Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Oryks i Derkacz
 
Katalog - dodano
 Nikt nie idzie
- Jakub Małecki
 Epoka diamentu
- Neal Stephenson
 Kroniki Jaaru. Tajemne imię
- Adam Faber
 Hajmdal. Księżyce monarchy
- Dariusz Domagalski
 Alyssa i czary
- A.G. Howard
 
- skomentowano
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Thor'' - Wolfgang Hohlbein



Jeśli miał wcześniej jakieś imię, dziś go nie pamiętał.
Jeśli miał rodziców, nie potrafił ich sobie przypomnieć.
Jeśli się kiedyś narodził, nie miał pojęcia, kiedy to było.
Biel.
Jego świat wypełniały zimno i okrutna, pożerająca wszystko biel; białość, która go oślepiała i nie pozwalała widzieć niczego, czego by nie mógł dosięgnąć rękoma. Mróz szarpał lodowatymi pazurami jego ciało, w torturę zmieniał kolejne kroki i przy każdym oddechu wypełniał płuca ostrzami noży.
Dookoła szalała burza, wył wiatr, wszystko wirowało. Miał wrażenie, że jeśli zmusi swoje wycieńczone ciało do jeszcze kilku kroków, nie będzie już dla niego ratunku i umrze z wyczerpania; jednocześnie miał pewność, że śmierć nadejdzie o wiele szybciej, jeśli przestanie się ruszać. I choć nie podobało mu się ani stanie w miejscu, ani dalszy marsz, to wiedział jedno – chciał żyć.
Wiatr zmienił kierunek. Podmuchy, którym ostatkiem sił próbował stawić czoła, zaatakowały go z boku z taką wściekłością, że zatoczył się jak pijany i ciężko upadł. Nadwyrężone stawy strzeliły jak suche gałązki łamane stopami olbrzyma, a z ust wyrwało się bolesne jęknięcie. Piekły go dłonie, jakby trawił je lodowaty ogień. Mimo to, w jakiś niepojęty sposób w bólu znajdował nową siłę.
Podniósł się z ziemi i przycisnął dłonie do twarzy: gładkie policzki bez zarostu i długie włosy, poprzetykane przymarzniętymi kawałkami lodu. Czyżby… był jeszcze młodzieńcem?
Wsłuchał się w siebie, by znaleźć odpowiedź, lecz nic nie usłyszał. Uniósł więc wzrok i zaczął oglądać swoje ciało.
To, co zobaczył, zdawało się przeczyć pierwszemu wrażeniu. Czuł wprawdzie, że jest jeszcze młody, lecz spoglądał na ciało dojrzałego mężczyzny; wysokiego, szczupłego i mocno umięśnionego. Miał na sobie proste, wygodne ubranie – ciężkie wełniane spodnie i podbite futrem buty z delikatnej skóry, miękkie i dopasowane, lecz przez okrutny mróz stężałe jak skała. Całości dopełniał gruby pikowany kaftan i szeroki skórzany pas, przy którym wisiała pochwa małego miecza, albo może raczej dużego sztyletu. Nie nosił płaszcza, a kiedy uniósł dłoń i dotknął palcami włosów, zorientował się, że ma gołą głowę. Burza śnieżna musiała go zaskoczyć, bo ubranie nie było odpowiednie na taką pogodę. A może… może zdarzyło się coś jeszcze, coś dużo gorszego…


(...)


Jeźdźcy pojawili się na szczycie wzgórza za domem w chwili, kiedy dobiegł na brzeg stawu. Ale tylko sześciu. Siódmego nigdzie nie mógł dojrzeć. Pozostali stanęli na chwilę w równym szeregu niczym perły nawleczone na nitkę, a potem ruszyli. Ogarnął go paniczny strach, bo gnali niewiarygodnie szybko.
Nie miał najmniejszych szans na ucieczkę.
Mimo to spróbował. Rzucił się przez lód z taką prędkością, że kilka razy niemal upadł na brzuch, a kiedy dopadł drugiego brzegu, na czworakach wspiął się na stromą skarpę. W połowie zbocza zaryzykował szybkie spojrzenie przez ramię. W jednej chwili pożałował ciekawości.
Jeźdźcy rozdzielili się. Dwóch ruszyło w prawą i dwóch w lewą stronę, by odciąć mu drogę, gdyby jakimś cudem umknął pozostałej parze, która ścigała go, idąc po śladach. Nie miał złudzeń, że mu się uda. Oba potężne rumaki były tuż, tuż. Pędziły z lekkością, która nie współgrała z ich gigantycznymi rozmiarami. Spod ciężkich kopyt wystrzeliwały w powietrze fontanny śniegu i drobinki lodu, co wyglądało, jakby przy każdym uderzeniu w ziemię krzesały białe skry. Zanim się dostał na samą górę, jeźdźcy minęli brzeg i wgalopowali na zamarzniętą taflę. Ciężar konia z człowiekiem był zbyt duży, by lód to wytrzymał, lecz przybysze pędzili tak szybko, że nie zapadali się w wybijanych podkowami dziurach. Z chrap zwierząt i spod pancernych przyłbic unosiły się obłoczki szarej pary. Hełmy wykuto na podobieństwo demonicznych twarzy, ich rysy bardziej odzwierciedlały jakieś mityczne istoty niż ludzi. Może tym właśnie byli? Widok był tak dziwaczny i nierzeczywisty, że zatrzymał się na chwilę, nie mogąc oderwać od nich wzroku.
Ten moment wahania niemal kosztował go życie. Pierwszy jeździec znalazł się tuż obok i wziął zamach. Lecz on w ostatniej sekundzie rzucił się na bok i nim wylądował w śniegu, poczuł, że coś przesuwa się centymetry od jego pleców. Prześladowca pomknął dalej, roztrącając krzaki i gałęzie, które jak szkło pękały pod naporem zbroi. W następnej sekundzie nadjechał kolejny. Centymetry od jego twarzy w śnieg uderzyło podkute żelazem kopyto, a w powietrzu śmignęło coś wąskiego, zakończonego ostrym metalowym grotem. Krzyknął, bo jego ramię przeszył palący ból. Mimo to, sięgnął drugą ręką za siebie, zacisnął palce na drzewcu i szarpnął z całej siły. Napastnik wrzasnął zaskoczony, zachwiał się w siodle i o ułamek sekundy za późno pojął, że wystarczyło porzucić włócznię. Bezradnie upadł w śnieg, przeturlał się kawałek i uniósł ramiona, by osłonić głowę przed kopytami, bo spłoszony wierzchowiec omal go nie stratował.
Błyskawicznie poderwał się z ziemi i jeszcze raz szarpnął za drzewce. Wyrwanie włóczni z ciała przysporzyło mu jeszcze większego cierpienia. I zabiłby powalonego przeciwnika, bo broń ożyła w jego rękach i zawibrowała, jakby nie mogła się już doczekać krwi: wycelował w wąską szczelinę między hełmem a napierśnikiem…
Lecz w tym samym momencie wrócił pierwszy jeździec.
Kątem oka zauważył zbliżający się cień i instynktownie odskoczył w bok. Biały ogier musnął go w biegu, lecz i to delikatne dotknięcie starczyło, bo zwalić go z nóg i zepchnąć z powrotem ze skarpy. Tocząc się, zgubił włócznię, a kiedy wyrżnął w lodową taflę, pociemniało mu w oczach. Dwa pierwsze oddechy kosztowały go niewysłowiony ból.
W miejscu, w którym upadł, lód popękał i spod spodu zaczęła sączyć się woda. Kałuża objęła jego lewy bok, a temperatura była prawdziwą torturą. I choć cierpiał, zimno okazało się wybawieniem – po chwili znieczuliło ranne ramię i odegnało ból.
Zamarznięty śnieg zaskrzypiał pod czyimiś ciężkimi krokami. Kiedy otworzył oczy, dostrzegł wzmocnione metalowymi płytkami skórzane buty. Klinga ciężkiego miecza błysnęła w świetle, które nagle stało się dziwacznie matowe i pozbawione głębi.
Teraz role się odwróciły: tym razem to napastnik mógł go – leżącego na śniegu – zabić. Z jakiegoś jednak powodu tego nie zrobił. Więcej, cofnął się o krok i przechylił głowę, by go lepiej widzieć przez wąskie otwory w przyłbicy. W ukrytych pod stalą oczach czaiło się coś… niesamowitego.
Chociaż może to wcale nie oczy, tylko świetlne refleksy? Bo dotychczas intensywnie niebieskie niebo zniknęło za szarymi chmurami, które pojawiły się znikąd. Lodowaty wiatr jął szarpać go za włosy i wyć jak stada głodnych wilków.
Z wysiłkiem uklęknął, a potem podpierając się rękoma, wstał, sięgnął do paska i wyciągnął miecz Lassego. Budzący grozę rycerz poczekał, aż dobędzie broni, a potem wykonał ruch, którym wytrącił mu go z ręki. Ostrze rozpadło się jeszcze w powietrzu na kawałki.
Cofnął się ze strachem. Wyczuł za plecami jakiś ruch i momentalnie przypomniał sobie o drugim wojowniku, który w tym czasie musiał zajść go od tyłu.
– Chodź z nami albo zginiesz!


(...)


Przez pierwsze dwie, trzy godziny nie rozmawiali ani o tajemnicy istnienia Midgard, ani o Posłańcach Światła. Tak naprawdę to wcale nie rozmawiali, bo Bjorn i jego towarzysze narzucili bardzo szybkie tempo, przy którym wszyscy musieli się skupić na siedzeniu w siodle. Choć Thor nie potrafił sobie niczego przypomnieć, miał pewność, że wcześniej był świetnym jeźdźcem. Po jakimś czasie doszedł jednak do przekonania, że albo zwodził go instynkt, albo celowo dali mu znarowionego konia, bo zwierzę na przemian to próbowało go ugryźć, to zrzucić z grzbietu. Spod opuszczonej przyłbicy hełmu Sveriga wyczuwał jego złośliwe spojrzenia.
Przez kilka bitych godzin, nie zwalniając, gnali na północ. Minęli twierdzę, zostawili za plecami zaśnieżone pola i kilka niewielkich gospodarstw, porozrzucanych tu i tam, bez jakiegoś porządku, jak muchy w sieci pająka. Im bliżej byli wyższego końca doliny, tym mniej ludzi spotykali po drodze. Po niedługim czasie zostali zupełnie sami. Kiedy Thor obrócił się w siodle, by spojrzeć za siebie, nie dostrzegł już ani twierdzy, ani żadnego z domostw, a nawet sama wioska zmieniła się w ciemniejszą plamkę na nieskazitelnie białej pierzynie śniegu.
O tyle, o ile mógł ocenić po świetle słońca przyklejonego wciąż na tej samej wysokości, musiało zbliżać się południe. Teren zrobił się tak nierówny, że musieli zsiąść z koni i prowadzić je za uzdy… co jego nieznośne zwierzę wykorzystało oczywiście do kolejnych prób złapania go zębami. W ostatniej chwili udało mu się odskoczyć, ratując palce.
Okazało się wkrótce, że niewiele dalej będą mogli poruszać się w taki sposób. Minęli ostry zakręt i stanęli na wąskim płaskowyżu, szerokim na dziesięć i długim na trzydzieści kroków. Mimo to, znalazło się na nim dość miejsca dla niewysokiej chatki wzniesionej z nieociosanych kamieni, maleńkiego zagajniczka, w którym wszystkie drzewa były prawdopodobnie uschnięte, i dwóch niesymetrycznie położonych zagródek. Jedna z nich była pusta, w drugiej tłoczyło się pół tuzina szarobiałych zwierzaków. Thor nie potrafił rozpoznać, czy patrzył na zabiedzone owce, czy na szczodrze porośnięte wełną kozice górskie. Z otworu dymnego w dachu unosiły się kłęby czegoś, co wyglądało bardziej na parę wodną niż na dym. Poczuł też dziwaczny zapach, w którym dominująca była woń zbliżona do zepsutych jaj, lecz nie tak nieprzyjemna.
– Tutaj zostawimy konie – oznajmił Bjorn, zatrzymując się za nim. – Dalej nie da się jechać w siodle, a jeszcze kawałek i pozostanie nam tylko wspinaczka. Umiesz się wspinać?
– Trochę – odrzekł Thor.
– Po co pytasz, Bjorn? – warknął Sverig z tyłu. – To przecież Thor. On umie wszystko.


(...)


Znów poczuł, jak gęstnieje mrok w kątach i jak cienie chcą zwinąć się razem i zgęstnieć w przedmioty. Zamknął oczy i z taką siłą zacisnął pięści, że stawy strzeliły. Niewidzialna ciemność cofnęła się, ustało drapanie w głowie.
– Powinnaś była mi powiedzieć.
– Co niby? – westchnęła Urd. – Przecież mnie nie zapytałeś. Poza tym miałam wrażenie, że nudzą cię opowieści o dawnych bogach. Albo wierze ludzi.
Thor chciał takiej rozmowy, wolał jednak, by się toczyła na zewnątrz. Przegonił duchy, które szponami darły jego myśli, lecz wnętrze wieży wciąż budziło jego strach. Choć może nie tyle chodziło o samo miejsce, co o to, jakie przeżycia z nim wiązał.
– To… prawda – powiedział z wahaniem, a potem zakaszlał zmieszany, chcąc się odwrócić. – Może to mój błąd. Czy teraz wszystko mi opowiesz?
– Ludziom się wydaje, że szerzymy jakąś nową wiarę, ale to… – zaczęła kobieta i szybko spostrzegła, że w ogóle jej nie słucha. Thor odwrócił się i ruszył w stronę wyjścia. Rzuciła się za nim, a kiedy go dogoniła, zaczęła od początku, inaczej dobierając słowa.
– Ludzie myślą, że Posłańcy Światła głoszą jakąś nową wiarę, ale to nieprawda. Kapłani niosą w sercach słowa dawnych bogów. Jedynych prawdziwych bogów, Thorze. Odyna, Frei i Baldura.
Thor odezwał się dopiero, gdy znalazł się na dworze i wyszedł z cienia wieży, dopiero wtedy poczuł, że na powrót może swobodnie oddychać.
– Wystarczy, że mi o tym wszystkim opowiesz – rzekł. – Nie musisz mnie do niczego przekonywać.
Jeszcze zanim skończył, już pożałował tych słów. Mimo to Urd jedynie westchnęła i jeśli zrobiła jakąś minę, to raczej zatroskaną niż obrażoną.
– Zdaje się, że zasłużyłam sobie – przyznała. – Ale wiara kapłanów Światła nie jest z gruntu zła. Złe jest to, co czynią w jej imię, lecz sama wiara nie. Starzy bogowie to najlepsze, co się ludziom mogło trafić. Kiedy jeszcze rządzili światem, panował pokój. Nikt nie musiał drżeć o swoją wolność ani o życie dzieci.
– Mówisz o tych samych bogach, w których imieniu twoi Bracia i Siostry ciemiężą całe narody i palą żywcem tych wszystkich, którzy mają czelność się im przeciwstawić?
Urd pokiwała głową i pogładziła dłonią brzuch.
– Z nową wiarą często jest jak z nowym życiem – wyjaśniła. – Czasem musi być na początku ciężko i nieprzyjemnie, żeby potem było lepiej; poród to bardzo bolesna sprawa.
– Przecież oni nie głoszą słów starych bogów – powiedział. A nawet jeśli, to nie tych samych, których on znał pod tymi imionami. – Oni głoszą słowa boga ognia.
– Mówisz o Lokim? Tak, Loki to bóg ognia.
Thor zatrzymał się, zaskoczony.
– Loki?
– Ma wiele imion – potwierdziła Urd. – Kto lepiej by się nadawał, by ogniem podbić świat i wypalić z serc ludzi stare przesądy? Ale po nim nadejdą kolejni. Wrócą starzy bogowie. A Posłańcy Światła im w tym pomogą. Jeśli Odyn powróci i zajmie należne mu miejsce, to my będziemy w Walhalli siedzieć u jego boku.
Thor nie mógł uwierzyć w to, co słyszał.
– Ty… chcesz mnie sprawdzić, prawda? To test? – zapytał z wysiłkiem. – Czy tylko stroisz sobie ze mnie żarty.
– Ja? Z ciebie? Z wcielonego boga? Jakże bym śmiała! – I energicznym potrząśnięciem głowy zaprzeczyła, nie dając dojść mu do słowa. – Wiem, wiem, nie jesteś bogiem. Tak w każdym razie twierdzisz. Ale czymkolwiek i kimkolwiek jesteś, znalazłeś się w środku. Widziałeś, do czego zdolni są ludzie, którzy wierzą we właściwych bogów.
– Zdolni?
– Widziałeś kiedykolwiek twierdzę równie potężną, jak ta? Znalazłeś się w miejscu równie mocno przesiąkniętym mocą? – I sama sobie odpowiedziała, jeszcze energiczniej potrząsając głową. – Obserwowałam cię, Thorze. Wiem, że nie będziesz chciał przyznać mi racji – choć nie mam pojęcia, dlaczego – ale ty też to czułeś. To samo, co ja.
– Urd! – krzyknął przestraszony. – Chyba nie mówisz poważnie! – Wyciągnął rękę, ale kobieta mu uciekła.
– Mówię śmiertelnie poważnie – powiedziała. – I ty też powinieneś! Czujesz moc, która wypełnia to miejsce! Ja też ją czuję.
– A jeśli nawet? – zapytał cichym, bezdźwięcznym głosem.
– To powinieneś zrozumieć, że ich powrót jest tylko kwestią czasu, Thorze. I postawić sobie pytanie, po czyjej stronie staniesz, kiedy nadejdzie czas wyboru.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-06-16 (1079 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej