Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
(Nie)Umarli. Księga 3: Summer
 
Katalog - dodano
 Słupnik
- Jakub Bielawski
 Diablero
- F.G. Haghenbeck
 Opowieści z piasku i morza
- Alwyn Hamilton
 Letnia noc
- Dan Simmons
 Pójdę twoim śladem
- Ryszard Ćwirlej
 
- skomentowano
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Podróż do tyłu'' - Hanna Fronczak



Niematerialny podróżnik



Znów unosił się ponad ziemią, czysta świadomość, duch bez ciała.
Gotów był przysiąc, że nigdy nie widział tego muru, ułożonego z kamienia, bez użycia zaprawy, z doskonale spasowanych odłamków granitu, polnych głazów i z grubsza obrobionych kawałków piaskowca, ciągnącego się kręto wzdłuż drogi wyłożonej skruszałymi płytami. Bezcielesny wędrowiec poznawał od wewnątrz strukturę zniszczeń, pęknięcia i rysy, czuł, gdzie stalowa barwa owalnych brukowców zakwita żyłami chłodnej bieli, ciepłego różu i szorstkiej szarości.
Był korzeniami krzewu tymianku, szukającymi dla siebie miejsca w ziemi, pośród kamieni. Przesączał się między zbitymi warstwami piaszczystej gleby, kierując się tam, gdzie była wilgoć i spodziewane nagromadzenie czegoś kojarzącego się z sytością, choć przecież absurdem byłoby sądzić, że bezrozumne ziele mogłoby rozkoszować się stanem nasycenia. (...)
Pozbawiony ciała obserwator wzbił się ponad ziemię. Ciepłe powietrze w drodze ku górze napotkało strumień chłodnego, temperatury splątały się, unosząc drobinki piachu. Nad powierzchnią gruntu zakręcił się powietrzny wir. Unoszący się duch stracił poczucie orientacji od zmian kierunku i nagłego przyspieszenia.
Ześlizgiwał się po chłodnych i ciepłych warstwach powietrza leniwie jak podtrzymywane wiatrem pióro. Zatańczył w koronie drzewa o lancetowatych, podszytych srebrem liściach, przeniknęła go woń zieleni i nagrzanej ziemi. Drgał na drobinkach cząsteczek pyłu, rozpuszczając się w słonecznym świetle, znaczącym drogę, mur i roślinność odrealniającą wszystko złocistą poświatą.
W gęstwinie krzewów, bezpieczna od głodnych drapieżców, pręgowana kotka karmiła dwoje młodych. Podróżnik obniżył lot; zalała go fala czułości, radował się macierzyństwem, oferując maleństwom pełne mleka sutki, masując swe dzieci szorstkim językiem. Kocięta piszczały cicho i garnęły się do ciepłego łona – jedno okrągłe jak wałeczek tłuszczu, w biało-czarne łaty, wciąż ślepe, z oczami zarośniętymi błoną, i drugie – wyschnięty szkielecik przebierający łapkami jak suche patyczki, próbujący uchwycić matczyną pierś martwymi kościanymi szczękami.
Strumień świadomości runął ku ziemi kaskadą, opłynął nadjeżdżający wóz ciągnięty przez parę koni. Boleśnie poczuł ścieranie się zużytej piasty lewego tylnego koła, nagłym zwrotem wypełnił częścią siebie pęknięcie w powietrzu, powstałe po strzeleniu z bata. Okryty peleryną z kapturem furman zdawał się drzemać. Powoli wznoszące się nad widnokręgiem słońce ozłacało sylwetki idących powoli koni: mocno zbudowanego kasztana z białą strzałką nad chrapami i bladego konia-widmo, chrzęszczącego nagimi gnatami, wbrew wszelkiej logice dotrzymującego kroku towarzyszowi w zaprzęgu, razem z nim równo ciągnącego furę.
Niematerialny podróżnik zapragnął wniknąć w ciało woźnicy, lecz napotkał na opór. Zdumiony, spróbował po raz drugi; nie powinien był tego robić. Jego świadomość rozsypała się jak uderzona niematerialnym młotem, pofrunęła na wszystkie strony. Chwilę trwał w rozproszeniu, opanowany narastającą paniką, lecz gdy szok minął, olbrzymim wysiłkiem woli zdołał skupić się znowu w jedną całość.
Wóz wjechał na wysypane drobnym piaskiem podwórze. Po jego wschodniej stronie, podświetlona od tyłu blaskiem dźwigającego się coraz wyżej słońca, stała drewniana, kryta łupkiem stodoła. Rozwarte wrota odsłaniały zacienione wnętrze, przepastne jak gardziel głodnego potwora. Furman wyprzągł konie i wprowadził je do stajni, a wóz, nie zauważając ich braku, wjechał do stodoły jakby napędzany niewidzialnym mechanizmem.
Wciąż nie mogąc dojść do siebie po straszliwym, niezrozumiałym ciosie, rozproszony, mglisty wędrowiec odprowadził wzrokiem nazbyt mobilny pojazd. Prawe skrzydło stodolnych wierzei było nowe, z jasnego drewna; przeniknęła go woń sosnowej żywicy. Lewe składało się z kilku starych, zmurszałych, byle jak zbitych łat. Wleciał do środka wraz z podmuchem wiatru.
Nie wiedział, ile czasu zbierał siły. Kiedy wreszcie odważył się stawić czoła światu na zewnątrz, poszybował w stronę ocieniającego stodołę drzewa. Wschodnia jego strona była żywa, wyciągająca w niebo okryte miękkimi igłami konary, zachodnia zaś nie zachowała nawet pozorów życia – sucha, zmurszała, z pniem przeoranym szramą po uderzeniu niebiańskiej błyskawicy. Bogaty w nowo nabyty respekt, nie próbował penetrować drzewnej tkanki. Wystarczył mu jej obraz zewnętrzny, harmonia przeplatania się gałęzi na przemian martwych i żywych, igieł zielonych i zrudziałych, kory to gładkiej, to sucho chropawej.
Ze stajni wyszedł woźnica i zdjął okrywający go płaszcz z kapturem. Zakręcił okryciem w powietrzu, zarzucając je sobie na ramię. Ukryty w koronie drzewa obserwator zadrżał, nieświadomie poruszając gałęziami. Pozbawiony peleryny furman był człowiekiem i nie był nim zarazem. W jednej chwili dłoń jego była dłonią ludzką, sprawną, cielesną, w drugiej zaś ciało nabierało przezroczystości, a spod niewidzialnej warstwy mięśni wyzierały drobne, precyzyjnie wycyzelowane kości o barwie płynnego złota. To znowu łydka idącego, pokryta opaloną skórą, na ułamek momentu stawała się nogą szkieletu, migocącego zmatowiałym błyskiem piszczeli. Zmiany zachodziły szybko, jednocześnie, coraz to nowe fragmenty jestestwa woźnicy zamieniały się w osypaną brokatem suchą kość, a potem na powrót w prężne, pulsujące krwią ciało. Przyczajony między gałęziami przerażony duch patrzył na pięknie wysklepioną klatkę piersiową, w następnej sekundzie rozwierającą się rusztowaniem gołych żeber, na głowę, to ukrytą pod czarnymi, porudziałymi od słońca włosami, to znowu świecącą złotosrebrną bielą czaszki, wyługowanej przez czas ze wszelkich śladów życia.
Furman – czy to przypadkiem, czy też świadomie – skierował swe kroki w stronę drzewa, zatrzymał się, uniósł głowę i spojrzał w górę, jakby chciał nacieszyć oczy – oczodoły? – przefiltrowaną przez gałęzie poświatą. Nieproszony świadek jego wędrówki poczuł nagle, że traci lekkość, a utrzymywanie się między konarami przekracza jego siły. Miękko spłynął po pniu wprost pod nogi woźnicy, a ten w szyderczym salucie wzniósł ku struchlałemu ze strachu obserwatorowi nagle zjawiony w dłoni na wpół opróżniony kielich. Wraz ze zbliżającą się postacią nadciągała groza – gęsta, przejmująca, nie do odparcia.
Podróżnik nie był już mglistym widmem, nagle oblókł się w ciało. Miał powieki, więc mocno je zacisnął, poczuł ręce, zatem obronnym gestem uniósł je ku twarzy. Sparaliżowany przerażeniem, skulił się na piasku pod drzewem, na kolanach, z obliczem ukrytym w dłoniach. Gdyby miał możliwość, zasłoniłby sobie uszy i otoczył się grubym, szczelnym kokonem, jakim owijają się przed wykluciem gąsienice niektórych motyli. Nie chciał słyszeć, nie chciał czuć, nie chciał widzieć jak kroczy ku niemu pozłacana śmierć.


Rezurekcjusz



Kościół był niewielki i z pewnością nie pomieściłby wszystkich mieszkańców Mariendorf. Grube mury z mniejszych i większych kamieni łagodnie przechodziły w kopulaste sklepienie. Herbert rozejrzał się. Świątynia wyglądała na starą, mogła mieć dwieście, a nawet pięćset lat. Jej planów nie nakreślił żaden znakomity architekt, nie odznaczała się harmonią kształtów, brak jej było smukłych kolumn, strzelistych wież, łukowatych okien kierujących spojrzenia ku niebiosom. Ot, zwykły prowincjonalny kościółek, pobudowany prawdopodobnie przez założyciela wioski.
Nieumarły usadowił się w ławce i zapatrzył w okienko, wpuszczające do wnętrza domu Bożego nieco zimowego światła. Widoczne przez grube, osadzone w ołowiu szybki niebo przybierało barwę grafitu – z zachodu nadciągały chmury, powietrze się ochłodziło i lada chwila mógł zacząć padać śnieg.
Oprócz niego w świątyni był tylko jeden człowiek – spoczywający na marach chłopak o dziwacznym imieniu. Towarzystwo nieboszczyka nie przeszkadzało Herbertowi ani trochę – nauczył się, że niebezpieczni mogą być tylko żywi. Martwi są cisi, spokojni i nader rzadko podnoszą się z miejsca spoczynku.
(...)
Herbert rozmasował skronie palcami. Głowa niby go nie bolała, miał jednak wrażenie, że znajduje się na niej szklany klosz, tłumiący wszelkie dźwięki i uniemożliwiający dopływ świeżego powietrza. Być może miało to związek z nadciągającą zmianą pogody, mogło być też tak, że z równowagi wytrącił go nagły zgon w klasztorze. Nie widział Rezurekcjusza nigdy dotąd – podobnie jak większości tutejszych zakonników. Nie uczestniczył w nabożeństwach, jako ozdrowieniec nie przestrzegał pór posiłków, lecz chodził po jedzenie do kuchni. Był obcy. Gdyby nie Lorenz, nie miałby do kogo ust otworzyć.
Skrzypnęły drzwi, od strony kruchty wionął kąśliwy, lodowaty podmuch. Herbert obrócił się z wysiłkiem, by dowiedzieć się, kto zakłóca mu upragnioną samotność.
W szarym świetle padającym z wysoko umieszczonych okienek ku ołtarzowi zbliżała się wysoka, chuda postać. Nadchodzący mnich miał czarne, przetykane siwymi pasmami włosy, jastrzębi profil, suchą twarz i pewne ruchy człowieka dobrze urodzonego. Do tej pory ozdrowieniec widział go tylko raz, a spotkanie pamiętał jak przez mgłę.
Przeor Neidhard.
Zakonnik minął obserwującego go mężczyznę, podszedł w kierunku ołtarza i w milczeniu przyklęknął na schodku oddzielającym prezbiterium od głównej nawy. Przez chwilę trwał w bezruchu, w końcu wstał, przeżegnał się i wolnym krokiem ruszył w kierunku wyjścia.
Nie doszedł do niego. Mijając Herberta, zatrzymał się i bystro spojrzał mu w oczy.
– Nie przeszkadzam? – zapytał uprzejmie.
– Nie, skądże – gładko zełgał nieumarły, błyskawicznie dochodząc do wniosku, że kłamstwo w kościele to wprawdzie grzech, ale narażenie się przeorowi to poważne przestępstwo.
Starszy zakonnik z westchnieniem usiadł w kościelnej ławie. Wsparł łokcie na pulpicie i oparł czoło na złożonych dłoniach.
– Przychodzę tu czasami – wyznał po chwili – nie po to, by się pomodlić. Dom Pański to dom spokoju, i potrzebuję niekiedy, żeby ten spokój i mnie się udzielił.
– Czy Rezurekcjusz… – zaczął Herbert.
– To była czysta śmierć – odparł Neidhard, nie zmieniając pozycji, z zamkniętymi oczami i głową wspartą na splecionych dłoniach. – Podobno prostaczkowie Boży idą prosto do nieba. Mam nadzieję, że on już tam jest… i ma trochę więcej rozumu niż na tym świecie.
– Miał niezwykle oryginalne imię – zauważył Herbert, ostrożnie podtrzymując unieruchomioną rękę.
– Był wychowankiem klasztoru – mruknął przeor. – Podrzutkiem. Znalezionym pod bramą w Wielką Sobotę. Można powiedzieć, że to imię sam sobie przyniósł. A zresztą – machnął ręką – czy to ważne, jak się nazywał? Pan pozna swoich. Mądrych i głupich, przybierających miana świętych i tych kompletnie bezimiennych. – Zmarszczył brwi, a jego twarz rozjaśnił zmęczony uśmiech. – Na ziemi był tylko gościem. Miał szesnaście lat. Każdy kiedyś dostaje swój raj; Rezurekcjusz robi teraz to, na czym się zna: pasie owce na Bożych pastwiskach.
Herbert pytająco uniósł brew.
– Opiekował się klasztornymi zwierzętami – wyjaśnił Neidhard. – Był owczarzem i krowiarzem, znakomicie rozumiał bydlęta. Myślę, że to dlatego, iż, odpuść mi, Panie – wzniósł oczy ku niebiosom – miał mniej więcej tyle rozumu, co one. Bracia śmieli się z niego po kryjomu, nawet mnie jego bezmyślność wyprowadzała czasami z równowagi. To była smutna dusza. Smutny człowiek. Nie poradziłby sobie sam, bez pomocy by zginął. Opiekowaliśmy się nim, jak umieliśmy. Teraz nie żyje, a ja czuję ulgę. Powinienem się radować, że trafił do Pana, ale nie potrafię. Cieszę się, że nigdy już niczego nie popsuje, nie rozleje świętych olejów na mszał, nie przebierze się w ornat i nie będzie w nim tańczył po kościele. Odpoczniemy wszyscy. I on – wskazał pogrążone w mroku mary – i my.
– To smutne epitafium – stwierdził Herbert z zadumą.
– Owszem – przytaknął zimno Neidhard, spoglądając na niego spod przymrużonych powiek – tak właśnie w życiu jest. Świat się nad nami nie rozczula, żołnierzu.
– Nie jestem żołnierzem.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-06-10 (1027 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej