Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Czarna Księga Sekretów
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Liżąc ostrze - Jakub Ćwiek

Apelacji nie przewidziano


- Śpisz, glino? - rozległ się cichy głos gdzieś z przeciwnego końca pomieszczenia.
Kacper nie zareagował. Dalej siedział ze zwieszoną głową i liczył krople krwi kapiące mu z ust i nosa na spodnie. Trzydzieści sześć, odkąd oprzytomniał. Bóg jeden wie ile wcześniej.
Twarz i żebra paliły go żywym ogniem. Wykręcone do tyłu ręce skute kajdankami drżały z bólu i wysiłku. Do tego jeszcze ten wszechobecny mrok...
- Ja myślę, że jednak nie śpisz.
Rozległy się ciche kroki.
Drelich odruchowo skulił ramiona, wodząc niewidzącymi oczami to w lewo, to w prawo. Wydawało mu się, że czuje oddech faceta stojącego tuż za nim. O krok. A może pół kroku. Z uzbrojoną w nóż ręką ukrytą za plecami i z szaleńczym uśmiechem na ustach.
Gdy Kacper znowu usłyszał jego głos, oprawca znajdował się dokładnie naprzeciw.
- Zróbmy mały teścik, brachu - zaproponował, nie kryjąc rozbawienia. - Tak by zobaczyć, jak pójdzie nam dalsza współpraca. Teraz podniesiesz główkę i spojrzysz na mnie albo znowu sięgnę po drastyczniejsze środki. Co ty na to?
Głupie pytanie. Retoryczne. Drelich był gotów zrobić niemal wszystko, byleby tylko nie zarobić następnego ciosu. Uderzenia, które z pewnością pozbawi go przytomności i tym samym odbierze wszelkie szanse. Wyobraźnia, cały czas na najwyższych obrotach, zrezygnowała z obrazu psychopaty z nożem na rzecz złamanego żebra przebijającego opłucną. I wielu innych podobnych widoków.
Sycząc z bólu, uniósł głowę.
- Brawo - ucieszył się oprawca. - O to właśnie chodziło. Teraz sobie porozmawiamy. Ale najpierw...
Coś pstryknęło i tuż przed oczami Kacpra rozbłysło światło. Wrzasnął. Oślepiający blask uderzył w jego rozszerzone źrenice niczym milion rozgrzanych igieł. W ciągu ułamka sekundy ból w żebrach przestał się liczyć. W porównaniu z tym, co czuł, mimowolnie chłonąc światło, tamto było jedynie nieudolną grą wstępną, źle zagranym preludium. A teraz zaczął się właściwy koncert.
Zamknięcie oczu pomogło odrobinę, ale nie tak, jak na to liczył. Przestał jednak krzyczeć. Czuł, że drży na całym ciele i zalewają go na przemian fale zimna i gorąca. Po policzkach płynęły mu łzy.
- Niezłe, nie? - zapytał ze śmiechem oprawca. - Gdybyś mógł się teraz zobaczyć, glino, ciekawe, jak byś się określił. Ja stawiałbym osobiście na żałosnego sukinsyna.
Drelich milczał. Ból w głowie zelżał na tyle, że poprzednie obrażenia na powrót mogły z nim konkurować. Dołączyło do nich ochoczo drapanie w wycieńczonym przeraźliwym krzykiem gardle.
Gościowi po przeciwnej stronie lampy milczenie ofiary zdawało się w ogóle nie przeszkadzać. Po krótkiej pauzie zaczął mówić dalej, wyraźnie delektując się swoim głosem.
- Widziałem taką lampę w jednym ze starych filmów - wyjaśnił. - Tyle, że tam używały jej gliny. Ci dobrzy, rozumiesz? W białych garniturach.
Przerwał na moment. Rozległ się trzask zapalanej zapałki i po chwili pomieszczenie wypełniła woń mentolowych papierosów.
- Pomyślałem wtedy: „To niesprawiedliwe, że zabiera się nam, czarnym, taką frajdę. To przecież my powinniśmy stać w cieniu. Wy wybraliście jasność”.
Kacper ostrożnie poruszył się na krześle. Jeżeli do tej pory miał jeszcze złudzenia, że to wszystko jest jedynie grą, że chodzi tylko o wyciągnięcie z niego jak najwięcej informacji (a był gotów wyśpiewać wszystko na dowolny temat), teraz stracił wszelką nadzieję. Człowiek po przeciwnej stronie lampy nie potrzebował żadnych wieści. Jego szefowie czy też wspólnicy - może tak, ale temu tutaj wiedza gliny była zupełnie obojętna. Dało się to usłyszeć z głosu oprawcy, wyłowić z potoku słów. Niezależnie, co Kacper Drelich postanowiłby powiedzieć na swoją obronę, wyrok zapadł. Apelacji nie przewidziano.
„Tyle, że to nie może się tak skończyć - usłyszał cichy szept gdzieś w swojej głowie. Nie wiedzieć, czemu Kacper był pewien, że gdyby ów głos miał kolor, byłaby to stonowana zieleń. - Zawsze jest wyjście z sytuacji. A ty musisz przeżyć, przecież obiecałeś”.
Ta myśl była tak absurdalna, że mimo bólu uśmiechnął się lekko. Zaraz jednak spoważniał w obawie, że grymas rozbawienia mógłby zostać zauważony przez jego kata.
Jednak raz wyciągniętą brzytwę trudno już schować z powrotem. Unosiła się delikatnie na falach oceanu beznadziei, czekając, aż pochwyci ją topielec. Bo przecież „obietnic złożonych dziecku”...
Szaleniec od dłuższej chwili milczał. Kacprowi przyszło do głowy, że może na kogoś czeka. „Może czeka - podpowiedział zielony głos - bo sam nie może cię tknąć. Myślisz, że dlaczego użył akurat światła, zamiast po prostu cię zastrzelić? Pewnie rzeczywiście jest świrem, ale nadal pozostaje tylko pionkiem. A pionki nie poruszają się same”.
Brzmiało to nawet prawdopodobnie, tyle, że okrutna wyobraźnia, niedająca łatwo za wygraną, miała własny pogląd na sprawę.
Według niej siedzący po przeciwnej stronie stołu wariat (Drelich był niemal pewien, że ma on na oczach sklejone plastrem okulary w rogowych oprawkach) trzymał w ręku rewolwer i od czasu do czasu celował sobie dla próby w przykutego do krzesła glinę. Za każdym razem palec coraz bardziej zaciskał się na spuście...
Zaszurało krzesło. Kacper przyjął ten dźwięk z mieszaniną niepokoju i ulgi. Podobnie jak kolejne słowa oprawcy.
- Już poznałeś, czym jest ból - powiedział ten, wkraczając w półkole światła. Nadal oślepiony blaskiem lampy Drelich był w stanie dojrzeć jedynie zarys jego sylwetki. - Myślę, że powinniśmy przejść do kolejnego etapu naszego spotkania. Pytań mianowicie. Masz coś przeciwko temu, czy też kryjesz w rękawie jakiegoś asa?- Nie - wyszeptał Kacper.
- Co „nie”? - zapytał z rozbawieniem oprawca. Przesunął lekko lampę po blacie i usiadł na krawędzi stołu. Założył nogę na nogę.
- Nie mam nic przeciwko pytaniom - sprecyzował Drelich. - I nie chowam żadnego asa.
Kłamał w obu przypadkach.


Fragment udostępniło wydawnictwo Fabryka Słów








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-06-09 (1619 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej