Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Kosmiczne ziarna
 
Katalog - dodano
 Królestwo
- Jess Rothenberg
 Nasi przyjaciele z Frolixa 8
- Philip K. Dick
 Żółte ślepia
- Marcin Mortka
 Lanny
- Max Porter
 Pułapka Tesli (wyd.2)
- Andrzej Ziemiański
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Powrót na Whorla - Gene Wolfe

Splamieni krwią



Rozdział 1


     Podróżujemy po omacku – i najwyższy czas się do tego przyznać. Nie ukrywam więc, że tak właśnie jest, i zarazem przyznaję, że do tej pory szczęście nam sprzyjało. Nie podobna jednak kontynuować naszej wędrówki w ten sposób, chyba że zaginieni bogowie Błękitu są nam o wiele bardziej przychylni niż innym swoim podopiecznym.
     Tę księgę, trzecią i z pewnością ostatnią, zacznę od tego stwierdzenia – oraz od przedstawienia ci się, czytelniku. Najpierw jednak wypada wspomnieć, że bandyci nie żyją, a ja, przeglądając ich łupy, znalazłem ten oto papier, całą belę, którą teraz śpieszę wykorzystać.

     Jego myśli nie miały nic wspólnego z nieżyjącą kobietą, jej trumną ani gorącymi promieniami słońca wpadającymi przez otwarte drzwi do ubogiej izdebki. Dał się słyszeć cichy, rytmiczny stukot, jakby padającego deszczu. Czując wilgotne bryźnięcia na kostkach, spojrzał w dół. Krew skapywała mu z palców rąk i zbierała się w kałużę pod stopami.
     Syn go opuścił.
     Był ranny. (Krew z pewnością pochodziła z tej rany, bo skąd?).
     Znajdował się w ambulatorium lądownika, ale nie leżał na marach, lecz stał przy nich, a krew ściekała mu z rąk na sfatygowane deski podłogi. Mary najwyraźniej przeznaczono dla kogoś innego – a tym kimś innym była kobieta w średnim wieku. Martwa.
     Na podłodze leżał nóż ze zniszczonym ostrzem i pękniętą drewnianą rękojeścią. Odruchowo schylił się po niego, ale odskoczył natychmiast, jak przed szykującym się do ataku wężem. Jakby usłyszał rozbrzmiewający w pustce ostrzegawczy krzyk, bardziej natarczywy niż żal, niż myśl o wodzie, pożywieniu i uzdrowieniu.
     Zostawił nóż i na drżących nogach wyszedł. Pochłonął go najgłębszy nocny mrok.
     Jest nas czworo. Mówiąc tak, zaliczam do naszej grupy Oreba, nie uwzględniam zaś naszych czterech koni i białego muła Jahlee. Oreb to mój ptak. Często jest dla nas utrapieniem, tak jak w tej chwili, kiedy usiłuje wyszarpnąć mi z ręki jedno z jego własnych starych piór.
     – Daj spokój, Orebie – tłumaczę mu. – Chcę popisać, właśnie zacząłem nową książkę i nie będę się z tobą bawił, jeśli będziesz niegrzeczny.
     – Ptak dobry! – mówi o sobie.
     Wspomniałem już o Skórze? Przebiegam wzrokiem skreślone na tym arkuszu wersy i widzę, że nie. Skóra jest czwartą osobą w naszej grupie – i moim synem, jednym z trzech. Średniego wzrostu, dość przystojny, krzepki, muskularny, niedługo skończy szesnaście lat. Nosi barani kożuch, krótszy niż mój, baranią czapkę i buty; buty solidnie natłuścił, znalazłszy garniec baraniego łoju. Bandyci z pewnością używali go w tym samym celu.
     Powinienem nadmienić, że bandyci nie żyją. Wszyscy, co do jednego. Chciałbym sprawić im w miarę przyzwoity pogrzeb, ale ziemia jest zamarznięta. Jahlee radzi spalić ciała, lecz do spalenia zwłok dziewięciu mężczyzn trzeba by zużyć mnóstwo drewna.
     Musiałem być obecny przy tym, jak patere Jedwab, patere Kwezal i maytere Marmur palili maytere Różę. Gdyby ktoś zapytał mnie o to wczoraj, odparłbym przecząco i wyjaśnił, że w tym czasie razem z Pokrzywą walczyliśmy pod dowództwem maytere Mięty, której Echidna nakazała zniszczyć Alambrerę. Dziś jednak potrafię bez trudu przywołać z pamięci wyrazisty obraz czaszki widocznej w płomieniach. Niewykluczone, że po prostu mylą mi się dwie kremacje.
     W każdym razie jestem pewien, że stos pogrzebowy maytere Róży zbudowano z dużej ilości suchego cedrowego drewna. Tutaj zaś mielibyśmy do dyspozycji drewno albo świeże, albo całe zawilgocone od śniegu. Mnie i Skórze, gdybyśmy harowali jak woły, zgromadzenie odpowiedniej ilości opału zajęłoby pewnie z tydzień. (W pojedynkę naciąłbym tyle drewna w pół godziny, używając azotha Hiacynta – ale jakże nierozsądne byłoby zdradzenie się teraz z tym, że go mam!).
     Coś jeszcze na temat Skóry? Sporo tego jest, ale nie wszystko chcę tu zapisywać. Ma brata bliźniaka, Racicę. Są podobni jak dwie krople wody. Racica przebywa na południu – tak przynajmniej uważa Skóra. Kusiło nas, żeby skręcić na południe, obejść mokradła i go poszukać. Nadłożylibyśmy drogi, lecz teraz żałuję, że tak nie zrobiliśmy.
     Piszę o tym wszystkim, na wypadek gdyby dwie pierwsze księgi, które wiozę w jukach przy siodle, zaginęły lub uległy zniszczeniu, czego nie można przecież wykluczyć. Jeśli jednak trafią w twoje ręce, czytelniku, powiedzą ci znacznie więcej o mnie i moich synach niż ja sam.
     Co jeszcze należałoby dodać? Jako towarzysz podróży Skóra ma skłonność do pesymizmu i popadania w melancholię. (Całkiem możliwe, że on to samo powiedziałby o mnie). Mówi mało, a kiedy już się odezwie, rzadko powie coś interesującego. Jest jednak odważny i zaradny, a uśmiech ma tak promienny, że w jego blasku mógłbym ogrzać zmarznięte ręce.
     Widzę, że napomknąłem już o Orebie, pozwolę więc sobie teraz do niego wrócić. Jest mniejszy od kury, za to skrzydła ma znacznie bardziej rozłożyste. Jego pióra lśnią. Głowę, dziób i łapy ma czerwone. Co mnie niezwykle drażni, lubi porzucać mnie znienacka – znika wtedy na godzinę, na cały dzień, albo (jak raz mu się zdarzyło) prawie na rok. Złapałem go we whorlu długiego słońca, zanim Hari Mau pojmał mnie i wsadził do swojego lądownika.
     Właściwie uczciwiej było stwierdzić, że to Oreb mnie złapał. Przygarnął mnie jako swojego opiekuna i – czasami – zausznika. Gdyby nie to, że karmię go częściej niż on mnie, trudno byłoby stwierdzić, który z nas dwóch posiadł prawdziwą mądrość.
     Najpierw pomyślał, że oślepł; potem – że tak wygląda śmierć. Nie udało mu się dotrzeć do Złotej Ścieżki i teraz będzie przez wieki błąkał się w ciemnościach, dręczony przez diabły.
     Diabły gorsze od inhumich? Gorsze od ludzi? Roześmiał się w głos. Obłęd. Szaleństwo. Szaleństwo to śmierć, tak jak śmierć to szaleństwo. A szaleństwo i śmierć to ślepota.
     Dotknął palcami szorstkiej kory drzewa i po raz drugi stwierdził, że są śliskie od krwi, która spływała z rozciętej skóry na przedramionach i nadgarstkach. Sięgnął do nieznanych sobie kieszeni. Znalazł paciorki, okulary, dwie karty i chusteczkę złożoną w sposób, który dawał jeszcze cień nadziei, że uchowała się czysta. Nadgryzł skraj, przedarł ją na dwoje i opatrzył najgłębsze rany. Pracował bez pośpiechu, starannie, zaciskając niezgrabne węzły wolną ręką i zębami.
     W oddali zamajaczyło słabe światełko. Wstał, zmrużył oczy i spojrzał ponownie. Tak, światło. Blady, złotawy punkcik.
     Kiedy duch nieżyjącego dziecka Astra zaczął nawiedzać jej dom, Remora wyłożył wszędzie wodę święconą, pozapalał świece i długimi czytaniami z Pisma usiłował wypędzić ducha do Krótkiego Słońca.
     Tak powiadano w mieście. Kiedy o to zapytał, Remora wyjaśnił, że duchy zazwyczaj nie zdają sobie sprawy z własnej śmierci.
     – To chyba... aaa... hmm... zrozumiałe? Niewinna pomyłka, hę? Nigdy wcześniej nie doświadczyły śmierci, prawda? My... aaa... ludzie religijni, wiemy. Zwykle. Wykształceni, tak? Spodziewamy się. Nie ma duchów... hmm... augurów, hę? Ani... eee... sybilli. Znaczy, zdarzają się, ale... hmm... rzadko. Bardzo rzadko.
     Remora szedł obok i mówił mu prosto do ucha.
     – My to... eee... przewidujemy. Niektórzy nawet modlą się o przyspieszenie śmierci, tak bardzo pragną znaleźć się... aaa... w błogosławionej obecności Dziewięciorga. Ale... hmm...Niewierzący.
     – Sceptycy widzą to inaczej. Brak dowodów, tak? Rozumiesz, Rogu? Snują teorie o... eee... rozpłynięciu się? Mówią, że czuły uścisk Hieraxa Wielkiego to... aaa... sen zwyczajny. Tylko bez marzeń sennych. Tymczasem, hmm, hmm, nie ma czegoś takiego. Tak, patere.
     – Oni się z tym... hmm... nie godzą. Bo nie... eee... nie zawsze pamiętają... aaa... sny. Znasz boginię... hmm... snu, prawda? Morphię? Aspekt Thelxiepei. To ona, w swej... eee... mądrości, tak? Sprawiła, że... hmm... śnimy. Że podlegamy, prawda? Tak, podlegamy ułudom...
     Nastąpił na coś okrągłego i twardego. Wziął to do ręki. Sucha, martwa kora ustępowała pod naciskiem wścibskich palców. Złamana gałąź.
     – Rozumiesz?
     Nie, patere, pomyślał. Nie. Nie rozumiem.
     – We śnie zawsze... hmm... śnimy, abyśmy wiedzieli, że sen nie jest końcem. My, którzy niezliczone... aaa... godziny poświęcamy modlitwie, tak? Jesteśmy, znaczy, przygotowani. Rozpoznajemy Hieraxa, kiedy po nas przychodzi, prawda? Jesteś... aaa... hmm, hmm... człowiekiem morza? Żeglarzem?
     Mniejsze odrosty były słabe i kruche, ale sama gałąź wyglądała solidnie.
     – Sterujesz podług gwiazd, hę? Rozumiesz, do czego zmierzam, Rogu? Podług gwiazd... eee... o północy, a wedle słońca... hmm... znaczy, za dnia. Właśnie. Ja nie. Nie nadaję się na morze, tak? Ale tak słyszałem: słońce i, znaczy, gwiazdy.
     Machnął kijem przed sobą. Po lewej natrafił w drzewo, prawdopodobnie cały czas to samo, po prawej zaś natknął się na coś gąbczastego – zapewne jakiś krzew. Punkcik światła wzywał go jak ognisko z wyrzuconego na brzeg drewna, jakie nocami na plażach rozpalają żony rybaków.
     – Punkty orientacyjne. One są... aaa... najważniejsze, tak? Rozmawialiśmy o wierze. O godzinach spędzonych na... hmm... modlitwie. Niezbyt to... eee... naturalne u dziecka, prawda?
     – Zgodzisz się? Biegają. Krzyczą. Bawią się. Zupełnie normalne. Nie mogą wysiedzieć w manteionie. Widziałem je dziesiątki razy. Ty z pewnością też.
      – Owszem, patere. Naturalnie.
     Łatwiej mu się szło, odkąd podpierał się kijem. Powtarzał sobie, że podąża w stronę Złotej Ścieżki, ku rzeczywistości duchowej, której materialne Długie Słońce jest zaledwie świetlistym cieniem. Stamtąd uda się do Centralnego Procesora (już tam zresztą był), gdzie spotka bogów.
     – Dlatego dziecko... aaa... lgnie, tak? Szuka punktów orientacyjnych, miejsc rodzinnych i znajomych.
     Witaj, Molpe. Nazywam się Róg, Molpe Cudowna, i prawdę mówiąc, nigdy szczególnie cię nie czciłem, Molpe. Przepraszam cię teraz, chociaż chyba już na to za późno. Byłaś boginią Piżma. Piżmo kochał ptaki, uwielbiał sokoły, orły i inne, ja zaś go nie lubiłem. A na pewno nie podobało mi się to, co inni o nim mówili.
     – Trzymają się blisko brzegu, tak? Ci, którzy... aaa... odeszli? Dzieci, które przedwcześnie... eee... osiągnęły kres istnienia, tak? Znajomy dom, hę? Pokój. Zabawki? Tak, nawet zabawki. My... hmm, hmm... gaworzymy, że odeszły, tak? Sam tak mówiłem. Jak my wszyscy, czyż nie? Może chcą je odszukać, jak zgubioną lalkę. Smutne to. Tragiczne. Zupełnie co innego niż egzorcyzmy. Caldé Jedwab, prawda? On... aaa... egzorcyzmował. Napisał... hmm... raport. W starym domu przy ulicy Muzyki. Widziałem go. Raport, znaczy.
     Byłaś także boginią muzyki, Molpe. Powinienem był o tym pamiętać. Jakaś wesoła piosenka podniosłaby mnie na duchu. Zresztą śpiewałem, Molpe, naprawdę, chociaż nie myślałem wtedy o tobie. Och, Molpe! Molpe najdroższa, bogini latawców i dzieciństwa, czy to się nie liczy?
     Punkcik światła przybrał kształt prostokąta. Wciąż znajdował się bardzo daleko i był mikroskopijny, ale bez wątpienia prostokątny. Kto z bogów był patronem światła? Molpe? Molpe opiekowała się jesiennymi liśćmi, zabłąkanymi skrawkami papieru, dzikim ptactwem, chmurami i wszystkim co lekkie i ulotne, więc może także i światłem?
     – Pah, tak? Bóstwo solarne... hmm... bóg słońca, znaczy. Idź do światła, dziecko, hę? Steruj podług słońca.
     A co z gwiazdami, patere? Czy Pah był także bogiem gwiazd? Nie mógł im patronować, bo przecież płonęły poza granicami jego whorla.
     Później śpiewałem nie tylko w manteionie, Molpe – ale jako chłopiec właśnie tam śpiewałem w każdy scyldag:

     Molpe Cudowną wiatr wysoki niesie,
     Domena jej kończy się w niebiesiech.
     Zatańcz dla nas, Molpe! W koronach drzew śpiewaj,
     Ześlij nam swe tchnienie słodkie, chłodne...


     Hymn ścichł i zgasł, gdy umilkł jego łamiący się, samotny głos. Tartaros był bogiem nocy i mroku; Tartaros, przyjaciel Alki, z którym szli, trzymając się za ręce. Jego dłoń nie ściskała ręki boga – miał tylko kij, który przed chwilą podniósł z ziemi. Kto był bogiem kijów? Bogiem drzew i drewna, bogiem – lub boginią – stolarzy i cieśli? Jeśli miały swojego patrona, w tej chwili jego imię nie przychodziło mu do głowy.

      Dym.
     Przystanął i zaczął węszyć. Palone drewno. Zapach był ledwie uchwytny, ale nie do pomylenia.
     Ależ było gorąco!
     Kiedy osiedlili się na Jaszczurce, próbował solić i wędzić ryby. Patrzył później, jak ryby się psują, aż koniec końców, po licznych upokorzeniach, udał się do rybaków i poprosił, aby zdradzili mu swoje sekrety. Zapach dymu zawsze przypominał mu o tamtych klęskach, o jedzeniu ryb, których nawet wierna Pokrzywa nie chciała wziąć do ust i po których przez pół dnia ciężko chorował. To wysuszenie, a nie dym (jak wtedy sądził), konserwowało rybę i powstrzymywało jej rozkład.
     – Tartarosie! Słyszysz mnie, Tartarosie Mroczny? Wysłuchaj mnie!
     Pisząc o Alce, przedstawiał Tartarosa jako boga, który bezzwłocznie reaguje na takie wezwania. Ale to nie była książka, to nie była opowieść i żadna odpowiedź nie nadeszła.
     To, po czym stąpał i co przypominało mu trawę, było zapewne łanem pszenicy. Albo innego zboża. Najwidoczniej w mrokach otaczających Złotą Ścieżkę uprawiano pszenicę – w ciemności, której materialną namiastką był cień klosza, chłodzący nie tylko cały whorl, ale nawet tchnienie Molpe.
     Po śmierci Krwi Zając dołączył do generał Mięty. Opowiedział im o orle i o modlitwie starego wytwórcy latawców, który prosił Molpe o wiatr. I wiatr powiał, jak twierdził. Wraz z wiatrem przyszła długo wyczekiwana zima i śnieg orzeźwił pola, wypalone dotąd i suche jak martwe ryby zawieszone nad ogniem.
     Jakże mocno wiał wiatr! Jak przenikliwy i zimny był, kiedy zeszli do tuneli!
     Nie to co na Zieleni. Na Zieleni było zupełnie inaczej.
     Bomba wybuchła i Hiacynt przestraszyła się, że ich koń padł. Hiacynt – przemarznięta, trochę brudna, ale i tak prześliczna w przyćmionym świetle i śnieżycy, aż trudno było na nią patrzeć. Pokrzywa była pogodna i odważna, Hiacynt zaś piękna, zawsze, nawet kiedy ledwie trzymała się na nogach albo klęła jak szewc. Nienawidziła mężczyzn, wszystkich, jako zbiorowości – za to, co jej mówili i co musiała robić za pieniądze, za upokorzenia gorsze niż zepsute ryby.
     Kochał Pokrzywę – Pokrzywę, którą własna matka znienawidziła od chwili poczęcia, dając temu wyraz w wyborze imienia – i z całego serca zazdrościł patere Jedwabiowi Hiacynta, ślicznej i dzikiej.
     Potknął się i upadł. Wstał. Nie miał siły kląć. Spojrzał w górę, ale złocisty prostokąt gdzieś zniknął. Nagle poczuł, że jest zmęczony. Słaby, strudzony, w głowie mu się kręciło... I po co to wszystko? Z westchnieniem osunął się na kolana, opadł na ziemię i wyciągnął jak długi w miękkim, na wpół wyrosłym zbożu.
     Gdyby Hiacynt należała do niego, nie udałby się na Błękit, nie poleciałby na Zieleń, nie umarłby na Zieleni...Pierwszy raz przyznał sam przed sobą, że nie żyje, że naprawdę zmarł w ambulatorium wykradzionego lądownika, który desperacko usiłował naprawić. Wrócił do whorla, do „Whorla”, w którym się urodził, a to jest jedyne życie po śmierci, jakiego dane mu będzie zaznać.
     Gdyby był w jakiś sposób posiadł Hiacynta, wciąż mieszkałby we whorlu długiego słońca. Tymczasem nie posiadł jej, a i tak się tu znalazł, tyle że bez Długiego Słońca.
     Powieki same mu opadły; widział zresztą równie dobrze jak przed zamknięciem oczu. Miękki, zimny śnieg z przeszłości wirował w powietrzu i wypełniał mu umysł, jakby natrząsając się z suchej, upalnej, czarnej nocy.
     Usłyszał nad głową trzepot skrzydeł i chrapliwy skrzek:
     – Jedwab? Jedwab? Jedwab?
     Nie zareagował.
     Trzecią osobą w naszej grupie jest moja córka Jahlee. Średniego wzrostu, rudowłosa, atrakcyjna, ma gładką twarz o kształcie migdała i psotny uśmieszek, któremu mało kto umie się oprzeć. Biały muł jest jej własnością. Pod długim, obszernym futrem ze śnieżnej pantery Jahlee nosi grubą wełnianą suknię. Ma też wysokie buty z cielęcej skóry. Mimo to zimno otępia ją i usypia. Obawia się – ja zresztą również – że może zamarznąć na śmierć, tak jak moja nieszczęsna przyjaciółka Fava.
     Jahlee jest niezwykle utalentowana, lecz nierozsądnie było zdradzać tu prawdziwą naturę jej uzdolnień. Gdy tylko bandyci sobie poszli, wyśliznęła się z więzów. Z łatwością uwalnia się z pęt. O dziwo, duży biały muł jakoś ją toleruje, chociaż jest z natury nieco strachliwy. Konie płoszą się, gdy Jahlee znajdzie się zbyt blisko nich... No, nie wiem, czy już za dużo nie napisałem.
     O mnie nie ma co opowiadać. Jestem Róg, ojciec Skóry i Jahlee. Jestem chudy i bardzo wysoki. Mam nijaką, trochę kościstą twarz i siwe włosy, długie i gęste jak u kobiety. Noszę buty z baraniej skóry, tak jak mój syn, i długi kożuch narzucony na starą czarną togę, w której wyjechałem z Gaonu.
     Teraz, czytelniku, znasz już całą naszą czwórkę. Muszę trochę odpocząć.
     Mieliśmy nadzieję, że dziś dotrzemy na wybrzeże, ale wciąż go nie widać. Pytałem Skórę, czy od brzegu morza do Nowego Vironu jest kilka dni jazdy, on zaś przytaknął i stwierdził, że będzie nas wtedy czekał co najmniej tydzień drogi. Z pewnością ma rację, wolałbym jednak usłyszeć bardziej optymistyczną odpowiedź. Skoro znajdujemy się na północ od miasta, po drodze do niego miniemy Jaszczurkę – miniemy ją, lecz nie mając łodzi, nie będziemy mogli na nią popłynąć. Dlatego też mimo że ogromnie stęskniłem się za Pokrzywą (i Racicą), papiernią i domem, postanowiłem najpierw udać się do Nowego Vironu, gdzie sprzedamy konie i część łupu, by za te pieniądze nabyć łódź.
     Skóra i Jahlee śpią. Trochę mnie to niepokoi, ponieważ Jahlee zwykle mało sypia. Teraz siedzi przy ogniu, na dwóch kocach, przykryta dalszymi trzema i futrem. Jej twarz...Wysłałem Oreba na poszukiwanie morza. Nie ma wprawy w szacowaniu odległości, ocenianiu trudności przepraw rzecznych, nachylenia stromizn i tak dalej, ale i tak przyniesie bezcenne nowiny. Taką mam nadzieję. Gdyby było cieplej, posłałbym na zwiady Jahlee. Z lepszym skutkiem.
     Musimy jutro znaleźć kogoś, kto sprzeda nam trochę jedzenia. Gdyby Jahlee była równie głodna jak ja w tej chwili, bałbym się zasnąć.
     Skóra mnie obudził, żeby opowiedzieć swój sen. Pomyślał, że to może być coś ważnego. Niewykluczone, że ma rację. Teraz znów śpi, ja jednak do świtu będę czuwał. Zresztą gdyby nie chmury, słońce dawno by się pokazało.
     – To było takie dziwne uczucie, ojcze. Nie wiedziałem, że śnię, dopóki sen się nie skończył. A był strasznie długi.
     Pokiwałem głową.
     – Mówi się, że kiedy masz świadomość tego, że śnisz, na dobrą sprawę wcale nie śpisz.
     – Ja spałem, ale ledwie sen się skończył, natychmiast się obudziłem. Dosłownie przed chwilą. Może nie powinienem był szturchać cię w ramię.
     – Za późno na takie refleksje, nie uważasz? – Przeciągnąłem się i ziewnąłem. Wtedy jeszcze wydawało mi się, że za chwilę bez trudu ponownie zasnę.
     – Podać ci coś? Może chcesz się napić? Zostało nam sporo wina.
     Pokręciłem głową i zaproponowałem, żeby opowiedział mi swój sen, skoro z takim zamiarem mnie obudził.– Rzecz działa się w takim dużym, bardzo dużym domu. Może w pałacu. Nigdy nie widziałem prawdziwego pałacu, ale pamiętam, jak opowiadaliście z matką o pałacu caldé. Tylko że ten nie był taki wspaniały, przypominał raczej ogromną, przeogromną kuchnię z mnóstwem pokojów. Wiem, to głupio brzmi...
     – Powiedzmy: brzmi jak sen.– Były tam korytarze, spiżarnie i inne pomieszczenia, stoły, krzesła i mnóstwo takich dużych kredensów z jakiegoś jasnego drewna, gładkich i wywoskowanych, ale nie ozdobnych, no wiesz, bez rzeźbień, bez malunków... Niektóre krzesła były przewrócone. Rzadko śnią mi się zapachy, ale tu cały czas czułem aromat jedzenia – piekącego się chleba i mięsa gotowanego z mnóstwem pieprzu.
     – Bo jesteś głodny – wyjaśniłem. – Ludzie, którzy głodni kładą się spać, często śnią o jedzeniu.
     – Żadnego jedzenia nie widziałem, ale jego woń cały czas unosiła się w powietrzu. A chodziłem po całym... Nie wiem, jak to wytłumaczyć.
     – W takim razie nie próbuj.– Byłem młodszy. Nie wiem dokładnie, ile miałem lat, ale wiedziałem w tym śnie, że jestem młodszy.
     – Chciałbym, żeby przyśnił mi się taki sen.– Bałem się, że spotkam Racicę.
     Mógł się na mnie zezłościć za to, że jestem młodszy, a on byłby przecież większy i silniejszy ode mnie. Długo tak chodziłem. Wydawało mi się, że widzę, jak do pokojów wchodzą wysocy mężczyźni o więcej niż dwóch nogach, ale sam nie mogłem otworzyć żadnych drzwi. Czasem stali pod ścianami, tak że nie mogłem im się dobrze przyjrzeć, bo zasłaniały ich szafki albo kredensy, a ja bałem się podejść i obejrzeć ich z bliska. Znowu zakreślasz kółka palcem na policzku, ojcze.
     – Zapewne bez powodu. Udało ci się im w końcu przyjrzeć?
     Pokręcił głową.
     – Mieli długie nosy?
     – Chyba tak.
     – I duże uszy?
     – Nie wiem. Nie widziałem wyraźnie ich twarzy. Ale wiem, że ich nie znałem. Chyba.
     – Rozumiem. Spojrzałeś może wtedy na swoje ręce, Skóro?
     – Na ręce? Raczej nie.
     – Rzadko to robimy. W każdym razie ja rzadko oglądam swoje dłonie; Jahlee z pewnością robi to znacznie częściej. Kiedy walczyliśmy z bandytami, kosturem zatłukłem człowieka na śmierć.
     Skinął głową.
     – Pamiętam.
     – Myślałem, że nie zauważyłeś. Strzelałeś.
     – Nie miałeś wyboru, ojcze.
     – Miałem. Wcale nie chciałem go zabić. Sęk w tym, że uderzyłem go, i to chyba kilka razy, aż upadł, ale nie wypuścił noża z ręki. I kiedy zaczął wstawać, przestraszyłem się... Okrutnie się bałem, Rogu...
     – Jestem Skóra, ojcze.
     Kiedy o tym teraz piszę, rumienię się ze wstydu, ale wtedy tylko przetarłem oczy i wbiłem w niego wzrok. Zupełnie nie rozumiałem, jak mogłem się tak głupio pomylić. Oreb wybawił mnie z opresji. Wylądował na ziemi – w takim miejscu, żeby ognisko dzieliło go od Jahlee.
     – Duża woda – zaskrzeczał z dumą. – Ptak znaleźć.
     – Daleko jeszcze? – zainteresował się Skóra.
     – Ptak znaleźć! – powtórzył Oreb.
     – To znaczy, że dla nas daleko, ale dla niego blisko – wyjaśniłem.
     – Orebie, czy w miejscu, gdzie ląd przytyka do morza, znajduje się miasto?
     – Duże miasto!
     – Rozumiem. Są jakieś inne po drodze? Bliżej? Na przykład takie, żebyśmy jutro do niego dotarli?
     – Nie ma miasta.
     Pokiwałem głową.
     – Dziękuję ci, Orebie. Bardzo nam pomogłeś.
     Kruk odleciał.
     – Nadal boi się Jahlee – powiedziałem. – Wątpię, by miał ku temu powody, ale fakt jest faktem.
     – Ja trochę też – przyznał Skóra. – Na Zieleni ani w tym drugim miejscu bym się nie bał, ale tu tak.
     – Była w twoim śnie?
     Pokręcił głową.
     – A ktoś jeszcze w ogóle tam był, poza tobą i tymi wysokimi mężczyznami?
     – Dwie dziewczynki. Jedna miała na imię Mora. A ta druga... Pamiętasz Morę z czasów, kiedy mieszkaliśmy na farmie, która rzekomo należała do Jahlee? Powiedziałeś wtedy, że ją znasz. Ona też mówiła o tobie w taki sposób, jakbyście się wcześniej spotkali
     .– Naturalnie.
     – Więc ta druga dziewczynka bardzo ją przypominała. Też miała ciemne włosy i była taka ładniutka. I miała tu coś na policzku.
     Skóra dotknął swojej twarzy.
     – Rozumiem.
     – Bawiły się lalkami. No wiesz, jak to dziewczynki.
     – Oczywiście.
     – Miały mnóstwo lalek, maleńkich naczyń, mały stół i krzesełka. Ta ciemnowłosa chciała, żebym się z nimi pobawił. Zgodziłem się, ale nie chciałem się bawić lalkami, na co ta druga zaproponowała chowanego. Znów się zgodziłem, a dziewczynki stwierdziły, że lalki mogą się bawić razem z nami: ten, kto kryje, może też szukać lalek.
     – To prawda.
     – Zasłoniłem oczy, jak to przy zabawie w chowanego, i policzyłem do stu. Pytałeś, czy widziałem swoje ręce.
     – No właśnie. Spojrzałeś na nie?
     – Wcześniej tylko o tym myślałem, a w tej chwili rzeczywiście spojrzałem. Pamiętam, jak po liczeniu odjąłem dłonie od oczu. Wydały mi się młodsze, tak jak całe moje ciało.
     – Miałeś na palcu pierścień? Albo inną biżuterię?
     – Nie.
     – Pamiętasz pierścień, który znalazłem w lądowniku?
     – Oczywiście. Ale dałeś go Ścięgnu, nie mnie. Nie mogłem go mieć.– Byłem po prostu ciekaw, czy pamiętasz, jak wyglądał.
     – Był z białego złota i miał wprawiony biały kamień.
     Pokiwałem głową, spojrzałem na swoje ręce i wziąłem do ręki kij, który położyłem przy posłaniu, układając się do snu.
     – Mówiłem ci o tym, jak zabiłem nim człowieka. Nie miałem takiego zamiaru, ale bałem się, że on nas zabije. Myślałem o tym, że mógłby zabić ciebie albo Jahlee, i biłem go z całej siły. Kiedy walka dobiegła końca, spojrzałem na niego. Nie żył.
     – To nie twoja wina, ojcze.
     – Moja, naturalnie, ale i jego. To była – i jest – moja wina, że go zabiłem. Jego wina zaś polega na tym, że dał mi dobry powód, abym się wystraszył, czym sprowokował mnie do zabicia go. Ale nawet gdyby udało się dowieść, że żaden z nas nie jest winien tej śmierci, nie przywróciłoby go to do życia.
     – Nie.
     – Po walce zauważyłem, że mam krew na rękach. Jego krew. Umyłem ręce i wtedy się przestraszyłem, że zgubiłem pierścień, który dostałem od Algi.
     – Ptak powie – zaproponował Oreb, siedzący gdzieś na gałęzi nieopodal ogniska. – Powie dzieweczce.
     Odszukałem go wzrokiem.
     – O co ci chodzi?
     – Powie dzieweczce. Jedwab idzie. Idzie woda!
     Zerwał się do lotu i zaraz zniknął na tle ciemnego nieba.
     – Może powie matce, że wracamy do domu – zasugerował Skóra.
     – Być może. Mogę zapytać, jak skończył się twój sen?
     – Przerwałem na tym, że kryłem. Potem długo, bardzo długo szukałem. Czasem widywałem tych wysokich mężczyzn, ale zawsze stali obok jakichś wysokich przedmiotów: raz była to szafa, innym razem zegar albo jeszcze coś innego. Ale ja wiedziałem, że oni się z nami nie bawią i w ogóle nie powinienem ich widzieć, więc udawałem, że ich tam nie ma i szukałem dalej.
     – I co?
     – Długo to trwało, ale w końcu znalazłem. Otworzyłem duży kredens i w środku była lalka. – Skóra umilkł, a jego twarz przybrała zatroskany wyraz.
     – Nie ucieszyłeś się?
     – Ucieszyłem. Chociaż to była tylko lalka. Wyglądała jak dziecko, z buzią trochę podobną do tej na twoim kosturze, tylko że dziecinną i pomalowaną na różowo. Musiałaby być młodsza niż dziecko Bali. Trudno nawet było określić, czy to chłopiec, czy dziewczynka.
     Odparłem, że to chyba bez różnicy.
     – Pewnie tak. Wziąłem ją na ręce jak prawdziwe dziecko i chciałem wrócić do bazy. Tam, gdzie liczyłem.
     – Rozumiem. Trafiłeś z powrotem?
     – Nie. Szukałem i szukałem, ale ich nigdzie nie było, no wiesz, tego malutkiego stołu i krzesełek dla lalek. W końcu posadziłem lalkę w kącie i powiedziałem jej, że kryje. Wytłumaczyłem, jak ma zasłonić sobie oczy, policzyć do stu, a potem szukać ludzi. Zostawiłem ją i pobiegłem się schować. Była tam taka ogromna, długa sofa z mnóstwem nóg, nie wiem, miała ich chyba z osiem albo dziesięć, i pod nią się wczołgałem.
     – Mów dalej.
     – Okazało się, że pod sofą schowała się już wcześniej jakaś dziewczynka. W pierwszej chwili pomyślałem, że to ta z jasnymi włosami, ale nie.
     Przyznałem, że bardzo mnie to ucieszyło.
     – Więc pomyślałem, że może to Mora, ale to nie była też ona.
     – A kto?
     Skóra zmieszał się i nie chciał mi spojrzeć w oczy.
     – Nie wiem.
     – I to był koniec snu?
     – Prawie. Nie rozmawialiśmy. Leżeliśmy tylko przyciśnięci do siebie i skuleni. Baliśmy się.
     – Czego? Przecież zwyczajnie bawiliście się w chowanego.
     – Chyba tego, że ktoś nas znajdzie. Ona była z tyłu, bliżej ściany. Chciałem jej powiedzieć, że jeśli lalka mnie zobaczy, wyjdę i będę krył, a o niej nikt się nie dowie, ale nic nie powiedziałem. Niedługo potem usłyszeliśmy kroki lalki, która szła powoli i zaglądała do wszystkich szafek i kredensów. Wtedy się obudziłem i obudziłem ciebie.
     – Żeby zapytać, co ten sen oznaczał.
     Skinął głową.
     – No właśnie.
     – Coś przede mną ukrywasz. Kim była dziewczynka pod sofą?
     – Nie wiem.
     – Powiedziałeś mi wszystko, co zapamiętałeś na jej temat?
     – Co ten sen oznacza, ojcze? Wiesz?
     – Mógłbym zgadywać, nie mam jednak takiego zamiaru, dopóki nie powiesz mi wszystkiego, co pamiętasz. Co ty na to?
     – Zastanowię się – odparł i położył się przy ogniu.
     Po lewej miał morze, po prawej czarne, skaliste, wilgotne urwisko zwieńczone ciemnymi, wysokimi drzewami. Czasami musiał się wspinać na zwalone z klifu głazy i przedzierać przez zwalone pnie. Kiedy indziej znów szedł kamienistą plażą, a fale omywały mu buty. Pokonał już szmat drogi i przeczuwał, że czeka go jeszcze długa wędrówka, choć nie wiedział ani jak długa, ani dokąd właściwie zmierza. Samotny ptak zataczał kręgi nad morzem. Za którymś razem krzyknął chrapliwie. Ten krzyk obudził w nim jakieś wspomnienie, którego nie potrafił nazwać.
     W końcu zobaczył dom, mały i prymitywny, o ścianach z grubych bali i stromym dachu krytym gontem, który zaczynał się wypaczać od morskiej soli i żaru Krótkiego Słońca. Skierował się w jego stronę. Zdawał sobie sprawę, że oddala się od plaży. Pod stopami miał piasek przemieszany z kawałkami kory. Próbował strząsnąć go z butów, zanim wejdzie do środka – delikatnie popukał w stopień najpierw lewą, potem, prawą nogą, przeszedł przez próg...I znalazł się w domu. Stół, przy którym jadali, stał na swoim miejscu, podobnie jak krzesło Pokrzywy i jego własne oraz taborety dla chłopców. Kiedy Szpik i pozostali przyjdą go prosić, by wrócił do „Whorla”, nie wystarczy miejsc do siedzenia dla wszystkich. Trzeba będzie przysunąć do stołu ciężką skrzynię, w której trzymali zimowe ubrania.
     Ale na razie Szpik i inni jeszcze się nie zjawili. Małe dziecko spało w starym wiklinowym koszu. Pokrzywa go uplotła, zanim porzucili swoją farmę na Błękicie, przydzieloną im wkrótce po przybyciu, kiedy wszyscy chcieli mieć własną ziemię i żywy inwentarz, nawet ci, którzy – tak jak oni – nie mieli zielonego pojęcia, co z jednym i drugim robić. Śpiącym malcem był Ścięgno. Wiedział to, zanim zobaczył twarz dziecka, zanim dostrzegł srebrny pierścionek na jego palcu i wprawiony weń biały kamień.
     Zjawiła się inhuma – zgarbiona, wychudła postać, która nie była kobietą, w sukni pozszywanej z żółknących łachmanów. Przypominała Jahlee. Czyżby Jahlee przybyła na Błękit po niezbędną jej do życia ludzką krew? Wróciła na Zieleń, a potem znów przyleciała na Błękit? Jak długo cierpiała głód, spoczywając pod kamienną płytą w Gaonie?
     Schyliła się, zamierzając się napić. Odwrócił wzrok i stwierdził, że kuca na piasku obok odmłodniałego Roga, który siedzi na kocu obok Pokrzywy i trzyma ją za prawą rękę. Lewą Pokrzywa wskazywała rybę, która w oddali wyskakiwała ponad wodę; ryby nie było widać na tle zachodu słońca, ale zostawiała srebrzyste kręgi na łagodnie rozfalowanej wodzie. Nad obojgiem zawisł cień lęku przed następną ciążą, niewidoczny jak ryba, lecz bardziej rzeczywisty.
     – Widziałeś kiedy coś równie pięknego? – zapytała Pokrzywa.
     Ciebie, szepnął Rogowi do ucha.
     – Kiedy byliśmy w statku powietrznym... Pamiętasz? Weszłam na górę. Sama. Na dach gondoli. Nigdy ci o tym nie mówiłam.
     – Poszedłbym z tobą.
     – Wiem. Ale spałeś, a ja po prostu chciałam zrobić coś sama, ten jeden raz. To było dzień przed tym, jak wróciliśmy do Vironu.
     – Musiało być zimno – stwierdził Róg.
     Ten, który przyszedł skrajem morza, wiedział, że Róg myśli o niedawnej zimie, która wkrótce znów przyjdzie; osła zamarzniętego w szopie, którą dla niego zbudował; siebie, stojącego nad martwym osłem z nożem w ręce i rozmyślającego o tym, że ktoś musiał się pomylić, że to nie może się dziać naprawdę, że osiołek był taki młody, nie miał jeszcze roku, i to na pewno nie dzieje się naprawdę. A tymczasem w domku na plaży Jahlee napiła się do syta. Jej kły się schowały. Oblizała buzię i szyję dziecka, otarła usta wierzchem dłoni, a potem obszarpana, boleśnie wychudzona istota o pałających głodem oczach wymknęła się za próg i zniknęła bez śladu.
     – Było, ale nie tak jak na ziemi, w Vironie, kiedy już tam dolecieliśmy. Nie widzieliśmy zbyt wiele słońca, bo statek leciał wzdłuż klosza.
     – Pamiętam – rzekł siedzący obok Pokrzywy Róg.
     – Wyczułam chwilę, kiedy klosz zaczął się podnosić. Widziałam to oczyma wyobraźni. Pierwsze promienie światła spłynęły z nieba jak złoty pył.
     Może siedzący obok niej Róg powiedział coś wtedy, a może nie; jeśli tak, to człowiek, który przyszedł plażą i przykucnął obok niego, nic nie usłyszał.
     Za chwilę słońce zajdzie, pokażą się gwiazdy, powieje przenikliwy, zimny wiatr. Wrócicie do domu, znajdziecie Ścięgno i nic już nie będzie takie samo. Nigdy. Przytul ją. Powiedz, że ją kochasz, teraz, tutaj, zanim będzie za późno.
     Rozpaczliwie pragnął odezwać się, zostać usłyszanym i zrozumianym. Przetoczył głowę z boku na bok na miękkich, zgniecionych pod jej ciężarem źdźbłach pszenicy. Wiedział, że z jego ust nie dobywa się żaden dźwięk.
     Otworzył oczy. Usiadł. To wszystko było takie rzeczywiste – ale było snem, tylko snem. Nadal panowała ciemna noc.
     Powinien znów się położyć i zasnąć. Rano będą od niego oczekiwać, że poprowadzi ich do walki przeciw wiosce swojego syna.
     Cały dzień jedziemy w dół. Zima jest tu łagodniejsza, choć nadal nielekka. Wszyscy chętnie gdzieś byśmy się schronili, nawet nasze konie i muł Jahlee, żeby choć na godzinę uciec przed wiatrem i chłodem.

     Spotkaliśmy dzisiaj innych podróżnych, czterech kupców ze sługami i jucznymi zwierzętami. Ucieszyliśmy się na ich widok, mam jednak wrażenie, że oni uradowali się bardziej, ponieważ pokłócili się wcześniej i byli skorzy do wyłuszczenia swoich racji. Słuchałem ich, póki starczyło mi cierpliwości, a nawet dłużej, wspominając wszystkie idiotyczne spory, w których sam brałem udział i które sam często wszczynałem. To bardzo kształcące, choć zarazem upokarzające, słuchać, jak inni dają upust pretensjom tak podobnym do naszych. Kupcy byli na wskroś źli, jak i ja sam – należeliśmy do tego samego rodzaju ludzi, mianowicie takich, którzy z przyjemnością myślą o sobie, że są dobrzy.
     W końcu Jahlee odrzuciła kaptur na plecy, drżącym palcem wskazała tego, który akurat mówił, i zapytała, czego od nas chcą.
     – Abyście nas rozsądzili – odparł najbardziej małomówny z nich. Jeśli mnie pamięć nie myli, ma na imię Ziek.
     Odparłem, że uczynienie mnie sędzią nie ma sensu, dopóki nie zobowiążą się, że podporządkują się mojemu werdyktowi, na co jeden po drugim obiecali, że będą mi posłuszni. Dowiedziałem się, że czczą Scyllę przed innymi bogami, tak jak my w Vironie. Kazałem im zatem przysiąc na Scyllę, Zewnętrznego i wszystkich bogów, którzy mogli się jeszcze błąkać po Błękicie, a kiedy zobaczyłem, że robi to na nich wrażenie, także na sam Zaginiony Lud.
     – Oto moja decyzja – oznajmiłem, odebrawszy ich przysięgi. – Tak bardzo zapamiętaliście się w swoim sporze, tak się zapiekliście i zaplątaliście w gąszczu sprzecznych pretensji i oskarżeń, że nie może być wśród was mowy o pojednaniu. Nie ma jednak powodu, abyście nadal dręczyli się nawzajem tak jak do tej pory. Czy słusznie się domyślam, że wszyscy udajecie się w to samo miejsce?
     Owszem, wszyscy jechali do nabrzeżnej mieściny o nazwie Dziura.
     – Postanawiam zatem, że macie tam podążyć osobno. Ty! – Wskazałem najgrubszego z nich. Miał na imię Nat i wyglądał na najbardziej zamożnego. – Wyruszysz natychmiast. Ile koni i mułów należy do ciebie?
     – Szesnaście – odparł.
     – Weź je i ruszaj. Nie trać czasu. My tu odpoczniemy i ruszymy za tobą, a wtedy na czele pojedzie ten blondyn. Za nim podąży mój syn, dalej ten w czerwonej czapce, potem ja, moja córka, a na końcu on. – Miałem na myśli Zieka. – Mniej więcej po godzinie poślę blondyna przodem, tak jak teraz posyłam ciebie. Godzinę później pojedzie następny, a po kolejnej godzinie ostatni.
     – A jeśli ktoś mnie napadnie? – zaprotestował Nat. – Jeden człowiek się nie obroni.
     – Obroni się. To prawda, może zginąć, ale taka jest cena za kłótnię z przyjaciółmi. Każ swoim ludziom zebrać wasze zwierzęta i ruszajcie.
     – Jedzie – poparł mnie Oreb.
     Nat wpatrywał się we mnie przez kilka sekund, które ciągnęły się w nieskończoność. Jego oczy pałały nienawiścią.
     – Nigdzie nie pojadę!
     – Aresztujcie go – powiedziałem, zwracając się do pozostałych trzech. – Przysięgaliście, że mnie posłuchacie. Zwleczcie go z konia na ziemię.
     Wyciągnął igłowiec. Wytrąciłem mu go z ręki kosturem. Przykro mi to przyznać, lecz nadal trzymamy go w niewoli, razem ze służącym, dwoma mulnikami, ośmioma końmi i dziesiątką mułów. Zamierzałem dziś wieczorem kazać Skórze rozwiązać go i wyjąć mu knebel, żeby mógł coś zjeść, ale byłem zmęczony, a Skóra miał huk roboty z rozładowaniem, rozkulbaczeniem i spętaniem naszych wierzchowców – i koniec końców zapomniałem. Sądząc po jego tuszy i rumieńcach, utrata posiłku wyjdzie mu na zdrowie. Wystarczy, że nakarmimy go rankiem, przed uwolnieniem.
     Padam z nóg, ale zanim się położę, powinienem jeszcze wspomnieć, że mamy tu cztery konie, nie licząc muła Jahlee. Łącznie są więc z nami dwadzieścia trzy zwierzęta (nie licząc Oreba, który najwyraźniej wybrał się na rekonesans): wierzchowiec Nata, koń jego sługi, jego juczne konie i muły, rumaki mój i Skóry, biały muł oraz dwa juczne konie zabrane bandytom, niosące teraz nasz skromny bagaż i część łupu.


Fragment udostępniło Wydawnictwo Mag








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-06-10 (1504 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej