepiej: „Powiedz no, stary człowieku, w czym może ci pomóc Sebastian?”.
Mówienie o sobie w trzeciej osobie dodawało oczywiście całej wypowiedzi twardzielskiego sznytu, a wtrącone „no” znamionowało odpowiedni dystans do świata i ludzi, jakim powinien charakteryzować się prawdziwy madafaka.
— Przyszedłem ofiarować ci pomoc, Sebastianie — rzekł starzec.
Ujął w dwa palce tyranozaura stojącego na siedzeniu krzesła (O matko, jaki obciach! — wrzasnęło coś w Sebastianie), przyjrzał mu się ze zmarszczonymi brwiami, odłożył na blat biurka i usiadł na jego miejscu. Z wewnętrznej kieszeni wyciągnął długą ciemnozieloną fajkę z szerokim cybuchem, przypominającą poskręcany korzeń dziwnego orientalnego drzewa.
— Po-pomoc?
Gdy chłopiec ponownie usłyszał własny głos, pomyślał, że ludzie powinni być przygotowywani na odwiedziny srebrnowłosych starców w śnieżnobiałych szatach. Gdyby wiedział wczoraj wieczorem, że spotka go taka niespodzianka, opracowałby błyskotliwe odpowiedzi, zabawne zagajenia, inteligentne wtrącenia, kapitalne puenty oraz odpowiednio wyćwiczyłby mimikę, by osiągnąć takie efekty jak odważne skrzywienie ust czy brawurowe zmarszczenie brwi. A tak, jak to wyglądało teraz, mógł zaledwie jąkać się i w myślach kląć własną nieporadność (strasznie kląć!).
— Pomóc ci spełnić marzenia — wyjaśnił starzec z uśmiechem. — Pomóc ci stać się tym, kim zawsze pragnąłeś być: bohaterem, odważnie walczącym ze złem w imię dobra. Bohaterem zdobywającym miłość oraz szacunek ocalonego przez siebie ludu. Czyż nie o tym zawsze marzyłeś?
Starzec uniósł się z krzesła i ciężko, z wyraźnym trudem uklęknął na jedno kolano.
— Mój panie Sebastianie, czy zostaniesz naszym bohaterem? Czy spróbujesz pomóc w ratowaniu mojej krainy i mojego ludu?




Krzysztof Piskorski

''Prawo losu''
(fragment)



Po bezwietrznej ciszy, po dziwnym spokoju wieczoru odgadliśmy, że Bizantyjczycy schwytali Megakorimosa. Przestraszeni, drętwieliśmy od zimnego milczenia zmierzchu, a cały świat usiłował pogrążyć nas w rozpaczy. Dalmacki horyzont zdawał się nagle odleglejszy, nieboskłon – wyższy i nawet słońce schodziło ku horyzontowi wolniej, żałobnym jakby tempem.
Potem do obozu wróciły niedobitki ze wschodniego kotła, gdzie już od trzech dni Konstantyn Apostata próbował oskrzydlić nasze legiony. Mówili: Megakorimos przepadł razem z dwudziestym i siedemnastym legionem, nikt nie uszedł z życiem, bo Bizantyjczycy sprowadzili scholae palatinae, straż przyboczną Konstantyna. Nad polem widziano nawet świetlistych, jak szybowali na szeroko rozłożonych skrzydłach, szyjąc z ognistych łuków.
Widać bardzo zależy im na Dalmacji, skoro narażają się w bitwie. Nic dziwnego, że złamali naszych – jeden Megakorimos nie mógł dać rady całej potędze Byzantionu.
Znałem jednego człowieka z siedemnastego. To był Meseńczyk, zawsze uśmiechnięty. Gdy go zwerbowali, zostawił bratu rybacką łódź. Opowiadał, że zaraz po wojnie wróci na złote wybrzeża łowić czerwone cefale i morskie okonie, długie jak ramię. Inni myśleli o dziwkach i winie, a on o łódeczce, która pewnie dawno zbutwiała na plaży. Zapalę mu lampkę, chociaż nie potrafię przypomnieć sobie jego imienia.
To zabawne. Bizantyjczycy mają Megakorimosa, a ja myślę o jakimś przeklętym Meseńczyku. Czy dlatego, że boję się zastanawiać nad tym, jak bardzo mamy teraz przesrane?
Tacyt powiedziałby: “Peior est bello timor ipse belli”*, ale pieprzyć Tacyta, pieprzyć wszystkich myślicieli, których pisma wbijano mi do głowy, kiedy byłem szczeniakiem. Boję się. Po tylu latach powinienem już przywyknąć, widziałem przecież dużo. Widziałem obwieszczenie, kiedy na niebie Rzymu pękały ogniste pieczęcie, widziałem śmierć Trzeciego Jeźdźca w Germanii, kiedy niebo waliło się na ziemię, a jego ostatni krzyk odebrał rozum kilku tysiącom. Widać jednak nie da się przywyknąć; siedzę na pieńku przed namiotem, u stóp mam ubłocony hełm z postrzępioną kitą, ściskam w dłoniach parującą miskę i boję się, boję jak jasna cholera.

_________

* Gorszy jest strach przed wojną niż sama wojna.




Andrzej W. Sawicki

''Bóg jest z nami''
(fragment)



To był dopiero początek najtrudniejszej bitwy, jaką przyszło stoczyć ludowemu wojsku. Pierwsze dni lutego 1945 roku zapowiadały wyjątkowo krwawy czas. Jak tak dalej pójdzie, przełamanie umocnień Wału Pomorskiego i zepchnięcie faszystów do morza okaże się niewykonalne. Radzieccy przyjaciele niechętnie udzielali wsparcia lotniczego czy pancernego, pozostawiając polskie dywizje samym sobie. Powodzenie bitwy zależało od piechoty, która musiała krok po kroku utorować drogę mozolnie brnącym pancerniakom. A tu w każdym pagórku tkwił przyczajony bunkier, niepozorne łachy piachu naszpikowane były uśpionymi golemami, na co drugim drzewie siedział snajper lub wysysacz dusz, w wykrotach kryli się zaklinacze ognia, a weterani z Waffen-SS, jeźdźcy z Drache-SS przemienieni z Werwolfa i ochotnicy z Volkssturmu bronili zajadle każdej najbardziej nędznej chałupy. O byle wioskę stoczyć trzeba było regularny bój i okupić zwycięstwo dziesiątkami poległych.
Pluton, dowodzony przez podporucznik Emilię Gierczak, miał obejść z flanki dopiero co zlokalizowany bunkier i spróbować go zniszczyć, by otworzyć drogę nadjeżdżającym czołgom. Robili to już kilka razy w ostatnich dniach. Nikt jednak nie spodziewał się, że mijając niepozorną leśniczówkę, natkną się w niej na silne oddziały nieprzyjaciela, w dodatku wspierane przez esesmaga. Trzech chłopców poległo, zanim Emilka kazała reszcie się wycofać. Sama razem z czterema pechowcami utknęła w dziurze powstałej chyba po wydobyciu gliny, bez szans na ucieczkę. Liczyła na to, że pluton wróci ze wsparciem, a jak nie, to po zmroku będą mogli się wydostać i cofnąć do swoich. Diabli jednak nadali cholernego nazistowskiego czarodzieja! Zaklęła głośno z bezsilności.
Drzewa na skraju lasu trzaskały jedno po drugim, pożerane Oddechem Adolfa. Opar zbliżał się nieubłaganie do kryjówki fizylierów. Niespodziewanie zagrzechotała karabinowa seria, pociski pacnęły w ziemię przed wykopem. Wyraźnie któregoś Niemca strasznie świerzbił palec na spuście. Emilia ze wszystkich sił starała się zachować spokój. Jeszcze raz wyjrzała na przedpole. Tkwili jakieś pięćdziesiąt metrów od płotu leśniczówki, od którego dzielił ich płaski teren z jedyną osłoną w postaci kępki rachitycznych krzaków. Z lewej i prawej ciągnęły się takie same nieużytki, najbliższe drzewo było jakieś dwadzieścia metrów na zachód. Jednym słowem wyglądało to beznadziejnie. Tuż obok jej hełmu gwizdnął karabinowy pocisk. Dziewczyna natychmiast zsunęła się na dno dziury.
– Emilka, co robimy? – nerwowo spytał szeregowy Zieliński. – Poddajemy się?



Marcin Wełnicki

''Lato księżycowych ciem''
(fragment)



Na przełęczach ginęły patrole. Nie od kul czy min. Po prostu znikały. Dowództwo podejrzewało mudżahedinów, ale to nie było w ich stylu. Nie znajdowaliśmy śladów walki ani porzuconego ekwipunku, nawet jednej zamarzniętej kropli krwi czy pozostawionej w śniegu łuski. Tak jakby rozpływali się w ogromie Hindukuszu.
Krążyły plotki.
Niektórzy sądzili, że to sprawka ekstremalnego odłamu rebeliantów — fanatyków wśród fanatyków — chcących zasiać w naszych sercach strach. Niepotrzebnie, już sraliśmy w gacie przy najcichszym gwiździe wiatru prześlizgującego się nad granią. Inni twierdzili, że CIA testuje nową broń opartą na technologii „czerwieni”. Wątpię. Wcale nie zależy im na wojnie z nami. Chcieli, żebyśmy się tu wykrwawili, a do tego nie musieli nawet kiwnąć palcem.
Były też inne... hipotezy. Wielu żołnierzy zarzekało się, że widziało w zamieci sylwetkę. Wysoką postać, ale szczupłą, tak szczupłą, jakby była zbudowana z samych patyków. Mówili, że snuje się czasem na granicy widoczności po szczególnie zajadłej potyczce. Inni widzieli, jak przemyka nocą po górskich grzbietach. Dowództwo utrzymywało, że wiklinowy człowiek nie może być prawdziwy, że to wytwór paranoi i długotrwałej służby w warunkach rozrzedzonego powietrza. Ja w to nie wierzyłem.
Widziałem go, raz. Było bardzo wcześnie. Wpakowaliśmy się w sam środek zakamuflowanego obozu mudżahedinów. Okopany na skarpie powyżej cekaemu przygwoździł nas w niedużej kotlinie. Wezwaliśmy śmigłowiec, ale musieliśmy wytrzymać do jego przybycia. Bojownicy zaczęli schodzić w dół zbocza, chcieli nas okrążyć. Pomiędzy skałami dostrzegłem wylot jaskini. Skoczyłem do przodu, potknąłem się i poharatałem o ostre kamienie, ale przynajmniej uniknąłem ostrzału i na czworaka podpełzłem do otworu.
On tam był. Ledwo go widziałem — czarna postać na tle ciemności. Nie dostrzegłem oczu. Nie słyszałem oddechu. Sięgnąłem po pistolet, ale kiedy uniosłem wzrok, już go nie było, a ja nie byłem już pewien, czy to nie był jakiś powidok. Powietrze wypełnił huk nadlatującego śmigłowca.
Oczywiście nikt by nie dał wiary moim słowom, więc milczałem. Żołnierze nie pytali, czemu jestem taki blady, tylko pogratulowali mi niebywałego szczęścia. Gdybym się nie potknął, cekaem z pewnością poszatkowałby mnie na plasterki. Jest pan w czepku urodzony, plutonowy Glücker, mówili, chociaż nie nazywam się Glücker, tylko Lambert. Żaden ze mnie szczęściarz. To jakiś okrutny żart, wziąwszy pod uwagę, jak się tu znalazłem.
Próbowałem zapomnieć o tym, co mnie spotkało, ale o niczym innym nie mogłem myśleć. Każdego wieczoru wypatrywałem Czarnego Człowieka na pobliskich wzgórzach, podczas każdej misji bacznie obserwowałem horyzont, bojąc się, że gdzieś ujrzę patykowatą sylwetkę, ale nie. Nikogo nie było.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-05-06 (1017 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej