Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Córka mrocznego Elfa
 
Katalog - dodano
 Immersja
- Erick Pol
 Jadowity miecz
- Rafał Dębski
 Zabójcze maszyny
- Philip Reeve
 Ostatnie konklawe
- Marcin Wolski
 Strażnik rzeczy zagubionych
- Ruth Hogan
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 

''Koszmar Stracharza'' - Joseph Delaney



Rozdział 1

Czerwona od krwi



Wraz ze stracharzem i Alice przeprawialiśmy się przez rozległe wzgórza w drodze powrotnej do Chipenden. Trzy ogary, Szpon, Krew i Kość, powarkiwały radośnie, dotrzymując nam kroku.
Pierwsza część wspinaczki okazała się całkiem przyjemna.
Całe popołudnie padał deszcz, lecz wieczór nastał pogodny, bezchmurny, jak to bywa późną jesienią; lekki, chłodny wietrzyk mierzwił nam włosy. Idealna pogoda do marszu. Pamiętam, że myślałem, jak spokojna jest okolica.
Na szczycie jednak czekał nas potężny wstrząs. Na północy, poza wzgórzami, dostrzegliśmy chmurę czarnego dymu. Wyglądało, jakby paliło się Caster. Czyżby w końcu dotarła tu wojna?, pomyślałem z lękiem. Przed wielu laty sojusz wrogich krajów najechał naszą ojczyznę, daleko na południu. Od tego czasu, mimo najlepszych wysiłków wszystkich Hrabstw, najeźdźcy powoli przesuwali się ku północy.
– Jak mogli zajść tak daleko bez naszej wiedzy? – Stracharz podrapał się po brodzie, wyraźnie poruszony. – Z pewnością dotarłyby do nas jakieś wieści, czy choćby ostrzeżenie?
– Może nadciąga tylko niewielki oddział, który przybył morzem? – podsunąłem.
Wydawało się to całkiem możliwe. Statki wroga już wcześniej dobijały do brzegu i atakowały nabrzeżne osady – choć jak dotąd oszczędzały naszą część Hrabstwa.
Kręcąc głową, stracharz ruszył gwałtownie w dół zbocza, maszerując w szaleńczym tempie. Alice obdarzyła mnie niespokojnym uśmiechem. Pospieszyliśmy w ślad za nim. Obciążony laską i obiema torbami, z trudem utrzymywałem równowagę na mokrej, śliskiej trawie. Wiedziałem jednak, co niepokoi mistrza. Obawiał się o swą bibliotekę. Na południu żołnierze często plądrowali i palili domy, toteż martwił się o bezpieczeństwo ksiąg, skarbnicy mądrości, gromadzonej przez całe pokolenia stracharzy.
Od trzech lat terminowałem u mojego mistrza, ucząc się, jak się rozprawiać z duchami, widmami, wiedźmami, boginami i najróżniejszymi stworami mroku. Przez większość dni mistrz udzielał mi lekcji, ale drugim źródłem wiedzy pozostawała biblioteka. Niewątpliwie była bardzo ważna.
Gdy zostawiliśmy za sobą wzniesienie, skierowaliśmy się wprost ku Chipenden. Z każdym krokiem wzgórza na północy zdawały się coraz wyższe. Przeprawiliśmy się właśnie przez wąską rzeczkę, przeskakując z kamienia na kamień, do wtóru pluskania wody, gdy Alice uniosła rękę.
– Żołnierze wroga! – zawołała.
W dali grupka mężczyzn maszerowała na wschód, przecinając naszą ścieżkę. Dostrzegliśmy co najmniej dwa tuziny zbrojnych, miecze u ich pasów migotały jasno w promieniach zachodzącego słońca, wiszącego nisko nad horyzontem. Zatrzymaliśmy się i przycupnęliśmy na brzegu w nadziei, że nas nie zauważyli. Kazałem psom leżeć cicho; posłuchały natychmiast.
Żołnierze nosili szare mundury i stalowe hełmy z szerokimi osłonami nosa, jakich wcześniej nie oglądałem. Alice miała rację. Nadciągał liczny patrol wroga. Niestety, dostrzegli nas niemal natychmiast. Jeden z nich pokazał ręką i warknął rozkaz; niewielka grupka odłączyła się od oddziału. Zbrojni puścili się ku nam biegiem.
– Tędy! – zawołał stracharz, chwytając torbę, by uwolnić mnie od nadmiernego obciążenia. Pomknął wzdłuż rzeczki; Alice i ja podążyliśmy za nim, psy również.
Przed sobą ujrzeliśmy duży las. Może uda nam się tam zgubić pogoń, pomyślałem. Lecz gdy tylko dotarliśmy do linii drzew, straciłem nadzieję. Niedawno został uporządkowany: nie dostrzegłem żadnych młodych drzewek ani krzaków – jedynie rzadko rosnący starodrzew. Żadnej kryjówki.
Zerknąłem przez ramię. Prześladowcy rozproszyli się, tworząc nierówny szereg. Większość poruszała się powoli, choć jeden żołnierz na przedzie wyraźnie nas doganiał; groźnie wymachiwał trzymanym w ręku mieczem.
Nim się zorientowałem, stracharz przystanął gwałtownie. Rzucił mi do stóp torbę.
– Biegnij dalej, chłopcze! Ja się nim zajmę – polecił, obracając się ku żołnierzowi.
Przywoławszy do siebie psy, zatrzymałem się, marszcząc czoło. Nie mogłem tak zostawić mistrza. Chwyciłem jego torbę, uniosłem laskę. W razie potrzeby ruszę mu z pomocą. Psy, zajadłe ogary, nieznające strachu, wezmę ze sobą.
Obejrzałem się na Alice. Ona także przystanęła i patrzyła na mnie z dziwnym wyrazem twarzy. Miałem wrażenie, że mamrocze coś pod nosem. Wietrzyk ustał nagle, chłód runął na nas niczym lodowate ostrze, wbijające mi się w twarz. Wokół zapadła niespodziewana cisza, jakby wszelkie istoty w lesie wstrzymały oddech. Spomiędzy drzew, ze wszystkich stron wypełzły nagle smużki mgły. Ponownie spojrzałem na Alice. Nic nie zapowiadało podobnej zmiany pogody. Nie wydawała się naturalna. Czyżby zadziałała czarna magia?
Psy warowały, popiskując cicho. Nawet jeśli mgła miała nam pomóc, mistrz z pewnością rozgniewałby się, że Alice użyła czarnej magii. Przez dwa lata szkoliła się na wiedźmę, więc zawsze się obawiał, że w końcu zwróci się ku mrokowi.
Do tej pory stracharz zdążył już zająć pozycję obronną, unosząc ukośnie laskę. Żołnierz, który doń dotarł, ciął w dół mieczem. Serce podeszło mi do gardła, nie musiałem się jednak obawiać. Usłyszałem okrzyk bólu – wydał go jednak żołdak, nie mój mistrz. Miecz, wirując, poleciał w trawę, a potem stracharz wymierzył mocny cios w skroń napastnika, powalając go na kolana.
Mgła gęstniała szybko, na kilka chwil mistrz zniknął mi z oczu. Potem usłyszałem, że biegnie ku nam. Kiedy się z nami zrównał, pospieszyliśmy dalej, podążając wzdłuż rzeki. Mgła z każdym krokiem robiła się coraz gęściejsza. Wkrótce zostawiliśmy za sobą las i strumień; skierowaliśmy się wzdłuż gęstego głogowego żywopłotu na północ. Po kilkuset jardach stracharz gestem nakazał nam, byśmy przystanęli. Przykucnęliśmy w rowie, wstrzymując oddech. Nasłuchiwaliśmy niebezpieczeństwa. Z początku nie słyszeliśmy odgłosów pościgu, potem jednak z północy i wschodu dobiegły głosy. Wciąż nas szukali – choć robiło się coraz ciemniej, zatem z każdą minutą prawdopodobieństwo, że nas odkryją, malało.
Już myśleliśmy, że jesteśmy bezpieczni, gdy głosy dobiegające z północy stały się donośniejsze. Wkrótce usłyszeliśmy zbliżające się kroki. Wyglądało, że nieprzyjaciel trafił wprost na naszą kryjówkę. Wraz z mistrzem zacisnęliśmy dłonie na swych kijach, gotowi do walki na śmierć i życie.
Nasi prześladowcy minęli nas w odległości zaledwie paru jardów po prawej – we mgle dostrzegliśmy niewyraźne sylwetki trzech mężczyzn. Ponieważ jednak przykucnęliśmy w rowie, nie zauważyli nas. Kiedy kroki i głosy znów ucichły, stracharz pokręcił głową.
– Nie wiem, ilu ich nas szuka – wyszeptał – ale wyraźnie się nie poddają. Lepiej zostańmy tu przez resztę nocy.
I tak przyszło nam spędzić zimną, niewygodną noc w rowie. Z początku spałem niespokojnie. Jak to często bywa w podobnych sytuacjach, pogrążyłem się w głębokim śnie akurat wtedy, kiedy nadszedł czas pobudki.
Obudziła mnie Alice, potrząsając za ramię. Usiadłem i rozejrzałem się dokoła. Słońce już wzeszło, widziałem płynące po niebie szare chmury. Wiatr świstał w żywopłocie, kołysał cienkimi, bezlistnymi gałązkami.
– Wszystko w porządku? – spytałem.
Alice przytaknęła z uśmiechem.
– W promieniu mili nie ma nikogo. Żołnierzykowie zrezygnowali. Odeszli.
Nagle usłyszałem jakiś dźwięk przypominający jęczenie. Stracharz.
– Pewnie dręczą go złe sny – zauważyła Alice.
– Może trzeba go obudzić? – zaproponowałem.
– Zostaw go na parę minut. Najlepiej, by sam się ocknął.
Ale krzyki i jęki mojego mistrza stawały się coraz głośniejsze. Cały zaczął dygotać, coraz bardziej poruszony, toteż po minucie potrząsnąłem lekko jego ramieniem.
– Wszystko w porządku, panie Gregory? – spytałem. – Chyba miał pan koszmary.
Przez moment patrzył na mnie szalonymi oczami, jak na kogoś obcego czy nawet wroga.
– O tak, śniłem prawdziwy koszmar – rzekł w końcu. – Sen o Kościstej Lizzie…
Koścista Lizzie była matką Alice, potężną wiedźmą, obecnie uwięzioną w jamie w ogrodzie stracharza w Chipenden.
– Siedziała na tronie – podjął mistrz – a Zły stał u jej boku, z dłonią na jej lewym ramieniu. Znajdowali się w wielkiej sali, której z początku nie rozpoznałem. Podłoga była czerwona od krwi. Więźniowie krzyczeli ze zgrozy, a potem ginęli – ścinano im głowy. Lecz dopiero widok komnaty naprawdę mną wstrząsnął.
– Gdzie to się działo? – spytałem.
Stracharz pokręcił głową.
– W wielkiej sali na zamku w Caster! Lizzie rządziła Hrabstwem…
– Przecież to tylko zły sen – pocieszyłem go. – Jest bezpiecznie uwięziona.
– Może – mruknął stracharz. – Ale nigdy jeszcze nie nawiedził mnie równie wyrazisty senny majak.

Ruszyliśmy ostrożnie w kierunku Chipenden. Stracharz nie wspomniał ani słowem o mgle, która podniosła się nagle poprzedniego wieczoru. Ostatecznie pora roku sprzyjała mgłom, a on zajmował się wówczas przygotowaniami do starcia z żołdakiem. Ja jednak nie wątpiłem, iż mgła pojawiła się na wezwanie Alice. Ale kimże byłem, by protestować? Przecież mnie samego także skaził mrok.
Dopiero co wróciliśmy z Grecji po pokonaniu Ordyny, jednej z dawnych bogów. Zwycięstwo słono nas kosztowało. Moja mama zginęła, by nam je zapewnić, podobnie Bill Arkwright, stracharz pracujący na północ od Caster – dlatego właśnie prowadziliśmy ze sobą jego psy.
Ja także zapłaciłem straszliwą cenę. Aby umożliwić nam zwycięstwo, sprzedałem duszę Złemu. Teraz jedyną rzeczą, jaka nie pozwalała mu zawlec mnie w mrok, był słój krwi, który dostałem od Alice i nosiłem w kieszeni. Dopóki miałem go przy sobie, Zły nie mógł do mnie przystąpić. Alice musiała pozostawać blisko mnie, bo także potrzebowała ochrony – w przeciwnym razie Zły zabiłby ją w zemście za to, że mi pomogła. Oczywiście, stracharz nie miał o niczym pojęcia. Gdybym mu powiedział, co zrobiłem, oznaczałoby to koniec terminu.
W miarę jak wspinaliśmy się po zboczu w stronę Chipenden, mój mistrz coraz bardziej się denerwował. Co krok natykaliśmy się na ślady zniszczenia: wypalone domy, porzucone gospodarstwa, a raz nawet zauważyliśmy trupa w przydrożnym rowie.
– Miałem nadzieję, że nie zapuszczą się tak daleko w głąb lądu. Przeraża mnie myśl o tym, co zastaniemy w domu, chłopcze – rzekł ponurym tonem Stracharz.
Zazwyczaj unikałby przejścia przez wioskę Chipenden: większość ludzi nie lubi zadawać się ze stracharzami, a mój mistrz szanował wolę miejscowych. Kiedy jednak przed nami pojawiły się szare łupkowe dachy, jedno spojrzenie wystarczyło, byśmy pojęli, że coś jest bardzo nie tak.
Niewątpliwie przeszli tędy żołnierze wroga. Wiele dachów nosiło ślady zniszczenia: z dziur wystawały zwęglone belki. Im bardziej się zbliżaliśmy, tym gorzej wszystko wyglądało. Niemal trzecią część domów spalono do gołej ziemi, pozostawiając jedynie poczerniałe kamienne skorupy w miejscach, gdzie kiedyś żyły całe rodziny. Te, które uniknęły pożaru, potraciły okna i drzwi. Wszędzie dostrzegałem ślady grabieży.
Wioska sprawiała wrażenie kompletnie wyludnionej, potem jednak usłyszeliśmy stukot. Ktoś pracował młotkiem. Stracharz poprowadził nas szybko brukowanymi ulicami w stronę źródła dźwięku. Zmierzaliśmy w kierunku głównego traktu wiodącego przez wieś, wzdłuż którego mieściły się kramy. Minęliśmy splądrowane sklepik warzywny oraz piekarnię, zbliżyliśmy się do kramu rzeźnika, z którego zdawał się dobiegać hałas.
Rzeźnik wciąż tam był, jego ruda broda lśniła w blasku porannego słońca, ale nie naprawiał zniszczonego kramu. Przybijał wieko do trumny. W pobliżu stały jeszcze trzy, już zamknięte, gotowe do pogrzebu. Jedna, mała, bez wątpienia kryła w sobie dziecko. Na nasz widok rzeźnik podniósł się. Podszedł uścisnąć dłoń stracharza. Tylko z nim mój mistrz miał
jakikolwiek kontakt we wsi – rzeźnik był jedyną osobą, z jaką rozmawiał o tematach innych niż nasze sprawy.
– Działy się okropne rzeczy, panie Gregory – rzekł teraz. – Nic już nigdy nie będzie tak samo.
– Mam nadzieję, że to nie… – wymamrotał stracharz, zerkając na trumny.
– O nie, Panu niech będą dzięki – pospieszył z odpowiedzią rzeźnik. – To się zdarzyło trzy dni temu. Akurat zdążyłem wywieźć rodzinę w bezpieczne miejsce. Nie, ci tutaj, biedacy, nie uciekli niestety dość szybko. Żołnierze zabili wszystkich, których znaleźli. Napadł na nas zaledwie patrol nieprzyjaciela, ale bardzo duży. Szukali zapasów. Nie musieli palić domów ani zabijać ludzi. Dlaczego wybili całą rodzinę? Mogli po prostu zabrać, co chcieli, i odejść.
Stracharz pokiwał głową. Wiedziałem, jak brzmi odpowiedź, choć nie mówił jej głośno: działo się tak, bo Zły krążył swobodnie po świecie. Przez niego ludzie stawali się okrutniejsi, a wojny dziksze.
– Przykro mi z powodu pańskiego domu, panie Gregory – dodał rzeźnik.
Z twarzy stracharza odpłynęła krew.
– Co się stało? – spytał ostro.
– Och, naprawdę mi przykro. Nie wiedział pan? Zakładałem, że już pan tam zajrzał. Z odległości wielu mil słyszeliśmy wycie i ryki bogina. Musiało być ich jednak zbyt wielu, by mógł sobie z nimi poradzić. Splądrowali pański dom, zabrali każdą rzecz, jaką zdołali wynieść, a resztę podpalili…


Rozdział 2

Jeszcze nie umarłeś!



Bez jednego słowa stracharz odwrócił się na pięcie. Niemal biegiem ruszył w górę zbocza. Po chwili bruk ustąpił miejsca błotnistemu traktowi. Pokonawszy wzgórze, dotarliśmy do granicy ogrodu. Poleciłem psom, by czekały. Zagłębiliśmy się między drzewa.
Wkrótce znaleźliśmy pierwsze trupy. Leżały tam już jakiś czas, bowiem w powietrzu rozchodził się ostry smród śmierci; nosiły szare mundury oraz charakterystyczne hełmy wroga. Pojąłem, że grabieżców spotkała gwałtowna śmierć: jednym rozszarpano gardła, innym zmiażdżono czaszki. Wyraźnie sprawił to bogin. Kiedy jednak wyłoniliśmy się spomiędzy drzew i ruszyliśmy przez trawnik przy domu, przekonaliśmy się, iż rzeźnik miał rację. Żołdaków wyroiło się zbyt wielu, by bogin zdołał pokonać wszystkich. Podczas gdy zabijał intruzów z jednej strony ogrodu, inni podkradli się bliżej. Wreszcie podpalili zabudowania. Pozostały tylko nagie, poczerniałe ściany. Dom stracharza w Chipenden zamienił się w wypaloną skorupę: dach się zawalił, z wnętrza zniknęło wszystko – łącznie z bezcenną biblioteką.
Mistrz długi czas w milczeniu wpatrywał się w pogorzelisko. W końcu zdecydowałem się przemówić pierwszy.
– Gdzie teraz podziewa się bogin?
– Zawarłem z nim pakt – odparł stracharz, nie patrząc na mnie. – W zamian za strzeżenie domu, gotowanie i sprzątanie oddałem mu władzę nad ogrodem. Mógł sobie wziąć każde żywe stworzenie, jakie zastał tam po zmroku – oprócz mych uczniów oraz stworów w nim uwięzionych – jeśli tylko wydał wcześniej trzy ostrzegawcze krzyki. Ich krew należała do niego. Lecz pakt obowiązywał dopóty, dopóki dom nie stracił dachu. Toteż po pożarze bogin odzyskał wolność. Odszedł na zawsze.
Powoli okrążaliśmy pozostałości domu. W końcu dotarliśmy do wielkiej sterty szaroczarnych popiołów na trawniku. Żołnierze, wygarnąwszy księgi z bibliotecznych półek, rozniecili wielkie ognisko.
Stracharz padł na kolana, zaczął grzebać w wystygłych popiołach. Niemal wszystko, na co trafił, rozpadało mu się w palcach. W końcu znalazł przypaloną skórzaną okładkę: grzbiet księgi, który w jakiś sposób ocalał z ognia. Uniósł go, oczyścił palcami.
Przez ramię mistrza odczytałem tytuł: „Potępienie, oszołomienie, desperacja”. Czyli księga, którą napisał dawno temu, w młodości – fundamentalne dzieło dotyczące opętania. Pożyczył mi ją kiedyś, gdy groziło mi śmiertelne niebezpieczeństwo ze strony Mateczki
Malkin. Teraz z tomu pozostała tylko okładka. Biblioteka mego mistrza przepadła, płomienie pochłonęły słowa zapisane przez całe pokolenia stracharzy – dziedzictwo niezliczonych lat walki z mrokiem, wielką skarbnicę wiedzy.
Usłyszałem jego szloch. Odwróciłem się, zawstydzony. Czyżby płakał?
Alice pociągnęła szybko trzy razy nosem. Chwyciła mnie za lewe ramię.
– Chodź ze mną, Tom – wyszeptała.
Ostrożnie przemknęła pod kilkoma opalonymi belkami, weszła do domu przez dziurę; tam niegdyś tkwiły tylne drzwi. Powoli odnalazła drogę do zrujnowanej biblioteki, z której pozostało jedynie zwęglone drewno i popioły. W końcu zatrzymała się, wskazała palcem podłogę. Z trudem dostrzegłem grzbiet kolejnej książki.
Rozpoznałem ją natychmiast: bestiariusz stracharza. Wstrzymując oddech, podniosłem tom. Czy z niego również pozostała ledwie sama okładka? Ku swej radości przekonałem się, że stronice ocalały. Przejrzałem je szybko. Przypalone przy brzegach, lecz nietknięte, czytelne. Skinieniem głowy podziękowałem Alice. Zaniosłem bestiariusz mistrzowi.
– Jedna z ksiąg ocalała – oznajmiłem. – Alice ją wypatrzyła.
Odebrał mi znalezisko, przez długi czas wbijał wzrok w okładkę; jego twarz nie zdradzała niczego.
– Tylko jedna z tak wielu, reszta spłonęła bez śladu – rzekł w końcu.
– Ale pana bestiariusz to jedna z najważniejszych prac – przypomniałem. – Lepsze to niż nic!
– Zostawmy starego Gregory’ego na chwilę – wyszeptała Alice, po czym wzięła mnie łagodnie za rękę i odprowadziła na bok.
Podążyłem za nią przez trawę, między drzewa zachodniego ogrodu. Ze znużeniem pokręciła głową.
– Jest coraz gorzej i gorzej – mruknęła. – Ale wkrótce powinien dojść do siebie.
– Mam nadzieję, Alice. Naprawdę. Biblioteka wiele dla niego znaczyła. Jej zachowanie i uzupełnianie stanowiło ważną część pracy mistrza. Spłonęło jego dziedzictwo, przeznaczone dla następnych pokoleń stracharzy.
– Ty będziesz kiedyś tutejszym stracharzem, Tom. Poradzisz sobie bez książek. Zacznij pisać własne – to właśnie musisz zrobić. Zresztą, nie wszystko jeszcze stracone. Oboje wiemy, gdzie znaleźć kolejną bibliotekę. No, i musimy poszukać sobie innego dachu nad głową. Nie ma sensu udawać się na południe, do wilgotnego, zimnego domu starego Gregory’ego w Anglezarke. Leży teraz za linią wroga, a w dodatku nie damy rady spędzić tam zimy. I nie ma żadnych książek. Biedny Bill Arkwright nie będzie już mieszkał we młynie, powinniśmy zatem jak najszybciej ruszyć na północ, w stronę kanału. Żołnierze nie mogli odejść zbyt daleko.
– Może masz rację, Alice. Nie warto dłużej czekać. Chodź, przedstawimy twoje rozwiązanie panu Gregory’emu. Biblioteka Arkwrighta jest znacznie mniejsza niż nasza, ale to zawsze jakiś początek – fundament, który można rozbudować.
Wyszliśmy spomiędzy drzew. Ponownie ruszyliśmy przez trawnik, podchodząc do stracharza z innej strony. Siedział na trawie, wpatrując się w trzymany w dłoniach bestiariusz. Nie dostrzegał naszej obecności.
Alice zatrzymała się nagle. Obejrzała się w stronę wschodniego ogrodu, gdzie leżały pogrzebane wiedźmy. Ponownie trzy razy pociągnęła głośno nosem.
– Co się stało, Alice? – spytałem, dostrzegając troskę na jej twarzy.
– Coś jest nie tak, Tom. Wcześniej, przechodząc przez ten trawnik, zawsze czułam woń Lizzie.
Koścista Lizzie przez dwa lata uczyła Alice. Była potężną, bezecną kościaną czarownicą, pogrzebaną żywcem w jamie i uwięzioną tam na wieki przez mego mistrza. Zasłużyła sobie na ponury los. Mordowała dzieci, wykorzystując ich kości w mrocznych, magicznych rytuałach.
Alice ruszyła przodem między drzewa wschodniego ogrodu. Minęliśmy groby, w których spoczywały martwe czarownice. Wszystko wyglądało jak należy. Kiedy jednak dotarliśmy do wiedźmiej jamy, tam gdzie tkwiła Lizzie, przeżyłem wstrząs. Pręty zostały wygięte, dziura okazała się pusta. Koścista Lizzie uciekła.
– Kiedy się wydostała, Alice? – spytałem nerwowo, lękając się, że wiedźma czai się w pobliżu.
Alice znów powęszyła.
– Co najmniej dwa dni temu – ale nie martw się, już dawno stąd odeszła. Bez wątpienia wróciła do domu, do Pendle. I dobrze, że się jej pozbyliśmy.
Wróciliśmy do stracharza.
– Koścista Lizzie uciekła z jamy – poinformowałem go. – Alice sądzi, że to się zdarzyło w dzień po tym, jak żołnierze spalili dom.
– Były tam inne czarownice – dodała Alice. – Po odejściu bogina mogły wtargnąć do ogrodu i ją uwolnić.
Stracharz nie dał po sobie poznać, że usłyszał nasze słowa. Przyciskał bestiariusz do piersi, wbijając ponury wzrok w stos popiołów. Uznałem, że to nie najlepszy moment, by proponować, abyśmy ruszyli na północ do domu Arkwrighta. Robiło się już ciemno, a mieliśmy za sobą ciężką podróż na zachód, zakończoną smutnym odkryciem. Musiałem mieć nadzieję, że rano mistrz dojdzie do siebie.
Ponieważ bogin już im nie zagrażał, zagwizdałem na psy. Od powrotu z Grecji Szpon i jej dwa dorosłe szczeniaki, Krew oraz Kość, mieszkały ze starym pasterzem, żyjącym za długim wzgórzem. Niestety, opieka nad psami stała się dla niego zbyt ciężkim zadaniem, toteż odebraliśmy mu całą trójkę. Właśnie wracaliśmy do Chipenden, gdy ujrzeliśmy dym nad Caster. Akrwright używał swych psów do chwytania i zabijania wodnych wiedźm.
Rozpaliłem na trawniku niewielkie ognisko, Alice ruszyła polować na króliki. Złapała trzy, wkrótce piekły się już nad ogniem, a mnie do ust napływała ślinka. Gdy były gotowe, zaprosiłem stracharza. Nalegałem, aby do nas dołączył i posilił się przy ogniu. Ponownie
nie zareagował, zupełnie jakbym mówił do ściany. Nim ułożyliśmy się na noc, mój wzrok powędrował ku zachodowi. Na Wzgórzu Wici płonął ogień. Na moich oczach stawał się coraz jaśniejszy.
– Rozpalili wici, zamierzają wezwać więcej wojska, Alice – powiedziałem. – Przypuszczam, że wkrótce dojdzie do bitwy.
Łańcuch ognisk przecinających Hrabstwo z północy na południe, przeskakujących ze wzgórza na wzgórze, wzywał ostatnie rezerwy na bój.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-05-24 (1085 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej