Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Białe noce
 
Katalog - dodano
 Wyprawa Błazna (wyd.M)
- Robin Hobb
 Roar
- Cory Carmack
 Wybawienie
- Jussi Adler-Olsen
 Zabójcy bażantów
- Jussi Adler-Olsen
 Battlefront: Oddział Inferno
- Christie Golden
 
- skomentowano
 Zapisane w kartach
- Anne Bishop
 Ciężko być najmłodszym
- Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa
 Sopel cz.1
- Paweł Kornew
 HEL 3
- Jarosław Grzędowicz
 Evna
- Siri Pettersen
 

''Pożeracz snów'' - Bettina Belitz



Owocowa słodycz najpierw połaskotała mnie w nos, potem całkowicie mnie obudziła. Otworzyłam oczy i zobaczyłam tacę z karafką źródlanej wody, miseczką malin, zimną pieczenią i kilkoma kromkami pysznego, orzechowego chleba. Colina już nie było. Zaspana włożyłam do ust kilka malin i zagłuszyłam myśli o bolesnym obumieraniu mojej wątroby, wywołanym przez jaja tasiemca bąblowca, które zdaniem pana Schütza całymi tysiącami czyhały na krzakach tych leśnych roślin. Zamknęłam oczy, kiedy słodkie owoce rozpływały mi się w ustach. Widać Colin umiał jeszcze docenić jedzenie ludzi. Zawsze wiedział dokładnie, kiedy chciałam coś zjeść. Zastanawiałam się chwilę, czy podczas mojej popołudniowej drzemki na łóżku Colina coś mi się śniło. Nie, nie mogłam sobie przypomnieć żadnych snów, ale nie czułam się wyczerpana, przygnębiona, zalękniona czy pusta. Czułam się dokładnie tak, jak powinnam się czuć po tym, kiedy pierwszy raz spałam obok mężczyzny, w którego ramionach z całego serca pragnęłam się zatracić – nieśmiertelna.
Głuchy stuk i łomot dobiegający z zewnątrz szybko zakończył moją leniwą błogość. Wzięłam kawałek chleba z pieczenią, wstałam i podeszłam do otwartego okna. Z zaskoczeniem odkryłam, że Colin powiększył zagrodę za domem – powycinał drzewa i krzewy, a na ich miejscu powstał niewielki, ogrodzony padok. Ale Louis nie był nim zachwycony.
Patrzyłam z góry na poczynania ich obu – Colina, który siedział w siodle, jakby do niego przyrósł i nieubłaganie trzymał cugle w dłoni, oraz Louisa, najwyraźniej testującego jego krańcowe możliwości. Przy każdym rogu znosiło go na bok, zarzucał łbem, aż widziałam białka jego oczu. Na przemian stawał i wyginał grzbiet w łuk, próbował iść do tyłu, robić małe podskoki, galopować w miejscu. Colin się nie pocił, ale z sierści Louisa kapał pot, dyszał, jakby Colin prowadził go do rzeźnika.
Przełknęłam, porwałam jeszcze jeden kawałek chleba na drogę, zbiegłam po schodach i wyszłam na dwór, żeby w razie potrzeby móc zorganizować na czas karetkę dla jeźdźca i konia.
Gdy tylko stanęłam przy ogrodzeniu, Louis rozszalał się na dobre. Z bijącym panicznie sercem odskoczyłam i schowałam się za smukłą brzozą, kiedy tuż przede mną walnął swoim ciężkim ciałem w ogrodzenie, aż z pyska poleciały mu płatki piany.
– Czy mam odejść? – zapytałam piskliwym głosikiem. W żadnym wypadku nie chciałam doprowadzić do tego, żeby Louis zabił swojego pana.
– Tylko nie to! – krzyknął Colin ostro i jeszcze mocniej usadowił się w siodle, a potem zaczął besztać Louisa po gaelicku. Co chwilę zmuszał ogiera do powolnej, kontrolowanej jazdy w kwadracie lub w kole. I co chwilę Louis próbował go zrzucić, ale Colin uparcie siedział na jego grzbiecie. Dopiero kiedy zrobiło się ciemno i w trawie zaczęły cykać świerszcze, Colin poluzował cugle. Louis wyciągnął szyję i parsknął rozdrażniony.
– No – powiedział Colin z zadowoleniem i zsiadł z konia. – Jednak się daje. – Resztkę chleba zgniotłam w dłoni w wilgotną od potu kulkę, która lepiła mi się do palców. Teraz strząsnęłam ją nerwowo.
– Co to było? – zapytałam zachrypniętym głosem.
– Normalne – odparł Colin lakonicznie i po przyjacielsku klepnął Louisa w zad. – Walka o dominację.
Powstrzymałam się od sarkastycznego komentarza. Colin wyglądał, jakby właśnie zanurzył się w studni młodości. Odświeżony i pogodzony z sobą. Zdjął Louisowi siodło, nałożył uzdę i uczynił zachęcający gest w moją stronę. O, nie. Chyba nie chciał zabrać mnie na spacer z tą Godzillą.
– No to nie. Jutro będziesz miała zielone oko, a żebra będą cię bolały przy każdym oddechu – powiedział, wzruszając ramionami, podczas gdy Louis łagodny jak baranek dreptał u jego boku.
Dopiero kiedy zrobiło się całkiem ciemno i coraz trudniej było mi odróżnić ich na tle lasu, pokonałam strach i pobiegłam za nimi.
– Jestem – zgłosiłam się zasapana.
– Dobrze – skwitował krótko Colin. Wytarłam pot z czoła i poszukałam bezpiecznego miejsca po lewej stronie Colina – jak najdalej od Louisa, który co parę metrów zatrzymywał się, żeby skubnąć trochę przydrożnej trawy.
Colin zboczył z dróżki i jak lunatyk przebijał się przez gęsty las. Od czasu do czasu musieliśmy się zatrzymywać i czekać na Louisa, który szedł za nami na uwięzi. Nie wiedziałam, czy kiedykolwiek przeżyłam tak piękną letnią noc. Nie, chyba nie, bo odkąd sięgam pamięcią, w lipcu i sierpniu zawsze uciekaliśmy w chłód i jeździliśmy do najmniej przytulnych miejsc na świecie.
Wokół nas wszystko nieustannie szeptało, szeleściło i cykało, a upalne powietrze pachniało żywicą, igłami sosnowymi, liśćmi i kwiatami. Księżyc był tylko cieniuteńkim sierpem, ale dawał dość srebrzystobłękitnego światła, żeby skóra Colina mogła rozkwitnąć. Gdy na niego spoglądałam, widziałam refleksy światła igrające w jego oczach. Wiatr rozwiewał mi włosy i osuszał pot z czoła. Co chwilę z krzaków zrywały się całe roje robaczków świętojańskich i siadały na chłodnej skórze Colina. Nie bałam się nawet ostrzegawczego wołania puszczyka, które dochodziło spomiędzy ciemnych czubków drzew, jak lament z krainy umarłych. Teraz do tych dźwięków dołączyło szemranie płynącej wody. Dotarliśmy do strumienia.
Colin w milczeniu zaczął się rozbierać. Uprzejmie popatrzyłam w drugą stronę, ale po chwili jednak znów spojrzałam na niego.
– Co ty robisz? – zapytałam bez sensu, kiedy rozpiął sprzączkę u paska.
– A jak myślisz? –mrugnął do mnie łobuzersko. Do koszuli, którą rzucił niedbale na porośnięty trawą brzeg, dołączyły jego buty. A potem spodnie. I co jeszcze? Nieśmiało podniosłam wzrok. Och. Colin nie potrzebował najwyraźniej żadnej bielizny. Teraz miał na sobie tylko szeroką skórzaną bransoletkę opasującą jego prawy nadgarstek. Zmieszana ponownie wbiłam oczy w ziemię.
Miałam dokładnie trzy możliwości: uciec, przyglądać się jego igraszkom na golasa, albo pójść jego śladem.
– Ech, co tam – mruknęłam do siebie i wyskoczyłam z dżinsów. Jeśli się pośpieszę, nie będę mogła zmienić zdania. Miałam na sobie za mało ubrań. Szybko pozbyłam się T-shirta i majtek i ułożyłam węzełek ubrań na pniu ściętego drzewa.
Colin stał po pas w wodzie i zwrócony do mnie plecami rozpostarł ramiona na boki.
Możliwie bezszelestnie zeszłam po stromym brzegu na dół. Nie chciałam, żeby mnie przy tym oglądał. Źdźbła trzcin łaskotały mnie pod kolanami, usłyszałam, jak żaba nagłym skokiem ratowała się przede mną.
Colin też to usłyszał. Powoli odwrócił się do mnie i przyjrzał mi się dokładnie. Nie dawałam po sobie poznać, że rejestruję jego spojrzenia i ostrożnie zanurzyłam prawą stopę.
– No, chodź już, Meduzo – powiedział cicho.
Woda była lodowata. Jak mogła być tak zimna przy tym upale?, pomyślałam jeszcze i przy następnym kroku straciłam równowagę. Grunt pod stopami nagle się urwał. Prychając, pogrążyłam się w ciemnozielonym mroku strumienia, poczułam falowanie wodnych pnączy i zwinne ciało ryby przepływającej koło moich nóg.
Letnia noc znów objęła mnie rozkosznym ciepłem, kiedy po kilku ruchach na bezdechu wynurzyłam się z wody. Całkiem zapomniałam, jak dobrze czułam się w wodzie. Moje stłuczenia i sine oko już mnie nie bolały. Byłam już prawie przy Colinie. Pod stopami czułam śliskie dno.
Robaczki świętojańskie siadały na wilgotnych włosach Colina, które wiły się w błękitnawym świetle księżyca jak mokre, lśniące czernią węże. Poczułam na sobie powolny prąd i na moment straciłam równowagę. Bez zastanowienia, jakby to było oczywiste, chwyciłam Colina za rękę i jak w stanie nieważkości zbliżyłam się do niego. Krople na jego skórze wysychały błyskawicznie, za to ja ociekałam wodą. Moje nasiąknięte włosy ciężko opadały na kark.
Colin popatrzył na brzeg i zwinął dłonie przy ustach.
– Przestań się wygłupiać, durna szkapo – zawołał. Cień Louisa trwał nieruchomo na brzegu jak pomnik.
– Boi się wody – wyjaśnił Colin, odwracając się do mnie. Musiałam się roześmiać, w rozbawieniu zataczałam koła ramionami, żeby oprzeć się sile nurtu.
Colin puścił mnie i poszedł na płyciznę na środku strumienia. Jego smukła, muskularna sylwetka jak duch wyrastała z migotliwej czerni. Obiema rękami chlapał wodą na Louisa.
– Nie bój się! – śmiał się. Krople wody na jego ciele lśniły jak diamenty. Louis chciał do niego iść, ale nie mógł się przemóc. Nerwowo przebierał nogami na brzegu.
Żeby teraz czas się zatrzymał, pomyślałam. Na zawsze. Ten moment przez całe moje życie. Tutaj, w lodowatej wodzie, z Colinem i jego szalonym koniem.
Poczułam, że tworzę jedność ze strumieniem, niebem i lasem, kiedy spoglądałam na Colina, jak do połowy ud stoi zanurzony w wodzie i zapomniawszy o całym świecie, próbuje zwabić swojego upartego wierzchowca. Jego zgrabny, szczupły tyłek majaczył jasno w świetle księżyca, a wystające łopatki rzucały na plecy ciemne cienie.
Dwoma mocnymi ruchami ramion dopłynęłam do niego i od tyłu oplotłam ramionami jego szyję.
– Masz pecha! – zawołał do zazdrośnie parskającego Louisa, który odważył się wejść w płytką wodę przy brzegu. Chwileczkę, pomyślałam, choć z wielkim trudem przychodziło mi sformułowanie choć jednej rozsądnej myśli. Przecież Colin galopował na Louisie korytem strumienia, żeby mnie uratować. I Louis miałby się bać wody?
– Teraz widzisz, że i ja potrafię być uparty – szepnął mi Colin do ucha i trzymając mnie na barana, pomaszerował ku Louisowi.
Zdecydowanie złapał zanurzoną w wodzie linkę i przyciągnął go do nas. – Nie bój się – uspokoił mnie, delikatnie zdejmując moje ramiona z karku. – Popatrz tylko! – Louis, jakby nagle pojął, że woda jest czymś wspaniałym, poddał się nurtowi i przebierając nogami podpłynął w stronę Colina. Jego głośne parskanie wystraszyło kilka ptaków, które spały w przybrzeżnych zaroślach.
Colin trzymał mnie blisko siebie, kiedy Louis jak niezgrabny morski potwór zawrócił tuż przed nami i uciekł w drugą stronę. Colin ze śmiechem popatrzył za nim.
Potem zwrócił się do mnie.
– A teraz ty – powiedział cicho, ujął moją twarz w dłonie i długo mi się przyglądał. Najpierw zetknęły się nasze czoła, potem położył swoje chłodne usta na moich. Świat na chwilę przestał istnieć. Czułam smak słodkiej, ziemistej wody strumienia, który chłodem opływał moje ciało, i widziałam sny Colina, przez mgnienie oka widziałam je – moja roześmiana twarz, moja naga skóra, włosy rozpostarte na pokrytym liśćmi leśnym podszyciu. I łzy, które pachnąc i migocząc wszystkimi odcieniami szarości, perliły się na moich policzkach.
– Colin – wymamrotałam, kiedy nasze wargi się rozłączyły. Czyżbym w jego oczach widziała lęk? Zesztywniał na chwilę, jakby popełnił błąd. Ale to przecież nie był błąd. To była jedyna słuszna rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłam. Przede wszystkim mnie nie odesłał. Dzisiaj po raz pierwszy pozwolił mi zostać. Policzyłam. Osiem godzin. Spałam w jego ramionach, obudziłam się i nadal byłam żywa. Dlatego mógł mnie mieć. Razem z moimi uczuciami, wspomnieniami i marzeniami. To i tak już się stało – całkiem bez jego udziału.
– Osiem godzin. – Uśmiechnęłam się. – Minęło osiem godzin i kocham cię.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-06-08 (1038 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej