Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Wody głębokie jak niebo
 
Katalog - dodano
 Noc bez gwiazd
- Peter F. Hamilton
 Cynobrowe pola
- Aleksandra Radlak
 Księga czarownic
- Deborah Harkness
 Szczury Wrocławia. Kraty
- Robert J. Szmidt
 Twarzą w twarz
- Agata Suchocka
 
- skomentowano
 Wiedźmie opowieści
- Olga Gromyko
 Pierwsze słowo
- Marta Kisiel
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Ukąszenie pająka'' - Jennifer Estep



1



– Nazywam się Gin i zabijam ludzi.
W innej sytuacji moje wyznanie wzbudziłoby przerażenie. Pobladłe twarze. Krople nerwowego potu. Tłumione krzyki. Krzesła, przewracane w panice, gdy wszyscy rzucają się do drzwi, nim zatopię nóż w ich sercu – albo plecach. Rana to rana. Nie byłam wybredna, jeśli chodzi o to, gdzie ją zadać.
– Witaj, Gin – odpowiedziały mi cztery osoby idealnie równym, monotonnym tonem.
Ale nie tutaj. Za grubymi murami Zakładu dla Chorych Psychicznie w Ashland moje wyznanie, choćby najprawdziwsze pod słońcem, nie wywołało nawet uniesienia brwi, a co dopiero szoku i przerażenia. Byłam w miarę normalna, przynajmniej w porównaniu z dziwadłami natury i magii, które zamieszkiwały ten budynek. Jak Jackson, olbrzym albinos. Miał ponad dwa i pół metra wzrostu, ślinił się bardziej niż mastif i gaworzył jak trzymiesięczne dziecko.
Długa nitka przezroczystej śliny zwisała z jego wielkich warg, ale Jacksona za bardzo zaprzątało mamrotanie bzdur do stokrotki niestarannie wytatuowanej na jego dłoni, by zwracał na to uwagę albo by zrobił coś rozsądnego i higienicznego, na przykład wytarł usta. Odsunęłam się od niego, żeby nie otrzeć się przypadkiem o bezustannie płynącą ślinę.
Ohyda. Ale Jackson był typowym mieszkańcem tego Zakładu. Zakładu. Zawsze mi się chciało śmiać, gdy słyszałam tę nazwę. Takie niewinne określenie dla piekła na ziemi.
Wystarczająco złe było to, że tkwiłam tu już od prawie tygodnia. Ale najbardziej doprowadzały mnie do szału hałasy – i konieczność słuchania odgłosów budynku. Wrzaski szalonych i potępionych wsiąkały od lat w granitowe ściany i posadzki, podobnie jak inne emocje i czyny. Ponieważ miałam moc Kamienia, wyczuwałam wibracje skał, słyszałam bezustanny, szaleńczy bełkot nawet przez wykładzinę i białe bawełniane skarpetki.
Kiedy się tu zjawiłam, usiłowałam nawiązać kontakt z kamieniem, posłużyć się moją magią, by dodać mu otuchy. Albo przynajmniej uciszyć krzyki, żebym mogła zasnąć w nocy. Nic z tego. Kamienie mnie nie słuchały, nie odpowiadały na wezwanie magii, straciły kontakt ze światem zewnętrznym, jak ci biedacy, którzy mieszkali w tych ścianach.
Teraz tylko blokowałam hałas – blokuję mnóstwo rzeczy.
Kobieta siedząca u szczytu kręgu plastikowych krzeseł pochyliła się. Siedziała dokładnie naprzeciwko mnie, więc bez trudu pochwyciła mój wzrok.
– Już to mówiłaś, Gin. Rozmawiałyśmy o tym. Tylko ci się wydaje, że jesteś zabójczynią. To nieprawda, uwierz mi.
Evelyn Edwards. Pani doktor, której zadaniem było leczenie świrów w tym magicznym wariatkowie. W obcisłym czarnym kostiumie, bluzce w kolorze kości słoniowej i pantofelkach na niskim obcasie emanowała profesjonalnym chłodem i pewnością siebie. Okulary w grubych, czarnych, kwadratowych oprawkach zsunięte na czubek zadartego nosa podkreślały zieleń jej oczu. Jasnorude włosy strzygła krótko, na pazia. Była ładna, ale dobrze znałam minę, którą widziałam na jej pobladłej twarzy.
Minę przebiegłego drapieżnika.
Powód, dla którego się tu dzisiaj znalazłam.
– Nie, oczywiście, że nie jestem zwykłą zabójczynią – odparłam. – Jestem Pająkiem. Na pewno o mnie słyszałaś.
Evelyn przewróciła oczami i spojrzała na potężnego sanitariusza. Stał tuż za kręgiem krzeseł. Parsknął śmiechem, podniósł rękę do czoła i narysował kółko.
– Oczywiście, że słyszałam o Pająku. – Evelyn starała się zachować cierpliwość. – Wszyscy o nim słyszeli. Ale ty na pewno nim nie jesteś.
– Nią – poprawiłam.
Sanitariusz znowu się roześmiał. Niezadowolona, uniosłam brew. Ale niech się śmieje, ten rechot będzie go kosztował życie. Nie lubię, kiedy się ze mnie śmieją, nawet jeśli od kilku dni udaję świra.
Żeby kogoś zabić, trzeba się do niego zbliżyć. Znaleźć w jego świecie. Polubić to samo, co on. Robić to samo, co on. Myśleć o tym samym, co on.
Żeby zrealizować zlecenie dotyczące Evelyn Edwards, musiałam trafić do Zakładu dla Chorych Psychicznie w Ashland. W oczach Evelyn i jej podwładnych byłam tylko kolejną schizofreniczką zgarniętą z ulicy, którą do obłędu doprowadziła magia żywiołów, narkotyki, albo i jedno, i drugie. Kolejna biedna pensjonariuszka, której nie warto poświęcać czasu, uwagi, troski czy okazywać współczucia.
Od kilku dni usiłowałam przekonać Evelyn i pozostałych, że jestem równie zwariowana jak cała reszta bełkoczących świrów. Plotłam bzdury, że jestem zabójczynią. Śliniłam się. Malowałam obrazy palcem umoczonym w warzywnym puree, które podawali nam na obiad. Podczas terapii zajęciowej obcięłam sobie nawet kilka kosmyków długich, tlenionych włosów, żeby zachować pozory. Sanitariusze wprawdzie odebrali mi nożyczki, ale zanim to zrobili, zdążyłam odkręcić nimi śrubę w stole.
Później ją zaostrzyłam, tak że przypominała czterocentymetrowy grot strzały. A teraz tę właśnie śrubę ukrywałam w dłoni. I dokładnie tę śrubę wbiję w gardło Evelyn. Broń spoczywała w mojej dłoni. Czułam metal przez skórę pokrytą bliznami. Twardy. Zimny. Rzeczywisty. Dodający otuchy.
Oczywiście tak naprawdę nie potrzebowałam żadnej broni, żeby ją zabić. Mogłabym ją załatwić za pomocą magii Kamienia. Mogłabym skorzystać z mocy płynącej w moich żyłach. Mogłabym sprawić, by setki metrów sześciennych granitu, z których zbudowano szpital, zawaliły się z hukiem i ją pogrzebały. Posługiwanie się magią Kamienia przychodzi mi równie łatwo jak oddychanie.
Może to zawodowa duma, ale nie korzystałam z mocy Kamienia, żeby zabijać, chyba że już naprawdę musiałam, chyba że nie miałam innego wyjścia, by wykonać zadanie. To po prostu byłoby zbyt łatwe. A co ważniejsze, magia zwraca uwagę w tych stronach. Zwłaszcza magia żywiołów. Gdybym często powodowała zawalenia się budynków albo obsypywała ludzi deszczem cegieł, policjanci i inne, o wiele bardziej nieprzyjemne indywidua zwróciłyby uwagę na te zdarzenia – i na mnie. W ciągu minionych lat narobiłam sobie wielu wrogów; przeżyłam tak długo tylko dlatego, że wiedziałam, jak trzymać się w cieniu. Wiedziałam, jak zjawiać się i znikać całkowicie niezauważona, podobnie jak mój imiennik – Pająk.
Zresztą jest wiele sposobów, by pozbawić kogoś życia. Nie potrzebuję do tego magii.
– Pająk. – Usta Evelyn drgnęły i pozwoliła sobie na lekki uśmiech. – Akurat uwierzę, że ktoś taki jak ty mógłby nim być. Pająk, najbardziej przerażający zabójca na Południu.
– Na wschód od Missisipi – poprawiłam ją znowu. – I owszem, jestem Pająkiem, naprawdę. Co więcej, zabiję ciebie, Evelyn. Za trzy minuty. Odliczanie już się zaczęło.
Może to skutek mojego wzroku – spokojnego spojrzenia szarych oczu. A może wywołał to całkowity brak emocji w moim głosie. W każdym razie przestała się śmiać, ucichła jak zwierzę w pułapce. Właściwie to dobre porównanie.
Wstałam, przeciągnęłam się, chwyciłam lepiej śrubę. Biała koszulka z długim rękawem uniosła się, odsłoniła mój płaski brzuch, widoczny nad spodniami od piżamy. Wysoki sanitariusz oblizał się, gapiąc się na moje biodra. Ostatnie marzenia przed egzekucją.
– Ale dość o mnie. – Ponownie opadłam na krzesło. – Porozmawiajmy o tobie, Evelyn.
Pokręciła głową.
– Och, Gin, wiesz, że to wbrew przepisom. Terapeutom nie wolno rozmawiać z pacjentami na swój temat.
– Dlaczego nie? Od kilku dni zasypujesz mnie pytaniami. Chcesz, żebym się otworzyła, opowiadała o przeszłości. O tym, co czuję. O tym, że powinnam się pogodzić z faktem, że jestem oziębła i pozbawiona uczuć. Teraz twoja kolej, rozumiesz. Zresztą w rozmowach z Rickym Jordanem nie miałaś takich oporów.
Oczy za okularami otworzyły się szeroko.
– Gdzie... Gdzie słyszałaś to nazwisko?
Puściłam jej pytanie mimo uszu.
– Ricky Robert Jordan. Lat siedemnaście. Magia Powietrza i ciężki przypadek choroby dwubiegunowej. Uroczy, ale pokręcony chłopak, jeśli wierzyć wszystkim, którzy go znali. Doprawdy, Evelyn, nie powinnaś była zadawać się z nim.
Zaciskała dłoń na długim, złotym piórze, aż z wysiłku pobielały jej knykcie. Sanitariusz zmarszczył brwi. Wodził wzrokiem między nami, jakbym grała z Evelyn w słownego tenisa. Jackson i trzej inni pacjenci siedzieli dokoła nas, śliniąc się, bełkocząc bez sensu, zamknięci we własnych dziwacznych światach.
– A dokładniej mówiąc, nie powinnaś była robić sobie z niego kolejnego kochanka na oddziale, Evelyn – mówiłam dalej. – Spanikowałaś, kiedy do niego dotarło, że nie zostawisz dla niego męża? Groził, że powie rodzicom, że go uwiodłaś, podobnie jak wszystkich innych przystojnych młodych mężczyzn powierzonych twojej opiece? Czy to dlatego nafaszerowałaś go środkami halucynogennymi i wysłałaś do domu, do rodziny?
Evelyn oddychała płytko, urywanie. Widziałam żyłę na jej szyi, pulsowała jak skrzydła kolibra.
Pochyliłam się, patrzyłam w jej oczy wypełnione paniką.
– Ani mamusia, ani papcio nie byli zachwyceni, gdy Ricky podczas kolejnego kryzysu powiesił się w szafie. Ale zanim to zrobił, napisał list, w którym tłumaczył, że bez ciebie po prostu nie może dalej żyć.
Normalnie nie zawracałabym sobie głowy całym tym tłumaczeniem. To takie banalne. Dostałabym się do zakładu, zabiła Evelyn i uciekła, zanim ktokolwiek zorientowałby się, że nie żyje. Ale poinformowanie Evelyn Edwards, dlaczego umiera, stanowiło jeden z warunków zlecenia. I wzbogacało mnie o pół miliona dolarów. Netto.
– I właśnie dlatego tutaj jestem, Evelyn. Właśnie dlatego umrzesz. Pieprzyłaś się z niewłaściwym chłopcem.
– Strażnik! – ryknęła Evelyn.
Było to ostatnie słowo, jakie wypowiedziała. Wystarczył jeden ruch mojej ręki, a zaostrzona śruba pomknęła przez powietrze i zagłębiła się w jej gardle. Przebiła tchawicę. Bingo. Krzyk Evelyn przeszedł w świszczące rzężenie. Zsunęła się z plastikowego krzesła na podłogę. Zacisnęła dłoń na śrubie, wyrwała ją z ciała. Krew trysnęła na wykładzinę, rozlała się plamą jak atrament w teście Rorschacha. Głupio zrobiła. Gdyby śruba została w tchawicy, pożyłaby jeszcze z minutę.
Sanitariusz zaklął i rzucił się w moją stronę, ale byłam szybsza. Podniosłam z podłogi złote pióro lekarki, wstałam i wbiłam mu je prosto w serce.
– A co do ciebie… – szepnęłam mu do ucha, gdy miotały nim konwulsje. – Za ciebie mi nie płacą. Ale ponieważ kręci cię gwałcenie pacjentek, traktuję to jako pracę charytatywną. Na rzecz lokalnej społeczności.
Wyrwałam mu pióro z piersi i pchnęłam jeszcze dwukrotnie, raz w brzuch, raz w jądra. Obleśny błysk w jego oczach tracił na sile, aż zgasł zupełnie. Puściłam go. Osunął się na podłogę.
Minęło niecałe trzydzieści sekund, a było już po wszystkim. Gem, set, mecz. Zbyt łatwo, nawet się nie nakręciłam.
Omiotłam pomieszczenie spojrzeniem szarych oczu. Jackson nadal ślinił się bez powodu. Dwaj pozostali mężczyźni gapili się na podłogę, jakby zdawali sobie sprawę, że coś jest nie tak, ale nie wiedzieli co. Czwarta osoba, kobieta, zdążyła już opaść na czworaki. Umoczyła palec w gęstniejącej krwi Evelyn i oblizała go z apetytem, jakby to był najsłodszy miód. Wampiry. Naprawdę rzucą się na wszystko.
Szalony szept granitu przybierał na sile, narastał, czując świeżą krew sączącą się przez wykładzinę. Kakofonia kazała mi zacisnąć zęby. Z wielką chęcią opuszczę to miejsce i jego odgłosy. I to jak najszybciej.
Wyrwałam pióro z jąder sanitariusza, podniosłam śrubę. Świadkowie to problem, zwłaszcza w mojej branży, więc zastanawiałam się, czy nie zabić Jacksona i pozostałych, ale nie po nich tu przyszłam. Poza tym nie urządzam rzezi niewiniątek, nawet jeśli mowa o nieszczęśnikach, którym lepiej będzie na tamtym świecie, z dala od marności ziemskiego żywota.
Schowałam narzędzia zbrodni i ruszyłam do drzwi. Zanim wyszłam na korytarz, spojrzałam przez ramię na martwe ciało Evelyn Edwards. Miała oczy i usta szeroko otwarte w szoku i zdumieniu. Nieraz widziałam takie miny w ciągu minionych lat. Nieważne, jak wiele zła popełniają ludzie, nieważne, z kim zadzierają – nigdy nie wierzą, że śmierć do nich przyszła za sprawą zabójcy, na przykład mnie.
Dopóki nie jest za późno.


2



Teraz czas na trudniejszą część – muszę wydostać się z zakładu. Bo choć żeby się tu dostać, wystarczyło kilka razy udać atak psychozy i dać kilka razy w łapę, teraz jednak między mną a światem zewnętrznym znajdował się szereg przeszkód, mianowicie kilkunastu sanitariuszy, grupa strażników, najróżniejsze zamki i sześciometrowy mur zwieńczony drutem kolczastym.
Podeszłam do drzwi, wyjrzałam na korytarz. Pusto. Było po siódmej, część pacjentów już wróciła do cel o miękkich ścianach, by w osamotnieniu wrzeszczeć w noc. Przy odrobinie szczęścia dopiero rano znajdą Evelyn i sanitariusza. A do tego czasu już mnie tu nie będzie.
Nigdy nie licz na samo szczęście, jeśli chcesz coś osiągnąć. Już dawno się tego nauczyłam.
Nauczyłam się na pamięć rozkładu budynku i sprawdziłam, jak często sanitariusze robią obchód. To wystarczyło, bym niezauważona przemknęła ciemnymi korytarzami do prawego skrzydła. Dzięki kawałkowi taśmy, którym zakleiłam zamek do schowka, drzwi stały otworem.
Wślizgnęłam się do środka. W kącie piętrzyły się zapasy – mopy, szczotki, papier toaletowy, środki czyszczące.
Podeszłam do kąta, gdzie budowlańcy pożałowali farby, by zamalować granitową ścianę, i przycisnęłam dłonie do szorstkiego kamienia. Nasłuchiwałam. Mając moc Kamienia, potrafiłam z niego czerpać, zawsze i wszędzie, nieważne w jakiej formie występował. Czy to żwir pod nogami, czy górski szczyt nad głową, czy zwykła ściana jak ta, której teraz dotykałam – zawsze wyczuwałam wibracje kamienia. Ponieważ ludzkie emocje i działania przenikają do otoczenia, wsiąkają zwłaszcza w kamienie, z czasem przemieniają się w wibracje i mówią mi mnóstwo rzeczy, poczynając od temperamentu osoby mieszkającej w danym domu po odpowiedź na pytanie, czy miało tu miejsce morderstwo.
Ale ten kamień tylko bełkotał bez sensu. Żadnego niepokoju. Zero dźwięcznych wibracji zdradzających pośpiech czy nagłych zakłóceń przeszywających powierzchnię kamienia. Jeszcze nie znaleziono ciał, a moi walnięci współtowarzysze pewnie dalej ślinią się do siebie. Świetnie.
Wspięłam się na metalową półkę pod ścianą, odsunęłam obluzowaną płytkę w podwieszanym suficie i wyjęłam owinięte w folię ubranie, które tam ukryłam. Ściągnęłam zakrwawioną, białą szpitalną piżamę i założyłam nowe ciuchy.
Jedną z pierwszych rzeczy, które zrobiłam, kiedy mnie zamknęli, było włamanie do depozytu i zabranie ciuchów, w których przywieźli mnie policjanci. Oprócz dżinsów, granatowej koszulki z długim rękawem i bluzy z kapturem, miałam też przy sobie kilka noży i srebrny zegarek z garotą ukrytą w cyferblacie. Malutkie, niezwracające uwagi narzędzia, ale już dawno nauczyłam się wykorzystywać to, co mam pod ręką.
Nie ograniczyłam się do depozytu. Zajrzałam też do sekretariatu, zabrałam i zniszczyłam swoje akta, usunęłam wszelkie zapisy z komputerów. Teraz po moim pobycie w zakładzie nie został żaden ślad. Oczywiście nie licząc stygnącego ciała Evelyn Edwards.
Zapięłam zegarek na nadgarstku. Światło księżyca padło na moją dłoń i oświetliło blizny po jej wewnętrznej stronie. Małe kółko i osiem odchodzących od niego linii. Podobny wzór zdobił także drugą dłoń. Runy pająka – symbol mojej cierpliwości.
Otworzyłam dłonie i wbiłam wzrok w blizny. Kiedy miałam trzynaście lat, zawiązano mi oczy, pobito mnie i torturowano – kazano mi trzymać kawałek srebrenitu mający kształt właśnie runy pająka. Oklejono mi dłonie taśmą, a potem ktoś, kto miał moc Ognia, rozgrzał metal w moich dłoniach. Magiczny kruszec topił się, wnikał w moją skórę – stąd te blizny. Wtedy, siedemnaście lat temu, ślady były zaognione, czerwone, brzydkie, podobnie jak moje krzyki i śmiech suki, która mnie torturowała. Blizny z czasem wyblakły. Teraz zostało tylko kilka srebrzystych kresek na bladej skórze. Szkoda, że moje wspomnienia z tamtej nocy także nie straciły na intensywności.
Światło księżyca odbijało się w drobinach srebrenitu w mojej skórze i sprawiało, że blizny były bardziej widoczne niż za dnia. A może po prostu to w nocy pracowałam najczęściej, gdy ciemne sprawki i mroczne emocje budziły się do życia. Czasami niemal zapominałam, że je mam, aż pojawiały się nagle, w takich chwilach jak ta.
I przypominały mi o nocy, kiedy zginęła moja rodzina.
Zignorowałam bolesne ukłucie wspomnień i pracowałam dalej. Póki co, wykonałam zadanie połowicznie, a nie miałam zamiaru dać się złapać tylko dlatego, że się rozkleiłam na wspomnienie spraw, o których najlepiej zapomnieć. Emocje są dla ludzi zbyt słabych, by je wyłączyć.
A ja od dawna jestem silna.
Upchnęłam zakrwawioną piżamę i folię w wiadrze od mopa. Zdjęłam z półki butelkę wybielacza, otworzyłam i wylałam do wiadra. Trzymając trzonek mopa przez rękaw, zamieszałam nim energicznie. Z tych ciuchów już nikt nie weźmie próbki DNA. O ile oczywiście policja w ogóle będzie sobie zawracała głowę szukaniem próbek. Morderstwa, zwłaszcza z użyciem ostrych narzędzi, nie należały w tym zakładzie do rzadkości – właśnie dlatego zdecydowałam się sprzątnąć lekarkę tutaj, a nie w jej domu.
Załatwiwszy i tę sprawę, wyjęłam z kieszeni owalne okulary w srebrnych oprawkach. Szkła, barwione na niebiesko, maskowały moje szare oczy. W drugiej kieszeni znajdowała się czapeczka baseballowa, pod którą ukryłam farbowane, jasne włosy i która sprawiła, że moje rysy nikły w cieniu. To prawda, że najlepiej sprawdzają się najprostsze narzędzia, zwłaszcza jeśli chodzi o zmianę wyglądu. Tu okulary, tam luźne ciuchy i już mało kto jest w stanie powiedzieć, jakiego koloru jest twoja skóra, a co dopiero opisać szczegóły wyglądu.
Kompletnie ubrana, ukryłam nóż w dłoni, otworzyłam drzwi i wyszłam na korytarz.
Zaczęłam iść, w starych ciuchach, z promiennym uśmiechem na twarzy. Nikt nie zwracał na mnie uwagi, nawet tak zwani strażnicy, którym sporo płacono za rzekomą czujność i pamięć do szczegółów.
Pięć minut później nabazgrałam fałszywe nazwisko na formularzu przy wyjściu. Pielęgniarka łypała na mnie podejrzliwe zza szyby.
– Czas odwiedzin skończył się pół godziny temu – burknęła, krzywiąc się z dezaprobatą. Przerwałam jej nocną randkę z tanim romansem i czekoladą.
– Och, skarbie, wiem, wiem – zagruchałam, najlepiej jak umiem naśladując Scarlett O’Hara. – Ale musiałam coś załatwić w kuchni, a Duża Berta powiedziała, że nie muszę się spieszyć. – Oczywiście to kłamstwo, ale zrobiłam przejętą minę, żeby dodać słowom wiarygodności. – Mam nadzieję, że nie zrobiłam nic złego? Duża Berta mówiła, że to w porządku.
Pielęgniarka pobladła. Duża Berta to drobniutka kobieta, która trzymała kuchnię – i chyba cały szpital – żelazną ręką. Nikt nie chce podpaść Dużej Bercie i ryzykować, że zdzieli go patelnią, z którą się nie rozstawała. A już zwłaszcza nie pielęgniarka, która zarabia dwanaście dolców za godzinę.
– Nieważne – warknęła. – Oby mi się to nie powtórzyło.
Nie powtórzy się, bo nie miałam zamiaru wracać do tego strasznego miejsca. Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej.
– Obiecuję, skarbie, że to był ostatni raz.
Pielęgniarka nacisnęła guzik i znalazłam się na zewnątrz. Po szpitalnych korytarzach cuchnących plwociną, moczem i środkiem dezynfekującym, nocne powietrze odurzało czystym, świeżym zapachem, jak wykrochmalona pościel. Gdyby nie to, że przed chwilą zamordowałam dwie osoby, rozkoszowałabym się spokojem nocy, słuchała kumkania żab i cichego pohukiwania sów w oddali.
Zamiast tego szybkim, zdecydowanym krokiem szłam do bramy. Metal zadźwięczał, gdy byłam już blisko. Zaszczyciłam strażnika skrytego za kuloodporną szybą promiennym uśmiechem. Leniwie skinął głową i ponownie skupił się na lekturze działu sportowego w gazecie.
Wróciłam do normalnego świata. Pod moimi stopami zgrzytał żwir wysypany na podjeździe, a w uszach słyszałam szept kamieni. Spokojny, zrównoważony, jak warkot silników samochodów, które jeżdżą tędy za dnia. O wiele radośniejszy dźwięk niż bezustanne, szaleńcze wycie granitu w szpitalu.
Wyszłam na rozległy parking otoczony gęstym sosnowym zagajnikiem. Za parkingiem czekała czteropasmowa autostrada. Nie widziałam żadnych świateł samochodów, z żadnej strony. I nic dziwnego.
Zakład dla Psychicznie Chorych w Ashland znajdował się na skraju miasta, potężnej południowej metropolii położonej na styku stanów Tennessee, Wirginia i Karolina Północna. Ashland tylko nieznacznie ustępuje Atlancie pod względem wielkości i też uważa się je za perłę Południa. Miasto rozłożyło się wśród szczytów Appalachów jak pies wylegujący się na chłodnej posadzce w upalny dzień. Okoliczne lasy, wzgórza i leniwie płynące rzeki sprawiały, że miasto wydawało się miejscem spokojnym, cichym i bezpiecznym…
Rozległo się wycie syren, ostry dźwięk przeciął nocną ciszę, zagłuszył wszystko inne. Kolejna iluzja legła w gruzach.
– Zamknąć bramę! Zamknąć bramę! – ryczał głośnik.
A więc znaleźli ciała. Przyspieszyłam kroku, mijając kolejne samochody, i zerknęłam na zegarek.
Dwadzieścia minut. Szybciej niż się spodziewałam. Tej nocy los mnie nie rozpieszcza. Wredny drań.
– Ej, ty! Stój! Stój!
Och, klasyczny krzyk rozpaczy, gdy lis już spustoszył kurnik. Czy raczej, jak w tym wypadku, zabił wściekłego psa, który czaił się w środku. Brama się jeszcze nie zamknęła, usłyszałam zgrzyt, gdy się zatrzymała. Za moimi plecami żwir zachrzęścił pod stopami strażników.
Byłabym pewnie bardziej zdenerwowana, gdyby nie to, że już zdążyłam rozpłynąć się w lesie. Co prawda wolałabym najpierw wrócić do domu i zmyć z siebie smród szaleństwa, ale byłam umówiona na kolację. A Fletcher nie znosił czekać, zwłaszcza jeśli chodziło o odbiór pieniędzy i dokonywanie przelewów.
Przebiegłam mniej więcej półtora kilometra, cały czas kryjąc się wśród sosen rosnących wzdłuż autostrady, i dopiero wtedy wyszłam spomiędzy drzew. Kilkaset metrów dalej znajdowała się niewielka kafejka o nazwie Koniec Trasy. To jedna z tych zapyziałych spelunek otwartych całą dobę, w których sprzedają stare ciasto i kiepską kawę, ale po szpitalnej diecie w postaci zatęchłego groszku i marchewkowego puree, czerstwe ciasto truskawkowe smakowało niebiańsko. Pochłonęłam je, czekając na taksówkę.
Wysiadłam w jednej z gorszych dzielnic Ashland, dziesięć przecznic od właściwego celu. Po obu stronach ulicy kusiły reklamy tanich sklepów monopolowych i jeszcze tańszych peep-show. Grupki młodych mężczyzn – białych, czarnych i Latynosów, ale ubranych podobnie, w luźne bluzy i dżinsy – przyglądały się sobie czujnie z przeciwległych chodników. Wyczuwało się, że tylko szukają zaczepki.
Na rogu żebrak prosił o pieniądze i zaklinał się, że ma moc Powietrza i że sprowadzi deszcz dla każdego, kto da mu dość pieniędzy na flaszkę whisky. Kolejny przykład na to, że nawet osoby mające moc żywiołów nie są wolne od problemów społecznych, takich jak bezdomność, alkoholizm i inne nałogi. Wszyscy mamy swoje słabości i magia przed nimi nie chroni. To od nas zależy, jak pokierujemy naszym życiem i czy nie wylądujemy na ulicy, jak ten nieszczęśnik. Dałam mu dwudziestkę i poszłam dalej.
Dziwki maszerowały ulicami jak znużeni żołnierze, zmuszeni przez generałów-alfonsów do kolejnej potyczki. Większość prostytutek to wampirzyce; ich złotawe kły lśniły w świetle latarni jak topazy. Dla wielu z nich seks jest równie ekscytujący jak smak krwi, jest jak narkotyk, dodaje im sił, tak samo jak szklaneczka 0 Rh+, dlatego tak wiele wampirzyc pracuje na ulicy. A poza tym to najstarszy zawód świata. Pomijając klasyczne traumy i groźne rany, wampir żyje długo, nawet kilkaset lat. Warto mieć zawód, który nigdy się nie zdezaktualizuje.
Kilka dziwek zaczepiło mnie, ale widząc moją ponurą minę, dały spokój i rozglądały się w poszukiwaniu łatwiejszych, bardziej chętnych obiektów.
Dwie przecznice dalej cisnęłam okulary do śmietnika za chińską restauracją. Pojemnik cuchnął sosem sojowym i zepsutym smażonym ryżem. Czapeczka baseballowa i ciepła bluza wylądowały na wózku bezdomnej. Sądząc po stanie jej kurtki, przyda jej się nowa bluza. O ile oczywiście wytrzeźwieje na tyle, by zobaczyć, co leży na jej wózku.
W miarę jak szłam, miasto się zmieniało – to już nie była dzielnica gangów, dziwek i gwałtów, teraz szłam przez ulice zamieszkane przez robotników. Miejsce peep-show i sklepów monopolowych zajęły salony tatuażu i punkty bankowe. Nieliczne stojące tu prostytutki były bardziej zadbane i lepiej odżywione niż ich koleżanki i koledzy po fachu z dzielnicy południowej, Southtown. I tu było więcej zwykłych ludzi.
Pozbywszy się przebrania, zwolniłam kroku i rozkoszowałam się spacerem i nocnym powietrzem. Chłonęłam je chciwie, choć przesycał je zapach nikotyny. Przed wieloma domami mężczyźni palili papierosy i popijali piwko, podczas gdy ich żony krzątały się w kuchni, szykując kolację, pełne obaw, że jeśli nie zdążą na czas, zaliczą kolejną śliwę pod okiem.
Pół godziny później doszłam do celu – knajpki Wesoły Prosiak.
Prosiak, jak mawiali stali bywalcy, to tylko mała knajpa, ale nigdzie w Ashland nie dostaniesz lepszego mięsa z grilla. W Ashland? Kurczę, na całym Południu.
Nad spłowiałą niebieską markizą wisiał kolorowy neon – świnka z półmiskiem smakołyków. Musnęłam palcem wiekową cegłę przy drzwiach wejściowych. Wibrowała leniwym zadowoleniem jak żołądki i arterie niezliczonych klientów.
Choć wywieszka na drzwiach głosiła, że lokal jest zamknięty, otworzyłam je i weszłam do środka.
Staroświeckie stoliki i kanapy obite różowo-niebieskim winylem pod oknami. Po przeciwnej stronie – długi kontuar i wysokie stołki barowe w tych samych kolorach. Z tego miejsca goście mogli obserwować pracę kucharzy nakładających na talerze grillowaną wołowinę i wieprzowinę. Choć lokal zamknięto już co najmniej godzinę temu, w powietrzu nadal unosił się zapach przypalonego mięsa, dymu i przypraw, tak gęsty, że niemal namacalny. Ślady świńskich racic namalowane na podłodze, niebieskie i różowe, prowadziły do toalet, odpowiednio dla panów i pań.
Skierowałam oczy na prawo, na skraj kontuaru, na którym stała kasa; koło niej siedział samotny mężczyzna, pogrążony w lekturze sfatygowanego egzemplarza Where The Red Fern Grows. Popijał kawę z cykorią. Był to starszy mężczyzna, pod osiemdziesiątkę, z rzadkimi siwymi włosami na pomarszczonej czaszce. Poplamiony fartuch zasłaniał granatowe drelichy.
Kiedy weszłam, zadźwięczał dzwonek przy drzwiach, ale mężczyzna nie podniósł wzroku.
– Spóźniłaś się, Gin – mruknął.
– Sorry, byłam zajęta. Opowiadałam o swoich uczuciach i zabijałam ludzi.
– Miałaś tu być godzinę temu.
– Nie no, Fletcher, jeszcze pomyślę, że się o mnie martwisz.
Podniósł wzrok znad książki. Jego oczy były zielone jak butelka po piwie.
– Ja? Martwić się? Nie żartuj.
– Skądże.
Fletcher Lane to mój pośrednik. To on aranżuje spotkania z potencjalnymi klientami, przyjmuje pieniądze, organizuje zlecenia. To on wszystko załatwia – za niemałą prowizję. To on zgarnął mnie z ulicy siedemnaście lat temu i nauczył wszystkiego, co warto wiedzieć w moim fachu. Wszystkiego, co dobre, złe i brzydkie. Poza tym to jeden z nielicznych ludzi, którym ufam, co dotyczy także jego syna, Finnegana, który jest równie chciwy jak staruszek i wcale tego nie ukrywa.
Fletcher odłożył książkę.
– Głodna?
– Przez prawie tydzień grzebałam widelcem w talerzu z groszkiem z marchewką. Jak myślisz?
Usiadłam przy kontuarze, a Fletcher zabrał się do pracy. Postawił przede mną szklankę kwaśnej lemoniady z jeżynami.
Spróbowałam. Skrzywiłam się.
– Letnia.
– Lód już jest w zamrażarce. Sama ją schłódź.
Mam nie tylko moc Kamienia – lecz posiadam także inną magię, bardzo rzadką magię Lodu, choć jest u mnie o wiele słabsza niż moc Kamienia. Zamknęłam szklankę w dłoniach i skoncentrowałam się, szukałam w sobie chłodnej siły. Po chwili poczułam, jak z moich dłoni spływają kryształki w kształcie płatków śniegu. Pokryły ścianki szklanki, wpełzły do środka. Uniosłam dłoń, przykryłam nią naczynie i znowu poszukałam w sobie magii. Zimne, srebrzyste światło rozjaśniło ciemność, zdawało się skupiać w runie wypalonej w mojej dłoni. Skoncentrowałam się i światło zmieniło się w kostkę lodu. Wrzuciłam ją do napoju. Wyczarowałam jeszcze kilka kostek, żeby porządnie schłodzić lemoniadę.
Uniosłam szklankę do ust.
– O wiele lepiej.
Fletcher postawił przede mną talerz z ogromnym hamburgerem ociekającym majonezem, z plasterkiem żółtego sera, sałatą, plastrem pomidora i czerwonej cebuli. I jeszcze miseczkę czerwonej fasoli i talerzyk z sałatką coleslaw.
Zabrałam się do jedzenia, rozkoszowałam się grą smaków – pikantne i słodkie, słone i gorzkie. Przełknęłam łyżkę fasoli, analizowałam sos, starałam się wyodrębnić poszczególne składniki.
Wesoły Prosiak słynie z sosu barbecue. Fletcher przyrządzał go osobiście i w największej tajemnicy. Ludzie kupowali go litrami. Od lat usiłowałam poznać jego tajną recepturę. Nic z tego. Choćbym uwarzyła setki litrów, i tak mój smakował inaczej. Fletcher twierdził, że sekret tkwi w jednym składniku, który dodaje mu ten charakterystyczny posmak, ale wredny dziad nie chciał powiedzieć, co to jest ani ile tego dodaje.
– Powiesz mi kiedyś, co jest w twoim sosie? – zapytałam.
– Nie – odparł. – Przestaniesz mnie kiedyś o to pytać?
– Nie.
– Więc mamy problem.
– Mogłabym coś z tym zrobić – burknęłam.
Uśmiechnął się przelotnie.
– Wtedy już na pewno nie poznasz przepisu.
Pokręciłam głową i skupiłam się na jedzeniu. Fletcher tymczasem wrócił do przerwanej lektury. Nie pytał o zadanie. Nie musiał. Wiedział, że nie wrócę, póki nie wykonam zlecenia.
Podczas pracy zawsze tęskniłam za Prosiakiem. Brakowało mi zapachu przypraw i rozgrzanego tłuszczu. Brakowało mi szczęku talerzy i sztućców. Brakowało krzątania się w kuchni i narzekania na wymagających gości i niskie napiwki. Ale najbardziej brakowało mi pogawędek z Fletcherem późno w nocy, gdy lokal był już zamknięty i pusty, nie licząc nas dwojga.
Wesoły Prosiak to dla mnie coś więcej niż restauracja. To mój dom, czy raczej jego najlepsza namiastka, jaka mi się trafiła w ciągu ostatnich siedemnastu lat. Jedyny dom, jaki mogę mieć. Zawód zabójcy nie da się pogodzić z domkiem na przedmieściu i gromadą szczeniaków.
– Co u Finna? – zapytałam, gdy już nasyciłam pierwszy głód.
Fletcher wzruszył ramionami.
– W porządku. Zbija fortunę. Obraca cudzymi pieniędzmi. Mój syn, inwestor i geniusz komputerowy. Powinien zająć się jakąś uczciwą robotą, na przykład złodziejstwem.
Ukryłam uśmiech za szklanką lemoniady. Pozorna legalność działań Finnegana cały czas bawiła jego ojca. I mnie.
Przełknęłam ostatni kęs nieopisanie pysznego hamburgera i Fletcher sięgnął pod kontuar, wyjął brązową kopertę i położył koło mojego talerza. Przez chwilę jego stara, pomarszczona, poplamiona dłoń spoczywała na kopercie, ale zaraz ją cofnął.
– Co to? – zapytałam. – Mówiłam ci, że po pani doktor robię sobie wakacje.
– Byłaś na wakacjach wystarczająco długo. – Z głośnym siorbnięciem upił łyk stygnącej kawy.
– Sześć dni w psychiatryku? Nie tak sobie wyobrażam udane wakacje.
Fletcher nie odpowiedział. Koperta leżała między nami jak niezadane pytanie. Nie mogłam się oprzeć, intrygowało mnie, co zawiera. I kto wkurzył kogoś na tyle, że ta osoba znalazła się na moim celowniku. Moje usługi nie są tanie, zwłaszcza jeśli się doliczy prowizję Fletchera.
– Kto jest celem? – zapytałam i tym samym uległam. To było nieuniknione.
Pieprzona ciekawość. Jedyne uczucie, którego nie udało mi się zdławić, choćbym nie wiem jak się starała. To wpływ staruszka przez te wszystkie lata. Jest jeszcze bardziej ciekawski niż ja.
Fletcher uśmiechnął się i otworzył kopertę.
– Gordon Giles.
Podał mi akta. Przejrzałam je pobieżnie. Gordon Giles. Pięćdziesiąt cztery lata. Główny księgowy w Halo Industries. Czyli gryzipiórek i urzędas. Rozwiedziony. Bezdzietny. Hobby: wędkowanie. Dwa razy w tygodniu chodzi do burdelu. Ma moc Powietrza.
Zmartwiła mnie ta ostatnia informacja. Są ludzie, którzy mają moc jednego z czterech żywiołów – Lodu, Kamienia, Powietrza i Ognia. Zdarzają się też tacy, którzy kontrolują ich pochodne – wodę, metal czy elektryczność, ale jeśli nie panujesz nad przynajmniej jednym z Wielkiej Czwórki, nie masz prawdziwej mocy Żywiołu. Nie jesteś prawdziwym żywiołakiem.
Moja magia Kamienia jest silna – mogę robić z nim, co zechcę: kruszyć cegły czy beton, sprawić, że moja skóra stanie się twarda jak marmur. Inaczej ma się sprawa z moją magią Lodu – nie stać mnie na wiele więcej poza wyczarowaniem kostek lodu, sopli i ewentualnie ostrza lub innych drobiazgów. Ale za sprawą miniaturowych lodowych zwierzątek jestem gwiazdą każdej imprezy.
Gordon Giles miał moc Powietrza, a zatem wyczuwał wiatr, czytał jego wibracje, tak jak ja zmiany w Kamieniu. I mógł nad nim panować, jak ja nad głazami. W zależności od posiadanej mocy, mógł spróbować mnie udusić, zanim go zabiję. Wyczarować drobinki tlenu w moich żyłach. Wychłostać mnie wiatrem. Zrobić setki innych okropnych rzeczy.
Przyglądałam się fotografii przyczepionej do akt. Gordon Giles miał włosy przyprószone siwizną, opadające na okulary w złotych oprawkach, zza których spoglądały niebieskie oczy. Przywodził mi na myśl fretkę – miał długą, wąską twarz. Zaciśnięte usta. Szpiczasty podbródek. Ostry nos.
W jego oczach widać było nerwowe oczekiwanie. Miał spojrzenie człowieka, który wie, że po ulicach chodzą potwory mogące się lada chwila na niego rzucić. Nerwowych trudniej zabić niż niczego nieświadomych. Będę musiała zachować ostrożność.
– A cóż takiego zrobił Giles, że zasłużył na moje odwiedziny?
– Wygląda na to, że główny księgowy zrobił manko w Halo Industries – wyjaśnił Fletcher. – Ktoś się o tym dowiedział i chce rozwiązać problem.
– Ochrona? – zapytałam.
Fletcher wzruszył ramionami.
– Nic mi o tym nie wiadomo, ale chodzą plotki, że Giles zaczyna panikować i rozważa, czy nie zwrócić się do glin. Jakby ich w ogóle obchodziło jego bezpieczeństwo.
Gliny. Żachnęłam się. To kpina. Łatwiej o dziewicę w burdelu niż o uczciwego policjanta w Ashland. Szukasz u nich ochrony? Lepiej od razu się powieś zamiast psuć później prześcieradło kumplowi z celi.
– Halo Industries – mruknęłam. – Czy to przypadkiem nie jedna z firm Mab Monroe?
– Jest głównym udziałowcem – poprawił Fletcher. – Ale oficjalnie na czele firmy stoją jej marionetki, Haley James i jej siostra, Alexis. Firmę założył ich ojciec, Lawrence. Prowadził ją razem z córkami przez wiele lat, aż pewnego dnia Mab nabrała na nią apetytu i przejęła interes. Ojciec zmarł na serce dwa tygodnie później. Taka jest w każdym razie oficjalna wersja.
– A nieoficjalna? – zapytałam.
Fletcher wzruszył ramionami.
– Mówi się, że ojciec sprawiał kłopoty. Nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że ten jego atak serca to tak naprawdę wypadek zaaranżowany przez samą Mab.
– Atak serca? – zdziwiłam się. – To nie w jej stylu. Zazwyczaj po prostu podpala ludzi swoją mocą, pali im domy i tak dalej.
– Fakt – mruknął Fletcher. – Co oznacza, że zapewne zleciła to zadanie komuś ze swoich ludzi i chciała, żeby wyglądało to na śmierć z przyczyn naturalnych. W każdym razie Lawrence nie żyje.
Oficjalnie w Ashland jest i policja, i samorząd miejski, ale tak naprawdę rządzi tu jedna kobieta – Mab Monroe. Mab ma moc Ognia – jest potężna i zabójcza. Już samo to było złe, ale Mab to nie byle jaka posiadaczka mocy Żywiołu. Jeśli wierzyć plotkom, osoby o jej mocy nie widziano od pięciuset lat. Zważywszy że wszyscy, którzy odważyli się jej sprzeciwić, lądowali w kostnicy, i to raczej prędzej niż później, byłam gotowa uwierzyć w te plotki.
Fasadę jej imperium stanowiły normalne, szanowane firmy, ale za tym frontem… Zastraszenia. Łapówki. Narkotyki. Porwania. Morderstwa. Nie cofała się przed niczym. Rozkoszowała się krwią jak świnia błotem. Wszędzie miała swoich szpiegów: w policji, w ratuszu, w radzie miasta. Żaden policjant, prokurator, sędzia czy inny teoretycznie stojący po właściwej stronie urzędnik nie utrzymuje się długo na stanowisku, jeśli nie przejdzie na mroczną stronę – i do kieszeni Mab.
Jak wszystkie sprytne kobiety biznesu, Mab Monroe skrywała swoje prawdziwe oblicze za fasadą wyrafinowania i klasy. Sponsorowała organizacje dobroczynne. Organizowała zbiórki na szlachetne cele. Wspierała lokalną społeczność. Wszystko po to, by zbudować mur między sobą a wszystkimi zbrodniami, które zlecała na co dzień. Mab patrzyła globalnie i dlatego zatrudniała dwóch, z braku lepszego słowa powiedzmy: poruczników, którzy zajmowali się jej interesami. Byli to Jonah McAllister, jej prawnik, i Elliot Slater.
McAllister zajmował się tymi, którzy odważyli się sprzeciwić Mab zgodnie z prawem. Przebiegły adwokat zasypywał biedaków takimi stertami dokumentów, że większość bankrutowała, opłacając własnych prawników.
Slater mówił o sobie, że jest konsultantem do spraw bezpieczeństwa, ale tak naprawdę ten olbrzym był zwykłym gorylem w drogim garniturze. Dowodził pachołkami Mab i zajmował się tymi, którzy weszli jej w drogę. Robił to szybko, brutalnie i nieodwołalnie. O ile Mab nie raczyła ukarać nieszczęśników osobiście.
W oczach opinii publicznej Mab była ucieleśnieniem wszelkich cnót, idealnym połączeniem magii i pieniędzy. Ale ci z nas, którzy dostrzegali ciemną stronę życia, wiedzieli, jaka jest naprawdę okrutna. Trzymała Ashland w morderczym uścisku; jeśli jakaś firma lub organizacja przynosiła zyski albo cieszyła się szacunkiem, Mab wyciągała po nią paluchy. Ale to jej nie wystarczało. Ciągle chciała – i zdobywała – więcej, więcej, więcej, jakby pieniądze, władza i wpływy były jej niezbędne do życia jak tlen. Mówiąc krótko, była potworem, choć potworem władającym magią, dzięki której mogła usprawiedliwić wszystko, co robiła, i zdobyć wszystko, czego pragnęła.
Nigdy nie lubiłam potworów.
To wszystko jednak nie znaczy, że nie znajdowali się śmiałkowie gotowi rzucić jej wyzwanie. Kilka razy w roku ktoś zgłaszał się do Fletchera z propozycją zlecenia na Mab. Sprawdziliśmy ją dokładnie i uznaliśmy, że przyjęcie takiego zlecenia za bardzo przypomina misję samobójczą, by ryzykować. Nawet gdybym przedarła się przez jej ochronę, Mab sama mogłaby mnie zabić. Nie miała oporów przed posługiwaniem się magią Ognia. Przecież właśnie tym sposobem dostała się na sam szczyt – mordując każdego, kto usiłował powstrzymać jej błyskawiczną wspinaczkę po szczeblach kariery społecznej, którą zaczęła gdzieś w półświatku Ashland.
Mimo to Fletcher ciągle miał ją na oku, obserwował jej ochronę, sprawdzał trasy przejazdu, szukał oznak słabości. Nie wiadomo dlaczego pragnął jej śmierci, ale jeszcze nie znalazł słabego punktu. W każdym razie takiego, który pozwoliłby napastnikowi ujść z akcji z życiem, a nie spłonąć wraz z nią.
– Chcesz powiedzieć, że Gordon Giles był na tyle głupi, że podkradał pieniądze z jednej z firm Mab Monroe? – zapytałam.
Fletcher wzruszył ramionami.
– Na to wygląda. Klient nie podał mi szczegółów, a ja nie pytałem. Spójrz na ostatnią stronę, ta sprawa jest pilna.
Odwróciłam arkusz. Przeczytałam.
– Jutro wieczorem? Mam wykonać zlecenie w niecałe dwadzieścia cztery godziny? To nie w twoim stylu, Fletcher.
– Spójrz na wynagrodzenie.
Spojrzałam. Pięć milionów. Kto pyta, nie błądzi. Owszem, Fletcher kochał mnie jak córkę, ale kochał też swoje piętnaście procent. Ja zresztą też nie pogardzę moją działką.
– Niezła kasa – przyznałam.
– Niezła? To dwa razy więcej niż twoja zwykła stawka. – W jego szorstkim głosie mieszały się duma i podniecenie. – Już mi przekazano zaliczkę, pięćdziesiąt procent. Jeszcze tylko to zlecenie i możesz przejść na emeryturę.
Emerytura. Fletcher nie dawał mi z tym spokoju, od kiedy pół roku temu wróciłam ze spartolonego zadania w St. Augustine ze złamaną ręką i rozwaloną śledzioną. Staruszek w kółko z rozmarzeniem gadał o emeryturze, jakby za sprawą czarów miały przede mną rozkwitnąć nowe perspektywy, ledwie odłożę noże. A nie tylko nudna rzeczywistość.
– Fletcher, mam trzydzieści lat. Jestem skuteczna i rozchwytywana, i świetnie opłacana. Naprawdę jestem dobra w swoim fachu. Krew mi nie przeszkadza, a ci, których zabijam, zasłużyli sobie na to. Niby dlaczego miałabym przejść na emeryturę? I co ważniejsze, co miałabym wtedy robić? Mam szczególne umiejętności, ale ich specyfika nie zostawia mi zbyt wielkiego wyboru.
– Bo życie to coś więcej niż zabijanie i liczenie pieniędzy, nawet jeśli uwielbiasz i jedno, i drugie. – Popatrzył mi w oczy. – Bo nie chcę, żebyś do końca życia nerwowo zerkała za siebie. Nie chcesz trochę pożyć za dnia, mała?
Pożyć za dnia. Jego określenie normalnego życia. Siedemnaście lat temu nie marzyłam o niczym innym. Błagałam Boga, by świat wrócił na swoje miejsce, by czas się cofnął, bym mogła wrócić do spokojnego, beztroskiego życia, które wcześniej wiodłam. Ale już dawno zrozumiałam, że to nierealne. A pragnienie czegoś, czego nigdy nie dostanę, przynosi tylko ból. Tamto marzenie i tamta nadzieja już umarły i obróciły się w popiół – tak jak moi bliscy.
Tacy jak ja nie przechodzą na emeryturę. Pracują aż do śmierci – która nadchodzi raczej prędzej niż później. Ale póki się da, pozostanę w grze. Nawet jeśli koniec końców i tak przegram.
Nie chciałam jednak kłócić się ze staruszkiem, nie dzisiaj. Czy mi się to podoba, czy nie, jest jedną z nielicznych żyjących jeszcze osób, które kocham. Zmieniłam temat, machając kopertą.
– Naprawdę myślisz, że to dobry pomysł? To zlecenie?
– Za pięć milionów dolarów? Tak.
– Nie mam czasu, żeby wszystko przygotować – mruknęłam. – Nie zdążymy oszacować ryzyka, ustalić szczegółów… nic.
– Litości, Gin – mruknął. – To betka. Coś takiego zrobisz nawet przez sen. W zleceniu jest nawet mowa o tym, gdzie mogłabyś załatwić cel.
Przeczytałam uważniej.
– W operze?
– W operze – powtórzył Fletcher. – Jutro odbędzie się tam wielka gala. Nazwali nowe skrzydło imieniem Mab Monroe.
– Znowu? – spytałam. – Czy w tym mieście nie za dużo jest już budynków noszących jej imię?
– Najwyraźniej nie. Rzecz w tym, że będzie tam mnóstwo ludzi. Także z prasy. Mnóstwo okazji, by zgubić się w tłumie. Powinnaś bez problemu wślizgnąć się do środka, załatwić Gilesa i wyjść. Jakby nie było, jesteś Pająkiem, znanym ze sprytu i zręczności.
Skrzywiłam się, słysząc jego napuszony ton. Czasami Fletcher przypominał mi cyrkowego mistrza ceremonii, który sprawiał, że osowiałe słonie, zabiedzone konie i kiepscy akrobaci wydawali się o wiele wspanialsi niż w rzeczywistości.
– Pająk to był twój pomysł, nie mój. To ty uznałeś, że mając chwytliwy pseudonim, będę zarabiała więcej, mój drogi Blaszany Człowieku – mruknęłam. Posłużyłam się jego pseudonimem z czasów, gdy sam był płatnym zabójcą.
Uśmiechnął się.
– I miałem rację. Każdy zabójca ma przezwisko. A twoje brzmi lepiej niż większość innych. Dzięki mnie.
Skrzyżowałam ręce na piersi i łypnęłam na niego groźnie.
– Proszę cię, Gin. To łatwy zarobek. Załatw go jutro, a potem zrobisz sobie wolne – kusił Fletcher. – Wiesz, takie prawdziwe wakacje. W tropikach, w towarzystwie umięśnionych masażystów i drinków z palemką.
Uniosłam brew.
– A cóż ty możesz wiedzieć o umięśnionych masażystach?
– Zdaje się, że Finnegan mi jakichś pokazał, gdy w zeszłym roku zabrał mnie na Key West – odparł Fletcher. – Choć naszą uwagę szybko odwróciły ślicznotki opalające się topless przy basenie.
No jasne.
– No dobrze. – Podjęłam decyzję. Zamknęłam teczkę. – Zrobię to. Ale tylko dlatego, że cię kocham, i to mimo tego, że jesteś chciwym draniem, który mnie zamęcza.
Fletcher wzniósł kubek w toaście.
– Wypijmy za to.


3



Dopiłam lemoniadę, wzięłam teczkę, pożegnałam się z Fletcherem i poszłam do domu.
Mieszkałam w budynku naprzeciwko, na piątym, najwyższym piętrze, ale nigdy nie szłam tam prosto z restauracji. Obeszłam trzy przecznice, pokręciłam się po zaułkach, żeby się upewnić, że nikt mnie nie śledzi, i dopiero wtedy wślizgnęłam się do budynku.
Panował w nim spokój – nic dziwnego o tej porze. Ciszę zakłócał tylko odgłos moich kroków na granitowej posadzce.
Wjechałam windą na górę. Zanim wsunęłam klucz do zamka, przycisnęłam dłonie do kamieni otaczających drzwi. Nic ważnego, ten sam co zwykle cichy pomruk. Bywałam tu za rzadko, by moja obecność zostawiła ślad na cegłach. A może po prostu nie chciało mi się słuchać własnych wibracji.
Wybrałam właśnie to mieszkanie, bo znajdowało się najbliżej klatki schodowej, blisko wyjścia na dach i solidnej rynny biegnącej na sam dół. Moje trasy ucieczki, oprócz kilku innych. Sprawdzałam je co najmniej raz w miesiącu, odgrywałam różne scenariusze ataku.
Moja osobista mantra przetrwania. Nigdy nie dość ostrożności, zwłaszcza w mojej branży, kiedy najmniejszy błąd może cię kosztować życie. Dosłownie.
Zapaliłam światło. Znajdowałam się w przestronnym saloniku połączonym z kuchnią. Po lewej stronie znajdowały się sypialnia i łazienka, po prawej – pokój gościnny. Kanapa, sofa, fotele. Płaski telewizor, tuziny płyt CD i DVD dokoła. Sterty książek, miejscami wysokie na półtora metra. W kuchni – bardzo ładny komplet miedzianych rondli i patelni na wieszaku. I zestaw noży ze srebrenitu.
Nie było tu nic, czego nie mogłabym bez żalu zostawić za sobą. W moim fachu zawsze jest taka możliwość. Byłam ostrożna, a Fletcher bardzo starannie dobierał zlecenia. Ale nie sposób całkowicie wyeliminować ryzyko dekonspiracji, tortur, śmierci. To kolejne powody, dla których Fletcher chciał, żebym się wycofała.
Mimo wszystko, żeby ułagodzić staruszka, starałam się prowadzić w miarę normalne życie, oczywiście nie licząc nocnych działań. Za dnia byłam Gin Blanco, kucharką i kelnerką z restauracji Wesoły Prosiak, i wieczną studentką college’u w Ashland. Architektura, rzeźbiarstwo, rola kobiet w fantastyce. Zapisywałam się na te zajęcia, które do mnie przemawiały, bez żadnego ładu i składu.
Ale najchętniej wybierałam kursy poświęcone literaturze i gotowaniu i w każdym semestrze chodziłam na przynajmniej jeden z tych przedmiotów. Gotowanie to moja pasja – podobnie jak czytanie. Lubię zapach palonego cukru i przypraw. Niezliczone kombinacje smaków. Przepisy, te proste i te skomplikowane, na podstawie których można wyczarować jadalne dzieła sztuki. A poza tym gotowanie to świetne wytłumaczenie dla noży poniewierających się po całej kuchni.
Kolejny niezbędny rekwizyt w mojej branży.
Upewniwszy się, że wszystko jest w porządku, weszłam do mieszkania. Powinnam właściwie iść do łazienki, wziąć prysznic i ułożyć się wygodnie na kanapie z teczką Gordona Gilesa. Powinnam zaplanować akcję. Zrobić listę niezbędnych przedmiotów. Zaplanować trasę ucieczki. I pomarzyć o opalonych masażystach, którzy, jak zapewniał Fletcher, czekają na mnie na Key West.
Ale ociągałam się, stałam w saloniku wpatrzona w oprawione szkice stojące na gzymsie kominka. Powstały niedawno, na kursie rysunku. Projektem wieńczącym zajęcia miał być cykl szkiców. Tryptyk. Trzy rysunki, różne, ale połączone wspólnym tematem.
Narysowałam runy mojej nieżyjącej rodziny.
Ci, którzy mają w sobie magię, nie posługują się herbami czy godłami, tylko runami. Wampiry, olbrzymy, krasnoludy, żywiołaki. Runy są wszędzie. Na tatuażach, naszyjnikach, sygnetach, T-shirtach. Nawet zwykli śmiertelnicy sięgają po nie, zwłaszcza jako logo firmy. Magicznym nie zawsze się to podoba – twierdzą, że runy są zastrzeżone dla tych, którzy mają w sobie magię. Banda świrów, którym po głowach chodziły mrzonki o supremacji magii w świecie, o społeczeństwie kontrolowanym przez żywiołaki i tak dalej. Nie odpowiadała im obecna równowaga sił między rasami. A dlaczego jedna rasa nie zdobyła przewagi? To proste: nic tak nie zrównuje jak broń. Palna i nie tylko, nadają się też noże, kije baseballowe, piły mechaniczne i siekiery. A mieszkańcy Ashland w zdecydowanej większości mieli przynajmniej jedno z wyżej wymienionych. Magia daje przewagę, ale trzy kulki w głowie załatwią niemal każdego. Tak więc zwyczajni posługiwali się runami, ludzie żywiołów byli tym oburzeni i wszystko trwało po staremu.
Ale zwyczajni ludzie posługujący się runami nie mieli w sobie mocy i nie mogli niczego osiągnąć. Tylko w rękach ludzi żywiołów runy nabierają mocy, ożywają, spełniają swoje zadania. Zresztą, ktoś z mocą Ognia rysujący słońce na kawałku drewna, żeby rozpalić ognisko, to tylko szpan. Zwłaszcza że wystarczyłoby, by pstryknął palcami, a osiągnąłby to samo. Choć runy magiczne mają swoje zastosowania – nadają się do zastawiania pułapek, zakładania systemów alarmowych, pomagają przy opóźnionych falach magii. Zwłaszcza to ostatnie przydawało się moim kolegom po fachu. Wystarczy narysować na paczce magiczną runę Ognia, wysłać przesyłkę ofierze i możesz sączyć mojito na Karaibach i czekać, aż biedak otworzy przesyłkę i… bum!
Większość run nie ma mocy sama w sobie – to tylko sposób wyrazu, symbol oznaczający twoje dziedzictwo, znak przymierza, który mówi coś o twoim temperamencie, branży i hobby. Runą mojej rodziny, rodu Snow, był płatek śniegu – symbol lodowatego spokoju. Moja matka, Eira, nosiła naszyjnik ze srebrenitu z tym właśnie symbolem. Mama posunęła się nawet o krok dalej i zamówiła naszyjniki z runami dla nas wszystkich. Runy miały zawierać informacje o naszym charakterze.
Płatek śniegu to temat pierwszego z obrazków nad kominkiem. Na kolejnym – dziki powój symbolizujący elegancję mojej starszej siostry Annabelli, wspomnienie jej runy i naszyjnika. I wreszcie prymulka, symbol piękna. Dostała ją Bria, moja młodsza siostra.
Na kominku nie było mojej runy, runy pająka. Kółko z odchodzącymi od niego ośmioma liniami nie było dość skomplikowane, by stanowiło wyzwanie podczas zajęć z rysunku.
Oczywiście nie miałam już naszyjnika z tą runą, ale gdybym chciała ją zobaczyć, wystarczyło, bym spojrzała na blizny na dłoniach.
Otrząsnęłam się z transu. Jesienią zawsze gorzej znosiłam wspomnienia. Właśnie wtedy kobieta Ognia zamordowała moją matkę i Annabellę. Z ich ciał został tylko popiół. Bria usiłowała uciec, ale skończyła pogrzebana żywcem pod gruzami naszego domu. Szukałam jej ciała, lecz znalazłam tylko krwawą plamę.
Rześka świeżość w powietrzu. Bezchmurne, błękitne niebo. Intensywny, głęboki zapach świeżo zaoranej ziemi. Nagła ospałość kamieni, jakby usypiała je nadchodząca zima i mróz. To wszystko przypominało mi o nich, nawet teraz, siedemnaście lat później.
Ale runy na kominku nie przywrócą mi rodziny. To niemożliwe. Sama nie wiedziałam, czemu w ogóle je narysowałam. Naprawdę przydałyby mi się wakacje. A może gadanina Fletchera o emeryturze trafiła na bardziej podatny grunt, niż sądziłam.
Zacisnęłam dłoń na teczce. Oderwałam wzrok od rysunków, weszłam do sypialni i zamknęłam za sobą drzwi, żeby nie widzieć szkiców nad kominkiem.
Co z oczu, to z serca. Prawie.
O ósmej wieczorem następnego dnia stałam na najwyższym balkonie gmachu opery w Ashland. Był to potężny budynek z szarego granitu i białego marmuru. Opera, perła klasycznej architektury, zajmowała ogromny teren w śródmieściu. Smukłe wieżyczki wieńczyły każde z trzech skrzydeł, przez co budowla zawsze kojarzyła mi się z domkiem dla lalek. Czarne flagi ze srebrnymi nutami – runami opery – powiewały na wieżyczkach w słabej wrześniowej bryzie.
Dwadzieścia minut wcześniej weszłam do opery głównym wejściem. W białej koszuli, czarnych spodniach i kowbojkach, z futerałem na wiolonczelę, wyglądałam na jednego z licznych muzyków, którzy spieszyli na dzisiejszy koncert. Nikt nawet nie zaszczycił mnie spojrzeniem, gdy spokojnie przeszłam przez hol, podeszłam do imponujących schodów i powędrowałam na górę. Posłużyłam się magią Lodu, żeby wyczarować dwa wytrychy, i za ich pomocą pokonałam drzwi prowadzące na balkon. Weszłam od frontu, ale po zleceniu ulotnię się od tyłu. Mniej więcej.
Główne wyjście z opery prowadziło na ruchliwą ulicę w centrum Ashland, ale za budynkiem przycupnęły postrzępione klify, a poniżej nich – rzeka Aneirin. Za mniej więcej godzinę będę się spuszczała z tych klifów.
Kryłam się w cieniu. Otworzyłam futerał na wiolonczelę i wyjęłam plastikowy pokrowiec, kształtem zbliżony do instrumentu, odsłaniając schowek, w którym ukryłam wszystko, co będzie mi potrzebne tego wieczoru, w tym stumetrowy zwój liny do wspinaczki. Przywiązałam ją do mosiężnego masztu na balkonie i przerzuciłam za poręcz. Szary sznur stapiał się z kamieniami, nie sposób było go zauważyć, jeśli się o nim nie wiedziało. Na wszelki wypadek przykryłam węzeł garścią suchych liści leżących na balkonie. Mało prawdopodobne, że ktoś tu przyjdzie, budynek aż huczał od pośpiechu i emocji, ale nigdy nie wiadomo, komu zamarzy się szybki papieros albo jeszcze szybszy numerek. Lepiej niepotrzebnie nie ryzykować.
Co chwila muskałam dłonią kamienie. Granit śpiewał pod moimi palcami, muzyka niezliczonych spektakli i koncertów wsiąkała w mury i teraz kryła się w kamieniu jak żyły złota. Zamknęłam oczy, przycisnęłam dłonie do szorstkiej powierzchni. Były to dźwięki tak czyste, tak piękne, tak skończone, zwłaszcza po szaleńczej kakofonii szpitala psychiatrycznego, że uległam pokusie i posłużyłam się magią.
Posłałam strumyk mocy, wydałam rozkaz kamieniom. I oto granit zafalował lekko, jakbym przebiegła palcami po klawiszach fortepianu. Uśmiechnęłam się pod nosem. Magia żywiołów bywa równie zabawna, jak straszna.
Skończyłam na balkonie. Podniosłam futerał, otworzyłam drzwi i wróciłam do środka.
Ten balkon znajdował się na najwyższym piętrze opery. Było tu szaro i smutno – na tej kondygnacji mieściły się wszystkie biura. Było tu teraz pusto, paliły się tylko nieliczne lampy. Schodami przeciwpożarowymi zeszłam niżej, na drugie piętro.
Jakbym weszła do innego świata. Znalazłam się w ogromnym, kolistym pomieszczeniu. Imponujące schody prowadziły na parter. Pod sufitem przyciągał wzrok wielki kryształowy żyrandol, złożony z setek lodowych sopli. Podłogę pokrywała bordowa wykładzina z delikatnym złotym wzorem, a ściany dobrana do niej tkanina świetnie tłumiąca dźwięki, której monotonię gdzieniegdzie przerywały obrazy i lustra. Poniżej, w foyer, dostrzegłam posadzkę z czarno-czerwonego marmuru.
Kilka przecznic dalej dziwki-wampiry zrobią wszystko za pięćdziesiąt dolców, a bezdomni buszują w śmietnikach w poszukiwaniu jedzenia. Ale tutaj ciemne są jedynie ślady szminki na kieliszkach szampana – i dusze zebranych.
Ludzie kręcili się po wielkim pomieszczeniu, przystawali na schodach. Jak przystało na spotkanie elit towarzyskich Ashland, kobiety wystąpiły w sukniach od znanych projektantów w odcieniach kamieni szlachetnych, a mężczyźni w czarnych frakach, strojach równie wyszukanych jak wnętrze opery. Na szyjach, przegubach i palcach połyskiwały, mrugały, lśniły i świeciły klejnoty – małe, średnie i wielkie. Kamienie dumnie przechwalały się swoim pięknem i elegancją.
Goście sączyli szampana i drinki, częstowali się miniaturowymi szaszłyczkami, kanapeczkami i innymi przekąskami z tac roznoszonych przez kelnerów. Powietrze wypełniały rozmowy, co chwila przerywane wybuchami głośnego śmiechu.
Ponieważ wyglądałam jak członek orkiestry, przedstawiciele miejskich elit poświęcali mi mniej więcej tyle samo uwagi, co wykładzinie na podłodze, więc poruszałam się w tłumie bez trudu. Szukałam mojej ofiary.
Przez tłum przebiegł pomruk i rozejrzałam się, ciekawa, co go wywołało. Zobaczyłam Mab Monroe. Pokonała foyer, wchodziła właśnie na schody. Patrzyli na nią wszyscy. Rozmowy ucichły jak pieśń przerwana w połowie. Mab tak działała na ludzi. Jej rude loki lśniły jak świeżo wybity pens. Miała na sobie suknię w najciemniejszym odcieniu szkarłatu, jaki widziałam, z głębokim dekoltem, który odsłaniał jej kremowe piersi. Jej oczy przypominały czarne studnie. Ognie piekielne. Ilekroć widziałam Mab, to samo porównanie przychodziło mi do głowy.
Na szyi miała zawieszony płaski złoty medalion. Przykuł moją uwagę – od okrągłego rubinu odchodziły faliste promienie. Romby wyryte w złocie sprawiały, że wydawał się naprawdę świecić. Słońce. Symbol ognia. Osobista runa Mab, którą posługuje się tylko i wyłącznie ona.
Nawet z tej odległości wyczuwałam wibracje klejnotu. Opowiadał nie tyle o pięknie i elegancji, co o mocy, o czystej, pierwotnej mocy. Mój żołądek fiknął salto, gdy to poczułam.
Mab Monroe szła przez tłum, śmiała się, rozmawiała, ściskała dłonie. Przyglądałam się jej i myślałam, ile razy odrzucałam zlecenia na jej głowę. Nie uważałam się za bohaterkę, ale nie miałabym nic przeciwko temu, żeby pomóc szacownym obywatelom Ashland uwolnić się od łap Mab na ich gardle. Zawsze drażnili mnie ci, którzy wykorzystują słabszych. I zawsze miałam ochotę dać im po łapach.
Omiotłam wzrokiem jej świtę. Krępy facet we fraku, tuż u jej boku, dwaj inni kręcą się w pobliżu. Elliota Slatera nie było wśród nich, ale podobnie jak on byli olbrzymami, mieli potężne karki, wielkie pięści i ogromne oczy. Ochroniarze idealni. Nie żeby Mab tak naprawdę ich potrzebowała. Miała w sobie dość magii Ognia, by poradzić sobie z każdym zagrożeniem. Byli przede wszystkim na pokaz.
Mab Monroe zbliżała się do mnie. Wtopiłam się w cień, ale ona i jej ludzie nie zaszczycili mnie nawet spojrzeniem. Nadal rozglądałam się za moją ofiarą – i innymi, którzy mogliby wejść mi w drogę.
Kilka minut później do foyer weszła Haley James. Skierowała się w stronę schodów. Jej skóra była jasna jak śmietanka, miedzianoblond włosy upięte na czubku głowy spływały kaskadą loków. Miała na sobie jasnozieloną, krótką sukienkę, która podkreślała walory jej kształtnego ciała. Szmaragdy w jej długich kolczykach lśniły nieprzemijającym pięknem.
Alexis James weszła w ślad za siostrą. Była od niej wyższa. Miała podobną karnację i kolor włosów, ale strzygła się krótko. Wystąpiła w prostej czarnej sukni koktajlowej. Jej szyję otaczał sznur pereł, a ręce skryła w czarnych rękawiczkach do łokci. Na prawym nadgarstku połyskiwała perłowa bransoletka. Klasa i szyk, przeciwieństwo szmaragdowej ostentacji Haley.
Haley James zawołała Mab. Obie kobiety zatrzymały się i przez chwilę prowadziły niezobowiązującą rozmowę. Alexis stała z boku z nieprzeniknionym wyrazem twarzy.
Według informacji od Fletchera, Haley James była szefową Halo Industries, a Alexis zajmowała się marketingiem i PR. Firma od wielu lat należała do ich rodziny i działała w kilku branżach, przede wszystkim jednak chodziło o magię, a dokładnie rzecz biorąc, o wykorzystanie mocy Powietrza w produktach kosmetycznych i medycznych. Siostry James zatrudniały wielu ludzi posiadających moc Żywiołów. Pytanie, czy one także nią dysponowały.
Intrygowało mnie, czy to Haley James odkryła, że Gordon Giles kradnie. Czy to ona jest naszym zleceniodawcą? Może chciała zrobić z niego przykład. Albo wolała po prostu ukryć przed Mab Monroe fakt, że z jej firmy wypływają miliony, i tym sposobem ustrzec się przed jej gniewem. Gdyby Mab odkryła przekręt Gilesa, załatwiłaby nie tylko jego, lecz też siostry James, za to, że dały się tak oszukiwać. Tak, istniało wiele powodów, dla których Haley James mogła chcieć pozbyć się Gilesa.
Odepchnęłam te myśli od siebie. Nieważne, kto zlecił robotę, o ile po jej wykonaniu wpłynie reszta pieniędzy. Jeśli nie – no cóż, wtedy przyjrzę się temu dokładniej. Ale nie wcześniej.
Skoro mowa o panu Gilesie – wreszcie przyszedł. Przepychał się przez foyer, wspinał po schodach, zupełnie jak wcześniej Mab Monroe, choć on nie robił dokoła siebie tyle zamieszania.
Miał na sobie smoking, odrobinę na niego za duży. Był bardzo chudy, kościste ramiona zdawały się przebijać materiał. Krzywił się boleśnie, jakby cierpiał przy każdym oddechu. Cały czas zacierał ręce i nerwowo rozglądał się po holu, zerkał to na Mab Monroe, to na Haley James i jej siostrę Alexis, przeczesywał wzrokiem morze gapiów i wracał znów do kobiet. Usiłował odgadnąć, z której strony nadejdzie niebezpieczeństwo. Skąd padnie strzał. Ale nie zobaczy tego, nie zobaczy mnie, póki nie będzie za późno.
Bo tak naprawdę było za późno już wtedy, gdy klient zwracał się do Fletchera. Bo jestem Pająkiem. Zawsze wypełniam zadanie.
I nigdy nie odpuszczam.


4



Ludzie powoli zajmowali miejsca, żeby obejrzeć przedstawienie. Gordon Giles wszedł do loży oznaczonej A3, którą, jak mi powiedziano, wykupił.
Wróciłam na najwyższą kondygnację, za pomocą magii Lodu wyczarowałam kolejne dwa wytrychy i otworzyłam nimi drzwi, za którymi zaczynały się schody prowadzące na pomost. Ukryłam się za nimi i zdjęłam białą koszulę, pod którą miałam czarną bluzkę z długimi rękawami. Biała szmatka trafiła do futerału na wiolonczelę, z którego wyjęłam obcisłą czarną kamizelkę. W jej kieszeniach ukryłam niezbędny ekwipunek: gotówkę, telefon na kartę, karty kredytowe, kilka fałszywych dowodów tożsamości. Jasne włosy ukryłam pod czarną czapeczką, którą wyciągnęłam z kieszeni.
Wbiegłam na górę i weszłam na metalowy pomost. Właściwie nie był to pomost, tylko wąski balkon otaczający całą salę opery, jak też loże poniżej. Światła już zgasły, tylko reflektory rozświetlały scenę, odbijały się od instrumentów orkiestry. Muzycy siedzieli nieruchomo na półkolistym podium; czekali na znak dyrygenta.
Szłam ostrożnie. Z tej wysokości miałam całą salę jak na dłoni, w tym VIP-owskie loże na drugim piętrze, także tę, w której zasiadał Gordon Giles.
Już był na miejscu. Program wieczoru chyba go nie interesował, bo zwinął go w rulon i stukał nim w kolano w szybkim staccato. Nerwowe zachowanie faceta, który wie, że ma kłopoty.
Dyrygent odchrząknął i postukał w pulpit. Widownia zaszumiała, ludzie znieruchomieli i umilkli. Batuta opadła, orkiestra huknęła. Energia. Emocje. Radość. Zamknęłam oczy, wsłuchana w muzykę, w idealną harmonię instrumentów, gdy wygrywały skomplikowane ciągi nut i akordów splatające się w całość niespotykanej urody.
Słuchałam jeszcze przez chwilę, rozkoszowałam się spójnością melodii, a potem zapomniałam o muzyce i zabrałam się do pracy. Zgodnie z wytycznymi z teczki od Fletchera miałam wykonać zadanie przed przerwą. Życzeniem klienta było, by ciało Gordona Gilesa znaleziono właśnie wtedy i by było ono przestrogą dla innych.
Otworzyłam futerał na wiolonczelę i kolejny raz wyjęłam plastikową obudowę. Pod nią była ukryta broń, którą wybrałam do tego zadania – kusza.
Wyglądała jak zwykła kusza, nie licząc potężnego celownika zainstalowanego nad cięciwą i metalowego bełtu, gotowego do wystrzelenia. To idealna broń na takie zlecenia, gdy potrzebny jest sprzęt średniego zasięgu.
Ponieważ nie chciałam ryzykować, że Giles zaatakuje mnie magią Powietrza, postanowiłam załatwić go z oddali. Pociągnąć za spust i już. Czysta robota, bez wysiłku i krwi na ubraniu, tak dla odmiany. Te plamy to największy minus w mojej branży.
Oczywiście mogłabym także posłużyć się sztucerem. Łatwiej dostępny, tańszy, efekt ten sam. Ale broń palna zbyt często się zacina, jak na mój gust. Przy użyciu kuszy nie ma takiego niebezpieczeństwa. Właśnie dlatego najczęściej posługuję się nożami ze srebrenitu. Także tej nocy oprócz kuszy miałam ich kilka przy sobie. Dwa w rękawach. Jeden na plecach, za paskiem. Dwa w cholewkach butów. Klasyczny arsenał pięciopunktowy. Tak na wszelki wypadek, gdyby coś poszło nie tak i doszło do bliskiego spotkania z kimś wrogo nastawionym.
Jeśli chodzi o noże ze srebrenitu, ich największą zaletą jest to, iż magiczny metal jest praktycznie niezniszczalny, a jedyny problem pojawia się wtedy, gdy nóż wbije się za głęboko w czyjąś pierś i nie mogę go wyciągnąć. Ale wtedy, no cóż, nie ma to już większego znaczenia.
Umieściłam kuszę na barierce. Było tu ciemno, nikt nie patrzył w moją stronę, ale i tak na wszelki wypadek postanowiłam zaatakować z najbardziej zacienionego miejsca. Właśnie dlatego pozbyłam się białej koszuli. Wolałam nie ryzykować, że wścibski dzieciak zacznie wypytywać mamuśkę, kto to jest, ta dziwna postać z dziwną bronią, tam wysoko, pod sufitem. Owszem, mam zamiar dzisiaj kogoś zabić, ale to nie znaczy, że muszę przerazić innych i zepsuć im imprezę. A jeden krzyk wszystko zepsuje. Zważywszy nerwowość Gordona Gilesa, nie liczyłam, bym w najbliższym czasie miała jeszcze jedną szansę. I tak mnie zdziwiło, że pojawił się na takiej imprezie. Gdybym była księgowym kradnącym Mab Monroe grube miliony, byłabym już na końcu świata, na stole operacyjnym, w trakcie przeszczepu twarzy. A nie brylowała na raucie w operze.
Dzięki celownikowi miałam doskonały wgląd we wnętrze loży. I dlatego dostrzegłam smugę światła, gdy uchyliły się drzwi. Otworzyłam szeroko oczy, chcąc zidentyfikować nowo przybyłą postać. Musiałam ocenić, w jakim stopniu może pokrzyżować mi szyki.
Do loży wszedł Donovan Caine.
Znałam go z widzenia. I wiedziałam, jaką ma reputację. Donovan Caine to jeden z nielicznych tym mieście uczciwych policjantów, a na takiego wychował go przedwcześnie zmarły tatuś w mundurze. Jeśli wierzyć Fletcherowi, Caine nigdy na nic nie przymykał oczu, nieważne, kto o to prosił. Nie przyjmował łapówek. Nie zażywał narkotyków. Do licha, według Fletchera on nawet nie palił.
Przydzielono mu kilka z moich poprzednich sprawek w Ashland, jednak te dochodzenia nie zakończyły się sukcesem.
W przeciwieństwie do wielu kolegów po fachu, nie byłam na tyle głupia, żeby zostawiać swój podpis przy ofierze. Niektórzy płatni zabójcy, zwłaszcza mający w sobie magię, naprawdę marnują cenny czas, żeby wyciąć osobistą runę na ciele ofiary albo na pobliskiej ścianie czy posadzce. Słyszałam nawet o pewnym wampirze, który miał zwyczaj rysować runę krwią ofiary – zmieszaną z własną. Idioci. Równie dobrze mogliby zostawić odciski palców. Takie chwalenie się robotą to najszybsza droga na krzesło elektryczne. Tu, na Południu nikt nie ma oporów przed wykonywaniem egzekucji, zwłaszcza jeśli sankcjonuje je rząd.
Ale Caine wiedział o moim istnieniu, przede wszystkim z powodu mojego ostatniego zlecenia w Ashland – zabiłam wtedy jego partnera.
Cliff Ingles nie był złym gliniarzem – jeśli nie liczyć jego upodobania do bicia i gwałcenia prostytutek, choć to akurat robił po służbie. W Ashland to było za mało, by wyrzucić go z pracy, a co dopiero oddać sprawę do sądu.
Trwało to, dopóki nie zainteresował się trzynastoletnią córką jednej z dziwek. Wampirzyca wiedziała dość, by zwrócić się do Fletchera z prośbą o pomoc. Staruszek nie lubił gwałcicieli, zwłaszcza takich, którzy dobierają się do dzieci. Ja też nie, więc wykonałam to zadanie bezpłatnie. Taka praca społeczna. Burmistrz powinien dać mi medal.
Caine wiedział, że jego partner nie ma najczystszego sumienia, ale najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo był zepsuty. Bo kiedy wbiłam Inglesowi nóż w opasłe brzuszysko i obcięłam mu jaja, Donovan Caine publicznie ślubował, że dopadnie zabójcę partnera. Przysiągł, że postawi osobę odpowiedzialną za przedwczesną i bolesną śmierć partnera przed sądem i pomści go. Dochodzenie utknęło w martwym punkcie, ale Caine nie dawał za wygraną. Mniej więcej co tydzień zwracał się do środków masowego przekazu i prosił mieszkańców o informacje dotyczące zabójcy Inglesa.
Oczywiście nie wiedział, że to właśnie ja, Gin Blanco, Pająk, ponoszę odpowiedzialność za śmierć Cliffa Inglesa. Ale gdyby zrobił to bezdomny czy inny męt, do tego czasu na pewno pochwaliłby się tym czynem i Caine już by go znalazł. Nieważne, Caine chciał się na kimś zemścić.
Od tej pory miałam na niego oko. Bawiła mnie jego determinacja, choć wiedziałam, że nic mu z tego nie przyjdzie. Poprosiłam Fletchera, żeby zebrał nieco informacji na jego temat.
Przyglądałam mu się przez lupę celownika. Zbliżał się do Gordona Gilesa. Trzydzieści dwa lata. Prawie dwa metry wzrostu. Krótkie ciemne włosy. Piwne oczy. Silny podbródek. Kwadratowa szczęka. Nos z garbem. Szczupłe ciało. Smagła skóra – dowód latynoskiej krwi w żyłach.
Owszem, przystojny, ale nie bardziej niż wielu mężczyzn w foyer. Ale Caine poruszał się miękko, ze swobodną gracją człowieka, który wie, co robi, i ma świadomość, że poradzi sobie z każdą przeszkodą.
Co jest bardziej pociągające niż pewność siebie i stojące za nią umiejętności? Nie wiem. Przeszył mnie dreszcz. Poczułam, jak nabrzmiewają mi piersi, a między nogami budzi się płomień. Ciekawe, czy Donovan Caine jest równie pewny siebie w łóżku. Och, na pewno.
Pozwoliłam sobie na chwilę fantazji z detektywem w roli głównej. Nagi. Pode mną. Jego usta na moim nabrzmiałym sutku. Jego twarde dłonie na moich piersiach. Wyobraziłam sobie, jak opadam na jego nabrzmiałą męskość. Jak go ujeżdżam, coraz szybciej, aż wykrzyczy moje imię. Jak wyciskam z niego rozkosz do ostatniej kropli, aż oboje jesteśmy nasyceni i spoceni. Hm.
Szkoda tylko, że gra dla przeciwnej drużyny i chce mi wpakować kulkę. Na marzeniach musi się skończyć.
Fletcher mówił, że Gordon Giles zastanawiał się, czy nie zwrócić się o pomoc do policji. Pewnie dlatego jest tu Caine. Umówił się z Gilesem. Wciska mu te bzdury o ochronie i tak dalej.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Ciekawe, co zrobi Donovan Caine, gdy wpakuję Gilesowi bełt w serce. Będzie wzywał pomocy? A może wybiegnie z loży z pistoletem w dłoni, chcąc dorwać zabójcę? Muszę tylko zwolnić cięciwę, a przekonam się na własne oczy.
Ale zamiast to zrobić, obserwowałam detektywa. Usiadł po prawej stronie Gilesa. Zaczęli rozmawiać szeptem. To znaczy, szczekał głównie Caine. Gordon tylko potrząsał wąską głową – nie, nie, nie. Nie wiem, czego Caine od niego chciał, ale Gordon stanowczo odmawiał. Na razie.
Do tego stopnia pochłonął mnie Donovan Caine, że usłyszałam charakterystyczne kliknięcie, gdy było już za późno. Ale zimna lufa na moim karku skutecznie przyciągnęła moją uwagę.
– Rzuć broń – szepnął mi ktoś do ucha.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-06-18 (1072 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej