Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Starship: Pirat
 
Katalog - dodano
 Fandom
- Anna Day
 Przebudzenie Lewiatana
- James S. A. Corey
 Przepaść
- Michelle Paver
 Spętani przeznaczeniem
- Veronica Roth
 Wyklucie
- Ezekiel Boone
 
- skomentowano
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 Idiota skończony
- Antologia
 Plus/minus
- Olga Gromyko
 Plus/minus
- Olga Gromyko
 

''Taniec z diabłem'' - Sherrilyn Kenyon

Rozdział 1


Acheron Partenopajos był mężczyzną mającym wiele sekretów i wiele mocy. Jako przywódca Mrocznych Łowców i pierwszy z ich rodzaju, już ponad dziewięć tysięcy lat temu ustanowił siebie jako bufor między Łowcami a boginią łowów, Artemidą, która ich stworzyła.
Było to zadanie rzadko sprawiające mu radość, i pozycja, której serdecznie nienawidził. Niczym uprzykrzone dziecko Artemida niczego tak nie uwielbiała, jak prowokować go tylko po to, żeby zobaczyć, na ile jej pozwoli, zanim w końcu ją usadzi.
Łączył ich skomplikowany związek opierający się na równowadze mocy. On jeden potrafił sprawić, że bogini zachowywała spokój i myślała racjonalnie.
Przeważnie.
Ona tymczasem umożliwiała mu dostęp do jedynego źródła pożywienia, którego potrzebował, by pozostać człowiekiem. Pełnym współczucia.
Bez niej stałby się pozbawionym duszy zabójcą, gorszym nawet od Daimonów żerujących na rodzaju ludzkim.
Ona zaś bez niego nie miałaby ani serca, ani sumienia.
W noc święta Mardi Gras wytargował, że Artemida odda Talonowi duszę, pozwoli mu zakończyć służbę Mrocznego Łowcy i spędzić resztę wiecznego życia u boku kobiety, którą kocha. W zamian za to Acheron obiecał zostać na dwa tygodnie jej niewolnikiem.
Talona zwolniono z obowiązku polowania na wampiry i inne demoniczne stworzenia, które krążyły po świecie w poszukiwaniu nieszczęsnych ofiar.
W tej chwili, dopóki był zamknięty w świątyni Artemidy, Ash nie mógł używać większości swych mocy i tylko od kaprysu bogini zależało, czy poinformuje go o postępach w polowaniu na Zareka.
Wiedział, że Zarek czuje się zdradzony, i ta świadomość go dręczyła. Jak nikt inny wiedział, co to znaczy zostać zupełnie samemu, przetrwać tylko dzięki instynktowi, i mieć wokół siebie wyłącznie wrogów.
Nie mógł znieść myśli, że jeden z jego ludzi właśnie tak się czuje.
– Chcę, żebyś odwołała Tanatosa – powiedział, siadając na marmurowej posadzce, u stóp Artemidy.
Bogini leżała wyciągnięta na tronie o barwie kości słoniowej, który zawsze przypominał Acheronowi wyściełany szezlong. Mebel był dekadencki i miękki – prawdziwe ucieleśnienie hedonistycznej przyjemności.
Artemida uwielbiała wygodę.
Uśmiechnęła się leniwie i położyła się na plecach. Jej białe, zwiewne peplum więcej odsłaniało niż zakrywało, a kiedy się obróciła, całkiem odsłoniła się przed Ashem od pasa w dół.
Acheron beznamiętnie spojrzał jej w oczy.
Obrzuciła jego ciało rozpalonym, pożądliwym spojrzeniem. Był półnagi – miał na sobie tylko obcisłe spodnie z czarnej skóry. Zadowolenie błyszczało w jej zielonych oczach, kiedy bawiła się pasemkiem długich jasnych włosów łowcy, przesłaniającym ślad po ugryzieniu na jego szyi.
Była nakarmiona i zadowolona z jego towarzystwa.
Całkiem odwrotnie niż on.
– Nadal jesteś słaby, Acheronie – powiedziała cicho – i nie możesz niczego ode mnie żądać. Poza tym, twoje dwa tygodnie u mnie dopiero się zaczęły. Gdzie uległość, którą mi przyrzekłeś?
Podniósł się powoli i stanął nad nią. Oparł ręce po obu stronach jej głowy i pochylił się, aż ich nosy niemal się zetknęły. Jej oczy zrobiły się nieco większe – wystarczająco, żeby wiedział, że wbrew swym słowom, Artemida dobrze wie, które z nich jest potężniejsze, niezależnie od jego osłabienia.
– Odwołaj swojego pupilka, Artie. Mówię serio. Już dawno powiedziałem, że nie ma potrzeby, by Tanatos polował na moich Łowców, i mam dosyć twoich gierek. Ma wrócić do klatki.
– Nie – odparła niemalże nadąsana. – Zarek ma umrzeć. I cześć pieśni. W chwili, w której pojawił się w wieczornych wiadomościach i pokazano, jak zabija Daimony, naraził na niebezpieczeństwo wszystkich Mrocznych Łowców. Nie możemy pozwolić, by ludzie kiedykolwiek się o nich dowiedzieli. Gdyby znaleźli Zareka...
– Kto go znajdzie? Siedzi zamknięty pośrodku nicości, i to z powodu twojego okrucieństwa.
– Nie ja go tam umieściłam, tylko ty. Chciałam go zabić, a ty się nie zgodziłeś. To twoja wina, że skazano go na Alaskę, więc mnie nie obwiniaj.
Ash wydął usta.
– Nie zamierzam skazać człowieka na śmierć, bo ty i twoje rodzeństwo zabawiliście się jego życiem.
Pragnął innego losu dla Zareka. Na razie jednak nikt – ani żaden z bogów, ani sam Zarek – nie chciał z nim współpracować.
Niech szlag trafi wolną wolę. Wszyscy mieli przez nią więcej problemów niż to warte.
Artemida zmrużyła oczy.
– Dlaczego tak bardzo ci zależy? Zaczynam być zazdrosna o tego Mrocznego Łowcę i miłość, jaką go darzysz.
Ash odsunął się od niej. Troskę o jednego z jego ludzi zamieniła w coś obleśnego.
No jasne, była w tym świetna.
To, co czuł do Zareka, to braterska więź. Rozumiał go lepiej niż ktokolwiek inny. Wiedział, dlaczego łowca atakował napędzany gniewem i frustracją.
Nawet pies zniesie tylko pewną liczbę kopniaków, a potem zacznie gryźć.
Niewiele brakowało, by Acheron stał się właśnie taki, nie potrafił więc obwiniać Zareka o to, że dawno temu zamienił się we wściekłego psa.
Mimo wszystko, nie mógł pozwolić, żeby Zarek zginął. Nie w ten sposób. Nie z powodu czegoś, czemu nie był winny. Incydent w zaułku w Nowym Orleanie, gdzie Zarek zaatakował policjantów, został zaplanowany przez Dionizosa po to właśnie, by ujawnić istnienie Zareka ­ludziom i sprowokować Artemidę do rozpoczęcia polowania na Mrocznego Łowcę.
Jeżeli Tanatos albo Giermkowie go zabiją, Zarek stanie się bezcielesnym Cieniem, skazanym na wieki na krążenie po świecie. Będzie wiecznie głodny i będzie wiecznie cierpiał.
Na zawsze pozostanie w bólu.
Ash skrzywił się na to wspomnienie.
Nie mogąc znieść tej myśli, ruszył do drzwi.
– Dokąd idziesz? – spytała Artemida.
– Znaleźć Temidę i powstrzymać to, co zaczęłaś.
Artemida nagle pojawiła się przed nim, zagradzając mu drogę do drzwi.
– Nigdzie nie idziesz.
– Więc odwołaj swojego psa.
– Nie.
– Dobrze.
Ash spojrzał na prawą rękę, na której od ramienia do nadgarstka ciągnął się tatuaż przedstawiający smoczycę.
– Simi – rozkazał – przybierz ludzką formę.
Smok oderwał się od skóry i przybrał kształt demonicznej młodej kobiety, mającej nie więcej niż trzy stopy wzrostu. Bez trudu podfrunęła na prawe ramię Acherona.
W tym wcieleniu miała granatowo-czarne skrzydła, chociaż zwykle wolała kolor bordowy. Ciemniejsza barwa skrzydeł w połączeniu z odcieniem jej oczu mówiła Acheronowi, jak bardzo źle czuła się na Olimpie.
Oczy miała białe, obwiedzione czerwienią, a długie złociste włosy falowały wokół jej ciała. Miała czarne rogi – raczej piękne niż złowieszcze – i długie spiczaste uszy. ­Powłóczysta czerwona suknia otulała gibkie, muskularne ciało, którego rozmiary Simi potrafiła dowolnie zmieniać: od jednego cala do ośmiu stóp wzrostu w ludzkiej formie, lub osiemdziesięciu stóp, gdy przybierała postać smoka.
– Nie! – wykrzyknęła Artemida, próbując swoimi mocami powstrzymać Charuna.
Nie zrobiło to najmniejszego wrażenia na Simi, którą wezwać i kontrolować potrafili jedynie Ash i jego matka.
– Co chcesz, akri? – spytała Simi Asha.
– Zabij Tanatosa.
Błysnęła kłami, zacierając ręce z radości, i rzuciła złowrogi uśmieszek Artemidzie.
– Och, cudownie! Mogę wreszcie wkurzyć rudą boginię!
Artemida spojrzała błagalnie na Asha.
– Umieść to z powrotem na swojej ręce.
– Zapomnij. Nie tylko ty masz zabójcę na swoje rozkazy. Osobiście uważam, że to będzie ciekawe, zobaczyć, jak długo Tanatos wytrzyma w starciu z moją Simi.
Artemida pobladła.
– Nie wytrzyma długo, akri – powiedziała Ashowi Simi, posługując się atlantydzkim terminem oznaczającym „pana i władcę”. Mówiła cicho, ale głos miała mocny i śpiewny, brzmiący niemal jak muzyka. – Tanatos to pieczeń. – Uśmiechnęła się do Artemidy. – A ja lubię pieczenie. Powiedz mi tylko, jak go sobie życzysz, akri, według normalnego przepisu czy wypieczonego na chrupko? Osobiście wolałabym na chrupko. Jeśli ich wysmażyć na głębokim oleju, to naprawdę głośno chrupią. Ach, przypomniałam sobie, że potrzebuję tartej bułki.
Artemida głośno przełknęła ślinę.
– Nie możesz nasłać tego czegoś na Tanatosa. Tylko ty potrafisz nad tym zapanować.
– Ona robi tylko to, co jej każę.
– To coś stanowi poważne zagrożenie, z tobą czy bez ciebie. Niech Zeus broni, żeby kiedykolwiek pojawiło się samo w ludzkim świecie.
– Stanowi mniejsze zagrożenie niż ty i często bywa tam sama – żachnął się Acheron.
– Nie mogę uwierzyć, że tak niefrasobliwie wypuszczasz to na świat. Co ty sobie myślisz?
Kiedy oni się sprzeczali, Simi latała po pokoju, sporządzając listę w małym, oprawnym w skórę notesie.
– Och, pomyślmy. Potrzebuję ostrego sosu do pieczeni. Koniecznie pary rękawic kuchennych, bo będzie gorący po tym, jak go opiekę na żywym ogniu. Potrzebuję paru jabłonek na opał, żeby mięso miało przyjemny, jabłkowy aromat. To poprawi pieczeń, bo nie cierpię tego Daimonowego posmaku, fuj!
– Co to robi? – spytała Artemida, kiedy zdała sobie sprawę, że Simi mówi do siebie.
– Simi przygotowuje listę rzeczy, których potrzebuje, żeby zabić Tanatosa.
– To brzmi tak, jakby zamierzało go zjeść.
– Najpewniej.
Artemida zmrużyła oczy.
– Nie może go zjeść. Zabraniam.
Ash zaśmiał się ponuro.
– Może zrobić, co zechce. Sam nauczyłem ją gospodarności.
Simi zatrzymała się, podniosła głowę znad listy i prychnęła na Artemidę.
– Simi bardzo dba o środowisko. Zjada wszystko z wyjątkiem kopyt. Nie lubię kopyt, bo od nich bolą mnie zęby. – Spojrzała na Asha. – Tanatos nie ma kopyt, prawda?
– Nie, Simi, nie ma.
Pisnęła z radości.
– Ojej, będzie dziś dobre jedzonko. Dostanę Daimona na grill. Mogę już iść, akri? Mogę? Mogę? Mogę? Proszę!
Tańczyła wokół niego jak małe rozradowane dziecko na przyjęciu urodzinowym.
Ash spojrzał na Artemidę.
– To zależy tylko od ciebie, Artie. Będzie żył albo zginie, powiedz tylko słowo.
– Nie, akri! – Simi jęknęła po krótkiej, pełnej zaskoczenia pauzie. Zabrzmiało to tak, jakby coś ją zabolało. – Nie proś jej o to. Ona nigdy nie daje mi się zabawić. To wredna bogini!
Ash wiedział, jak bardzo Artemida nie cierpi przegrywać z nim w sporach. Jej oczy płonęły ledwie powstrzymywaną furią.
– Czego ode mnie chcesz?
– Mówisz, że Zarek nie potrafi normalnie żyć, że stanowi zagrożenie dla innych. Proszę tylko, żeby poddać go osądowi Temidy. Jeśli uznam, że Zarek zagraża otoczeniu, wtedy sam wyślę do niego Simi.
Simi wyszczerzyła kły na Artemidę, która odwzajemniła się równie jadowitym uśmiechem.
W końcu bogini spojrzała na Asha.
– Dobrze więc, ale nie ufam twojemu demonowi. Odwołam Tanatosa, a kiedy Zarek zostanie uznany winnym, poślę go, żeby z nim skończył.
– Simi – powiedział Ash do swojej demonicznej towarzyszki – wróć do mnie.
Wyglądała na zdegustowaną tym pomysłem.
– „Wróć do mnie, Simi” – przedrzeźniała go, przekształcając się. – Nie smaż bogini. Nie smaż Tanatosa. – Parsknęła dziwnie, trochę jak koń. – Nie jestem jo-jo. Jestem Simi. Nie cierpię, kiedy przez ciebie cała się nakręcam, że kogoś zabiję, a potem mówisz mi „nie”. Nie lubię tego. To nudne. Już w ogóle nie pozwalasz mi się zabawić.
– Simi – powtórzył z naciskiem.
Demon nadąsał się, przeleciał na jego lewą rękę i powrócił na biceps w formie stylizowanego ptaka.
Ash roztarł rękę – zawsze czuł lekkie pieczenie, kiedy Simi opuszczała jego skórę lub na nią powracała.
Artemida spojrzała ze złością na nową formę Simi. A potem obeszła Acherona, oparła się o jego plecy i musnęła dłonią wizerunek demona.
– Pewnego dnia znajdę sposób, żeby pozbyć się tej bestii z twojej ręki.
– Oczywiście – powiedział, z trudem znosząc dotyk bogini, kiedy opierała się o jego plecy i muskała jego skórę oddechem.
To było coś, czego Ash nigdy nie potrafił znosić ze spokojem. Artemida dobrze wiedziała, jak tego nienawidził.
Zerknął na nią przez ramię.
– A ja pewnego dnia znajdę sposób, żeby pozbyć się bestii, która siedzi mi na plecach.


* * *



Astrid siedziała sama w atrium, czytając ulubioną książkę – Małego księcia Antoine’a de Saint-Exupéry’ego. Niezależnie od tego, ile razy ją czytała, zawsze znajdowała w niej coś nowego.
A dziś potrzebowała znaleźć coś dobrego. Coś, co przypomniałoby jej, że istnieje piękno na świecie. Niewinność. Radość. Szczęście.
A nade wszystko pragnęła odnaleźć nadzieję.
Delikatny zefirek nadlatywał znad pachnącej bzem rzeki, przemykając między marmurowymi doryckimi kolumnami i owiewając biały wiklinowy szezlong, na którym siedziała Astrid. Przez chwilę towarzyszyły jej trzy siostry, ale je odesłała.
Nawet one nie umiały jej pocieszyć.
Zmęczona i pozbawiona złudzeń, szukała pocieszenia w książce. W niej widziała dobroć – dobroć, jakiej zabrakło ludziom, z którymi zetknęła się do tej pory.
Nie było już przyzwoitości? Żadnej życzliwości?
Czy ludzkość w końcu zdołała zniszczyć jedno i drugie?
Jej siostry, chociaż bardzo je kochała, były równie bezwzględne jak wszyscy inni. Pozostawały całkowicie głuche na błagania i cierpienie tych, którzy nie byli z nimi spokrewnieni.
Nic już ich nie wzruszało.
Astrid nie pamiętała, kiedy płakała ostatni raz. Kiedy ostatnio się śmiała.
Była odrętwiała.
To odrętwienie było przekleństwem jej rodzaju.
Jej siostra Atty ostrzegła ją dawno temu, że jeśli zdecyduje się zostać sędzią, kiedyś ten dzień nadejdzie.
Młoda, próżna i głupia Astrid niemądrze zignorowała ostrzeżenie, myśląc, że jej się to nie przytrafi.
Nigdy nie zobojętnieje na ludzi i ich cierpienie.
A jednak teraz tylko książki przybliżały jej uczucia innych ludzi. Chociaż nie mogła ich rzeczywiście „poczuć”, to nieprawdziwe i przytłumione emocje bohaterów w jakimś stopniu ją pocieszały.
I z tego powodu – gdyby jeszcze była do tego zdolna – zapłakałaby.
Usłyszała, że ktoś nadchodzi. Nie chciała, żeby ktokolwiek zobaczył, co czyta, nie mówiąc już o tym, żeby zapytał dlaczego i zmusił ją do przyznania się, że straciła zdolność współczucia, schowała więc książkę pod poduszkę. Odwróciła się i zobaczyła matkę idącą po wypielęgnowanym trawniku, który skubały trzy cętkowane jelonki.
Matka nie była sama.
Towarzyszyli jej Artemida i Acheron.
Długie rude włosy zwijały się uroczo wokół twarzy jej matki. Wyglądała na nie więcej niż trzydzieści lat. Nosiła dopasowaną niebieską koszulę z krótkimi rękawami i spodnie khaki.
Nikt nie wziąłby jej za grecką boginię sprawiedliwości.
Artemida miała na sobie klasyczne greckie peplum, a Acheron nosił typowe dla siebie czarne skórzane spodnie i czarny T-shirt. Długie jasne włosy opadały mu luźno na ramiona.
Przeszedł ją dreszcz.
Zawsze tak było, gdy w pobliżu pojawiał się Acheron. Było w nim coś fascynującego, czemu nie sposób się oprzeć.
A także coś przerażającego.
Astrid nie znała nikogo, kto byłby do niego podobny. Był pociągający w takim sensie, którego w żaden sposób nie potrafiła określić. Zupełnie jakby sama jego obecność napełniała wszystkich pożądaniem tak ogromnym, że trudno było na niego patrzeć i nie chcieć zedrzeć z niego ubrania, rzucić go na ziemię i kochać się z nim przez całe wieki.
Jednakże było w nim coś więcej niż seksapil. Kryło się też coś starożytnego i pierwotnego. Coś tak potężnego, że nawet bogowie się go bali.
Również w oczach Artemidy dało się dojrzeć strach, kiedy szła obok niego.
Nikt nie wiedział, co łączyło tych dwoje. Nigdy się nie dotykali, rzadko na siebie patrzyli. A jednak Acheron często odwiedzał Artemidę w jej świątyni.
Kiedy Astrid była dzieckiem, ją też czasem odwiedzał. Bawił się z nią i uczył, jak panować nad swoimi ograniczonymi mocami. Przynosił jej niezliczone książki z przeszłości i przyszłości.
To właśnie on podarował jej Małego księcia.
Te wizyty skończyły się, kiedy weszła w wiek pokwitania i zdała sobie sprawę, jak pociągającym mężczyzną jest Acheron. Wtedy odsunął się od niej i pojawił się między nimi mur.
– Czemu zawdzięczam ten zaszczyt? – zapytała Astrid, kiedy cała trójka ją otoczyła.
– Mam dla ciebie zadanie, najdroższa – powiedziała matka.
Astrid skrzywiła się boleśnie.
– Myślałam, że uzgodniłyśmy, że mogę wziąć sobie trochę wolnego.
– Och, daj spokój – żachnęła się Artemida. – Potrzebuję cię, kuzyneczko. – Rzuciła wściekłe spojrzenie Acheronowi. – Trzeba odstrzelić pewnego Mrocznego Łowcę.
Twarz Acherona pozostała obojętna, kiedy bez słowa patrzył na Astrid.
Astrid westchnęła. Nie chciała tego robić. Przez tyle stuleci oceniała innych, że stała się emocjonalnym bankrutem. Zaczęła podejrzewać, że nie jest już w stanie poczuć cudzego bólu.
A nawet własnego. Brak współczucia zniszczył jej siostry. Teraz obawiała się, że zniszczy i ją.
– Są inni sędziowie.
Artemida westchnęła zdegustowana.
– Nie ufam im. Mają czułe serduszka i możliwe, że uznają go równie niewinnym, jak i winnym. Potrzebuję bezwzględnego, bezstronnego sędziego, który nie zawaha się przed dokonaniem tego, co słuszne i niezbędne. Potrzebuję ciebie.
Astrid zjeżyły się włosy na karku. Przeniosła wzrok z Artemidy na Acherona, który stał z rękami skrzyżowanymi na piersi. Niewzruszony patrzył tymi swoimi upiornymi oczami jak dwa srebrne wiry.
Nie pierwszy raz proszoną ją, by osądziła niebezpiecznego Mrocznego Łowcę, ale tym razem wyczuwała coś innego w postawie Acherona.
– Wierzysz, że jest niewinny? – spytała go.
Skinął głową.
– Nie jest niewinny – żachnęła się Artemida. – Zabije każdego bez zmrużenia oka. Nie ma skrupułów i troszczy się tylko o siebie.
Acheron rzucił Artemidzie spojrzenie z ukosa, mówiące, że te słowa przypominają mu kogoś znajomego.
To sprawiło, że Astrid nieomalże się uśmiechnęła.
Artemida stanęła parę kroków z tyłu, żeby zrobić pozostałym miejsce, a Acheron przykucnął przed szezlongiem Astrid i spojrzał jej prosto w oczy.
– Wiem, że jesteś zmęczona. Wiem, że chcesz z tym skończyć, ale nie ufam żadnemu innemu sędziemu w tej sprawie.
Astrid zmarszczyła brwi, kiedy powiedział o sprawach, o których nikomu nie mówiła. Nikt nie wiedział, że chciała z tym skończyć.
Artemida popatrzyła na Acherona złym okiem.
– Dlaczego tak ci odpowiada wybrany przeze mnie sędzia? Do tej pory ani razu nie uznała nikogo niewinnym.
– Wiem – odpowiedział niskim, melodyjnym głosem, który był jeszcze bardziej uwodzicielski niż jego niewiarygodnie przystojne oblicze. – Ale ufam, że Astrid postąpi właściwie.
Artemida zmrużyła oczy.
– Jaką sztuczkę chowasz w zanadrzu?
Miał całkowicie beznamiętną twarz i nadal patrzył na Astrid tak badawczo, że było to aż niepokojące.
– Żadnej.
Astrid rozważała przyjęcie tej misji tylko ze względu na Acherona. Nigdy wcześniej o nic jej nie prosił, a ona aż za dobrze pamiętała, ile razy ją pocieszał, gdy była dzieckiem. Był dla niej jak ojciec i starszy brat.
– Jak długo muszę zostać? – spytała. – Jeśli udam się na Ziemię i okaże się, że Mrocznego Łowcy nie da się uratować, mogę się od razu wycofać?
– Tak – odpowiedziała Artemida. – Właściwie, to im szybciej uznasz go winnym, tym lepiej dla nas wszystkich.
Astrid odwróciła się do mężczyzny kucającego obok niej.
– Acheronie?
Pokiwał głową.
– Podporządkuję się twojej decyzji.
Artemida się rozpromieniła.
– Zawarliśmy więc umowę, Acheronie. Dałam ci sędziego.
W kącikach ust Acherona czaił się uśmieszek.
– W rzeczy samej, dałaś.
Artemida nagle się zaniepokoiła. Patrzyła to na Acherona, to na Astrid.
– O czym wiesz, o czym ja nie wiem? – spytała go.
Spojrzenie jasnych, migotliwych oczu przeszyło Astrid, kiedy Acheron powiedział cicho:
– Wiem, że Astrid kryje w sobie głęboką prawdę.
Artemida oparła ręce na biodrach.
– To znaczy?
– „Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”.
Astrid znowu przeszedł dreszcz, kiedy Acheron zacytował dokładnie tę linijkę z Małego księcia, którą czytała, gdy przyszli.
Skąd wiedział, co czytała?
Zerknęła w dół, żeby się upewnić, że książka jest dobrze schowana.
Była.
O, tak, Acheron Partenopajos był przerażającym mężczyzną.
– Masz dwa tygodnie, córko – odezwała się cicho matka. – Jeśli osąd zajmie ci mniej czasu, niech i tak będzie. Ale, tak czy inaczej, po czternastu dniach los Zareka zostanie przypieczętowany twoją ręką.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-06-07 (1023 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej