Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Ostatni ork
 
Katalog - dodano
 Epoka diamentu
- Neal Stephenson
 Kroniki Jaaru. Tajemne imię
- Adam Faber
 Hajmdal. Księżyce monarchy
- Dariusz Domagalski
 Alyssa i czary
- A.G. Howard
 Prawda i iluzja
- Jennifer Sommersby
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Tropiciel'' - Orson Scott Card



Rozdział 1
Jeśli drzewo upada



Ocalenie rodzaju ludzkiego przed zagładą to ekscytujące zadanie. Lub nużące. Zależnie od tego, w którym etapie procesu się uczestniczy.

Rigg i ojciec przeważnie razem rozstawiali sidła, ponieważ Rigg miał dar widzenia ścieżek, którymi się poruszały zwierzęta.
Ojciec był na to ślepy – w ogóle nie potrafił dojrzeć cienkich, migoczących tropów w powietrzu, które znaczyły ruch żywych stworzeń przez świat. Jednak dla Rigga było to, od kiedy pamiętał, naturalną zdolnością jego oczu, przychodzącą mu bez żadnego wysiłku. Im nowsza ścieżka, tym bardziej niebieska poświata; starsze były zielone, żółte; te prawdziwie starożytne świeciły odcieniami czerwieni.
Już w wieku kilku lat Rigg zrozumiał, co oznacza ta poświata, bo widział, jak wszyscy w ruchu zostawiają za sobą ślady. Oprócz kolorów każdy miał coś jakby podpis, a z biegiem lat Rigg nauczył się biegle je rozpoznawać. Potrafił z miejsca odróżnić człowieka od zwierzęcia, a także różne gatunki od siebie, a jeśli uważniej się przyjrzał, porządkował gmatwaninę tropów tak dokładnie, że mógł podążyć ścieżką konkretnej osoby lub wybranego stworzenia.
Niegdyś, kiedy dopiero zaczął wyprawiać się z ojcem na polowania, popełnił błąd, idąc za zielonkawym tropem. Na jego końcu znaleźli jedynie kupkę starych kości – zwierzęta wiele miesięcy wcześniej porozrywały padlinę na strzępy.
Ojciec nie był zły. Przeciwnie – wydawał się rozbawiony.
– Musimy szukać zwierzyny z wciąż świeżymi skórami – rzekł. – I z choćby odrobiną mięsa na kościach, byśmy mogli coś zjeść. Ale jeśli byłbym kolekcjonerem kości, te by się świetnie nadały. Nie martw się.
Ojciec nigdy nie krytykował Rigga, jeśli chodziło o jego dar tropicielstwa. Zwyczajnie przyjmował do wiadomości, co syn potrafi zrobić, i zachęcał go do doskonalenia talentu. Jednak gdy tylko Rigg zaczynał napomykać komuś o swych zdolnościach albo rzucił jakąś nieostrożną uwagę, przez którą słuchacze mogliby się zorientować, że ma jakiś nietypowy talent, ojciec bezwzględnie i od razu go uciszał.
– Chodzi o twoje życie – tłumaczył mu. – Nie brakuje takich, którzy by cię za to zabili. I takich, którzy by cię porwali, zniewolili i kazali śledzić dla nich. W rezultacie zabijaliby tych, których byś znajdował. – I żeby się upewnić, że Rigg zrozumiał powagę sytuacji, dodał: – A ofiary nie byłyby zwierzętami. Pomagałbyś im mordować ludzi.
Może ojciec nie powinien mu tego mówić, bo te słowa prześladowały go w myślach przez wiele kolejnych miesięcy – i nie tylko pod postacią sennych koszmarów. Rigg czuł się bardzo potężny, myśląc, że jego zdolność mogłaby się przydać w znajdowaniu przestępców i wyrzutków.
Ale to wszystko się zdarzyło, gdy Rigg był mały. Teraz miał trzynaście lat, przechodził mutację, a ojciec mówił mu trochę o tym, jak postępować z kobietami. Lubią to, nie znoszą tamtego, nigdy nie biorą za męża chłopca, który robi to albo tego nie robi.
Najważniejsze to się myć – powtarzał. I to często. Bardzo często. – Żebyś nie śmierdział. Dziewczyny nie lubią, jak chłopcy śmierdzą.
– Ale jest zimno – jęknął Rigg. – Później się umyję, tuż przed powrotem do domu.
– Masz się myć każdego dnia – zawyrokował ojciec. – Ja też nie lubię twojego smrodku.
Chłopcu jakoś trudno było w to uwierzyć. Skóry zdarte z upolowanych w sidła zwierząt cuchnęły o wiele bardziej niż on kiedykolwiek. W rzeczy samej, pachniał głównie zwierzęcymi skórami; ten odór przywierał do jego ubrania i włosów niczym rzep. Lecz Rigg się nie spierał z ojcem. Nie było sensu.
Na przykład tego ranka, zanim się rozdzielili, ucięli sobie pogawędkę, idąc przez las. Ojciec zachęcał do rozmów.
– Nie jesteśmy myśliwymi, jesteśmy łowcami – stwierdził. – To nic, że zwierzęta teraz od nas uciekają, bo złapiemy je później, gdy nie będą nas mogły zobaczyć, usłyszeć ani nawet zwęszyć.
Tym sposobem ojciec korzystał z ich nieskończonych wędrówek do nauczania.
– Cierpisz na poważny przypadek ignorancji, chłopcze – często powtarzał. – Muszę zrobić co w mojej mocy, by wyleczyć tę przypadłość, ale zdaje się, że im więcej cię uczę, tym więcej nie wiesz.
– Wiem już wszystko, co wiedzieć muszę – zawsze odpowiadał Rigg. – Uczysz mnie tylu dziwnych rzeczy, które nie mają nic wspólnego z tym, jak żyjemy. Czemu muszę znać astronomię, tajniki bankowości i te wszystkie języki, którymi każesz mi mówić? Znajduję ścieżki zwierząt, łapiemy je, sprzedajemy futra, a to umiem dobrze.
na to zawsze odpowiadał jednakowo:
Widzisz, jakim jesteś ignorantem? Nawet nie wiesz, czemu musisz wiedzieć rzeczy, których jeszcze nie wiesz.
– Więc mi to wyjaśnij.
– Zrobiłbym to, ale jesteś zbytnim ignorantem, by zrozumieć powody, dla których twoja ignorancja jest śmiertelną chorobą. Muszę cię podszkolić, zanim zrozumiesz, czemu warto było poświęcić tyle czasu na garbowanie twego mózgu. – Tak właśnie nazywał ich sesje nauki: garbowaniem mózgu Rigga.
Dziś szli śladem penczy, której skóra kosztowała tyle co dziesięć skór wydry, bo była o wiele grubsza i mieniła się żywymi kolorami. Nastała krótka przerwa w nieustannym nauczaniu, podczas której ojciec zapewne starał się wymyślić kolejny problem do rozwiązania dla Rigga („Jeśli ogrodzenie z desek ma dziewięć piędzi wysokości i osiemnaście metrów długości, ile stóp dziesięciocentymetrowych listew musiałbyś kupić w tartaku, przy założeniu, że są one dostępne w długościach dwadzieścia piędzi i czternaście piędzi?”. Odpowiedź: „A jaki ma sens budowa ogrodzenia z listew o wysokości dziewięciu piędzi? Każde zwierzę, które warto byłoby tam trzymać, bez trudu zdołałoby się na nie wspiąć, przeskoczyć je lub obalić”. A potem lekkie trzepnięcie z tyłu głowy i musiał podać prawidłową odpowiedź). Rigg zaczął mówić o niczym.
– Lubię jesień. Wiem, że oznacza bliskość zimy, ale właśnie przez zimę ludzie potrzebują naszych futer, więc nie mogę się czuć źle akurat z tego powodu. Lubię barwne liście i ich szelest pod stopami. Cały świat się odmienia.
– Cały świat? – zapytał ojciec. – Nie wiesz, że na południowej połówce świata jesień nawet jeszcze nie nadeszła?
– Wiem, wiem.
– Nawet na naszej półkuli, w pobliżu tropików, nie ma jesieni i liście nie spadają, chyba że wysoko w górach, jak tutaj. A na dalekiej północy nie ma drzew, jedynie tundra i lód, więc liście nie mają z czego spadać. Cały świat! Masz na myśli ten malutki wycinek świata, który widziałeś na własne oczy.
Tylko tyle świata widziałem – przyznał Rigg. – A jeśli żyję w niewiedzy co do reszty, to z twojej winy.
Nie żyjesz w niewiedzy co do reszty, po prostu jej nie widziałeś i tyle. A ja na pewno ci o niej opowiadałem.
O tak, ojcze, moja głowa jest pełna zapamiętanych faktów, ale mam pytanie: Skąd tyle wiesz o częściach świata, których nigdy, przenigdy nie możemy zobaczyć, bo są za Murem?
Ojciec wzruszył ramionami.
– Ja wiem wszystko.
– Pewien nauczyciel powiedział mi kiedyś, że jedynym naprawdę głupim człowiekiem jest ten, który nie wie, że jest ignorantem. – Rigg uwielbiał tę grę, po części dlatego, że ojciec wcześniej czy później tracił cierpliwość i kazał mu umilknąć. A to oznaczało, że Rigg wygrał.
– Wiem, że wiem wszystko, gdyż nie ma pytań, na które nie znałbym odpowiedzi.
– Świetnie. Więc odpowiedz na to pytanie: Czy znasz odpowiedzi na pytania, o których jeszcze nie pomyślałeś?
– Pomyślałem o wszystkich pytaniach.
– To tylko oznacza, że zaprzestałeś prób wymyślenia nowych.
– Nie ma żadnych nowych pytań.
– A o co zapytam cię w następnej kolejności?
Ojciec ciężko westchnął.
– Wszystkie pytania o przyszłość są bezprzedmiotowe. Znam wszystkie odpowiedzi, które są do poznania.
– Tak myślałem. Twoje twierdzenie, że wiesz wszystko, to czcza przechwałka.
Uważaj, jak mówisz do swego ojca i nauczyciela.
– Dobieram słowa z najwyższą precyzją – odparł Rigg, przytaczając zdanie często powtarzane przez ojca. – Informacja ma znaczenie tylko wtedy, gdy pomaga nam prawidłowo przewidzieć przyszłość. – Wpadł na nisko wiszącą gałąź, musiał bowiem ciągle spoglądać w górę, gdyż pencza przeskakiwała wysoko między koronami drzew. – Pencza przekroczyła strumień – orzekł i wspiął się na skarpę przy brzegu.
Przeskakiwanie przez strumień nie przerwało rozmowy.
– Skoro nie wiadomo, jaka informacja przyda się w przyszłości, trzeba wiedzieć wszystko o przeszłości. A to wiem – ciągnął ojciec.
– Znasz każdy rodzaj pogody, który widziałeś – zauważył Rigg – ale to nie oznacza jeszcze, że wiesz, jaką pogodę będziemy mieli w następnym tygodniu albo czy zdarzy się taka, jakiej nigdy wcześniej nie widziałeś. Sądzę więc, że jesteś niemal takim samym ignorantem jak ja.
– Milcz – uciął ojciec.
Wygrałem, ucieszył się Rigg w duchu.
Kilka minut później trop penczy wzbijał się w powietrze i niknął z oczu.
– Orzeł go dorwał – smutno skonstatował chłopiec. – To się stało, jeszcze zanim podążyliśmy jego ścieżką. W przeszłości, więc niechybnie wiedziałeś o tym od samego początku.
Ojciec nie raczył odpowiedzieć, a Rigg poprowadził ich z powrotem w górę strumienia do miejsca, gdzie po raz pierwszy spostrzegł trop penczy.
– Umiesz zastawiać pułapki prawie tak dobrze jak ja – rzekł ojciec – więc idź to zrób, a potem mnie poszukaj.
– Nie mogę cię znaleźć, wiesz przecież.
Nie wiem, bo nikt nie może wiedzieć rzeczy fałszywej, człowiek może jedynie uznawać ją za pewnik, póki się jej nie zaprzeczy.
– Nie widzę twojej ścieżki, ponieważ jesteś moim ojcem.
– Prawda, jestem twoim ojcem. I prawda, nie widzisz mojej ścieżki. Ale czemu zakładasz, że między tymi dwoma sprawami zachodzi bezpośredni związek?
– No bo nie mogę zakładać przeciwnie – że nie jesteś moim ojcem, ponieważ nie widzę twojej ścieżki.
– Masz jakichś innych ojców?
– Nie.
– A znasz jakiegoś innego tropiciela takiego jak ty?
Nie.
– Zatem nie możesz sprawdzić, czy nie widzisz ścieżek twoich innych ojców, bo nie masz nikogo poza mną. I nie możesz zapytać innych tropicieli, czy widzą ścieżki swych ojców, bo nie znasz nikogo takiego. Nie masz więc dowodów pozwalających wyciągać takie czy inne wnioski co do przyczyny tego, że nie widzisz mojej ścieżki.
– Mogę iść spać? – zapytał Rigg. – Jestem zmęczony.
– Biedna słaba głowa – westchnął ojciec. – Ale nie wiem, jakim cudem się tak wyczerpała, skoro w ogóle jej nie używasz. Jak mnie znajdziesz? Idąc moim śladem z pomocą oczu i mózgu zamiast tej twojej niezwykłej umiejętności. Zobaczysz, gdzie zostawiłem ślady stóp, gdzie złamałem gałęzie.
– Ale nie zostawiasz śladów, jeśli nie chcesz, i nie łamiesz gałęzi, chyba że chcesz.
– Ach, jesteś bardziej spostrzegawczy, niż myślałem. A skoro powiedziałem ci, byś mnie odszukał, gdy już rozstawisz sidła, oczywiście umożliwię ci to, zostawiając ślady i łamiąc gałęzie.
– Lepiej też pierdź regularnie – zasugerował Rigg – bym mógł cię znaleźć po zapachu.
– Jak już przyjdziesz, przynieś z sobą porządną rózgę, bym mógł złoić ci skórę – odparł ojciec z przekąsem. – A teraz idź już, nim nastanie upał.
– Co będziesz robił?
– To, co zrobić muszę. Gdy będziesz musiał wiedzieć więcej, to ci powiem.
I się rozstali.
Rigg starannie rozstawiał sidła, wiedział bowiem, że to test. Wszystko było testem. Albo lekcją. Tudzież karą, z której miał wyciągnąć naukę. Później zostanie odpytany z tej nauki. I ukarany, jeśli jej sobie nie przyswoi.
Chciałbym mieć choć jeden jedyny dzień bez sprawdzianów, lekcji i kar, myślał. Dzień, w którym mógłbym po prostu być sobą, a nie projektem ojca zmierzającym do uczynienia mnie wielkim człowiekiem. Nie chcę być wielki. Chcę być Riggiem.
Nawet pomimo drobiazgowej uwagi, jaką poświęcał sidłom, rozstawiając je na najczęściej uczęszczanej ścieżce każdego stworzenia, nie zabrało mu to wiele czasu. Przystanął, by się napić, a potem by opróżnić pęcherz i jelita i wytrzeć tyłek liść­mi – kolejny powód do wdzięczności za jesień. Potem wrócił po swoich śladach do miejsca, gdzie rozstał się z ojcem.
Żadnej wskazówki, gdzie ojciec się udał. Rigg znał jego początkowy kierunek, bo widział, jak odchodzi. Jednak gdy poszedł w tę stronę, nie znalazł żadnych złamanych gałęzi, żadnych odcisków stóp, niczego, co by wskazywało, że ojciec tędy przechodził.
No jasne, pomyślał Rigg. To jest test.
Bił się z myślami. Ojciec może chcieć, bym podążył w stronę, w którą widziałem, że zmierza, gdy się rozstawaliśmy, i dopiero po dłuższym czasie zostawi wskazówkę. To byłaby lekcja cierpliwości i zaufania.
A może ojciec zawrócił, jak tylko zniknąłem mu z oczu, i wyruszył w zupełnie innym kierunku, znacząc szlak zauważalny dla mych oczu, ale dopiero wtedy, gdy powędruję przez jakiś czas na chybił trafił w każdym możliwym kierunku.
Przez następną godzinę Rigg wyruszał i zawracał, szukając wskazówek ojca w każdą stronę, wzdłuż i wszerz. Bez powodzenia, rzecz jasna. To byłoby o wiele za łatwe wyzwanie.
Przypomniał sobie tę infantylną uwagę o pierdzeniu i głęboko wciągnął powietrze, ale dysponował jedynie zwykłym, ludzkim zmysłem węchu i nie mógł w ten sposób niczego wytropić, na pewno więc nie o to chodziło ojcu.
Wzrok i węch nic nie dały. Smak wydawał się niedorzeczny. Czy ojciec mógł zostawić wskazówkę z użyciem dźwięku?
Rigg uznał, że nie zaszkodzi spróbować. Przystanął, by wsłuchać się w brzmienie lasu. Wymagało to czegoś więcej niż zwykłego bezruchu. Musiał się uspokoić i skupić, by porozdzielać dźwięki w umyśle. Własny oddech – musiał go sobie uświadomić, a potem go pominąć, by usłyszeć inne dźwięki, cichy tupot nóżek myszy, głośniejszy pęd wiewiórki, wibrującą nutę pieśni ptaka, rycie kreta.
A potem usłyszał bardzo daleki głos. Ludzki głos. Nie mógł rozpoznać słów, nie mógł też rozpoznać, czy to ojciec. Mógł jednak ustalić ogólny kierunek, z którego głos dochodził, więc poszedł w tę stronę, krocząc po ścieżce używanej przez wiele jeleni, by zyskać na czasie. Po lewej stronie miał niewielkie wzniesienie, które mogło blokować dźwięk – chciał je ominąć; wiedział jednak, że po prawej płynie strumień, a jeśli za bardzo się do niego zbliży, szmer wody może ten głos zagłuszyć.
Znów stanął, nasłuchiwał. Tym razem był całkiem pewny, że to głos ojca. I upewnił się co do kierunku.
Jeszcze dwa razy przystawał, nim usłyszał głos dość wyraźnie, by puścić się biegiem. Już miał przygotowane kilka starannie dobranych uwag krytycznych na temat takiej metody tropienia, gdy w końcu dotarł na polanę, gdzie niedawno upadło wielkie drzewo. W rzeczy samej, ścieżka upadającego drzewa wciąż lśniła na niebiesko. Rigg rzadko miał okazję, by śledzić rośliny, skoro ruszały się tak niewiele, ­chyba że na wietrze. Jednak to drzewo musiało upaść bardzo niedawno, ślad jego upadku odznaczał się jasną ścieżką w powietrzu.
Rigg w ogóle nie widział ojca.
– Gdzie jesteś?! – zawołał.
się jakiejś kąśliwej uwagi z ukrytą nauką, lecz ojciec powiedział tylko:
– Znalazłeś mnie.
– Nie, nie znalazłem, ojcze.
– Podszedłeś wystarczająco blisko. Słuchaj uważnie. Nie podchodź ani trochę bliżej.
– Przecież nie wiem, gdzie jesteś…
– Milcz.
Rigg zamilkł i słuchał.
Przygniotło mnie drzewo – oznajmił ojciec.
Rigg wrzasnął i zrobił krok w stronę drzewa.
– Stój! – zagrzmiał ojciec.
Rigg się zatrzymał.
– Widzisz, jak wielkie jest to drzewo. Nie możesz go podnieść. Nie możesz go ruszyć.
– Mając dźwignię, ojcze, mógłbym…
– Nie możesz go ruszyć, bo dwie gałęzie wbiły mi się w brzuch.
Rigg jęknął, wyobrażając sobie ból takiej rany, czując włas­ny strach. Ojciec nigdy nie był ranny. Nigdy nawet nie zachorował.
– Każde, nawet najmniejsze poruszenie drzewa mnie zabije, Rigg. Ostatek sił spożytkowałem, by cię przywołać. Teraz słuchaj i nie marnuj życia, które we mnie zostało, na żadne kłótnie.
– Nie zamierzam się kłócić.
– Po pierwsze, musisz mi uroczyście przysiąc, że nie przyjdziesz na mnie popatrzeć ani teraz, gdy jeszcze żyję, ani po mojej śmierci. Nie chcę, żebyś zapamiętał ten okropny obraz.
Niemożliwe, żeby był gorszy niż to, co już podpowiada mi wyobraźnia, pomyślał Rigg. Potem dał sobie w duchu odpowiedź, której udzieliłby mu ojciec: Nie możesz wiedzieć, czy to, co sobie wyobrażasz, jest gorsze od rzeczywistości. Ja ją widzę, a ty nie, więc… milcz.
– Aż trudno uwierzyć, że nie zacząłeś się ze mną spierać – rzekł ojciec.
– Ależ zacząłem – odparł Rigg. – Tyle że mnie nie słyszałeś.
– No, a już się bałem. A teraz przysięgnij.
Przysięgam.
– Powiedz całość. Wszystkie słowa.
Rigg musiał się skupić, by spełnić tę prośbę.
– Uroczyście przysięgam, że nie przyjdę na ciebie popatrzeć ani teraz, gdy jeszcze żyjesz, ani po twojej śmierci.
– I dochowasz przysięgi, nawet wobec martwego człowieka?
Rozpoznaję twoje intencje i zgadzam się z nimi. To, co sobie wyobrażam, może być okropne, ale będę wiedział, że nie wiem, czy to prawda. A nawet jeśli rzeczywistość nie jest tak zła jak to, co sobie wyobrażam, wiedziałbym, że to prawda. To byłoby już wspomnienie, a nie wyobrażenie, co byłoby o wiele okropniejsze.
– A zatem ponieważ zgadzasz się z moimi intencjami, podążanie za głosem własnych przekonań doprowadzi cię do uszanowania moich zaleceń i dotrzymania obietnicy.
– Ten temat jest już należycie omówiony – rzekł Rigg, powtarzając sposób mówienia ojca: „Osiągnęliśmy porozumienie, więc przejdźmy dalej”.
– Wracaj tam, gdzie się rozstaliśmy – nakazał ojciec. – Poczekaj tam do rana i sprawdź efekty polowania. Zrób wszystko, co należy, zbierz wszystkie sidła tak, byś żadnego nie zgubił, zanieś skóry do naszej kryjówki. A stamtąd do wioski. Ciężar będzie znaczny, ale dasz radę, jeśli będziesz robił sobie częste przerwy na odpoczynek. Nie ma pośpiechu.
– Rozumiem.
– Pytałem cię, czy rozumiesz? Oczywiście, że rozumiesz. Nie marnuj mojego czasu.
Rigg pomyślał: Moje jedno słowo nie zmarnowało nawet w przybliżeniu tyle czasu co twoje trzy zdania.
– Weź, ile zdołasz, w zamian za skóry, nim powiesz wszystkim, że umarłem. Mniej cię oszukają, jeśli będą oczekiwali, że wrócę się z nimi rozliczyć.
Rigg nic nie powiedział, ale myślał: Wiem, co robić, ojcze. Nauczyłeś mnie, jak się targować, i jestem w tym dobry.
– A potem musisz odnaleźć swoją siostrę – dodał ojciec.
– Moją… siostrę?! – wydukał Rigg.
– Mieszka z twoją matką.
– To moja matka żyje? Jak się nazywa? Gdzie mieszka?
– Nox ci powie.
Nox? Właścicielka pensjonatu, w którym czasem się zatrzymywali? Gdy Rigg był jeszcze bardzo mały, myślał, że ta kobieta może być jego matką, ale już dawno zarzucił ten pomysł. Teraz wyglądało na to, że ojciec wtajemniczał Nox w swoje sekrety, a jego trzymał w błogiej nieświadomości.
– Ty mi powiedz! Czemu kazałeś mi myśleć, że moja matka nie żyje? I siostra… Czemu je przede mną ukrywałeś? Czemu nigdy nie widziałem matki?
Żadnej odpowiedzi.
– Przepraszam. Wiem, mówiłem, że nie będę się kłócił, ale nigdy mi tego nie mówiłeś, to był dla mnie szok, nie mogłem się powstrzymać. Przepraszam. Powiedz mi, co jeszcze powinienem wiedzieć.
Żadnej odpowiedzi.
– Och, ojcze! – zakwilił Rigg. – Powiedz mi coś jeszcze! Nie karz mnie w ten sposób! Odezwij się do mnie!
Żadnej odpowiedzi.
Rigg przemyślał sprawy tak, jak ojciec by od niego oczekiwał. W końcu powiedział to, co ojciec chciałby od niego usłyszeć.
Nie wiem, czy karzesz mnie milczeniem, czy już jesteś martwy. Przysięgałem nie patrzeć i dotrzymam słowa. Więc za chwilę odejdę i będę posłuszny twoim zaleceniom. Jeśli nie jesteś martwy i masz mi jeszcze coś do powiedzenia, powiedz to teraz, odezwij się, proszę. – Musiał przerwać, bo jeśli ojciec jeszcze nie umarł, Rigg nie chciał, by usłyszał jego płacz.
Proszę! – błagał w duchu, łykając łzy.
– Kocham cię, ojcze. Zawsze będzie mi ciebie brakować.
Jeśli tym nie sprowokuje ojca do przerwania milczenia, to już nic nigdy tego nie zrobi.
Żadnej odpowiedzi.
Rigg odwrócił się zdecydowanie i ruszył po swoich śladach na jasnej ścieżce pomiędzy drzewami i krzewami, wzdłuż tropu jeleni, zmierzając do miejsca, gdzie ostatni raz widział ojca żywego.




Rozdział 2
Stromogór



Rama Odyna wychowano na pilota statku kosmicznego. Jego ojciec przybrał imię nordyckiego boga niebios za ich nazwisko i zadbał o to, by Ram był przygotowany do rozpoczęcia szkolenia dla astronautów dwa lata wcześniej, niż normalnie zakładano.
Całą, ale to całą nadwyżkę bogactwa na Ziemi spożytkowano w celu skonstruowania pierwszych międzygwiezdnych statków kolonialnych ludzkości; trwało to czterdzieści lat. W cieniu pyłu księżycowego, który wciąż uniemożliwiał dotarcie ponad jednej trzeciej promieni słonecznych do powierzchni Ziemi, poczucie ważkości tego przedsięwzięcia osłabło tylko nieznacznie, pomimo właściwej ludziom zdolności przystosowania się do każdych warunków.
Wszyscy zrozumieli, jak blisko rodzaj ludzki otarł się o całkowitą zagładę, gdy kometa przeleciała tuż obok Ziemi i przeorała bliższą półkulę Księżyca. Nawet teraz nie było pewności, że orbita ziemskiego satelity kiedykolwiek się ustabilizuje; środowisko astronomów podzieliło się niemal po równo na zwolenników teorii, że wcześniej czy później Księżyc zderzy się z Ziemią, i na tych, którzy sądzili, że ustanowi się nowa równowaga.
I tak wszyscy, którzy przeżyli pierwsze straszne lata globalnego ochłodzenia i głodu, poświęcili się konstrukcji dwóch identycznych statków. Jeden miał za zadanie wywlec się w kosmos z prędkością jednej dziesiątej świetlnej, z pokoleniami przyszłych kolonistów żyjących, starzejących się i umierających wewnątrz jego zamkniętego ekosystemu.
Drugi statek, ten z Ramem u steru, miał przez siedem lat oddalać się od Układu Słonecznego, a potem wykonać śmiały skok w nieznane rejony fizyki teoretycznej.
Albo kosmiczną czasoprzestrzeń uda się zagiąć, przeskakując dziewięćdziesiąt lat świetlnych do przodu, i statek dotrze w pobliże (zaledwie siedem lat drogi) podobnej do Ziemi planety, albo zostanie unicestwiony podczas tej próby… albo nie zdarzy się zupełnie nic i będzie musiał wlec się przez kolejnych dziewięćset lat, nim dotrze do nowego świata.
Koloniści na statku Rama przesypiali całą drogę ku punktowi zagięcia. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, pozostaną uśpieni podczas podróży przez tunel czasoprzestrzenny, a obudzi się ich dopiero w bezpośredniej bliskości celu. Jeśli nic się nie stanie, obudzi się ich już teraz, by rozpoczęli życie w ogromnych wnętrzach, dając początek trzydziestu pięciu pokoleniom, które kolonia musi przetrwać, nim przybędzie na miejsce.
Tylko Ram miał być na nogach przez cały czas.
Siedem lat, mając za towarzystwo jedynie zbędnych. Pierwotnie zaprojektowani do wykonywania prac zagrażających życiu ludzi, których nie można było zastąpić, zbędni zostali poddani tak znacznym modyfikacjom, że mogli teraz żyć dłużej i pracować lepiej niż każdy człowiek. Ich budowa kosztowała też znacznie więcej niż przysposobienie człowieka do wykonywania choć niewielkiej części ich obowiązków.
Tak czy owak, nie byli ludźmi. Nie można im było pozwolić podejmować istotnych decyzji, gdy ludzie spali. A mimo to stanowili tak udaną symulację ludzkiego życia, że Ramowi wcale nie doskwierała samotność.

Od kiedy Rigg sięgał pamięcią, ojciec był jego całą rodziną. W zasadzie mieszkali w pensjonacie w wiosce Wodobród. Pani domu, Nox, nie trzymała dla nich stałego lokum, więc jeśli podróżni zajmowali wszystkie pokoje, ojciec z Riggiem spali w stajni.
Pewnie, był taki czas, gdy Rigg się zastanawiał, czy Nox nie jest jego matką, a ojciec po prostu zapomniał się z nią ożenić. W końcu spędził z nią wiele godzin sam na sam, a Riggowi dawał różne prace do wykonania, by im nie przeszkadzał. Co niby robili, jeśli nie to, o czym szeptały dzieci w wiosce, z czego naśmiewali się starsi chłopcy, o czym starsze dziewczęta rozmawiały ściszonymi głosami?
Kiedyś Rigg spytał o to wprost. Ojciec tylko się uśmiechnął i kazał zadać to pytanie w obecności Nox. Więc Rigg wydukał: „Jesteś moją matką?”.
Przez chwilę wydawało się, że kobieta zaniesie się śmiechem, ale zaraz się zmitygowała i jedynie poczochrała mu włosy. „Gdybym kiedyś miała dziecko, rada bym była, gdyby było podobne do ciebie. Ale niestety, jestem bezpłodna jak cegła, jak ku swej goryczy odkrył mój mąż, nim mu się pomarło, biedaczkowi, w roku zerowym, gdy wszyscy myśleli, że świat się skończy”.
Mimo to Nox była kimś ważnym dla ojca, inaczej nie wracaliby do niej co roku, a ojciec nie spędzałby z nią tylu godzin sam na sam.
Nox wiedziała coś o matce i siostrze Rigga. Ojciec zdradził to właśnie jej, a nie synowi. Ciekawe, ile jeszcze znała tajemnic…
Ojciec wybrał się z Riggiem na łowy daleko w górę rzeki od Wodospadu Kosmolo. Rigg schodził ścieżką biegnącą po lewej stronie rzeki, potem skrajem jeziora, a następnie wzdłuż grzbietu ku wodospadowi. Grzbiet był niczym tama odgradzająca jezioro, przerwana jedynie przez wyłom wodospadu. Po jednej stronie grzbietu teren opadał łagodnie ku lodowatym wodom jeziora, po drugiej tworzył urwisko, Stromogór górujący trzysta sążni nad przepastną Knieją Spadającej Wody. Klif rozciągał się nieprzerwanie na trzydzieści staj na wschód i czterdzieści na zachód od rzeki; jedyna droga umożliwiająca zejście ze Stromogóru wiodła prawym brzegiem wodospadu.
Co oznaczało, że Rigg, jak każdy człowiek dość szalony, by zarabiać na życie, znosząc z gór w dolinę dary lasu, musiał przekroczyć rzekę, skacząc po garbatej mozaice kamieni tuż nad wodospadem.
Niegdyś był tu most. Ba, znajdowały się tu pozostałości kilku podobnych przepraw, a ojciec wykorzystał kiedyś ten fakt, by poddać próbie rozumowanie Rigga.
– Widzisz, że najstarszy most jest daleko od wody, o wiele wyżej na ścianie klifu? Przęsła tego nowszego są niżej i bliżej, a ten najnowszy biegnie zaledwie trzy sążnie od wodospadu. Jak sądzisz, czemu zbudowano je właśnie w tych miejscach?
Znalezienie odpowiedzi na to pytanie zabrało Riggowi cztery dni, podczas których przemierzali góry nad jeziorem, rozstawiając sidła. Wówczas chłopiec miał dziewięć lat, a ojciec nie nauczył go jeszcze prawie niczego z zakresu terenoznawstwa – dopiero zaczynał wpajać mu tę wiedzę. Tym bardziej więc Rigg był dumny, że udało mu się wpaść na prawidłową odpowiedź.
Kiedyś jezioro leżało wyżej – odgadł w końcu – a wodospad też był wyżej i bliżej ściany Klifu Stromogóru.
– Skąd ci to przyszło do głowy? Wodospad dzieli wiele sążni od ściany klifu. Skąd pomysł, że wodospad może ot tak się przemieszczać?
– Woda podmywa skałę i niesie ją w dół.
– Woda podmywa skałę, też coś! – zadrwił ojciec, ale mówił tonem udawanego zdziwienia, więc chłopak wiedział, że odgadł prawidłowo.
– A gdy brzeg klifu zostaje podmyty, całe jezioro ponad miejscem, gdzie znajduje się nowy brzeg, wylewa.
– To byłoby strasznie dużo wody za każdym razem.
– Powódź. Dlatego nie mamy góry kamieni u podstawy wodospadu. Każda powódź zmywa głazy w dół rzeki.
– Nie zapominaj, że przy upadku z klifu głazy rozbijają się na o wiele mniejsze kawałeczki.
– A kamienie, po których przeprawiamy się na górze wodospadu… są takie wysokie, bo woda już żłobi przestrzeń między skałami. Ale pewnego dnia woda te głazy też podmyje. Przewrócą się, spadną, rozbiją się i zostaną poniesione dalej, a wtedy powstanie nowy poziom wodospadu, bardziej z tyłu i niżej.
Właśnie wtedy ojciec zaczął go uczyć o tym, jak ląd zmienia się pod wpływem klimatu, pogody i uprawy roślin, i co jeszcze może go kształtować.
Rigg miał jedenaście lat, gdy wymyślił własne pytanie:
– Skoro wiatr, deszcz, woda, lód i uprawa roślin mogą erodować skały, to dlaczego Stromogór wciąż jest tak stromy? Powinien zwietrzeć podobnie jak inne góry.
A jak myślisz? – Ojciec miał w zwyczaju odwracać pytania.
Jednak tym razem Rigg był przygotowany, opracował poniekąd własną teorię.
– Dlatego że Klif Stromogóru jest o wiele nowszy niż pozostałe góry i wzgórza.
– Ciekawa myśl. Jak nowy jest twoim zdaniem? Kiedy się ukształtował?
I wtedy, niespodziewanie dla samego siebie, Rigg powiązał fakty i rzekł:
– Jedenaście tysięcy sto dziewięćdziesiąt jeden lat temu.
Ojciec ryknął śmiechem.
– Kalendarz! Sądzisz, że nasz kalendarz jest datowany od powstania Klifu Stromogóru?
– A czemu nie? Czemu inaczej pamiętalibyśmy, że nasz kalendarz zaczął się w 11 191 roku?
– Pomyśl, Rigg. Jeśli kalendarz zacząłby się od kataklizmu, który wypiętrzył klif, to czemu po prostu nie liczymy lat od wtedy? Czemu nadaliśmy mu liczbę 11 191, a potem liczyliśmy w dół?
– Nie wiem. Czemu?
A jak uważasz?
Rigg nie zamierzał zrezygnować ze swojego pomysłu.
Bo gdy klif się wypiętrzał, ludzie wiedzieli, że coś się wydarzy jedenaście tysięcy sto dziewięćdziesiąt jeden lat później.
– No dobrze, ale minęliśmy rok zerowy, gdy miałeś trzy lata. Coś się wtedy wydarzyło?
Nawet wiele. Cały rok wydarzeń.
Ale coś wartego zapamiętania? Coś wartego zbudowania całego kalendarza wokół tego roku?
– To nic nie znaczy, ojcze, oprócz tego, że ludzie, którzy wymyślili kalendarz, mylili się co do tego, jak długo trzeba będzie czekać na to coś, co według nich miało się stać w roku zerowym. Ludzie cały czas popełniają błędy. To, że nic się nie wydarzyło, nie dowodzi, że kalendarz nie zaczął się wraz z ukształtowaniem się Stromogóru.
– Dobrze kombinujesz – pochwalił ojciec – ale oczywiście się mylisz. A czemu tak jest?
Bo nie mam dość informacji – wyrecytował Rigg. Znał to już na pamięć; powód zawsze był ten sam.
– Nigdy nie ma się dość informacji – zauważył ojciec. – To wielka tragedia ludzkiej wiedzy. Nawet gdy wydaje się nam, że dużo wiemy, nigdy nie możemy przewidzieć przyszłości.
Jednak w tonie ojca pobrzmiewało coś, czemu Rigg nie ufał. A może po prostu nie ufał odpowiedzi ojca i wyobraził sobie, że słyszy to w jego głosie.
– Sądzę, że ty coś wiesz.
– No, taką mam przynajmniej nadzieję, tyle już lat żyję!
– Sądzę, że wiesz, co miało się stać w roku zerowym.
– Katastrofa! Zaraza! Koniec świata!
– Nie. Chodzi mi o to coś, co mieli na myśli twórcy kalendarza, gdy zaczęli go od roku 11 191.
– A niby skąd ja miałbym to wiedzieć?
Sądzę, że wiesz, co to było. Powiem więcej, sądzę, że to się naprawdę zdarzyło, dokładnie o czasie.
– I było to coś tak doniosłego i ważnego, że nikt tego nie zauważył oprócz mnie.
– Sądzę, że to było coś naukowego. Coś astronomicznego. Coś, co ówcześni naukowcy wiedzieli, że się wydarzy, jak ustawienie kilku planet w rzędzie, wybuch jakiejś gwiazdy na niebie lub zderzenie się dwóch planet. Tylko że ludzie nieznający astronomii w ogóle by tego nie zauważyli.
– Rigg, jesteś tak bystry i głupi zarazem, że ręce mi opadają.
Na tym się skończyło. Rigg wiedział, że ojciec coś wie, ale wiedział też, że ojciec nie zamierza mu tego powiedzieć.
Może Nox będzie wiedziała, co zdarzyło się w roku zerowym. Może ojciec zdradził jej wszystkie swoje tajemnice.
Jednak żeby spotkać się z Nox, Rigg musiał zejść ze Stromogóru ku wiosce Wodobród. A żeby tego dokonać, musiał dotrzeć do Drogi Klifowej, położonej po drugiej stronie wodospadu, co oznaczało przeprawę przez dokładnie to miejsce, gdzie woda płynęła najszybciej, gdzie skały podmywał i drążył najsilniejszy prąd. Skok na każdą skałę był ryzykowny, bo mógł ją zachwiać i strącić w przepaść. Oczywiście Rigg poleciałby razem z nią na spotkanie śmierci.
A jedynym pocieszeniem, towarzyszącym mu przez całą drogę w dół, nim woda, skały lub sama siła lądowania zrobią z niego miazgę, będzie to, że przynajmniej dotrze do wielkiego odpływu wody z jeziora i nie umrze sam, bo powódź w mgnieniu oka zmiecie całą wioskę Wodobród.
Przypomniał sobie, że to było jedno z pytań testowych ojca.
– Czemu ludzie zbudowali wioskę w miejscu, gdzie, jak wiedzą, wcześniej czy później dojdzie do straszliwej powodzi, a oni nie mają żadnych szans na przeżycie ani odpowiednio wczesne ostrzeżenie przez zbliżającym się kataklizmem?
– Bo ludzie zapominają – odpowiedział Rigg.
– Masz rację. Ludzie zapominają. Ale ty i ja nie zapominamy, prawda?
Rigg wiedział, że to nieprawda. Sam nie pamiętał już wielu rzeczy.
Pamiętał drogę w poprzek skał. Ale nie ufał temu wspomnieniu. Zawsze sprawdzał ją ponownie, gdy docierał do punktu początkowego, tuż nad powierzchnią wody.
Jezioro wyglądało na spokojne, ale Rigg wiedział, że wrzucony kamień by nie zatonął – prąd od razu zniósłby go w stronę wodospadu. Gdyby on sam wpadł do wody, w jakieś dwie sekundy znalazłby się poza ścianą klifu, po drodze uderzając w sześć czy siedem wielkich kamieni, więc to, co by spadło na dół, byłoby krwawą, zmiażdżoną wersją Rigga, do tego zapewne w kilku kawałkach.
Przystanął i wyjrzał na wodę, widząc – wyczuwając – ścieżki niezliczonych podróżników.
Na głównym trakcie ścieżki zbijały się tak gęsto, że musiał naprawdę się natrudzić, by wybrać tylko jedną, a nawet wtedy niemal natychmiast ją gubił.
Tutaj było zupełnie inaczej – w okolicy biegły tylko setki, a nie tysiące czy miliony ścieżek.
A niepokojąco wiele nie osiągało końca przeprawy. Docierały do tego czy innego miejsca i nagle gwałtownie skręcały ku ścianie klifu; tych ludzi porwał prąd.
Pozostawały jeszcze te naprawdę pradawne ścieżki. To one podsunęły Riggowi myśl o erozji skał, o sposobie, w jaki wodospad przemieszczał się w tył i w dół wraz z upływem czasu. Rigg widział bowiem ścieżki wiszące w powietrzu, nad wodospadem i wiele sążni przed nim. Biegły i skręcały dokładnie jak te nowsze, gdyż ludzie, którzy je pozostawili, przeprawiali się po innym układzie skał rozrzuconych po wyższym, głębszym jeziorze.
Tysiące pradawnych, blednących ścieżek przecinały powietrze tam, gdzie kiedyś znajdowały się mosty.
Oczywiście, gdy ląd się poruszał, woda opadała. Ktoś, kto mógł zobaczyć to co Rigg, musiałby być idiotą, by nie domyślić się, że wodospad się przemieszczał.
Jednak dzisiaj był tutaj i tutaj Rigg musi się przez niego przeprawić.
Zawsze wybierał trasę, którą niemal wszyscy pokonali bezpiecznie; niezmiennie decydował się na tę jak najdalej od krawędzi.
Pamiętał – albo pamiętał, że ojciec mu o tym mówił, co było w zasadzie tym samym – jak ojciec po raz pierwszy odkrył talent Rigga do znajdowania starych ścieżek, właśnie tu przy przeprawie. Wtedy ojciec miał już skoczyć, niosąc malutkiego Rigga, z jednego kamienia na drugi, gdy Rigg krzyknął: „Nie!”. Koniec końców ojciec wybrał inną trasę, bo, jak odpowiadał, „powiedziałeś mi, że na tamtej trasie nikt nie wpadł do wody”.
Rigg widział teraz to, co widział wtedy – ścieżki biegnące od kamienia do kamienia, pozostawione przez różnych ludzi, których dzieliły dni, lata albo całe dziesięciolecia. Dostrzegał, które ścieżki tych, którzy wpadli, były stare, a które nowe. Wybrał trasę, która wyglądała na suchą, uczęszczaną całkiem niedawno.
Widział też swoje ścieżki, rzecz jasna.
I, oczywiście, nie widział żadnej ścieżki ojca.
Cóż za przedziwna ślepota! Syn widzi ścieżki pozostawiane przez każdą osobę na świecie z wyjątkiem własnego ojca.
Tym razem dwa razy sprawdził swoje wyliczenia, gdyż musiał się przeprawić, niosąc na plecach wiele kilogramów masywnych, nieporęcznych futer i skór. Gdyby miał przy sobie tylko manierkę, sidła i trochę jedzenia, przeszedłby z łatwością, ale teraz zadanie było dużo trudniejsze i bardziej ryzykowne.
Wykonał już trzy skoki, stał na suchej półce skalnej szerokiej na całe dwa sążnie, gdy kątem oka dostrzegł ruch po drugiej stronie wody i zobaczył tam jakiegoś chłopca. Pomyślał, że może go znać, lecz odwiedzał Wodobród tylko kilka razy do roku i nie zawsze spotykał wszystkich mieszkańców, więc mógł to być ktoś zupełnie obcy.
Rigg pomachał mu ręką i zobaczył, że chłopiec odpowiada tym samym.
Wykonał kolejny skok, tym razem lądując na o wiele mniejszym kamieniu, niedającym miejsca na rozbieg. To było najtrudniejsze miejsce na wybranej trasie przeprawy, tutaj groziło największe ryzyko śmierci. Pomyślał, że powinien był zdjąć ciężar na tej wielkiej skale, którą właśnie opuścił, i przeprawić się tylko z jedną trzecią futer, a potem wrócić po resztę. Nigdy nie robił tego skoku z takim obciążeniem – ojciec zawsze niósł więcej niż połowę bagażu.
Mógł jeszcze wrócić na tę szeroką półkę i zostawić część dobytku.
zobaczył, że chłopak przeskoczył z brzegu na kamień wystający z wody zdecydowanie za blisko krawędzi wodospadu. Rigg wiedział, że to początek ścieżki, która najczęściej kończyła się śmiercią. Pomachał ręką i wykonał gest, jakby spychał chłopca z powrotem.
Wracaj! – krzyknął. – To zbyt niebezpieczne!
Ale chłopiec nie zrozumiał, bo w odpowiedzi jedynie pomachał i powtórzył gest spychania. Najwidoczniej głos Rigga nie przebił się przez ryk wody obmywającej kamienie.
Rigg miał tylko chwilę na podjęcie decyzji. Gdyby wrócił tam, skąd przyszedł, mógłby zrzucić ciężar i obrać tę niebezpieczną ścieżkę, która zaprowadziłaby go bliżej chłopca, może dość blisko, by go usłyszał, dość blisko, by go powstrzymać. Ale zdjęcie futer z pleców trochę by potrwało, a on sam znalazłby się dalej od dziecka.
Zamiast tego więc wykonał skok, który już wcześniej sobie zamyślił. Trafił idealnie, chwilę później był gotowy przeskoczyć na trochę większy kamień. Ten dystans również pokonał bezpiecznie.
Teraz już tylko dwa kamienie dzieliły go od chłopca.
A ten skoczył jeszcze raz. I prawie mu się udało, lecz jedna noga dotknęła wody i prąd zniósł ją w kierunku krawędzi. Dzieciak stracił równowagę, zatoczył się i wtedy już obie nogi ugrzęzły w wodzie, która gwałtownie naparła na niego.
Chłopak jednak wcale nie był głupi. Chwycił się mniejszego kamienia tuż nad krawędzią wodospadu, lecz woda okręciła go tak, że zwisł z krawędzi klifu opadającego ku rzece.
– Trzymaj się! – zakrzyknął Rigg.
na plecach całą zdobycz z zimowych polowań. Musiał ją zostawić, by zyskać niewielką szansę ocalenia chłopca tak głupiego, że z pewnością zasługiwał na śmierć.
Chwilę mocował się z rzemieniami, by strząsnąć zapas futer z pleców do wody.
Był teraz tak blisko krawędzi, że ogromny tobół, pędząc ku spadkowi, tylko raz odbił się od skał, a potem wyleciał w pustkę i runął w dół.
Tymczasem Rigg skoczył na kamień, na którym tamtemu chłopakowi nie udało się utrzymać; Riggowi się powiodło, choć głaz był teraz śliski od wody.
Trzymaj się! – zakrzyknął raz jeszcze.
Widział tylko palce rozpaczliwie uczepione skały.
Nie było tam dość miejsca, by mógł na nią skoczyć; wprawdzie znajdowała się bardzo blisko, ale wchodząc na nią, zawadziłby o palce biedaka i je strącił. Zamiast tego więc uklęknął na swoim kamieniu i opadł w przód, zamierzając złapać skałę i zrobić most ze swego ciała.
Tyle że stało się coś dziwnego. Czas niemal stanął w miejscu.
Rigg już nie pierwszy raz znalazł się w sytuacji stresowej. Wiedział, jak to jest, gdy nagle zmysły się wyostrzają, gdy każda sekunda zdaje się pełniejszym przeżyciem. W takich chwilach miało się wrażenie, że czas się zatrzymał. Kiedyś ojciec mu wyjaśnił, że w ciele człowieka są gruczoły, które w chwilach napięcia wydzielają substancje dodające siły i szybkości.
było zupełnie inaczej. Gdy Rigg opadał bezwładnie w dół, co powinno mu zająć nie więcej niż sekundę, nagle stało się tak, jakby powoli zatapiał się w czymś gęstym. Miał czas, by wszystko zauważyć, i choć nie mógł szybciej obrócić oczu, niż poruszyć resztą ciała, jego uwaga mogła się odwracać tak prędko, jak tego chciał. W rezultacie widział wszystko w zasięgu wzroku, nawet na obrzeżach.
działo się coś o wiele dziwniejszego. Wraz z czasem zwolniły też ścieżki widziane w powietrzu. Zgęstniały. Utrwaliły się.
Stały się ludźmi.
, którzy próbowali przekroczyć wodę w tym miejscu, stali się najpierw smugą ruchu, potem materialnymi bytami idącymi swym normalnym tempem. Na kimkolwiek się skupiał, mógł zobaczyć, jak ten ktoś skacze z kamienia na kamień. Jak tylko ogniskował uwagę na kimś innym, reszta ponownie stawała się niewyraźnymi smugami.
I tak podczas odpadania Rigg skupił się na bosym mężczyźnie stojącym pośrodku głazu, którego chwytał się chłopiec. Mężczyzna był odwrócony do niego plecami, lecz Rigg, ponieważ opadał tak powoli, miał dość czasu, by zauważyć, że ten osobnik ubrany jest podobnie jak postacie na starych przewróconych rzeźbach i niszczejących fryzach ruin budynków tam, gdzie nowszy z dwóch starych mostów niegdyś wżerał się w ścianę klifu.
Rigg zdał sobie sprawę, że upadnie wprost na tego mężczyznę. Ale on przecież nie mógł być ciałem stałym, prawda? To był tylko efekt daru Rigga, osobliwie odmieniony w tej chwili strachu. Ścieżki wszak nigdy nie były namacalne.
ten mężczyzna wyglądał jak rzeczywisty. Rigg widział włosy na jego łydkach, zaczerwienione otarcie na kostce, postrzępiony i nieco odsłonięty rąbek kiltu z na poły oderwanym, zwisającym paskiem haftu. Kiedyś była to piękna szata; dziś – łachmany.

Rigg pomyślał: Ludzie, na których nie zwracam uwagi, stają się smugami. Jeśli odwrócę od niego uwagę, on również się zdematerializuje.
Spróbował więc skupić się na kobiecie, która chciała przeskoczyć na ten sam kamień, ale się poślizgnęła i wpadła do wody, a prąd błyskawicznie zniósł ją ku krawędzi. Tak też zrobił – i dostrzegł na jej twarzy przerażenie. Wiedziała, że nie ma ratunku. W mgnieniu oka zniknęła, a jego uwaga powróciła do tego mężczyzny przed nim. Nawet jeśli postać choć na chwilę się zdematerializowała, teraz była wystarczająco materialna.
Rigg wyrżnął czołem w łydkę mężczyzny, lecz poruszał się tak wolno, że poczuł na czole fakturę skóry, a potem ocieranie się włosków o swoją twarz.
Uderzenie sprawiło, że mężczyzna się zachwiał i zaczął upadać.
Miałem uratować chłopca, a zabijam tego mężczyznę, pomyślał Rigg.
Lecz ten człowiek był żołnierzem lub sportowcem; zręcznie obrócił się w powietrzu i uchwycił skały tak, że po upadku zwisał na obu rękach.
Jego lewa dłoń całkowicie przykrywała prawą dłoń chłopca.
Wygląda na to, że dwa ciała stałe jednak mogą zajmować tę samą przestrzeń w tym samym czasie. No dobrze, z technicznego punktu widzenia nie w tym samym czasie, bo mężczyzna był tu setki lat temu. Lecz jego dłoń była materialna. Rigg czuł to, gdy jego dłoń, szukająca oparcia, ześliznęła się po skale i rąbnęła w palce prawej dłoni mężczyzny.
W efekcie Rigg przestał się ześlizgiwać w przód ledwo na czas, by zapobiec osunięciu się kolan z pierwszego kamienia i wpadnięciu do wody. Wspierał się teraz na dwóch skałach, tak jak to sobie zamyślił. Ten mężczyzna mimo woli uratował Riggowi życie.
Jednak młody tropiciel oddał mu niedźwiedzią przysługę. Najpierw zepchnął go do wody, a potem, upadając, strącił jego prawicę z brzegu kamienia.
Teraz mężczyzna trzymał się skały tylko lewą dłonią – dłonią, która całkowicie zakrywała prawą dłoń wiszącego nad przepaścią chłopca, którego Rigg przybył uratować.
Ręka mężczyzny nie była ani trochę przezroczysta. Była rzeczywista, gruba, muskularna, opalona, owłosiona, upstrzona piegami i poznaczona żyłami. A jednak Rigg dostrzegał też napięte, chude, brązowe palce dziecka, zaczynające się ześlizgiwać. Wiedział, że może pomóc chłopcu, gdyby tylko zdołał uchwycić nadgarstek. Chłopiec był mniejszy od Rigga, a Rigg był bardzo silny; mógłby przytrzymać chłopca i wyciąg­nąć drugą rękę, by tamten ją złapał.
Mógł to sobie wyobrazić, zaplanować, a nawet wykonać. Tyle że nie mógł sięgnąć poza gruby nadgarstek i przedramię mężczyzny.
Już i tak nie żyjesz, martwy od dziesięcioleci i wieków, więc odsuń się, do cholery, i pozwól mi uratować chłopca!
Jednak gdy Rigg próbował sięgnąć do przedramienia chłopca, mężczyzna go poczuł i skorzystał z nieoczekiwanej okazji. Jego prawa ręka wystrzeliła w górę i złapała za nadgarstek Rigga chwytem o wiele silniejszym niż Rigga, tak jak chwyt Rigga byłby silniejszy niż chłopca.
mężczyzny zaczął ciągnąć Rigga naprzód.
Prawe kolano Rigga zanurzyło się w wodzie. Byłby poleciał z prądem za krawędź, gdyby ciężar mężczyzny nie obrócił go na bok, jednocześnie wydobywając kolano z nurtu.
Lecz wciąż ciężar mężczyzny ściągał go w dół. Rigg chwilowo zapomniał o chłopcu – nikogo nie uratuje, jeśli pozwoli się zrzucić z klifu.
Chwycił drugą ręką za palce mężczyzny, odciągnął jego mały palec w górę i zaczął odginać go do tyłu, do tyłu. Zdawało się to trwać całe wieki – pomyślał o ruchu, a wtem, powoli, jego ręka usłuchała, sięgnęła, chwyciła, ściągnęła, pchnęła.
Mężczyzna puścił. Jego prawica boleśnie powolnie się omsknęła, palce ześliznęły się po skórze Rigga. Równie wolno Rigg poprawił ułożenie ciała tak, by po raz wtóry spróbować dosięgnąć chłopca; lecz wciąż lewa dłoń mężczyzny zakrywała prawą chłopca.
Gdy Rigg ponownie oparł rękę o lewy nadgarstek mężczyzny, starając się obok niego, przez niego albo pod nim dosięgnąć chłopca, zobaczył, jak palce chłopca ześlizgują się z kamienia, powoli, powoli… Zniknęły.
W szale frustracji i żalu Rigg uniósł rękę, by uderzyć w dłoń mężczyzny. Nie przyszło mu do głowy, że zamierza popełnić zabójstwo. Ten mężczyzna już dawno nie żył; Rigg wiedział tyle, że przez to, iż ta postać nagle stała się widzialna i namacalna, nie zdołał uratować chłopca – chłopca, którego niemal na pewno znał z wioski.
Jednak nie dane mu było uderzyć w dłoń mężczyzny. Raptem czas znów przyspieszył, stał się naturalny, a mężczyzna zwyczajnie zniknął. Czy spadł, czy jakoś udało mu się wspiąć z powrotem – Rigg nie miał pojęcia. Tak czy owak, uderzył pięścią w lity kamień.
Chwilę później usłyszał krzyk. Nie mógł to być głos tego dzieciaka – nim krzyk się zaczął, chłopiec już byłby na tyle nisko, że nie dałoby się go słyszeć na szczycie klifu, a i krzyk trwał zdecydowanie zbyt długo. Ale na pewno nie był to krzyk mężczyzny – głos był zbyt wysoki.
A zatem na brzegu był ktoś jeszcze, ktoś, kto widział śmierć chłopca. Ktoś, kto mógł pomóc Riggowi zejść z tej przeklętej skały.
Ale oczywiście nikt nie mógł mu pomóc. Szaleństwem byłoby próbować. Takim samym szaleństwem, jakiego on się dopuścił, próbując ratować chłopca. Wisiał teraz między dwoma kamieniami, tuż nad wodą, a jeśliby choć zgiął kolana, niechybnie porwałby go nurt.
Szarpnął lekko do tyłu, próbując kolanami dotknąć skały, której sięgał palcami stóp. Ramiona go bolały z wysiłku utrzymywania ciała w pozycji mostu. A teraz, gdy spowolnienie czasu pomogłoby mu czuwać nad każdym, najdrobniejszym ruchem, strach dawał mu jedynie zwykły poziom zwiększonego skupienia.
Jednak po jakimś czasie kolana znalazły oparcie na skale. Udało mu się podźwignąć na rękach wysoko nad poziom wody, a w palcach wciąż miał dość siły, by odepchnąć się w górę i do tyłu, i…
Odepchnął się, uniósł, a potem przez chwilę, która zdawała się wiecznością, chwiał się, nie mając pewności, czy pchnął zbyt lekko i znów opadnie naprzód, czy może raczej zbyt mocno, przewróci się do tyłu i zleci ze skały…
Jednak odzyskał równowagę.
I wtedy został uderzony kamieniem w ramię. Znów się zachwiał. Na szczęście udało mu się nie upaść. Odwróciwszy się, zobaczył chłopca, mniej więcej swojego rówieśnika, stojącego na brzegu, gdzie dzieciak, który spadł w przepaść, zaczął swoją fatalną przeprawę. Chłopak na brzegu przygotowywał się do rzucenia następnego kamienia.
Rigg nie miał się gdzie schować.
Mógł więc tylko odbić pocisk gołymi rękoma. Lecz przy tym również stracił równowagę. Jakimś sposobem udało mu się jednak odkręcić i przemienić upadek w skok, dzięki któremu dotarł na skałę dalej od wodospadu.
– Przestań! – krzyknął.
Rzucający kamienie chłopiec pewnie nie usłyszał. Teraz Rigg rozpoznał Umba, chłopaka z wioski, syna szewca. Przyjaźnili się niegdyś, jako dzieci, gdy ojciec na dłużej niż ostatnimi czasy zostawiał go w Wodobrodzie.
Uświadomił też sobie, że chłopiec, który spadł, to był młodszy brat Umba, Kyokay, urwis jakich mało. Zawsze pakował się w kłopoty i zawsze podejmował szalone ryzyko. W czasach, gdy Rigg i Umbo byli przyjaciółmi, malec miał ramię usztywnione w szynach, zrastające się po złamaniu, ale nawet wtedy wspinał się na drzewa i skakał z wysoka na twardą ziemię, Umbo cały czas musiał za nim ganiać i go powstrzymywać, ratować i wrzeszczeć na niego.
Gdybym zdołał uratować Kyokaya, byłby to prezent dla mojego przyjaciela Umba. Kontynuacja wielu razy, gdy pomogłem mu wykaraskać brata z opałów.
Czemu więc Umbo stara się mnie zabić? Czyżby myślał, że Kyokay spadł przeze mnie? Próbowałem go uratować, głupcze! Skoro byłeś tam na brzegu, czemu pozwoliłeś mu skakać po skałach? Nieważne, co widziałeś – czemu nie próbowałeś dowiedzieć się, co naprawdę się wydarzyło, zanim wydałeś na mnie wyrok śmierci?
„Ludzie nigdy nie są sprawiedliwi, nawet jeśli starają się być – mówił mu ojciec nie raz i nie dwa. – A tylko garstka się stara”.
Rigg wrócił na półkę skalną, z której wcześniej zobaczył Kyokaya. Gdybym tu został, pomyślał, gdybym nie próbował go ratować, nie byłby ani trochę bardziej martwy niż teraz, a mnie nikt nie mógłby obwiniać o jego śmierć.
I nadal miałbym futra, czyli pieniądze na wyprawę w poszukiwaniu matki i siostry.
Umbo wciąż rzucał kamieniami, lecz teraz rzadko który dolatywał do celu, a Rigg, mając szeroką skałę pod nogami, z łatwością się uchylał. Nie mógł z kolegą porozmawiać, bo woda huczała wokół. Nie przychodził mu do głowy żaden gest, który znaczyłby: „Nie zrobiłem nic złego, chciałem go uratować”. Dla rozzłoszczonego, rozżalonego chłopaka wzruszenie ramion wyglądałoby jak beztroska, nie bezradność; a skinienie głowy – jak sarkazm, nie szacunek dla zmarłych.
Mógł więc jedynie czekać, aż Umbo, płacząc z bezsilnej złości, odbiegnie w stronę lasu.
Albo ruszy Drogą Klifową ku wiosce, gdzie niechybnie rozpowie wszystkim, co jego zdaniem się tu wydarzyło, albo przyczai się i poczeka, aż podejdę bliżej, pomyślał Rigg.
Wolałby to drugie. Nie bał się walki z Umbem – życie w lesie przydało mu siły i zręczności, a nadto ojciec przeszkolił go w takich sposobach walki, przed którymi syn szewca nie umiałby się obronić. Ale Rigg chciał jedynie zbliżyć się do niego na tyle, by wyjaśnić, co się stało, nawet jeśli musiałby tłumaczyć w trakcie walki.
Gdy przeprawił się na drugą stronę, Umba już nie było – widział jego ścieżkę w powietrzu, jasną, przejrzystą i świeżą, biegnącą w dół trudnego odcinka Drogi Klifowej.
Wolałby obrać inną trasę, na wypadek gdyby Umbo zastawił na niego jakąś pułapkę, ale to była jedyna droga w dół klifu, oprócz, rzecz jasna, zawsze dostępnej opcji swobodnego lotu na dno i rozbicia się o skały. Ta droga była jednym z najważniejszych powodów istnienia Wodobrodu. Tyle że drogą była tylko na dole, obmurowaną i wybrukowaną wielkimi kamieniami, wijącą się pod pochyłe zbocza u podstawy Stromogóru.
Wyżej serpentyna się zwężała, droga ze schodkami przechodziła w ścieżkę o wysokich stopniach, a bruk ustępował miejsca przyciętym i zwietrzałym skałom. Tu i tam widać było ślady jakichś pradawnych katastrof i prowizorycznych napraw. Łatwo było stąd spaść.

Gdyby Rigga wciąż obciążał wielki tobół futer i skór, Umbo miałby dość czasu, by dotrzeć do wioski i stamtąd powrócić, niewątpliwie w towarzystwie mężczyzn, który uwierzyliby w jego relację i w gniewie mogliby nie chcieć wysłuchać wersji wydarzeń Rigga.
A tak, jeśli Rigg się pospieszy, dotrze do podstawy Drogi Klifowej i umknie, nim Umbo zdoła powrócić. I o ile on albo ktoś inny w wiosce nie ma talentu takiego jak Rigg, nie zdołają go wyśledzić. „Wytrawnego tropiciela trudno wytropić – mawiał ojciec – bo wie, jakich śladów uciekinier nie powinien zostawiać”.
Ojciec! Rigg poczuł kolejne ukłucie żalu. Łzy napłynęły mu do oczu. Jak ja sobie bez ciebie poradzę? Czemu nie mogłeś usłyszeć pomruku lasu i zejść z drogi spadającego drzewa? Zawsze byłeś taki szybki, taki spostrzegawczy – aż trudno uwierzyć, że mogłeś być tak nieostrożny.
I wciąż cię potrzebuję. Kto mi wyjaśni, co sprawiło, że czas się zatrzymał, że pojawili się ci wszyscy ludzie z przeszłości, że ten mężczyzna uniemożliwił mi uratowanie chłopca?
Załzawione oczy nie wynajdują dobrych ścieżek. Rigg zdusił więc żal, otarł powieki i zagłębił się w las, szukając okrężnej drogi do pensjonatu Nox.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-06-28 (970 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej