Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Dom Cthulhu
 
Katalog - dodano
 Wyczarowanie światła
- V.E. Schwab
 Fandom
- Anna Day
 Przebudzenie Lewiatana
- James S. A. Corey
 Przepaść
- Michelle Paver
 Spętani przeznaczeniem
- Veronica Roth
 
- skomentowano
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 Idiota skończony
- Antologia
 Plus/minus
- Olga Gromyko
 Plus/minus
- Olga Gromyko
 

''Miasto upadłych aniołów'' - Cassandra Clare



1



Pan
– Poproszę tylko kawę.
Kelnerka uniosła pomalowane brwi.
– Nic do jedzenia? – spytała z silnym akcentem i wyraźnie rozczarowaną miną.
Simon Lewis wcale się jej nie dziwił; pewnie miała nadzieję na większy napiwek niż za jedną filiżankę kawy. To jednak nie była wina wampirów, że nic nie jadły. Czasami w restaurac­jach zamawiał jedzenie, żeby zachować pozory normalności, ale w ten późny wtorkowy wieczór, kiedy „Veselka” była prawie pusta, uznał, że nie warto się trudzić.
– Tylko kawę.
wzruszyła ramionami, wzięła od niego menu i poszła zrealizować zamówienie. Simon odchylił się na twarde oparcie plastikowego krzesła i rozejrzał po sali. „Veselka”, tania restauracja na rogu Dziewiątej Ulicy i Drugiej Alei, była jednym z jego ulubionych miejsc na Lower East Side: stara knajpka o ścianach pokrytych biało-czarnymi muralami, w której można było siedzieć przez cały dzień, jeśli co pół godziny zamawiało się kawę. Podawano w niej również jego niegdyś ulubione pierogi wegetariańskie i barszcz, ale tamte czasy już się dla niego skończyły.
Była połowa października, przy wejściu już umieszczono dekoracje na Halloween: krzywą wywieszkę z napisem „Barszcz albo psikus!” i kartonową postać wampira o przezwisku hrabia Blinula. Kiedyś Simon i Clary uważali te tandetne świąteczne rekwizyty za komiczne, ale teraz hrabia ze sztucznymi kłami i w czarnej pelerynie już nie wydawał mu się taki zabawny.
Simon spojrzał za okno. Noc była chłodna, wicher gonił liś­cie po Drugiej Alei niczym garść confetti. Ulicą szła dziewczyna w ciasno zawiązanym trenczu, o długich czarnych włosach, które powiewały na wietrze. Ludzie odwracali się za nią, kiedy ich mijała. Simon też kiedyś gapił się na takie dziewczyny i dla zabicia czasu zastanawiał się, dokąd idą, z kim się spotykają. Na pewno nie z takimi facetami jak on, tyle wiedział.
Ta jedna była wyjątkiem. Zabrzęczał dzwonek, kiedy drzwi restauracji się otworzyły i do środka weszła Isabelle Lightwood. Uśmiechnęła się na widok Simona i ruszyła w jego stronę, zdejmując po drodze płaszcz. Rzuciła go na oparcie krzesła i usiadła. Pod spodem miała „strój typowy dla Isabelle”, jak określała go Clary: krótką, obcisłą sukienkę z aksamitu, kabaretki i wysokie buty. Z lewego wystawał nóż, który widział tylko Simon, ale i tak wszyscy obecni obserwowali ją, jak siadała, odrzucając włosy do tyłu. W każdym stroju Isabelle przyciągała uwagę niczym pokaz fajerwerków.
Piękna Isabelle Lightwood. Kiedy Simon ją poznał, od razu doszedł do wniosku, że ta dziewczyna nie znajdzie czasu dla takiego faceta jak on. Okazało się, że prawie miał rację. Isabelle lubiła chłopców, którzy nie znajdowali uznania u jej rodziców, co w jej świecie oznaczało Podziemnych: faerie, wilkołaki i ­wampiry. To, że spotykali się regularnie od paru tygodni, nadal go zdumiewało, nawet jeśli ich znajomość ograniczała się głównie do nieczęstych randek, takich jak dzisiejsza. I wciąż się zastanawiał, czy, gdyby nie stał się wampirem, gdyby całe jego życie nie zmieniło się w jednej chwili, w ogóle by się umawiali?
Isabelle odgarnęła kosmyk włosów za ucho i powiedziała z olśniewającym uśmiechem:
– Ładnie wyglądasz.
Simon zerknął na swoje odbicie w szybie. Odkąd zaczęli ze sobą chodzić, wpływ Isabelle zaznaczył się przede wszystkim w jego wyglądzie. To ona zmusiła go do porzucenia bluz z kapturami na rzecz skórzanych kurtek, a adidasów na rzecz designerskich butów, które, nawiasem mówiąc, kosztowały trzysta dolarów za parę. Simon nadal nosił ulubione koszulki z napisami – ta, którą teraz miał na sobie, głosiła: „Egzystencjaliści robią to na próżno” – ale dżinsy już nie miały dziur na kolanach i oberwanych kieszeni. Zapuścił również włosy, tak że teraz opadały mu na oczy, to jednak była bardziej konieczność niż wpływ Isabelle.
Clary żartowała sobie z jego nowego wyglądu, ale, z drugiej strony, wszystko w nowym miłosnym życiu Simona uważała za prawie komiczne. Nie mogła uwierzyć, że Simon na poważnie umawia się z Isabelle. Oczywiście nie mogła też uwierzyć, że jej przyjaciel spotyka się, również na serio, z Maią Roberts, która, tak się składało, była wilkołakiem. A największe zdziwienie budziło w niej to, że Simon jeszcze żadnej z nich nie powiedział o tej drugiej.
On sam nie był pewien, jak właściwie do tego doszło. Maia lubiła odwiedzać go w domu i korzystać z jego Xboxa – w opuszczonym komisariacie, gdzie mieszkało stado wilkołaków, nie mieli takiego sprzętu – ale dopiero za trzecim czy czwartym razem pocałowała go na pożegnanie. Simon od razu zadzwonił do Clary i spytał ją, czy powinien wyznać prawdę Isabelle. „Najpierw się zastanów, co jest między tobą i Isabelle, a potem jej powiedz”, doradziła przyjaciółka.
Okazało się to złą radą. Upłynął miesiąc, a on nadal nie był pewien, co dzieje się między nim i Isabelle, więc nic jej nie mówił. Im więcej czasu mijało, tym bardziej kłopotliwe stawało się wyznanie prawdy. Do tej pory jakoś mu się udawało lawirować. Isabelle i Maia nie były bliskimi koleżankami i rzadko się widywały, ale niestety, to miało się zmienić. Matka Clary i jej długoletni przyjaciel Luke pobierali się za kilka tygodni i zaprosili obie dziewczyny na ślub. Ta perspektywa przerażała Simona bardziej niż myśl, że po ulicach Nowego Jorku ściga go wściekły tłum łowców wampirów.
– Dlaczego tutaj, a nie w „Taki”? – spytała Isabelle, wyrywając go z rozmyślań. – Tam podają krew.
Simon się skrzywił. Izzy nie grzeszyła subtelnością. Na szczęście, nikt ich nie słyszał, nawet kelnerka, która właśnie się zjawiła i z trzaskiem postawiła filiżankę kawy na stoliku przed Simonem, zmierzyła wzrokiem Isabelle i odeszła, nie przyjmując od niej zamówienia.
– Podoba mi się tutaj – odparł Simon. – Clary i ja przychodziliśmy do „Veselki”, kiedy ona miała zajęcia w Tisch. Mają świetny barszcz i bliny, coś w rodzaju słodkich serowych plac­ków. A poza tym są otwarci przez całą noc.
Isabelle spojrzała ponad jego ramieniem.
– Co to jest?
Simon podążył za jej wzrokiem.
– Hrabia Blinula.
– Hrabia Blinula?
Simon wzruszył ramionami.
– To dekoracja na Halloween. Hrabia Blinula jest dla dzieciaków. Jak hrabia Chocula albo Liczyhrabia z „Ulicy Sezamkowej”. – Uśmiechnął się szeroko, widząc jej puste spojrzenie. – No wiesz, ten, który uczy dzieci liczyć.
Isabelle pokręciła głową.
– Jest w telewizji program, w którym wampir uczy dzieci liczyć?
– Zrozumiałabyś, gdybyś zobaczyła – wymamrotał Simon.
– Ten pomysł ma mitologiczne podstawy – stwierdziła Isabelle, przybierając mentorski ton Nocnego Łowcy. – Niektóre legendy mówią, że wampiry mają obsesję na punkcie liczenia i że jeśli rozrzuci się przed nimi ziarna ryżu, przestaną robić to, co robią, i zaczną je liczyć. Oczywiście nie ma w tym krzty prawdy, podobnie jak w tych historiach z czosnkiem. Wampiry nie powinny uczyć dzieci. Wampiry są przerażające.
– Dziękuję – powiedział Simon. – To był żart, Isabelle. Ten Liczyhrabia lubi liczyć, rozumiesz. „Co hrabia dzisiaj zjadł, dzieci? Jedno ciasteczko czekoladowe, dwa ciasteczka czekoladowe, trzy ciasteczka czekoladowe...”.
Kiedy drzwi restauracji się otworzyły i do środka wszedł kolejny gość, zrobił się przeciąg. Isabelle zadrżała i sięgnęła po czarny jedwabny szal.
– To jest mało realistyczne.
– A co byś wolała? „Co hrabia dzisiaj zjadł, dzieci? Jednego bezradnego wieśniaka, dwóch bezradnych wieśniaków, trzech bezradnych wieśniaków...”.
– Cii. – Isabelle otuliła szyję szalem, nachyliła się i położyła dłoń na nadgarstku Simona. Jej ciemne oczy nagle ożyły, tak jak wtedy, gdy polowała na demony albo myślała o polowaniu na demony. – Spójrz tam.
Simon podążył za jej wzrokiem. Przy szklanej gablocie pełnej wypieków – grubo lukrowanych ciastek, rogalików i babeczek z kremowym nadzieniem – stali dwaj mężczyźni, ale żaden z nich nie wyglądał na zainteresowanego słodyczami. Obaj byli niscy i tak wychudzeni, że kości policzkowe sterczały w ich bezkrwistych twarzach jak noże. Obaj mieli cienkie mysie włosy i jasnoszare oczy, a na sobie długie do podłogi płaszcze w kolorze łupku.
– Jak myślisz, kim oni są? – zapytała Isabelle.
zerknął na nich, mrużąc oczy. Obaj odwzajemnili jego spojrzenie. Ich oczy pozbawione rzęs wyglądały jak dziury.
– Przypominają złe ogrodowe krasnale.
 To ludzcy niewolnicy – syknęła Isabelle. – Należą do wampira.
– Należą...?
Izzy prychnęła ze zniecierpliwieniem.
– Na Anioła, ty nic o nich nie wiesz, prawda? A w ogóle masz pojęcie, jak powstają wampiry?
– No cóż, kiedy mama wampirzyca i tatuś wampir bardzo się kochają...
Isabelle skarciła go wzrokiem.
– Wampiry nie potrzebują seksu, żeby się rozmnażać, ale założę się, że tak naprawdę nie wiesz, jak to działa.
– Wiem – obruszył się Simon. – Jestem wampirem, bo wypiłem trochę krwi Raphaela, zanim umarłem. Picie krwi plus śmierć równa się wampir.
– Niezupełnie – powiedziała Isabelle. – Jesteś wampirem, bo wypiłeś trochę krwi Raphaela, potem zostałeś ugryziony przez inne wampiry, a jeszcze potem umarłeś. W którymś momencie tego procesu musiałeś zostać ugryziony.
– Dlaczego?
 Ślina wampirów ma... pewne właściwości. Właściwości transformacyjne.
– Fuj! – mruknął Simon.
– Nie mów tak. Ty też masz magiczną ślinę. Wampiry trzymają przy sobie ludzkich niewolników i żywią się nimi, kiedy brakuje im krwi. To dla nich chodzące automaty z przekąskami. – Izzy mówiła z niesmakiem. – Można by sądzić, że ci ludzie będą słabi z powodu utraty krwi, ale ślina wampirów ma właściwości lecznicze. Zwiększa u nich liczbę czerwonych krwinek, wzmacnia ich i czyni zdrowszymi, dzięki czemu żyją dłużej. Dlatego wampir żywiący się krwią człowieka nie łamie Prawa, bo tak naprawdę nie robi mu krzywdy. Oczywiście, kiedy wampir uzna, że potrzebuje czegoś więcej niż przekąski, zaczyna karmić niewolnika niewielkimi ilościami swojej krwi, żeby przywiązać go do siebie. Niewolnicy kochają swoich panów, uwielbiają im służyć. Chcą zawsze być blisko nich. Ty też wróciłeś do hotelu Dumort, bo przyciągał cię tam wampir, którego krwi spróbowałeś.
– Raphael – rzucił Simon ponurym głosem. – Nie powiem, żebym ostatnio czuł palącą potrzebę jego bliskości.
– Bo ta potrzeba mija, kiedy sam stajesz się w pełni wampirem. Czują ją tylko niewolnicy, którzy wielbią swoich panów i nie są w stanie ich nie posłuchać. Nie rozumiesz? Kiedy wróciłeś do Dumort, klan Raphaela osuszył cię z krwi, a ty umarłeś i stałeś się wampirem. Gdyby zamiast tego dali ci trochę krwi wampira, stałbyś się niewolnikiem.
– To wszystko jest bardzo interesujące – stwierdził Simon – ale nie wyjaśnia, dlaczego tamci się na nas gapią.
Isabelle obejrzała się na nowych gości.
– Gapią się na ciebie – zauważyła. – Może ich pan umarł i szukają innego właściciela. Mógłbyś mieć swoich pupilów. – Uśmiechnęła się szeroko.
 Albo przyszli tutaj na ziemniaki z cebulą – podsunął Simon.
– Ludzcy niewolnicy nie jedzą. Żyją dzięki mieszance krwi wampira i zwierzęcej. Nie są nieśmiertelni, ale starzeją się bardzo powoli.
 To smutne. – Simon zmierzył mężczyzn wzrokiem. – Nie wyglądają najlepiej.
Isabelle usiadła prosto.
– I idą do nas. Chyba zaraz się dowiemy, czego chcą.
Ludzcy niewolnicy poruszali się jak na kółkach. Wydawało się, że nie stawiają kroków, tylko bezgłośnie suną naprzód. Przejście przez salę zajęło im sekundy. Kiedy zbliżyli się do stolika, Isabelle wyjęła z buta sztylet ostry jak szpilka i położyła go na stole. Zrobiony z ciężkiego, ciemnego srebra, z krzyżami wypalonymi po obu stronach rękojeści, lśnił w blasku świetlówek.
Większość broni przeciwko wampirom jest ozdobiona krzyżami, jakby z góry zakładano, że wszystkie wampiry są chrześcijanami, pomyślał Simon. Czyżby wyznawanie innej religii mogło choć raz okazać się korzystne?
– Wystarczy – rzuciła Isabelle, kiedy dwaj niewolnicy dotarli do stolika. Rękę trzymała obok sztyletu. – Mówcie, o co wam chodzi.
– Nocna Łowczyni – przemówił syczącym szeptem osobnik stojący po lewej stronie. – Nie wiedzieliśmy o twojej obecności.
Isabelle uniosła brew.
– I co z tego?
Drugi niewolnik wskazał na Simona długim, szarym palcem o pożółkłym i ostrym paznokciu.
 Mamy sprawę do Chodzącego za Dnia.
 Nie mam pojęcia, kim jesteście – odezwał się Simon. – Nigdy was nie widziałem.
 Ja jestem pan Walker – przedstawił się pierwszy mężczyzna. – Obok mnie stoi pan Archer. Służymy najpotężniejszemu wampirowi Nowego Jorku. Głowie największego klanu na Manhattanie.
 Raphaelowi Santiago – domyśliła się Isabelle. – W takim razie musicie wiedzieć, że Simon nie należy do żadnego klanu. Sam sobie jest panem.
Walker się uśmiechnął.
 Mój pan ma nadzieję zmienić tę sytuację.
popatrzył na Isabelle. Dziewczyna wzruszyła ramionami.
– Czy Raphael nie przykazał ci, że masz trzymać się z dala od jego klanu? – spytała.
– Może zmienił zdanie – powiedział Simon. – Wiesz, jaki on jest. Kapryśny. Nieprzewidywalny.
– Nie wiem. Nie widziałam go od tamtego czasu, kiedy zagroziłam, że zabiję go świecznikiem. Ale całkiem dobrze to przyjął. Nawet nie drgnął.
– Fantastycznie – rzucił Simon. Dwaj niewolnicy wpatrywali się w niego jasnymi oczami o białawo-szarym odcieniu brudnego śniegu. – Najwyraźniej Raphael czegoś ode mnie chce. Możecie mi powiedzieć, o co chodzi.
– Nie jesteśmy zaznajomieni z planami naszego pana – oświadczył pan Archer wyniosłym tonem.
– A więc nie ma mowy – skwitował Simon. – Nigdzie nie pójdę.
 Jeśli z nami nie pójdziesz, jesteśmy upoważnieni do tego, żeby doprowadzić cię siłą.
Wydawało się, że sztylet sam wskoczył w dłoń Isabelle. Nie wykonała żadnego widocznego ruchu, a mimo to trzymała go w ręce. Obróciła nim lekko.
– Nie robiłabym tego na waszym miejscu.
Pan Archer obnażył zęby.
– Odkąd to dzieci Anioła są stróżami Podziemnych? Sądziłem, że jesteście ponad takie rzeczy, Isabelle Lightwood.
– Nie jestem jego stróżem, tylko dziewczyną – oznajmiła Isabelle. – Co daje mi prawo kopnąć was w tyłek, jeśli będziecie go niepokoić. Tak to działa.
Dziewczyną? Simon spojrzał na nią z osłupieniem, ale ona patrzyła na dwóch niewolników. Jej ciemne oczy płonęły. Z jednej strony, nigdy wcześniej nie przedstawiła się oficjalnie jako jego dziewczyna, a z drugiej, jakie dziwne stało się jego życie, skoro najbardziej tego wieczoru zaskoczyły go jej słowa, a nie fakt, że właśnie został wezwany na spotkanie z najpotężniejszym wampirem Nowego Jorku.
– Mój pan ma propozycję dla Chodzącego za Dnia – powiedział pan Walker tonem, który zapewne uważał za pojed­nawczy.
– On ma na imię Simon – warknęła Isabelle. – Simon Lewis.
– Propozycję dla pana Lewisa. Mogę zapewnić, że pan Lewis uzna ją za bardzo korzystną, jeśli raczy nam towarzyszyć i wysłuchać mojego pana. Przysięgam na honor mojego pana, że nie stanie ci się żadna krzywda, Chodzący za Dnia, a jeśli postanowisz odrzucić propozycję mojego pana, twój wybór.
„Mój pan, mój pan”. Pan Walker wymawiał te słowa z mieszaniną adoracji i nabożnego lęku. Simon lekko zadrżał. Jakie to straszne być do kogoś tak przywiązanym i nie mieć własnej woli.
Isabelle pokręciła głową i bezgłośnie powiedziała „nie” do Simona. Prawdopodobnie miała rację. Była doskonałym Nocnym Łowcą. Polowała na demony i łamiących Prawo Podziemnych – wampiry renegatów, czarowników praktykujących czarną magię, zdziczałe wilkołaki, które kogoś zjadły – odkąd skończyła dwanaście lat i zapewne była lepsza w tym, co robiła, niż inni Nocni Łowcy w jej wieku, z wyjątkiem jej brata Jace’ego. A Sebastian był jeszcze lepszy od nich obojga. Ale on już nie żył.
– Dobrze, pójdę – zadecydował Simon.
Oczy Isabelle zrobiły się okrągłe.
– Simon!
Obaj niewolnicy zatarli ręce jak łotry z komiksu. Nie sam gest był niepokojący, ale to, że wykonali go jednocześnie i w taki sam sposób, jakby byli marionetkami, których sznurki zostały pociągnięte w tym samym momencie.
– Doskonale – ucieszył się pan Archer.
Isabelle z brzękiem cisnęła nóż na stół i pochyliła się. Jej lśniące ciemne włosy zamiotły blat.
– Simon, nie bądź głupi – wyszeptała pośpiesznie. – Nie ma powodu, żebyś z nimi szedł. Raphael to dupek.
– Raphael to główny wampir – przypomniał jej Simon. – Jego krew zrobiła ze mnie wampira. Jest moim... nie wiem, jak to nazywają.
– Stwórcą, ojcem, rodzicielem... jest milion określeń na to, co zrobił – z roztargnieniem odparła Isabelle. – I może jego krew uczyniła cię wampirem, ale również Chodzącym za Dnia. – Spojrzała mu w oczy ponad stołem. „Jace uczynił cię Chodzącym za Dnia”. Nie powiedziała tego na głos; tylko ich garstka znała całą prawdę, kim jest Jace i kim z tego powodu stał się Simon. – Nie musisz robić tego, co on każe.
– Oczywiście, że nie muszę – odparł Simon ściszonym głosem. – Ale jeśli odmówię, myślisz, że Raphael się z tym pogodzi? Nie. Przyjdzie po mnie. – Zerknął na niewolników. Mieli takie miny, jakby się z nim zgadzali, a może tylko tak mu się zdawało. – Znajdą mnie wszędzie. Kiedy będę poza domem, w szkole, u Clary...
– I co? Clary sobie nie poradzi? – Isabelle uniosła ręce z rezygnacją. – Dobrze. Przynajmniej, pozwól, że pójdę z tobą.
– Wykluczone – wtrącił się pan Archer. – To nie jest sprawa Nocnych Łowców, tylko Nocnych Dzieci.
– Ja nie...
– Prawo pozwala nam załatwiać nasze sprawy bez obcych ingerencji – oświadczył sztywno pan Walker. – Wśród swoich.
Simon zmierzył ich wzrokiem.
– Dajcie nam chwilę, proszę. Chcę porozmawiać z Isabelle.
Zapadła cisza. Wokół nich toczyło się dalej restauracyjne życie. Po ostatnim seansie w pobliskim kinie zaczął się wieczorny ruch. Kelnerki biegały z parującymi talerzami, na zapleczu kucharze przekazywali sobie zamówienia, pary śmiały się i rozmawiały przy sąsiednich stolikach. Nikt na nich nie patrzył ani nie zauważył, że dzieje się coś dziwnego. Simon był przyzwyczajony do czarów, ale w obecności Isabelle czasami nie mógł oprzeć się wrażeniu, że jest uwięziony za niewidzialną szklaną ścianą, odcięty od reszty ludzkości i jej codziennych spraw.
– Dobrze – zgodził się pan Walker, robiąc krok do tyłu. – Ale mój pan nie lubi czekać.
Obaj mężczyźni wycofali się pod drzwi. Najwyraźniej nie przeszkadzały im zimne podmuchy powietrza, kiedy ktoś wchodził do restauracji albo z niej wychodził. Stali nieruchomo jak posągi. Simon odwrócił się do Isabelle.
– Wszystko będzie dobrze, nic mi nie zrobią – zapewnił. – Raphael wie o... – Niezręcznym gestem wskazał na swoje czoło. – O tym.
Isabelle sięgnęła przez stół i odgarnęła mu włosy. Jej dotyk był nie tyle czuły, ile kliniczny. Zmarszczyła brwi. Simon czasami sam patrzył na Znak, w lustrze, i dobrze wiedział, jak on wygląda. Jakby ktoś wziął cienki pędzelek i narysował prosty wzór tuż nad oczami. Jego kształt czasami się zmieniał jak układ chmur pędzonych wiatrem, ale zawsze był wyraźny, czarny i trochę groźny, niczym ostrzeżenie skreślone w obcym języku.
– To naprawdę... działa? – zapytała szeptem Isabelle.
– Raphael tak uważa – odparł Simon. – A ja nie mam powodu sądzić, że nie działa. – Chwycił ją za nadgarstek i odsunął jej rękę od swojej twarzy. – Wszystko będzie dobrze, Isabelle.
Dziewczyna westchnęła.
– Moje wyszkolenie i doświadczenie mówią mi, że to nie jest dobry pomysł.
Simon ścisnął jej palce.
 Daj spokój. Sama jesteś ciekawa, czego chce Raphael, nie?
Isabelle poklepała go po dłoni i odchyliła się na oparcie krzesła.
– Opowiesz mi wszystko, kiedy wrócisz. Do mnie zadzwoń najpierw.
– Dobrze. – Simon wstał, zapiął kurtkę. – Wyświadczysz mi przysługę? A właściwie dwie przysługi.
Isabelle spojrzała na niego z ostrożnym rozbawieniem.
– Jakie?
– Clary mówiła, że będzie dzisiaj cały wieczór trenować w Instytucie. Gdybyś się na nią natknęła, nie mów jej, dokąd poszedłem. Będzie się martwić bez powodu.
Isabelle przewróciła oczami.
– Dobrze, dobrze. A druga przysługa?
Simon nachylił się i pocałował ją w policzek.
– Spróbuj barszczu, zanim wyjdziesz. Jest fantastyczny.


* * *



Pan Walker i pan Archer nie byli zbyt rozmownymi towarzyszami. W milczeniu szli ulicami Lower East Side, sunąc swoim dziwnym chodem kilka kroków przed Simonem. Zrobiło się późno, ale chodniki były pełne ludzi, którzy śpieszyli do domów, wracając z późnej zmiany albo z kolacji na mieście, z opuszczonymi głowami, z kołnierzami podniesionymi dla ochrony przed silnym, zimnym wiatrem. Na St. Mark’s Place były rozstawione stoliki do gry w karty. Leżały na nich najróżniejsze towary, od tanich skarpet po ołówkowe szkice Nowego Jorku i dymiące kadzidełka. Liście chrzęściły pod butami jak suche kości. Powietrze pachniało spalinami wymieszanymi z drzewem sandałowym, a spod tych wszystkich woni przebijał zapach ludzkich istot: skóry i krwi.
Simonowi ścisnął się żołądek. Przechowywał w swoim pokoju zapas buteleczek z krwią – w głębi szafy ukrył przed matką małą lodówkę – żeby nigdy nie być głodnym. Krew zwierzęca była obrzydliwa. Myślał, że się do niej przyzwyczai, a nawet zacznie jej pragnąć, lecz, choć zabijała głód, nigdy nie polubił jej tak, jak kiedyś czekoladę, wegetariańskie burritos czy lody kawowe. Pozostawała zwykłą strawą.
Jednakże głód był o wiele gorszy. Głodny, Simon wyczuwał zapachy, których wcale nie miał ochoty wąchać: sól na skórze, słodką woń krwi bijącą z porów obcych ludzi. Od tych aromatów robił się jeszcze bardziej głodny, wynaturzony i zły. Przygarbił się, wcisnął pięści w kieszenie kurtki i próbował oddychać przez usta.
Skręcili w prawo w Trzecią Aleję i zatrzymali się przed restauracją, nad którą widniała tablica: „Kawiarnia Klasztorna. Ogród czynny przez cały rok”.
 Co tutaj robimy? – zapytał Simon, łypiąc na szyld.
– To miejsce spotkania, które wybrał nasz pan – odparł pan Walker uprzejmym tonem.
– Hm. – Simon był zaskoczony. – No wiecie, sądziłem, że bardziej w stylu Raphaela jest spotkanie na szczycie niepoświęconej katedry albo w krypcie pełnej starych kości. Nie wygląda mi na bywalca modnych lokali.
Obaj niewolnicy wbili w niego wzrok.
– Jakiś problem, Chodzący za Dnia? – zapytał w końcu pan Archer.
Simon poczuł się jak skarcony uczniak.
– Nie. Żaden problem.
restauracji było ciemne, wzdłuż jednej ściany biegł marmurowy kontuar. Nie podszedł do nich nikt z personelu, kiedy szli przez salę do drzwi znajdujących się w głębi pomieszczenia.
Wiele nowojorskich restauracji ma ogródki, ale niewiele jest otwartych o tej porze roku. Ten mieścił się na dziedzińcu między kilkoma budynkami. Ściany ozdobiono muralami typu trompe l’oeil, przedstawiającymi włoskie ogrody pełne kwiatów. Drzewa o złotych i rdzawych jesiennych liściach były obwieszone girlandami białych lampek, promienniki porozmieszczane między stołami rozsiewały czerwonawą poświatę. Pośrodku dziedzińca ciurkała melodyjnie mała fontanna.
Tylko jeden stolik, pod ścianą, był zajęty. Nie przez Raphae­la. Siedziała przy nim smukła kobieta w kapeluszu z szerokim rondem. Kiedy uniosła rękę i pomachała mu, zdziwiony Simon odwrócił się do swoich towarzyszy, ale Walker i Archer już sunęli przez dziedziniec. Zatrzymali się kilka kroków od nieznajomej. Zdeprymowany Simon podążył za nimi.
Walker ukłonił się głęboko i powiedział:
– Pani.
Kobieta się uśmiechnęła.
– Walker. Archer. Dobrze się spisaliście. Dziękuję, że przyprowadziliście Simona.
– Chwileczkę! – Simon przeniósł wzrok z kobiety na dwóch niewolników i z powrotem. – Pani nie jest Raphaelem.
– O mój Boże, nie! – Gdy kobieta zdjęła kapelusz, na jej ramiona opadła masa srebrzystoblond włosów, lśniących w blasku bożonarodzeniowych lampek. W gładkiej, białej, owalnej i bardzo pięknej twarzy dominowały ogromne jasnozielone oczy. Nieznajoma miała na sobie czarną jedwabną bluzkę, ołówkową spódnicę, czarny szal owinięty wokół szyi i długie czarne rękawiczki. Trudno było określić jej wiek... albo przynajmniej, ile miałaby lat, gdyby nie zmieniła się w wampira. – Jestem Camille Belcourt. Miło mi cię poznać.
Wyciągnęła dłoń.
– Powiedziano mi, że mam się tutaj spotkać z Raphaelem Santiago – oświadczył Simon, nie ujmując jej ręki. – Pracuje pani dla niego?
Belcourt zaśmiała się niczym szemrząca fontanna.
– Oczywiście, że nie! Choć kiedyś on pracował dla mnie.
I wtedy Simon sobie przypomniał. „Myślałem, że przywódcą wampirów jest ktoś inny”, powiedział kiedyś do Raphaela, w Idrisie, zdawało się, że wieki temu.
„Camille jeszcze do nas nie wróciła”, odparł Raphael. „Ja dowodzę w jej zastępstwie”.
– Jest pani szefem klanu wampirów z Manhattanu – stwierdził Simon i zwrócił się do niewolników: – Oszukaliście mnie. Mówiliście, że mam się spotkać z Raphaelem.
– Mówiłem o spotkaniu z naszym panem – przypomniał Walker. Jego oczy były przepastne i puste, tak puste, że Simon przez chwilę zastanawiał się, czy naprawdę zamierzali wprowadzić go w błąd, czy po prostu byli zaprogramowani jak roboty i niezdolni do odstępstw od scenariusza. – Oto on.
– Istotnie. – Camille obdarzyła swoich niewolników promiennym uśmiechem. – Proszę, zostawcie nas teraz, Walker i Archer. Muszę porozmawiać z Simonem na osobności. – Mówiła w taki sposób, że ich nazwiska i słowa „na osobności” zabrzmiały jak pieszczota.
Niewolnicy ukłonili się i wycofali. Kiedy pan Archer się odwracał, Simon dostrzegł ślad na jego szyi, ciemny siniak, który wyglądał jak farba, z dwoma ciemniejszymi punktami w środku. Te punkciki były dziurkami o zaschniętych. poszarpanych brzegach. Simona aż przeszedł dreszcz.
– Usiądź, proszę – powiedziała Camille, poklepując krzesło obok siebie. – Chciałbyś się napić wina?
Simon przycupnął niezgrabnie na brzegu twardego metalowego krzesła.
– Ja właściwie nie piję.
– Oczywiście – rzuciła Camille ze współczuciem. – Przecież jesteś jeszcze pisklakiem, prawda? Ale nie martw się za bardzo. Z czasem tak się wyszkolisz, że będziesz mógł pić wino i inne napoje. Najstarsi z nas potrafią nawet jeść ludzkie potrawy prawie bez skutków ubocznych.
Prawie bez skutków ubocznych? Simonowi wcale się to nie spodobało.
– Dużo czasu zajmie ta rozmowa? – spytał, zerkając na swoją komórkę. Zobaczył, że jest już wpół do jedenastej. – Muszę wracać do domu.
Camille wypiła łyk wina.
– Naprawdę? A dlaczego?
„Bo mama na mnie czeka”. Jednakże nie było powodu, żeby ta kobieta o tym wiedziała.
– Przerwała mi pani randkę – odparł. – Ciekawe, co było aż tak ważnego.
– Nadal mieszkasz z matką, prawda? – powiedział Camille, odstawiając kieliszek. – To dość dziwne, nie sądzisz, że potężny wampir taki jak ty nie chce opuścić domu, żeby dołączyć do klanu?
– Więc zepsuła mi pani randkę, żeby mnie wyśmiewać za to, że nadal mieszkam z mamą? Nie mogła pani tego zrobić w inny wieczór? Czyli w większość wieczorów, jeśli to panią ciekawi.
– Nie drwię z ciebie, Simonie. – Wampirzyca przesunęła językiem po dolnej wardze, jakby smakowała wino, które właśnie wypiła. – Chcę wiedzieć, dlaczego nie wstąpiłeś do klanu Raphaela.
„Czyli do pani klanu, tak?”.
– Odniosłem wrażenie, że nie chciał mnie w swoim klanie – wyjaśnił Simon. – Wyraźnie dał do zrozumienia, że ­zostawi mnie w spokoju, jeśli ja zostawię w spokoju jego. Więc zrobiłem to.
– Tak? – Jej zielone oczy rozbłysły.
– Nigdy nie chciałem być wampirem – ciągnął Simon, zastanawiając się, dlaczego to wszystko mówi nieznajomej kobiecie. – Pragnąłem normalnego życia. Kiedy odkryłem, że jestem Chodzącym za Dnia, pomyślałem, że mogę je mieć. Albo przynajmniej coś do niego zbliżonego. Mogę chodzić do szkoły, mieszkać w domu, widywać mamę i siostrę...
– Dopóki przy nich nie jesz – wtrąciła Camille. – Dopóki ukrywasz swoje pragnienie krwi. Nigdy nie żywiłeś się ludzką krwią, prawda? Tylko zwierzęcą z woreczków. Starą. Nadpsutą. – Zmarszczyła nos.
Simon pomyślał o Jasie i pośpiesznie odepchnął od siebie tę myśl. Jace właściwie nie był człowiekiem.
– Nie.
– Kiedyś zaczniesz i już nigdy tego nie zapomnisz. – Camille się pochyliła. Jasne włosy musnęły jej dłoń. – Nie możesz wiecznie ukrywać swojego prawdziwego ja.
– A jaki nastolatek nie okłamuje rodziców? – retorycznie zapytał Simon. – Tak czy inaczej, nie rozumiem, dlaczego to panią obchodzi. I nadal nie mam pojęcia, po co tutaj przyszedłem.
Camille pochyliła się jeszcze bardziej. Czarna jedwabna bluzka rozchyliła się na dekolcie. Gdyby Simon nadal był człowiekiem, zarumieniłby się mocno.
– Pozwolisz mi go obejrzeć?
Simonowi omal oczy nie wyszły z orbit.
– Co?
Wampirzyca się uśmiechnęła.
– Znak, głuptasie. Znak Wędrowca.
Simon otworzył usta, ale szybko je zamknął. Skąd ona wie? Niewiele osób wiedziało o Znaku, który Clary zrobiła mu w Idrisie. Raphael ostrzegł, że to sprawa wymagająca całkowitej dyskrecji, i Simon tak właśnie ją traktował.
Zielone oczy Camille były nieruchome. I z jakiegoś powodu Simon zapragnął spełnić jej życzenie. Może chodziło o sposób, w jaki na niego patrzyła, albo o melodię jej głosu. W każdym razie uniósł rękę i odgarnął włosy, obnażając czoło.
Oczy wampirzycy się rozszerzyły, usta rozchyliły. Jej palce powędrowały do szyi, jakby chciała sprawdzić nieistniejący puls.
– Och, szczęściarz z ciebie, Simonie. Wielki szczęściarz.
– To przekleństwo, a nie błogosławieństwo. Przecież pani dobrze to wie, prawda?
Oczy Camille rozbłysły.
– „Wtedy rzekł Kain do Pana: Zbyt wielka jest wina moja, by można mi ją odpuścić”. A ty potrafisz ją znieść, Simonie?
Simon odchylił się na oparcie krzesła. Włosy opadły mu z powrotem na czoło.
– Potrafię.
– Ale nie chcesz. – Camille przesunęła palcem po brzegu kieliszka, nie odrywając od niego oczu. – A gdybym zaproponowała ci sposób, jak zmienić w korzyść to, co uważasz za przekleństwo?
W końcu wyjawiasz powód, dla którego mnie tu sprowadziłaś, co zawsze jest jakimś początkiem.
– Słucham.
– Rozpoznałeś moje imię, kiedy się przedstawiłam – rzekła Camille. – Raphael wspomniał o mnie, prawda? – Mówiła z lekkim akcentem, którego Simon nie potrafił rozpoznać.
– Powiedział, że jest pani głową klanu, którym on kieruje pod pani nieobecność. Zastępuje panią, jak wiceprezydent, czy coś w tym rodzaju.
– Aha. – Camille przygryzła wargę. – To niezupełnie prawda, ale chciałabym złożyć ci propozycję, Simonie. Najpierw jednak muszę mieć twoje słowo w pewnej sprawie.
– Jakiej?
– Że wszystko, co się tutaj wydarzy dziś w nocy, pozostanie tajemnicą. Nikt nie może się dowiedzieć o naszym spotkaniu. Ani twoja mała rudowłosa przyjaciółka Clary, ani żadna z twoich dziewczyn. Żadne z Lightwoodów. Nikt.
Simon rozparł się na krześle.
– A jeśli nie zechcę tego obiecać?
– W takim razie możesz już iść. Tyle że wtedy nigdy się nie dowiesz, co chciałam ci powiedzieć. I tej straty będziesz później żałować.
– Zaciekawiła mnie pani – wyznał Simon. – Nie wiem jednak, czy aż tak bardzo.
W oczach wampirzycy pojawił się błysk zaskoczenia, rozbawienia i może nawet... odrobiny szacunku.
– To, co mam ci do powiedzenia, żadnego z nich nie dotyczy. Nie wpłynie na ich bezpieczeństwo ani samopoczucie. Tajemnica ma chronić mnie.
Simon łypnął na nią podejrzliwie. Mówiła serio? Wampiry nie były jak faerie, które nie potrafiły kłamać. Musiał jednak przyznać, że jest ciekaw.
– W porządku. Dotrzymam tajemnicy, o ile nie uznam, że w ten sposób narażam moich przyjaciół na niebezpieczeństwo. Wtedy wszystkie umowy staną się nieważne.
Uśmiech Camille był lodowaty. Najwyraźniej nie podobał się jej jego brak zaufania.
– Dobrze – powiedziała. – Chyba nie mam wyboru, bo bardzo potrzebuję twojej pomocy. – Pochyliła się nad stolikiem, smukłą dłonią obracając nóżkę kieliszka. – Do niedawna z powodzeniem kierowałam manhattańskim klanem. Mieliśmy piękne kwatery w starym przedwojennym budynku na Upper East Side, a nie tę szczurzą norę, w której teraz Santiago trzyma moich ludzi. Santiago... Raphael, jak go nazywasz, był moim zastępcą. Moim najbardziej lojalnym towarzyszem... przynajmniej tak sądziłam. Pewnej nocy odkryłam, że on dla rozrywki porywa ludzi, przywozi ich do tamtego starego hotelu w hiszpańskim Harlemie i pije ich krew. Szczątki wyrzuca do śmietnika stojącego na zewnątrz. Podejmuje głupie ryzyko, łamie Prawo Przymierza. – Camille wypiła łyk wina. – Kiedy do niego poszłam, by rzucić mu oskarżenie w twarz, zorientowałam się, że powiedział reszcie klanu, że to ja jestem morderczynią i przestępczynią. To była pułapka. Zamierzał mnie zabić, żeby przejąć władzę. Uciek­łam. Razem z Walkerem i Archerem dla bezpieczeństwa.
– Więc przez cały czas Raphael oszukiwał, że kieruje klanem tylko do pani powrotu?
Camille się skrzywiła.
– Santiago to wierutny kłamca. Chce, żebym wróciła, a wtedy mnie zabije i przejmie władzę nad klanem.
Simon nie bardzo wiedział, co wampirzyca chce od niego usłyszeć. Nie był przyzwyczajony do tego, żeby dorosłe kobiety patrzyły na niego wielkimi oczami pełnymi łez albo opowiadały mu historię swojego życia.
– Przykro mi – wydukał w końcu.
Camille wzruszyła ramionami tak ekspresyjnie, że Simon zaczął się zastanawiać, czy jej akcent nie jest przypadkiem francuski.
– Przez cały ten czas, kiedy mnie nie było, ukrywałam się w Londynie, szukałam sojuszników, wyczekiwałam. Potem dowiedziałam się o tobie. – Uniosła rękę. – Nie mogę ci zdradzić, w jaki sposób. Przyrzekłam dochować tajemnicy. Ale gdy tylko o tobie usłyszałam, uświadomiłam sobie, że to na ciebie cze­kałam.
– Na mnie? Naprawdę?
Camille dotknęła jego dłoni.
– Raphael się ciebie boi, Simonie, i słusznie. Jesteś wampirem, lecz nie można cię skrzywdzić ani zabić. On nie może tknąć cię palcem, nie ściągając na siebie gniewu Bożego.
W ciszy, która zapadła po jej słowach, Simon usłyszał cichy elektryczny szum świątecznych lampek wiszących nad ich głowami, plusk wody w kamiennej fontannie stojącej pośrodku dziedzińca, gwar miasta. Kiedy się wreszcie odezwał, jego głos był prawie jak szept.
– Pani to wymówiła.
– Co takiego, Simonie?
– Gniew... – Jak zawsze słowo utknęło mu w gardle, zapiekło w ustach.
– Tak. Bóg. – Wampirzyca zabrała rękę z jego dłoni, ale jej oczy pozostały ciepłe.
– Nasz gatunek ma wiele sekretów, tyle mogę ci powiedzieć. Udowodnić ci, że nie jesteś przeklęty.
– Proszę pani...
– Camille. Mów mi Camille.
– Nadal nie rozumiem, czego od mnie chcesz, Camille.
– Nie rozumiesz? – Gdy potrząsnęła głową, jasne włosy rozsypały się wokół jej twarzy. – Chcę, żebyś się do mnie przyłączył, Simonie. Stań u mojego boku przeciwko Santiago. Razem wejdziemy do tego zaszczurzonego hotelu. Gdy jego zwolennicy zobaczą, że jesteś ze mną, zostawią go i przyjdą do mnie. Wierzę, że są wobec mnie lojalni, mimo strachu przed nim. Kiedy ujrzą nas razem, przestaną się bać i przejdą na naszą stronę. Człowiek nie może walczyć z tym, co boskie.
– No, nie wiem – zaoponował Simon. – W Biblii Jakub walczył z aniołem i wygrał.
Camille uniosła brwi i zmierzyła go wzrokiem.
Simon wzruszył ramionami.
– „I nazwał Jakub to miejsce Peniel, mówiąc: Oglądałem Boga twarzą w twarz”. Widzisz, nie tylko ty znasz Pismo.
Spojrzenie wampirzycy złagodniało, na jej twarzy pojawił się uśmiech.
– Może nie zdajesz sobie z tego sprawy, Chodzący za Dnia, ale dopóki nosisz ten Znak, jesteś karzącą ręką niebios. Nikt nie może przeciwko tobie wystąpić. A z pewnością żaden wampir.
– Boisz się mnie? – zapytał Simon i od razu tego pożałował.
Zielone oczy Camille pociemniały jak chmury burzowe.
– Ja boję się ciebie? – Po chwili opanowała się i rozpogodziła. – Oczywiście, że nie. Jesteś inteligentnym człowiekiem. Z pewnością docenisz wartość mojej propozycji i przyłączysz się do mnie.
 A jaka jest właściwie twoja propozycja? To znaczy, rozumiem tę część, że razem występujemy przeciwko Raphaelowi, ale co potem? Ja nie nienawidzę Raphaela ani nie chcę się go pozbyć. Zostawił mnie w spokoju, a o to właśnie mi cho­dziło.
Camille złożyła dłonie przed sobą. Na lewym środkowym palcu nosiła srebrny pierścionek, wsunięty na rękawiczkę.
– Myślisz, że Raphael wyświadcza ci przysługę, zostawiając cię w spokoju, jak się wyraziłeś. Teraz uważasz, że nie potrzebujesz nikogo ze swojego rodzaju. Wystarczają ci przyjaciele, których masz: ludzie i Nocni Łowcy. Ukrywasz buteleczki z krwią w swoim pokoju i okłamujesz matkę.
– Skąd...
Camille zignorowała go i mówiła dalej:
– Ale co będzie za dziesięć lat, kiedy będziesz miał dwadzieścia sześć? Za dwadzieścia lat? Trzydzieści? Myślisz, że ludzie nie zauważą, że oni zmieniają się i starzeją, a ty nie?
Simon nie odpowiedział. Nie chciał przyznać, że nie wybiegał myślami tak daleko naprzód. Że nie chciał myśleć o tak odległej przyszłości.
– Przejścia z Raphaelem nauczyły cię, że inne wampiry są dla ciebie trucizną. Ale nie musi tak być. Wieczność to zbyt dużo czasu, żeby spędzić go samotnie, bez podobnych tobie, takich, którzy rozumieją. Przyjaźnisz się z Nocnymi Łowcami, ale nigdy nie staniesz się jednym z nich. Zawsze będziesz inny. Do nas możesz przynależeć. – Gdy Camille się pochyliła, białe światło odbiło się od jej pierścienia i zakłuło go w oczy. – Mamy tysiące lat wiedzy, którą możemy się z tobą podzielić, Simonie. Mógłbyś się nauczyć, jak dochować sekretu, jak jeść i pić, jak wymawiać imię Boga. Raphael perfidnie ukrył przed tobą tę wiedzę, a nawet pozwolił ci wierzyć, że ona nie istnieje. Istnieje. I ja mogę ci pomóc.
– Jeśli ja najpierw pomogę tobie – dokończył Simon.
Wampirzyca się uśmiechnęła. Jej zęby były białe i ostre.
– Nawzajem sobie pomożemy.
Simon odchylił się do tyłu. Metalowe krzesło było twarde i niewygodne. Nagle poczuł się zmęczony. Spojrzał na swoje dłonie. Zobaczył, że jego żyły pociemniały i wiją się na kostkach jak pająki. Potrzebował krwi. Rozmowy z Clary. Czasu na myślenie.
– Widzę, że tobą wstrząsnęłam – zauważyła Camille. – Wiem. Za dużo tego na jeden raz. Byłabym szczęśliwa, mogąc dać ci tyle czasu, ile potrzebujesz na zastanowienie, ale nie mamy go zbyt wiele, Simonie. W tym mieście grozi mi niebezpieczeństwo ze strony Raphaela i jego kohort.
– Kohort? – Simon uśmiechnął się mimo woli.
Camille wyglądała na zdezorientowaną.
– Tak?
– Chodzi o te... kohorty. To tak, jakby powiedzieć „złoczyńcy” albo „sługusy”. – Widząc jej puste spojrzenie, Simon westchnął. – Przepraszam. Pewnie nie obejrzałaś tylu złych filmów, co ja.
Między brwiami Camille pojawiła się cienka zmarszczka.
– Uprzedzano mnie, że jesteś trochę dziwny. Może chodzi o to, że nie znam wielu wampirów z twojego pokolenia. Ale czuję, że dobrze mi zrobi bliskość kogoś tak... młodego.
– Świeża krew – dodał Simon.
Tym razem wampirzyca się uśmiechnęła.
– Więc jesteś gotowy przyjąć moją propozycję? Zacząć współpracę?
Simon spojrzał w niebo. Sznury białych lampek przyćmiewały gwiazdy.
– Posłuchaj, doceniam twoją propozycję. Naprawdę. – Cholera. Musiał istnieć jakiś sposób, żeby jego słowa nie zabrzmiały tak, jakby odrzucał zaproszenie na bal maturalny. „Naprawdę jestem zaszczycony, że mnie zaprosiłaś, ale...”. Camille, podobnie jak Raphael, mówiła językiem oficjalnym, sztywnym, trochę staroświeckim, jak postać z baśni. Może powinien spróbować tego samego... – Potrzebuję trochę czasu na powzięcie decyzji. Z pewnością to rozumiesz.
Camille uśmiechnęła się nieznacznie, pokazując tylko koniuszki kłów.
– Pięć dni – powiedziała. – Nie dłużej. – Wyciągnęła do niego dłoń w rękawiczce. Coś w niej zalśniło. Mała szklana fiolka wielkości próbki perfum, wypełniona brązowawym proszkiem. – Ziemia z grobu – wyjaśniła Camille. – Zmiażdż ją, a wtedy ja będę wiedziała, że mnie wzywasz. Jeśli nie wezwiesz mnie w ciągu pięciu dni, przyślę Walkera po odpowiedź.
Simon wziął fiolkę i schował ją do kieszeni.
– A jeśli odpowiedź będzie odmowna?
– Wtedy będę rozczarowana, ale rozstaniemy się w przyjaźni. – Camille odsunęła kieliszek. – Do widzenia, Simonie.
Kiedy wstał, krzesło zazgrzytało głośno. Czuł, że powinien coś jeszcze dodać, ale nie miał pojęcia co. Wyglądało na to, że został odprawiony. Doszedł do wniosku, że woli wyjść na jednego z tych dziwnych, nowoczesnych wampirów o złych manierach niż ryzykować, że Camille z powrotem wciągnie go w rozmowę. Oddalił się bez słowa. Idąc przez restaurację, minął Walkera i Archera, którzy stali przy dużym drewnianym barze, przygarbieni pod ciężarem długich szarych płaszczy. Czując na sobie ich spojrzenia, pomachał im palcami – ni to w przyjaznym pożegnaniu, ni to w geście mówiącym „spadajcie”. Archer obnażył zęby – płaskie ludzkie zęby – i przemaszerował obok niego w stronę ogrodu. Walker deptał mu po piętach. Simon zobaczył, że obaj siadają na krzesłach naprzeciwko Camille. Wampirzyca nie podniosła na nich wzroku, ale białe lampki oświetlające ogród nagle zgasły, nie pojedynczo, tylko wszystkie naraz, jakby ktoś wyłączył gwiazdy. Zanim kelnerzy się zorientowali i blade światło ponownie zalało ogródek, Camille i jej ludzcy niewolnicy zniknęli.


* * *



Simon otworzył frontowe drzwi swojego domu, jednego z długiego szeregu identycznych budynków o ceglanych fasadach ciągnących się wzdłuż brooklyńskiej ulicy, i pchnął je lekko, nasłuchując uważnie.
Wcześniej powiedział matce, że idzie poćwiczyć z Erikiem i chłopcami z zespołu, żeby przygotować się do sobotniego występu. Kiedyś ona po prostu by mu uwierzyła. Elaine Lewis nigdy nie była strażnikiem dwójki swoich dzieci, nie upierała się, żeby syn i córka wcześnie wracali do domu po szkolnych imprezach. Simon zwykle przesiadywał do późna u Clary, otwierał sobie drzwi własnym kluczem i padał na łóżko o drugiej nad ranem, a matka pozostawiała jego zwyczaje bez komentarzy i zrzędzenia.
Teraz sytuacja się zmieniła. Prawie dwa tygodnie spędził w Idrisie, rodzinnym kraju Nocnych Łowców, zniknąwszy z domu bez uprzedzenia. Na szczęście, czarownik Magnus Bane pojawił się u jego matki i rzucił na nią czar, tak że teraz w ogóle nie pamiętała o nieobecności syna. Albo przynajmniej nie miała świadomych wspomnień. Mimo to, jej zachowanie się zmieniło. Stała się podejrzliwa i czujna, wciąż go obserwowała i nalegała, żeby wracał do domu o określonych porach. Kiedy ostatnim razem wrócił z randki z Maią, zastał matkę w przedpokoju. ­Siedziała na krześle naprzeciwko drzwi, z rękoma skrzyżowanymi na piersi i wyrazem ledwo hamowanego gniewu na twarzy.
Tamtej nocy usłyszał jej oddech, zanim ją zobaczył. Teraz do jego uszu dotarł z salonu tylko cichy dźwięk telewizora. Czekając na niego, matka zapewne oglądała jeden z tych tasiemcowych seriali szpitalnych, które uwielbiała. Simon zamknął drzwi i oparł się o nie, zbierając siły do kłamstwa.
Wystarczająco trudne było unikanie jedzenia. Na szczęście, matka wcześnie wychodziła do pracy i wracała późno, a Rebecca, która rzadko przyjeżdżała do domu z college’u w New Jersey, żeby zrobić pranie, nie miała okazji do tego, by zauważyć coś dziwnego. Kiedy rano wstawał, na stole w kuchni czekały na niego przygotowane przez matkę śniadanie i obiad. W drodze do szkoły wyrzucał je do śmieci. Gorzej było z kolacją. W te wieczory, które Elaine spędzała w domu, musiał rozgrzebywać jedzenie na talerzu, udawać, że nie jest głodny albo że chce zabrać jedzenie do swojego pokoju i przy okazji się pouczyć. Parę razy musiał się zmusić do jedzenia, żeby ją uszczęśliwić, a potem przez kilka godzin pocił się w łazience i wymiotował, aż pozbył się posiłku.
Nienawidził jej okłamywać. Zawsze trochę współczuł Clary z powodu jej napiętych relacji z Jocelyn – najbardziej nadopiekuńczą matką na świecie. Teraz sytuacja się odwróciła. Od śmierci Valentine’a Jocelyn stała się prawie normalnym rodzicem. Natomiast, kiedy Simon był w domu, czuł na sobie ciężar spojrzenia matki, niczym oskarżenie.
Rzucił torbę przy drzwiach, wyprostował plecy i ruszył do salonu, żeby wypić piwo, którego nawarzył. Telewizor ryczał, właśnie nadawano wiadomości. Prezenter mówił, że w zaułku za śródmiejskim szpitalem znaleziono porzucone dziecko. Simon był zaskoczony; matka nienawidziła dzienników telewizyjnych. Uważała je z przygnębiające. Zerknął na kanapę i przestał się dziwić. Elaine spała, jej okulary leżały na stoliku, na podłodze stała do połowy opróżniona szklanka. Simon z daleka wyczuł zapach whisky. Poczuł ukłucie w sercu. Jego mama rzadko piła.
Poszedł do jej sypialni i wrócił z szydełkową narzutą. Elaine nadal oddychała wolno i równomiernie. Była kobietą drobną jak ptak, z aureolą czarnych kręconych włosów przetykanych siwiz­ną, której nie chciała farbować. Pracowała w nienastawionej na zysk organizacji ekologicznej, na większości jej ubrań widniały zwierzęce motywy. Teraz miała na sobie suknię w delfiny i fale oraz broszkę, która była kiedyś żywą rybą, obecnie zatopioną w żywicy. Jej polakierowane oko łypnęło oskarżycielsko na Simona, kiedy pochylił się, żeby zarzucić matce narzutę na ramiona.
Poruszyła się niespokojnie i odwróciła głowę.
– Simon – wyszeptała. – Simon, gdzie jesteś?
Wstrząśnięty Simon wyprostował się, puszczając narzutę. Może powinien ją obudzić, uspokoić, że wszystko jest w porządku. Ale wtedy zaczęłyby się pytania, na które nie miał ochoty odpowiadać. I jeszcze ten zraniony wyraz twarzy, którego nie potrafił znieść. Odwrócił się i poszedł do sypialni.
Rzucił się na pościel i odruchowo sięgnął po telefon stojący na nocnej szafce, żeby zadzwonić do Clary. Zawahał się jednak, słuchając ciągłego sygnału. Nie mógł jej powiedzieć o Camille. Obiecał wampirzycy, że zachowa jej propozycję w sekrecie. Nie był Camille nic winien, ale, jeśli czegoś się nauczył w ciągu ostatnich kilku miesięcy, to tego, że niedotrzymywanie obietnic złożonych nadnaturalnym istotom jest złym pomysłem. Mimo to, chciał usłyszeć głos Clary, jak zawsze po ciężkim dniu. Ostatnio głównie skarżył się jej na swoje życie miłosne, co nieodmiennie ją bawiło. Przewrócił się na łóżku, naciągnął poduszkę na głowę i wybrał numer Clary.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-05-18 (1027 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej