Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Przeobrażenie
 
Katalog - dodano
 Bramy Światłości, tom 3
- Maja Lidia Kossakowska
 Ziemia złych uroków. Tom I
- Jacek Kloss
 Lucyfer
- Jennifer L. Armentrout
 Heroina
- Mons Kallentoft
 Czarownica
- Małgorzata Lisińska
 
- skomentowano
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Agent JFK 5. Lodowa gra'' - Tomáš Němec



Króliczek



Kovař ześliznął się na zaśnieżoną ziemię. Nawet poprzez wycie szalejącej nawałnicy usłyszał, jak kły psa, wielkiego niczym dobrze zbudowany grizzly, kłapnęły, nie dosięgając celu.
Podniósł się na nogi, złapał zdrętwiałe ze strachu dziecko i rzucił je tam, gdzie pośród zawieruchy rozeznawał ciemne sylwetki spanikowanych rodziców. Zrobił przewrót, schodząc z linii kolejnego ataku rozszalałego zwierzęcia.
Namacał nóż, ale nie zdążył go wyciągnąć. Bestia rzuciła się błyskawicznie. Kovař przetoczył się na bok, odskoczył. Pędząca masa mięśni, kości i ścięgien prawie go ominęła. Pies otarł się o niego bokiem, ale to wystarczyło, żeby Kovař wyleciał w powietrze i po kilkumetrowym locie gruchnął na zlodowaciałą zaspę.
– Tylko poćwiczyć lądowania i mógłbym zatrudnić się jako samolot – mruknął, leżąc w świeżym śniegu.
Szybko przewalił się w bok.
Pies znów zaatakował; szarżując poprzez wirujący śnieg, wyglądał jak rozwścieczony wilczy bóg Fenrir ze starogermańskich legend.
Kovař wstał i czekał. Uchylił się dopiero w chwili, kiedy zwierz skoczył. Silny poryw wiatru zniweczył jednak plan agenta. Nie pozwolił wykonać zamierzonego uniku i zepchnął prosto na linię ataku psa. Kovař instynktownie padł na ziemię, ale było już za późno.
Pazury rozerwały ciepłą kurtkę na ramieniu, dosięgając ciała. Ostry impuls bólu dotarł do mózgu Kovařa, a gdy pierwszy szok minął, pozostała tylko świadoma, chłodno myśląca maszyna do zabijania.
John Francis Kovař zerwał się, w momencie, gdy pies odwracał się do nowego ataku.
– Żarty się skończyły, kolego – wycedził agent przez zaciśnięte zęby i ruszył naprzeciw bestii.
Atakować tak wielkie zwierzę gołymi rękami równało się szaleństwu, ale Kovař dobrze wiedział, że szalone sytuacje wymagają szalonych pomysłów. I szalonych ludzi, a takim bezspornie był.
Kiedy pies skoczył, Kovař zrobił wykrok i rzucił się na ziemię z wyciągniętymi rękoma. Oparł się na nich, przegiął ciało i kopnął nogami z całą siłą. Zdezorientowana bestia nie mogła już zmienić toru skoku i zainkasowała twardy cios w pysk grubymi podeszwami butów.
Zderzenie odrzuciło Kovařa na bok. Kości i ścięgna zaśpiewały arię pełną boleści, a on mimowolnie przypomniał sobie pierwsze dni w jednostkach specjalnych. Po kilkugodzinnych, wyczerpujących ćwiczeniach przewroty kończyły się w podobny sposób.
Wypchnął z myśli zabawne uwagi instruktora prowadzącego ćwiczenia i z trudem wstał. Ogromny pies leżał opodal, trząsł głową, charczał, niezdarnie usiłując wstać.
Dopiero teraz Kovař miał wystarczająco dużo czasu, żeby wyciągnąć nóż. Trzymając w ręce porządny kawał ostrej stali, siedmiocalowej długości zbliżył się do oszołomionego zwierzęcia i zamierzył do śmiertelnego pchnięcia.
– Nie, panie! Niech go pan nie zabija!
Człowiek, który pędził ku niemu poprzez zamieć, wymachiwał dziko rękami.
Dobiegł aż do Kovařa i stanął między nim a psem. Agent mówił płynnie po niemiecku, więc od razu zrozumiał, że różnice językowe są w tym świecie większe niż się wydawało.
– To zwierzę jest wściekłe, powinno zostać zabite – wrzasnął wśród wyjącej burzy i złapał się za ramię, oblepione zimną, skrzepłą krwią.
Mężczyzna, nic nie mówiąc, wyciągnął dziwaczny pistolet i strzelił psu w kark.
Gruba strzałka wbiła się w kudłatą sierść prawie na całą długość. Środek usypiający musiał być silny, bo zwierzę jeszcze kilka razy zacharczało i przestało się ruszać.
– Nie mogę go stracić, nie stać mnie na innego! – krzyknął mężczyzna.
Spod futrzanego kaptura i grubego szala popatrzyły na Kovařa oczy zmęczonego człowieka.
– To ta burza, Króliczek zawsze staje się nerwowy podczas burzy!
Kovař znów zwątpił w jakość szybkiego kursu tutejszej niemczyzny, jaki odbył w Agencji.
– Króliczek? – ryknął z niedowierzaniem, ale przybysz już go nie słyszał.


Praga



Chociaż wszystko się w nim gotowało, postanowił zachowywać się jak zawodowiec. Więc kiedy wszedł do biura Ljuby Bytewskiej, przywitał się niczym dobrze wychowany chłopiec i nawet mu brew nie drgnęła. Po zapraszającym geście swej przełożonej usiadł na krześle bez słowa.
Czekała go ciężka próba, jako że oprócz Bytewskiej w gabinecie oczekiwał na niego Andreas Wolfgang. Od wydarzeń w Palmowym Świecie upłynęło już wprawdzie dużo wody w rzekach, ale biorąc pod uwagę fakt, że nie widzieli się od tego czasu ani razu, ich wzajemna niechęć nie osłabła.
Siwowłosy agent opierał się o parapet sztucznego okna, za którym projektor wytwarzał holograficzny obraz deszczowego jesiennego wieczoru i zachmurzony przyglądał się Kovařowi.
– Czy jest pani pewna, koleżanko, że naprawdę nie ma pani nikogo innego? – zapytał, nawet nie spuszczając wzroku.
Bytewska przeszła do porządku nad tym naruszeniem zasad bon tonu i spokojnie, lecz chłodno powiedziała:
– Myślę, że już to omówiliśmy. John Kovař jest nie tylko idealnym człowiekiem do wykonania pańskiej misji, ale również jedynym agentem z odpowiednim doświadczeniem, jakiego mam do dyspozycji. Bierze go pan albo nie, tylko niech się pan szybko decyduje, może jeszcze zdąży na samolot.
Kovař nie był wierzący, ale teraz modlił się gorąco do patrona wszystkich Wolfgangów, żeby temu obmierzłemu sługusowi podszepnął odpowiedź, która jego, Johna Francisa Kovařa, usadowi w taksówce pędzącej na międzynarodowe lotnisko w Genewie.
Wolfgang zamruczał coś niezrozumiałego pod wypielęgnowanym wąsikiem. Bytewska kiwnęła głową i zwróciła się do Kovařa.
– Chyba nie ma sensu zbyt wiele mówić, bo widzę, że wie pan, a przynajmniej domyśla się, o co chodzi. Ale muszę zadośćuczynić urzędniczemu protokołowi: oficjalnie odwołuję pana z urlopu.
Kovař chciał początkowo podjąć dyskusję na temat znaczenia pomruku Wolfganga, lecz w końcu tylko przytaknął zrezygnowany.
– Rozumiem i jestem do dyspozycji.
Twardy, szefowski wyraz twarzy Ljuby Bytewskiej zniknął pod uśmiechem ulgi. Być może obawiała się, że będzie musiała w obecności kolegi stawić czoła niesubordynacji Kovařa.
– Major Wolfgang oficjalnie poprosił nasz oddział o pomoc. Potrzebny mu agent do misji specjalnej, a ponieważ wszystkie inne wydziały są w maksymalnym stopniu obciążone zadaniami, zwrócił się do mnie. Gdybym dysponowała kimś odpowiednim w równym stopniu co pan, nie popsułabym panu urlopu. Ale tak, został pan Czarnym Piotrusiem.
Bytewska nie zwróciła uwagi na prychnięcie Wolfganga, a Kovař mrugnął do niego łobuzersko.
– Panie majorze, proszę zapoznać agenta Kovařa z zadaniem – zażegnała grożący konflikt, spoglądając na obu z zachmurzonym wyrazem twarzy.
Wolfgang teatralnie westchnął i odszedł od parapetu. Iluzoryczny deszcz za jego plecami wystukiwał na nieistniejącym oknie requiem nad urlopem, który nie doszedł do skutku.
– Z grubsza pół roku temu – zaczął siwowłosy major – analitycy Agencji zgłosili naruszenie modulowanego hiperpola. Starali się określić jego charakter, porównując z anomaliami zawartymi w bazie danych, jednak bez powodzenia.
Wolfgang zaczął przechadzać się po gabinecie niczym nauczyciel wyjaśniający uczniom szczególnie trudne zagadnienie i chociaż jego słowa skierowane były do Kovařa, ani razu na niego nie spojrzał.
– Jak bywa w podobnych przypadkach, wyniki badań trafiły na moje biurko – oznajmił z goryczą, rzucił okiem w kierunku Bytewskiej i podał jej minidysk, zapakowany w pudełku.
– Udało się nam określić współrzędne czasoprzestrzenne, w których występowały przedmiotowe defekty – dorzucił, podczas gdy Bytewska wsuwała dysk w szczelinę komputera i wystukiwała na klawiaturze stosowne polecenia.
Ozwało się ciche buczenie, światła w gabinecie przygasły i projektor holograficzny rozpoczął przegrywanie materiału. Przed Kovařem pojawił się wysoki na pół metra świecący sześcian. Widoczna przez niego szefowa przypominała ducha w źle dostrojonym telewizorze.
Początkowe drżenie światła ustąpiło i pojawił się obraz. Pod zachmurzonym, ołowianym niebem widać było niekończącą się przestrzeń lodu. Kovař pochylił się, żeby nie umknął mu żaden szczegół.
– To, co pan ogląda, to obraz z sondy, którą wysłaliśmy do zlokalizowanego miejsca – objaśnił Wolfgang. – Właśnie przelatuje nad kotliną staroczeską i kieruje się ku Pradze.
Kovař popatrzył na niego zdziwiony. Starszy agent ignorował go, obserwując obraz holograficzny.
– Jest w przybliżeniu rok dwa tysiące sto sześćdziesiąty, kiedy podobnie wygląda praktycznie cała Ziemia. Tylko śnieg, lód, mróz i...
– Co tam się stało? – przerwał mu Kovař.
Wolfgang rzucił mu wściekłe spojrzenie i zasyczał:
– Pytania w stosownym czasie. Jeśli nie będzie mi pan przerywał, nadejdzie on odpowiednio wcześniej.
Patrzyli na siebie przez chwilę, aż JFK postanowił być tym mądrzejszym i odwrócił wzrok. Gestem ręki dał Wolfgangowi znak, aby mówił dalej, i ostentacyjnie wbił spojrzenie w hologram.
iwowłosy agent opanował się i, zgrzytnąwszy zębami, kontynuował:
– W tym świecie równoległym około roku dwa tysiące pięćdziesiątego doszło do wojny z użyciem broni jądrowej. Jakiekolwiek były jej przyczyny, konflikt objął całą planetę i zniszczył osiemdziesiąt procent populacji, a opad radioaktywny spowodował globalną zmianę klimatu. Nastała nowa epoka lodowcowa...
Na skraju hologramu Kovař dostrzegł ciemną, powiększającą się plamę. Szybko przekształciła się w futurystyczne miasto utworzone przez ogromne wieżowce. W miarę, jak sonda zbliżała się do niego, uwidoczniały się coraz to nowe ponure szczegóły.
Ze zniszczonych domów pozostały jedynie żelazobetonowe szkielety. Przez otwory okienne wiatr przewiewał wirujące tumany śniegu. Przyglądając się uważniej, JFK stwierdził, że początkowo budowle musiały być znacznie wyższe, a ponad śnieżną powłokę wystawało tylko kilkadziesiąt górnych pięter wspaniałych niegdyś gigantów.
Przypomniał sobie plakat pewnego starego przeboju kinowego, przedstawiający sterczącą ze zwałów śniegu Statuę Wolności, zaś w tle zaśnieżone drapacze chmur. Pomyślał, że nawet ten nienajlepszy film nie był wystarczająco wizjonerski.
– Tyle zostało z Pragi – mruknął, przytłoczony obrazem cywilizacji w ruinie.
– Wyśmienita dedukcja, agencie. – Wolfgang nie odpuścił złośliwej uwagi. Pokazał palcem kilka kropek poruszających się u podnóża budynków. – A to co takiego? Czyżby mrówki?
Kovař był tak zafascynowany tym, co widział, że nie dosłyszał sarkazmu w głosie Wolfganga.
Pomiędzy ruinami drapaczy chmur naprawdę poruszali się ludzie. Nie można było rozróżnić zbyt wielu szczegółów, gdyż sonda utrzymywała odpowiednią wysokość, żeby nie zostać dostrzeżona.
– Tutaj ma pan pozostałe dwadzieścia procent mieszkańców – niezbyt dowcipnie objaśnił Wolfgang. – To potomkowie tych, którzy ukryli się w schronach przeciwatomowych.
Sonda wleciała do jednego z budynków i w miarę jak schodziła coraz niżej, kamery przekazywały ponury obraz wnętrza domu, w którym poza gołymi ścianami i zawalonymi schodami nic nie ocalało. Mechaniczny wysłannik z przeszłości równoległej zatrzymał się na poziomie ziemi i znieruchomiał za otworem okiennym.
Nie upłynęło nawet pół minuty, gdy obok sondy przeszło trzech ludzi. Kovař spodziewał się widoku prymitywnych troglodytów, ale z ulgą spostrzegł, że się mylił.
Mężczyźni w przeszywanych kożuchach, z twarzami zakrytymi kosmatymi szalami, w kapturach na głowach, przypominali raczej polarników. O tym, że jednak nimi nie są, świadczyła broń. Ponad ramieniem każdego sterczała rękojeść miecza, a jeden niósł strzelbę z rozszerzającą się lufą.
Nagle obraz zadrgał i zniknął, sześcian świecił dalej, lecz nic już się na nim nie pojawiło. Kovař przypuszczał, że sonda została zniszczona na skutek działania efektu Maurby’ego. Poziom technologiczny tego świata nie był zbyt wysoki i nic, co go zdecydowanie przewyższało, nie mogło funkcjonować przez dłuższy czas.
– Około dwudziestu minut, taka jest żywotność naszej technologii w tej lodowej przyszłości. – Wolfgang potwierdził domysły Johna, a Bytewska wyłączyła projektor i zapaliła światła.
Kovař zamrugał oślepiony i, założywszy ręce za głowę, odchylił się do tyłu, patrząc w sufit.
Wolfgang uśmiechnął się nieprzyjemnie.
– Wyczerpały się panu dowcipy, agencie? Czy może się pan przestraszył?
Kovař odwrócił się do niego.
– Myślę, że to wstrząśnie każdym, kto ma choć odrobinę ludzkich uczuć, majorze. Ale pana to ewidentnie nie dotyczy.
Zanim Wolfgang zdążył zareagować, do rozmowy włączyła się Bytewska.
– Jeśli ta misja ma się zakończyć powodzeniem, powinno być mniej sprzeczek, a więcej starań o współpracę, panowie – skarciła obu.
Kovař złajał sam siebie, że dał się sprowokować.
– Wysłaliśmy tam agenta – kontynuował Wolfgang, wyraźnie w złym humorze. – Jego zadaniem było odnalezienie przyczyny anomalii i powrót celem złożenia meldunku, który pozwoliłby nam na podjęcie odpowiednich kroków stosownie do rangi niebezpieczeństwa. Po kilku miesiącach składania meldunków nagle zamilkł.
Major spojrzał na Kovařa, wrogość w jego wzroku mieszała się z troską o zaginionego agenta.
– Pańskie zadanie będzie proste. Wmiesza się pan w miejscowe społeczeństwo, odnajdzie pan agenta Vostřaka i powróci wraz z nim, żywym albo martwym. Nic ponadto. Nie będzie pan zatem badał przyczyn anomalii hiperprzestrzennej ani w inny sposób ingerował w wydarzenia mające miejsce w tym świecie równoległym. Tym razem ratowanie świata nie jest przewidziane, agencie Kovař!
JFK przypomniał sobie człowieka, którego mniej więcej przed trzema miesiącami spotkał na korytarzu genewskiego ośrodka Agencji. Prowadził wtedy poważną rozmowę z rabinem Löwem i niemal wpadł na mężczyznę ubranego jak Eskimos. Ubawiło go to wtedy, ale teraz uśmiech zamarł mu na ustach.
Wolfgang wykorzystał jego milczenie i jadowitym tonem dorzucił:
– Podczas tej misji nikt nie będzie chronił pańskiego tyłka, agencie. Ani specjaliści, ani koledzy, ani zaawansowana technologia, będzie pan działał incognito. Tylko pan, obcy w obcej ziemi. Bardzo jestem ciekawy, jak sobie pan poradzi.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-05-28 (1036 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej