Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Odzyskana magia
 
Katalog - dodano
 Gamedec. Czas silnych istot
- Marcin Przybyłek
 Europa w zimie
- Dave Hutchinson
 Ostatni
- Charlie Fletcher
 84 000
- Claire North
 Noc bez gwiazd
- Peter F. Hamilton
 
- skomentowano
 Wiedźmie opowieści
- Olga Gromyko
 Pierwsze słowo
- Marta Kisiel
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Bestia'' - Kamila Turska



Bestia



Mia ponownie zajrzała do „Tawerny”. Miała nadzieję, że porozmawia chwilę z Sandrą, ale zrezygnowała, widząc jacy są z Ethanem zajęci. Im bliżej wieczoru tym większy panował ruch.
Wróciła na promenadę.
Tłum jak w środku sezonu, a przecież to dopiero wiosna, pomyślała. Chwilę później przypomniała sobie informacje z przewodnika – przecież w Tenos sezon turystyczny trwał od jesieni do wiosny, gdyż nawet zimą temperatura nie spadała poniżej dwudziestu stopni Celsjusza. Właśnie latem odpoczywających było tutaj najmniej – uciekali, gdy robiło się zbyt gorąco.
Pochodziła trochę, skusiła się na deser będący połączeniem ziemskich lodów z miejscowymi owocami. Tuż przed czternastą zdecydowała się wracać do domu.
Była już przy samochodzie, gdy odezwał się komunikator. To nie było połączenie spod numeru Ethana czy Sandry.
– Słucham? – odebrała.
– Witam – usłyszała raźny głos. – Z tej strony Adrien Stackwood. Pani Keller?
– Tak.
– Przypomniało mi się coś po pani wyjściu, zacząłem szukać i właśnie znalazłem. Może pani zapisać?
Przystanęła przy murku otaczającym parking, wygrzebała z torebki notes i długopis.
– Tak, proszę mówić.
Podyktował jej jakiś adres.
– Kiedy John zniknął, przeszukałem jego szafkę. Jedyną interesująca rzeczą, jaką znalazłem, była stara kopia listu przewozowego z nabazgranym na odwrocie adresem – właśnie tym. To małe osiedle bloków, mieszkają tam miejscowi.
Czyżby dzielnica Gerina?
– Tylko, że adres jest bez numeru mieszkania – ciągnął Stackwood. – Znalazłem ten blok, przeszedłem się po piętrach – mają tam tabliczki z nazwiskami, zupełnie po naszemu… Żadne nazwisko nic mi nie mówiło, a przecież nie mogłem pukać do wszystkich mieszkań i pytać o Johna. Ale może pani coś się skojarzy, może John wspominał o kimś, kto tam mieszka, może miał tam… – urwał.
Mia zmarszczyła brwi. Niby co Stackwood sugerował – że John miał tam kogoś?
Nie zamierzała rozwijać tematu.
– Podał pan ten adres policjantce Labro?
– Nie, tak jak powiedziałem, przypomniałem sobie o całej sprawie po pani wizycie. Jutro z samego rana zadzwonię na policję.
– Gdzie to dokładnie jest? – wyciągnęła i próbowała jedną ręką rozłożyć mapę.
– Trzeba dojść promenadą do morza i potem wzdłuż wybrzeża, do samego końca.
Nie, Gerin mieszkał w zupełnie innej części miasta.
– Czyli to tam, gdzie są rezydencje bogaczy?
– Nie, w drugą stronę. Promenada się kończy i wygląda to, jakby już nic tam nie było, tylko światła z tych bloków. Ale można dojechać, tylko na ostatnim odcinku zamiast drogi jest piasek, musi pani wcześniej zostawić samochód – tłumaczył, a Mia patrzyła na mapę i kiwała głową.
– Rozumiem. Dziękuję za informację.
– Powtórka z wczoraj – mruknęła, gdy Stackwood się rozłączył.
Znowu dostała namiar na odludzie, gdzie pewnie nic nie znajdzie ani niczego się nie dowie. Chyba, że na którychś drzwiach faktycznie zobaczy znajome nazwisko.
Westchnęła z rezygnacją i wjechała w ulicę równoległą do promenady.

Wskazówki Stackwooda okazały się dokładne. Mia zaparkowała we wskazanym miejscu, doszła piaszczystą dróżką na tyły osiedla, odnalazła właściwy budynek. Zastanawiała się, czemu szef Johna nie pokierował jej tutaj główną drogą, tylko jakimiś dziwnymi skrótami, ale może tak było prościej i na przykład nie musiała objeżdżać pół miasta?
Obeszła wszystkie sześć pięter, uważnie studiując tabliczki z nazwiskami lokatorów. Niestety, żadne z nich nic jej nie mówiło. Może Labro coś z tego wykombinuje – Mia postanowiła, że powie jej o podanym przez Stackwooda adresie. Na wypadek, gdyby ten znowu „zapomniał”.
Wracała do samochodu już nieco zmęczona, choć nie – rozczarowana. Tak naprawdę nie spodziewała się, że nagle odkryje tu jakiś ślad Johna. Szła ze wzrokiem utkwionym w ścieżkę, by nie potknąć się w słabym świetle z okien najbliższego budynku, dlatego praktycznie w ostatniej chwili zorientowała się, że ktoś przed nią stoi.
– O, przepraszam! – Chciała wyminąć mężczyznę, na którego omal nie wpadła. Jednak on przesunął się w bok i znowu był przed nią.
Zanim zdążyła pomyśleć, co się dzieje, pojawiło się jeszcze dwóch. Otoczyli ją.
– O co chodzi?
Jeszcze się nie bała. To, co się działo, było zbyt nierealne.
– Forsa i biżuteria – powiedział ten, który czekał na drodze. – I kluczyki od wozu.
To niemożliwe, takie rzeczy nie zdarzają się naprawdę, o nich się tylko czyta w gazetach!
Widziała swój samochód, stał raptem kilkanaście metrów dalej. Za plecami miała osiedle pełne ludzi. W oknach paliły się światła...
– No już! – warknął zniecierpliwiony napastnik. – Ruchy, mała!
Podniósł rękę, coś błysnęło. Nóż?!
O Boże, Boże, na pomoc!
Trzęsącymi się dłońmi otworzyła torbę, ale po ciemku nie mogła znaleźć portmonetki.
Dlaczego oddała Ethanowi broń?!
– Co tak długo?! – Drugi z mężczyzn zrobił krok w stronę Mii. Cofnęła się odruchowo.
– Dawaj całą torebkę, nie będziemy tu tkwić – syknął trzeci.
Zobaczyła rękę wyciągającą się do torby.
– Dawaj!
– Nie!
W środku miała klucze do domu Phillipsów i karteczkę z adresem, wetkniętą w kółko breloczka…
Poczuła pchnięcie, upadła na piasek. Napastnik schylił się po torbę.
– Dawaj biżuterię – ten z nożem kucnął przy niej. – No!
Otworzyła usta, by zapewnić, że nie ma, ale przypomniała sobie o wisiorku. Gdy sięgnęła do szyi, odniosła głupie wrażenie, że coś nad nią przeskoczyło. Sekundę później usłyszała wrzask. Odwróciła głowę i zobaczyła coś wielkiego i czarnego. Na czterech łapach.
Stworzenie opuściło pysk ku ziemi i coś chłeptało…
To na pewno nie jest bezpański pies – przemknęło Mii przez myśl, gdy sparaliżowana przerażeniem patrzyła na zwierzę.
Potem zrozumiała, że wcale nie wrzeszczał ten napastnik, nad którym potwór się pochylał, tylko drugi, usiłujący odpełznąć jak najdalej. Trzeciego, tego z nożem, już nie było. Uciekł.
Istota podniosła łeb, spojrzała na Mię, a w następnej chwili skoczyła na wydzierającego się mężczyznę. Dlaczego nie uciekł?
Dlaczego ja nie uciekam?!
Chwyciła torbę i głośno szlochając, rzuciła się w stronę samochodu. Nagle runęła z krzykiem na ziemię. Dopiero po chwili zrozumiała, że to nie potwór złapał ją za nogę.
– Kluczyki, dawaj kluczyki! – krzyczał mężczyzna.
– Nie!
Szarpali się wściekle, gdy nagle rozległ się głuchy pomruk. Zamarli oboje. Mia zerknęła do tyłu, wstrzymała oddech. Mężczyzna zaczął powolutku pełznąć w bok. Do Mii dotarło, że właśnie zostaje sam na sam z potworem.
Gdyby tylko miała broń… To i tak nie zdążyłaby strzelić!
Ledwie to pomyślała, a zwierzę zrobiło płynny półobrót i wylądowało przednimi łapami na piersi ostatniego z trójki bandytów. Mia patrzyła, jak rozrywa mu gardło, i starała się nawet nie drgnąć. Kiedy monstrum podeszło do niej, zamknęła oczy. W ciszy, jaka zapanowała po wrzaskach zagryzionych mężczyzn, jej serce waliło nieprzyzwoicie głośno. Gdy coś musnęło jej szyję, nie wytrzymała, zaczęła krzyczeć. Jednak nic się nie działo. Otworzyła oczy – była sama. Bestia zniknęła.





Saaby



Przechadzał się po targu, oglądając zamorskie towary.
– Dobrego dnia, Rayanie – usłyszał pozdrowienie.
Odwrócił się i zobaczył Batara, jednego z najbogatszych kupców w mieście, oraz jego córkę, Keirę.
– Dobrego dnia, Batarze – odparł uprzejmie. – I tobie też, Keiro.
Uśmiechnęła się i skłoniła.
– Może usiądziesz z nami i napijesz się zimnego nektaru? – zaproponował kupiec, wskazując pobliską kaneę, gdzie przy drewnianych stołach raczono się plackami z mięsem i popijano chłodne napoje. – Dzień taki gorący.
Tak, odkąd przyjęto go do Kręgu, Rayan był najlepszą partią w mieście. Najmłodszy Wiedzący w dziejach Akarii. Pamiętał jednak, że Keira okazywała mu życzliwość i zainteresowanie, jeszcze zanim został kimś więcej, niż zwykłym uczonym. No i nie mógł zaprzeczyć, że była bardzo ładna. Dlatego teraz posłał jej uśmiech i skinął głową.
– Chodźmy.
– Pewnie ostatnio masz mniej czasu na swoje księgi – zagaił Batar, gdy już siedzieli, popijając chłodną nalewkę. – Obowiązki Wiedzącego…
Rayan przytaknął.
– Wciąż staram się tłumaczyć księgę napisaną przez Czcigodnego Maruka, ale minie jeszcze wiele, wiele dni, zanim ją skończę.
– A czego dotyczy fragment, który teraz tłumaczysz? – zaciekawiła się Keira.
– Jest o saabach – odparł zgodnie z prawdą, choć wolałby rozmawiać na jakikolwiek inny temat.
– Och! –wzdrygnęła się.
– Przecież saaby nie istnieją – w głosie Batara wcale nie było pewności. – Prawda?
– Na pewno istniały w czasach, gdy żył Czcigodny Maruk – odparł powoli Wiedzący. – A to, że teraz od bardzo, bardzo dawna nikt żadnego nie widział, wcale nie znaczy, że już ich nie ma. Może po prostu nie wychodzą z czeluści Ogaary. Albo – zawahał się, niepewny, czy podzielić się swoim domysłem – czasem wychodzą, polują, po czym wracają do swojego świata, ale nie zostawiają nikogo, kto mógłby opowiedzieć o spotkaniu z nimi.
Przez chwilę patrzyli na niego z przerażeniem.
– Naprawdę myślisz…?
– Nie, nie – pożałował szczerości. – Przecież gdyby rzeczywiście się tak zdarzało, znajdowano by…– szukał odpowiedniego słowa – znajdowano by jakieś ślady. Czcigodny Maruk opisuje, że saaby zabijały ludzi, rozszarpując im gardła i wypijając krew. Zostawały więc ciała upolowa… zabitych…
Przeklął się w myślach. Po co o tym mówi? Ladan miał rację – za mało przebywał wśród ludzi, zbyt dużo czasu spędzał nad starymi księgami. Powinien prawić Keirze komplementy, a nie opowiadać o potworach.
Jednak dziewczyna go zaskoczyła.
– Ale saaby są rozumne, prawda? – spytała – Gdyby z jakiegoś powodu nie chciały, aby ludzie wiedzieli, że wychodzą z Ogaary i polują, mogłyby zabierać schwytanych na pustynię albo w góry, gdzie nikt by nie znalazł ciał, prawda?
– Keira! – zdumiony Batar zmarszczył brwi. Dziewczyna tylko posłała ojcu niewinne spojrzenie, a potem wpatrzyła się w Rayana, wyraźnie czekając na odpowiedź.
– Saaby są bardzo inteligentne – odparł Wiedzący. – Czcigodny Maruk przyznawał, że potrafiły przechytrzyć niejednego człowieka. Nie sądzę jednak, aby miały powody się ukrywać. Znacznie przewyższają ludzi siłą i szybkością. Ten, na kogo saab zdecyduje się zapolować, może uważać się za martwego jeszcze zanim polowanie się rozpocznie.
– Nie można ich zabić? – spytał kupiec, zapominając, że pragnął zmienić temat rozmowy.
Rayan zawahał się.
– Każda rana, jaką zada się saabowi, od razu się goi. Nawet śmiertelna. Ale Czcigodny Maruk chyba odkrył sposób. Na razie znalazłem tylko zapis, że uśmiercił saaba i wszystko opisze dokładnie w osobnej księdze.
To informacja zrobiła odpowiednie wrażenie.
– Czy one naprawdę wyglądają jak zwierzęta? – zapytała Keira.
– Tak, zwłaszcza wtedy, gdy polują. Ale mogą też wyglądać, mówić i zachowywać się jak ludzie.
– To znaczy, że możesz przyjąć pod swój dach wędrowca, nie wiedząc, że to głodny saab, który szuka ofiary, a on nocą przemieni się i… – Keira zadrżała.
– Pora dnia nie ma znaczenia. Mogą polować i w dzień, i w nocy.
– To okropne! Dobrze, że tłumaczysz te wszystkie księgi, taka ważna wiedza nie może przepaść –popatrzyła z podziwem.
Rayan ze zdumieniem uświadomił sobie, że się rumieni. Wymamrotał coś w odpowiedzi, udając, że nie dostrzega zadowolenia malującego się na twarzy kupca.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-05-12 (1285 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej