Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Najciemniejsza część lasu
 
Katalog - dodano
 Heroina
- Mons Kallentoft
 Czarownica
- Małgorzata Lisińska
 Tropiciel
- Małgorzata Lisińska
 Szara siostra
- Mark Lawrence
 Pogrzeb na zamówienie
- Anthony Horowitz
 
- skomentowano
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Mroczne szaleństwo'' - Karen Marie Moning



JEDEN


Rok wcześniej...

Dziewiąty lipca. Ashford w stanie Georgia.
Trzydzieści pięć stopni. Wilgotność dziewięćdziesiąt siedem procent.
Latem na południu Stanów panują mordercze upały, ale warto to przeżyć w zamian za tak krótkie, łagodne zimy. Lubię prawie wszystkie pory roku i klimaty. Mglisty jesienny dzień z mżawką – doskonały, by zwinąć się pod kocem z dobrą książką – podoba mi się niemal tak samo jak słoneczny dzień lata, ale nigdy nie odpowiadał mi zbytnio śnieg i lód. Nie wiem, jak mieszkańcy północy to znoszą. Ani po co. Ale chyba dobrze, że tak jest, inaczej u nas zrobiłby się za duży tłok.
Przyzwyczajona do duchoty upałów południa, wylegiwałam się przy basenie na tyłach domu rodziców. Moje ulubione bikini w różowe kropki doskonale pasowało do lakieru na paznokciach dłoni i stóp, w odcieniu różu „tak naprawdę wcale nie jestem kelnerką”. Wyciągnęłam się na miękkim leżaku, chłonąc słońce, a długie jasne włosy upięłam nierówno na czubku głowy – to jedna z tych fryzur, w których człowiek naprawdę nie chce się pokazywać innym ludziom. Mama i tato byli na wakacjach. W ramach świętowania trzydziestej rocznicy ślubu wybrali się na trzytygodniowy rejs w tropikach, który zaczął się przed dwoma tygodniami na Maui, a miał zakończyć w następny weekend w Miami.
ich nieobecność pielęgnowałam opaleniznę, co jakiś czas zanurzałam się w chłodnym błękicie, po czym znów wyciągałam na leżaku, pozwalając, by słońce osuszyło krople wody na mojej skórze. Żałowałam, że nie ma przy mnie siostry Aliny, z którą mogłabym posiedzieć, a może nawet zaprosić paru znajomych.
Podłączyłam iPoda do stacji dokującej Bose mojego ojca, która stała w tej chwili na stoliku obok mnie. Odtwarzała radośnie kolekcję piosenek, którą przygotowałam specjalnie z myślą o opalaniu nad basenem. Składało się na nią ponad sto przebojów jednego sezonu z ostatnich kilku dziesięcioleci, jak również kilka innych, które wywoływały uśmiech na mojej twarzy – radosna, bezmyślna muzyka towarzysząca radosnym, bezmyślnym chwilom. W tej chwili rozbrzmiewał stary przebój Louisa Armstronga „What a wonderful world”. Należę do pokolenia, które uważa, że cynizm i rozczarowanie są na topie, ale czasem czuję się w nim nieco obco. Trudno.
Pod ręką miałam wysoką szklankę z mrożoną słodką herbatą, a obok telefon, na wypadek gdyby mama i tato przybili do brzegu wcześniej niż się spodziewałam. Mieli dotrzeć na kolejną wyspę dopiero następnego dnia, ale już dwukrotnie zdarzyło im się wylądować wcześniej niż wynikało z harmonogramu. Ponieważ przed kilkoma dniami przypadkiem wrzuciłam komórkę do basenu, nosiłam wszędzie słuchawkę telefonu bezprzewodowego, żeby przypadkiem nie przegapić dzwonka.
Szczerze mówiąc, potwornie tęskniłam za rodzicami.
Zaraz po ich wyjeździe cieszyło mnie, że pobędę trochę w samotności. Kiedy moi rodzice są na miejscu, dom zaczyna czasem przypominać dworzec kolejowy, przychodzą przyjaciółki mamy, kumple taty od golfa, wpadają panie z kółka kościelnego, a do tego dzieciaki sąsiadów zaglądają pod takim czy innym pretekstem, niby przypadkiem ubrane w stroje kąpielowe – rany, czyżby czekały na zaproszenie?
Ale po dwóch tygodniach upragnionej samotności zaczynałam się nią dławić. Obszerny dom wydawał się boleśnie cichy, szczególnie wieczorami. W porze kolacji czułam się zagubiona. I głodna. Mama jest świetną kucharką, a mnie szybko obrzydły frytki, pizza i makaron z serem. Nie mogłam się doczekać jednego z jej obiadów składających się z pieczonego kurczaka, tłuczonych ziemniaków, surówki z kapusty i placka brzoskwiniowego z bitą śmietaną. Nawet zrobiłam już zakupy, napełniając lodówkę wszystkim, czego mogła potrzebować.
Uwielbiam jeść. Na moje szczęście, nie widać tego po mnie. Mam biust i biodra, ale szczupłą talię i uda. To zasługa doskonałego metabolizmu, choć mama powtarza: „Ha, zaczekaj, aż dobijesz trzydziestki. A później czterdziestki i pięćdziesiątki”. Tata mówi: „Więcej do kochania, Rainey” i posyła mamie spojrzenie, które zmusza mnie do gwałtownego skupienia się na czymś innym. ­Czymkolwiek innym. Uwielbiam moich rodziców, ale istnieje coś takiego jak ZDI. „Za dużo informacji”.
Tak czy inaczej, wiodę cudowne życie, poza tęsknotą za rodzicami i odliczaniem dni do powrotu mojej siostry Aliny z Irlandii, ale to są problemy chwilowe i wkrótce zostaną naprawione. Już niedługo moje życie znów będzie doskonałe.
Czy jeśli ktoś jest zbyt szczęśliwy, kusi w ten sposób Fatum do przecięcia jednej z najważniejszych nici jego życia?
Kiedy zadzwonił telefon, myślałam, że to rodzice.
Myliłam się.


* * *



To zabawne, jak malutka, nieznacząca, powtarzana dzie­siątki razy dziennie czynność może stać się linią demarkacyjną.
Podniesienie słuchawki. Naciśnięcie przycisku „odbierz”.
Nim go nacisnęłam – wedle mojej najlepszej wiedzy – moja siostra Alina żyła. W chwili, gdy go nacisnęłam, moje życie rozszczepiło się na dwie odmienne epoki: Przed rozmową i Po niej.
Przed rozmową nie miałam potrzeby używać określeń takich jak „demarkacyjna”, tych wielkich i poważnych słów, które znałam tylko dlatego, że tak dużo czytałam. Przed unosiłam się w życiu od jednej szczęśliwej chwili do drugiej. Przed sądziłam, że wiem wszystko. Sądziłam, że wiem, kim jestem, gdzie pasuję i jak dokładnie będzie wyglądać moja przyszłość.
Przed sądziłam, że mam przyszłość.
Po zaczęłam odkrywać, że tak naprawdę nigdy nic nie wiedziałam.


* * *



Musiały minąć dwa tygodnie od chwili, gdy dowiedziałam się, że moja siostra została zamordowana, aż ktokolwiek zrobił cokolwiek poza umieszczeniem jej w ziemi w zamkniętej trumnie, przykryciem grobu różami i rozpaczaniem.
nie mogło przywrócić jej życia, a ja z pewnością nie czułam się lepiej ze świadomością, że ten, kto ją zabił, gdzieś tam chodzi sobie swobodnie, szczęśliwy na swój chory, psychotyczny sposób, podczas gdy moja sios­tra leży zimna i biała pod dwoma metrami ziemi.
Te dwa tygodnie na zawsze pozostaną dla mnie niewyraźne. Przepłakałam cały ten czas, łzy zamgliły mój wzrok i wspomnienia. Te łzy nie były świadome. To moja dusza przeciekała. Alina była nie tylko moją siostrą, ale i najlepszą przyjaciółką. Choć przez ostatnie osiem miesięcy studiowała na Trinity College w Dublinie, bez przerwy wysyłałyśmy do siebie mejle, a raz w tygodniu rozmawiałyśmy przez telefon, dzieląc się wszystkim i niczego przed sobą nie ukrywając.
A może tak mi się tylko wydawało. Rany, ale się pomyliłam.
Planowałyśmy wynająć razem mieszkanie, kiedy wróci do domu. Miałyśmy zamiar przenieść się do metropolii, gdzie ja w końcu zajęłabym się na poważnie studiami, a Alina pracowałaby w tym czasie nad swoim doktoratem na tym samym uniwersytecie w Atlancie. Nie było tajemnicą, że w naszej rodzinie to siostra zagarnęła dla siebie całą ambicję. Po szkole średniej wystarczała mi praca barmanki w The Brickyard przez cztery albo pięć wieczorów w tygodniu. Mieszkałam z rodzicami i oszczędzałam większość zarobków. Do tego od czasu do czasu uczęszczałam na zajęcia na naszej miejscowej Szkole Wyższej Tego i Owego (jeden lub dwa kursy w semestrze, zazwyczaj w stylu „Jak korzystać z internetu” albo „Savoir-vivre w podróży”, co raczej nie zachwycało mojej rodzinki). Tco pozwalało rodzicom zachować nadzieję, że kiedyś wreszcie skończę studia i dostanę Prawdziwą Pracę w Prawdziwym Świecie.
Kiedy przed miesiącami pożegnałam się z nią na lotnisku, nawet mi na myśl nie przyszło, że już nigdy nie zobaczę jej żywej. Alina była równie stała jak wschody i zachody słońca. Była zaczarowana. Miała dwadzieścia cztery lata, ja dwadzieścia dwa. Spodziewałyśmy się, że będziemy żyć wiecznie. Od trzydziestki dzieliły nas miliony lat świetlnych. Czterdziestka była w innej galaktyce. Śmierć? Ha. Śmierć to coś, co przytrafia się naprawdę starym ludziom.
Nie.
Po dwóch tygodniach mgła łez zaczęła się nieco podnosić. Nie przestałam odczuwać bólu. Myślę, że po prostu pozbyłam się z ciała ostatniej kropli wilgoci, która nie była absolutnie niezbędna do jego funkcjonowania. A wściek­łość była wodą dla mojej wysuszonej duszy. Chciałam dostać odpowiedzi. Chciałam sprawiedliwości.
Chciałam zemsty.
Wydawało się, że jestem jedyna.
Parę lat temu chodziłam na zajęcia z psychologii, na których dowiedziałam się, że ludzie radzą sobie ze śmiercią, przechodząc przez kolejne etapy żałoby. Nie miałam okazji nurzać się w odrętwieniu wyparcia, które ponoć stanowiło pierwszy etap. W ciągu jednego uderzenia serca przeskoczyłam od otępienia do cierpienia. Ponieważ mama i tato byli na wyjeździe, to ja musiałam zidentyfikować jej ciało. Nie wyglądało ładnie i nie mogłam w żaden sposób zaprzeczyć, że Alina nie żyje.
Po dwóch tygodniach znalazłam się w środku etapu gniewu. Następna miała być depresja. A później, jeśli ktoś był zdrowy, akceptacja. Już widziałam pierwsze oznaki akceptacji w tych, którzy mnie otaczali, jakby przeszli bezpośrednio z odrętwienia do poddania się. Wspominali o „bezsensownych aktach przemocy”. Mówili o „życiu dalej”. Twierdzili, że „policja ma wszystko pod kontrolą”.
Ja zdecydowanie nie byłam zdrowa. I nie bardzo wierzyłam w irlandzką policję.
Zaakceptować śmierć Aliny?
Nigdy.



* * *



– Nie pojedziesz, Mac, nie ma mowy.
Mama stała przy kuchennym blacie, na ramieniu miała ściereczkę, a na brzuchu wesoły żółto-czerwono-biały fartuch w kwiaty magnolii. Do tego ubrudzone mąką ręce.
Piekła. I gotowała. I sprzątała. I znów piekła. Stała się prawdziwym domowym diabłem tasmańskim. Urodzona i wychowana na głębokim Południu, tak właśnie ­próbowała sobie radzić. W tych okolicach kobiety jak kwoki dbają o gniazdo, kiedy ktoś umiera. Tak się właśnie robi.
Kłóciłyśmy się przez ostatnią godzinę. Poprzedniego wieczora policjanci z Dublina zadzwonili do nas, żeby powiedzieć, że bardzo im przykro, ale z powodu braku dowodów i wobec faktu, że nie mieli żadnych poszlak ani świadków, nie pozostały im żadne tropy do sprawdzenia. Informowali nas oficjalnie, że nie mieli innego wyboru, jak tylko przenieść sprawę Aliny do działu spraw nierozwiązanych – a każdy głupi wiedział, że to wcale nie jest dział, tylko szafa na dokumenty w kiepsko oświetlonym i zapomnianym piwnicznym magazynie. Mimo zapewnień, że co jakiś czas będą wracać do sprawy, szukając nowych dowodów, i że dołożą wszelkich starań, wiadomość była oczywista: Alina nie żyła, została odesłana do swojej ojczyzny i przestała być ich problemem.
się.
To był ich rekord, czy co? Trzy tygodnie. Żałosne dwadzieścia jeden dni. To niewyobrażalne!
– Mogę się założyć o własny tyłek, że gdybyśmy tam mieszkali, nie poddaliby się tak szybko – powiedziałam z goryczą.
– Nie wiesz tego, Mac.
Mama odsunęła popielate loki znad niebieskich oczu, zaczerwienionych od płaczu, pozostawiając na czole biały ślad mąki.
– Daj mi szansę, żebym się tego dowiedziała.
Zacisnęła wargi tak mocno, że zbielały.
– Absolutnie nie. Już straciłam w tamtym kraju jedną córkę. Nie stracę drugiej.
Impas. Tak wyglądała sytuacja od śniadania, kiedy ogłosiłam, że biorę wolne, żeby polecieć do Dublina i dowiedzieć się, co policja naprawdę zrobiła w sprawie Aliny.
Miałam zamiar zażądać kopii akt sprawy i zrobić wszystko co w mojej mocy, by skłonić ich do kontynuo­wania śledztwa. Dam twarz i głos – mocny i, jak liczyłam, bardzo przekonujący – rodzinie ofiary. Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że gdyby moja siostra miała swojego przedstawiciela w Dublinie, policja potraktowałaby śledztwo poważniej.
Próbowałam namówić tatę, żeby tam pojechał, ale do niego nie dało się dotrzeć. Tonął w rozpaczy. Choć nasze rysy twarzy i sylwetki się różniły, mam taki sam kolor włosów i oczu jak Alina i kiedy tato ostatnio na mnie patrzył, co nie zdarzało się często, robił tak straszną minę, że pragnęłam zapaść się pod ziemię. Albo przynajmniej być ciemnooką brunetką jak on, a nie zielonooką blondynką.
Z początku, po pogrzebie, był pełen energii, odbywał niekończące się rozmowy telefoniczne, kontaktując się ze wszystkimi. Ambasada była uprzejma, ale skierowała go do Interpolu. Interpol zajął mu kilka dni, podczas których „zapoznawał się ze sprawą”, po czym dyplomatycznie odesłał go tam, gdzie się wszystko zaczęło – do dublińskiej policji. Dublińska policja pozostała niewzruszona. Nie ma dowodów. Nie ma poszlak. Nic do zbadania. „Jeśli ma pan z tym problem, proszę się skontaktować z ambasadą”.
Zadzwonił na policję w Ashford – nie, nie mogli udać się do Irlandii i zająć tą sprawą. Znów zadzwonił do Dublina – czy na pewno przesłuchali wszystkich przyjaciół Aliny, jej kolegów ze studiów i wykładowców? Nie ­musiałam słyszeć rozmówcy ojca, by domyślić się, że dublińska policja zaczynała się irytować.
W końcu zadzwonił do starego kumpla ze studiów, który miał jakąś ważną, utrzymywaną w tajemnicy funkcję w rządzie. Cokolwiek powiedział ten przyjaciel, tatę zupełnie to rozłożyło. Zamknął za sobą drzwi i przestał się pokazywać.
W domu rodziny Lane panowała zdecydowanie ciężka atmosfera – mama jak tornado w kuchni, tato jak czarna dziura w gabinecie. Nie mogłam siedzieć i czekać, aż w końcu się z tego otrząsną. Marnowaliśmy czas, a trop stygł z każdą minutą. Jeśli ktoś miał coś zrobić, musiał zrobić to teraz, co oznaczało, że musiałam to być ja.
– Jadę i nie obchodzi mnie, czy ci się to podoba – powiedziałam.
Mama się rozpłakała. Rzuciła wyrabiane ciasto na blat i wybiegła z kuchni. Po chwili usłyszałam trzask drzwi do sypialni.
Tego jednego nie mogę znieść – łez mamy. Zupełnie jakby za mało ostatnio płakała, teraz ja znów ją doprowadziłam do płaczu. Wyślizgnęłam się z kuchni i przekradałam na górę, czując się jak absolutnie najgorszy z najgorszych bydlaków na ziemi.
Zdjęłam piżamę, wzięłam prysznic, wysuszyłam włosy i ubrałam się, po czym przez chwilę stałam całkiem zagubiona, wpatrując się tępo w zamknięte drzwi pokoju Aliny.
Ile tysięcy razy wołałyśmy się w ciągu dnia, szeptałyśmy po nocy, budziłyśmy się nawzajem dla pocieszenia, kiedy któraś miała koszmarny sen.
Teraz pozostałam sama ze swoimi koszmarami.
Weź się w garść, Mac. Otrząsnęłam się i postanowiłam pójść na uczelnię. Gdybym została w domu, czarna dziura mogłaby pochłonąć i mnie. Przez cały czas czułam, jak jej horyzont zdarzeń rozrasta się w postępie geomet­rycznym.
W drodze do centrum przypomniałam sobie, że komórka wpadła mi do basenu – Boże, czy to naprawdę było tyle tygodni temu? – i uznałam, że lepiej zatrzymam się w galerii handlowej i kupię sobie nową, na wypadek gdyby rodzice chcieli się ze mną skontaktować.
O ile w ogóle zwrócili uwagę na to, że wyszłam.
Zajrzałam do sklepu, kupiłam najtańszą Nokię, jaką mieli na składzie, zdezaktywowałam starą komórkę i uruchomiłam zapasową.
Miałam czternaście wiadomości na poczcie głosowej, co chyba było moim rekordem. Trudno mnie nazwać bardzo towarzyską. Nie jestem też jednym z tych wiecznie podłączonych do sieci ludzi, którzy przeskakują z jednego portalu społecznościowego do drugiego. Myśl, że człowieka można tak łatwo znaleźć, trochę mnie przeraża. Moja komórka nie ma aparatu fotograficznego ani możliwości wysyłania SMS-ów. Nie mam dostępu do internetu ani radia satelitarnego, tylko pakiet podstawowy, dziękuję państwu. Poza tym potrzebuję jedynie mojego wiernego iPoda – muzyka pozwala mi na oderwanie się od rzeczywistości.
Wsiadłam do samochodu, uruchomiłam silnik, żeby klimatyzacja mogła rozpocząć bój z lipcowym upałem, i zaczęłam odsłuchiwać wiadomości. Większość była sprzed kilku tygodni, od znajomych ze szkoły albo z The Brickyard, z którymi zdążyłam już porozmawiać.
W głębi duszy chyba sobie uświadamiałam, że straciłam komórkę na kilka dni przed śmiercią Aliny i miałam nadzieję, że dostanę wiadomość od niej. Miałam nadzieję, że mogła zadzwonić przed śmiercią i brzmieć radośnie. Miałam nadzieję, że mogła powiedzieć coś, co pozwoliłoby mi choć na krótką chwilę zapomnieć o smutku. Rozpaczliwie pragnęłam znów usłyszeć jej głos.
Kiedy to się stało, prawie upuściłam komórkę. Jej głos eksplodował z niewielkiego głośniczka, gorączkowy i przerażony.
– Mac! O Boże, Mac, gdzie jesteś? Muszę z tobą porozmawiać! Od razu włączyła się poczta głosowa! Co ty wyprawiasz, że wyłączyłaś komórkę? Masz do mnie zadzwonić, kiedy tylko to odbierzesz! To znaczy natychmiast!
Mimo dokuczliwego letniego upału nagle zrobiło mi się zimno, a skórę pokrył lepki pot.
– Och, Mac, wszystko poszło nie tak! Myślałam, że wiem, co robię. Myślałam, że on mi pomaga, ale... Boże, nie wierzę, że byłam tak głupia! Myślałam, że go kocham, a on jest jednym z nich, Mac! On jest jednym z nich!
Zamrugałam, nic nie rozumiejąc. Jednym z kogo? A skoro już przy tym jesteśmy, to kim w ogóle był ten „on”, który był jednym z „nich”? Alina zakochana? Nie ma mowy! Mówiłyśmy sobie wszystko. Poza kilkoma facetami, z którymi umówiła się parę razy podczas pierwszych miesięcy pobytu w Dublinie, nie wspominała o nikim innym w swoim życiu. A już z pewnością nie o takim, w którym byłaby zakochana!
Załkała. Zacisnęłam mocniej rękę na telefonie, jakbym mogła przez niego pochwycić moją siostrę. Utrzymać tę Alinę przy życiu i zapewnić jej bezpieczeństwo. Kilka chwil białego szumu, a później, kiedy znów się odezwała, ściszyła głos, jakby się bała, że ktoś ją podsłucha.
– Musimy porozmawiać, Mac! Tak mało wiesz. Mój Boże, nie wiesz nawet, kim jesteś! Tyle rzeczy powinnam ci powiedzieć, ale myślałam, że uda mi się utrzymać cię z dala od tego, aż zrobi się bezpieczniej. Spróbuję dotrzeć do domu... – zaśmiała się gorzko, ten ostry dźwięk wcale nie pasował do Aliny – ...ale on chyba nie wypuści mnie z tego kraju. Wkrótce do ciebie zadzwonię... – Znów biały szum. Sapnięcie. – Och, Mac, on się zbliża! – Jej głos zmienił się w pełen nacisku szept. – Posłuchaj mnie! Musimy znaleźć... – Jej kolejne słowa wydawały się przekręcone albo jakby pochodziły z obcego języka, coś w rodzaju „szi-sadu”, tak mi się wydawało. – Od tego zależy wszystko. Nie możemy pozwolić, żeby oni to dostali! Musimy pierwsi do niej dotrzeć. Przez cały czas mnie okłamywał. Wiem teraz, czym jest, i wiem, gdzie...
Martwa cisza.
Rozmowa została zakończona.
Siedziałam oszołomiona, próbując znaleźć sens w tym, co właśnie usłyszałam. Doszłam do wniosku, że muszę cierpieć na rozdwojenie jaźni i że są dwie Mac – jedna, która wiedziała, co się dzieje na świecie wokół niej, i druga, która orientowała się w rzeczywistości na tyle, by się rano ubrać i nie włożyć lewego buta na prawą nogę. Mac, która wiedziała, musiała umrzeć razem z Aliną, bo ta Mac nie miała najmniejszego pojęcia, co działo się z jej siostrą.
Zakochała się i nic mi nie powiedziała. Ani razu nie wspomniała. A teraz wydawało się, że to najmniej ważna z rzeczy, których mi nie powiedziała. Osłupiałam. Zostałam zdradzona. Moja siostra przez całe miesiące ukrywała przede mną wielką część swojego życia.
W jakim niebezpieczeństwie była? Od czego próbowała mnie trzymać z dala? Aż będzie bezpieczniej z czym? Co musiałyśmy znaleźć? Czy to mężczyzna, w którym była zakochana, ją zabił? Dlaczego – och, dlaczego – nie zdradziła mi jego imienia?
Sprawdziłam datę i godzinę rozmowy – popołudnie po tym, jak wrzuciłam komórkę do basenu. Zrobiło mi się niedobrze. Potrzebowała mnie, a ja ją opuściłam. Kiedy Alina tak gorączkowo próbowała się do mnie dodzwonić, ja opalałam się leniwie na podwórku, słuchając listy stu bezmyślnie radosnych piosenek, a moja komórka leżała popsuta i zapomniana na stole w jadalni.
Starannie zapisałam wiadomość, po czym odsłuchałam resztę z nadzieją, że mogła zadzwonić jeszcze raz, ale poza tym nic nie było. Według policji umarła jakieś cztery godziny po tym, jak próbowała się do mnie dodzwonić, choć dopiero po dwóch dniach znaleźli jej ciało w bocznej uliczce.
To był obraz, który z dużym wysiłkiem próbowałam wyrzucić z głowy.
Zamknęłam oczy i próbowałam nie skupiać się na myśli, że straciłam ostatnią okazję, by z nią porozmawiać, próbowałam nie myśleć, że być może udałoby mi się coś zrobić, by ją uratować, gdybym tylko odebrała. Te myśli mogły doprowadzić mnie do szaleństwa.
Znów odtworzyłam wiadomość. Co to jest szi-sadu? I o co chodzi z tym tajemniczym „Nie wiesz nawet, kim jesteś?”. Co Alina mogła mieć na myśli?
Po trzecim przesłuchaniu znałam już wiadomość na pamięć.
Wiedziałam też, że za nic nie mogłabym odtworzyć jej mamie i tacie. Nie tylko wpędziłaby ich w głębszą rozpacz (o ile w ogóle istniała głębsza rozpacz od tej, jaką czuli teraz), ale pewnie zamknęliby mnie w pokoju i wyrzucili klucz. Wiedziałam, że nie będą ryzykować z jedynym pozostałym przy życiu dzieckiem.
Ale... gdybym pojechała do Dublina i odtworzyła ją na policji, musieliby ponownie otworzyć jej sprawę, prawda? To była poszlaka. Jeśli Alina była w kimś zakochana, to ktoś ją kiedyś musiał z tym kimś gdzieś widzieć. Na uczelni, w jej mieszkaniu, w pracy, gdziekolwiek. Ktoś musiał wiedzieć, kim on był.
Nawet jeśli tajemniczy mężczyzna nie był zabójcą, to z pewnością pomoże odkryć, kto nim był. W końcu był „jednym z nich”.
Skrzywiłam się.
Kimkolwiek byli ci „oni”.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-05-18 (1092 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej