Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Trauma
 
Katalog - dodano
 Wrota Abaddona
- James S. A. Corey
 W ogniu walki
- Marko Kloos
 Mass Effect: Andromeda. Inicjacja
- N.K. Jemisin i Mac Walters
 Dynia i jemioła. Nietypowe historie świąteczne
- Aneta Jadowska
 Nemezis
- James Swallow
 
- skomentowano
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Dziewczyna Płaszczka i inne nienaturalne atrakcje'' - Robert Rankin



1895

1



Wielki Salon na pokładzie „Imperatorowej Marsa” oszałamiał wykwintną subtelnością.
Przepastne kanapy, obite najbledszym japońskim jedwabiem, były przemyślnie ustawione pod wysokimi gotyckimi oknami widokowymi. Stoliki na wszelkie okazje z wyżłobionymi, wygiętymi nóżkami uginały się pod srebrnymi tacami pełnymi pasztecików, tartinek i egzotycznych owoców. Na ścianach okrytych przepięknymi tkaninami sir Williama Morrisa lśniły w świetle elektrycznych żyrandoli ozdobne kryształowe lustra. Pochodzące z Jowisza ośmiokątne dywany na klonowych posadzkach urzekały oryginalnością, a orchidee z wenusjańskich lasów, w wazach z francuskiej porcelany, roztaczały delikatną, egzotyczną woń.
Wielki Salon buzował gwarem rozmów.
Śmietanka londyńskiego towarzystwa, błękitnokrwiści arystokraci, ocierali się gładkimi, obszytymi galonami ramionami o potentatów z innych światów. Dźwięczały kieliszki do szampana, krążyły spojrzenia pełne znaczeń. Wysokiej rangi oficerowie Elektrycznych Muszkieterów królowej, w błękitnych mundurach aż kapiących od orderów z licznych kampanii, wymieniali dowcipy z korpulentnymi książątkami z królewskich domów Jowisza.
Mężczyźni byli eleganccy i wymuskani, kobiety blade i czarujące, o cieniutkich taliach otoczonych pancerzem z filigranowego mosiądzu, zaakcentowanych rozkloszowanymi spódnicami i tiurniurami upiększonymi piórami pawi i strusim puchem, woskowymi różami, klejnotami i jeszcze większą ilością klejnotów. Na ich głowach, umieszczona między ufryzowanymi, wymuskanymi lokami, znajdowała się ostatnia nowinka: maleńki jedwabny kapelusik ozdobiony inkrustowanymi, wieczorowymi goglami.
Za Wielkim Salonem, na pokładzie spacerowym, damy i dżentelmeni wędrowali wte i wewte, rozkoszując się widokami. Podczas tego dziewiczego rejsu wieczór był ciepły i łagodny, a widoki warte podziwiania.
Na czystym nocnym niebie migotały gwiazdy i planety, którym można się było przyglądać przez jeden z wielu teleskopów ustawionych wzdłuż poręczy w równych odstępach.
Poniżej rozciągał się Londyn.
„Imperatorowa Marsa” – długi na pół kilometra smukły srebrzysty kształt, jedyny w swoim rodzaju luksusowy powietrzny statek wycieczkowy – dryfowała bezgłośnie nad wielką metropolią.
Niestety, tej niezwykłej nocy miasto po raz kolejny zalewała gęsta zupa przemysłowej mgły. Ponad mętnym kłębowiskiem wystawała jedynie kopuła katedry Świętego Pawła oraz identycznego kształtu wieża Instytutu Rozwoju Nauki Babbage’a. Na południu szczyt Sydenham lśnił złotą poświatą, jakby tkwił tam jakiś wspaniały, królewski skarb. To był właśnie cel lotu cudownego statku. Kryształowy Pałac.
Dzisiejszej nocy miał się tam odbyć koncert dla wyjątkowego towarzystwa znajdującego się na pokładzie „Imperatorowej Marsa”. Titurel de Schentefleur będzie dyrygował Mechaniczną Orkiestrą Mazaela w przedstawieniu kosmicznej operetki panów Williama Gilberta i Arthura Sullivana:

„Mars i ludzkość”
(Poruszająca i przykładowa opowieść
z obecnego Wieku Moralnej Uczciwości)


Poruszającą i przykładową opowieść zamówił premier, pan Gladstone. Filar społeczeństwa osobiście przeczytał i poprawił libretto, aby się upewnić, że historia, jak to brytyjska armia pokonała Marsjan, zostanie opowiedziana w sposób korzystny dla wszystkich zainteresowanych. Sposób, który położy nacisk na bezinteresowną, lojalną odwagę zwycięskich Elektrycznych Muszkieterów królowej oraz bezduszne okrucieństwo i wrodzone tchórzostwo obywateli Marsa.
To, że owo zwycięstwo mogłoby być w jakikolwiek sposób „skażone”, oburzyłoby wszystkich bez wyjątku ludzi, którzy pochłaniali informacje o toczącej się nie-zwykłej międzyplanetarnej kampanii za pośrednictwem artykułów w „Timesie”. Mimo to…
Byli tacy, którzy znali całą prawdę. I inni, którzy chcieli tę prawdę ukryć przed tymi, którzy jej nie znali.
Wszelkie wojny są obrzydliwe, a wojna między gatunkami istot rozumnych, jak wojna między Marsem a Ziemią i następujący po niej ludobójczy odwet, wchodzi do królestwa obrzydliwości zarezerwowanego dotąd dla zdeprawowanych ekspozycji w Słynnym Gabinecie Ludzkich Dziwadeł profesora Trumienki.
Krótko mówiąc, prawdziwa opowieść wygląda tak.
Jak to zostało doskonale opisane piórem pana Herberta Wellsa w kronice wydarzeń „Wojna światów”, wszystko się skończyło, kiedy żołnierze marsjańscy wylądowali w swoich maszynach wojennych na brytyjskiej ziemi i rozpoczęli dzieło zniszczenia.
Ta straszliwa okoliczność, która zaskutkowała zakończeniem wielu żywotów i zniszczeniem wielu dóbr materialnych, w gruncie rzeczy była szczęśliwa, jeśli można użyć tego słowa w tym akurat wypadku, ograniczyła się bowiem do południowych terenów Anglii. Ci, którzy przeczytali pracę pana Wellsa, rozumieją, że Marsjanie nie zostali pokonani przez bezinteresowną i lojalną odwagę, lecz padli ofiarą ziemskich bakterii, na które ich nie-ziemskie ciała nie miały naturalnej odporności. Najeźdźcy wylądowali i zginęli. Ich trzynożne rydwany śmierci za-trzęsły się i upadły.
Ziemia i brytyjskie imperium ocalały. Ogłoszono zwycięstwo.
Po czym nastąpiło świętowanie i lud tańczył radośnie na ulicach przyozdobionych girlandami, wiwatując na cześć królowej i kraju.
W Westminsterze jednakże, za zamkniętymi drzwiami, ministrowie robili bilans…
W tajnej komnacie spotkała się tajna rada… To był rok 1885.
U szczytu stołu siedział pan Gladstone, po jego bokach dwóch typów o pogrzebowej aparycji. Ich nazwiska nie zostały zapisane i nadal pozostają przedmiotem nieustannych spekulacji. Z prawej strony Gladstone’a, obok jednego z anonimowych typów, zasiadał znakomity nauko-wiec i matematyk Charles Babbage, wesoły mężczyzna o czerwonej twarzy, dokładnie opatulony wielką ilością tweedu. Naprzeciwko niego siedział wychudzony, lecz o wytwornej osobowości obcokrajowiec o nazwisku Nikola Tesla. Nazwisko to przyszłość będzie znała jako „jednostka SI strumienia indukcji magnetycznej równa prze-pływowi jednego webera w jednym metrze kwadratowym”. Obok niego stało puste krzesło. A naprzeciwko tego krzesła, obok pana Babbage’a, siedział Silas Fairc-loud, nowo mianowany królewski astronom, wątły gruźlik.
Tajna rada została przywołana do porządku i pan Gladstone przemówił.
– Panowie. Spotkaliśmy się tutaj z powodu okoliczności, którą wszyscy musimy uznać za przerażającą: z obawy, że dalsze siły wroga właśnie w tej chwili mogą zbierać się na Marsie, przygotowując do kolejnego ataku. Panie Faircloud, co pan o tym myśli?
Pan Faircloud odchrząknął.
– Taka możliwość zdecydowanie istnieje. Astronomowie z całego kraju, a nawet w całym cywilizowanym świecie, wszystkie swoje instrumenty wycelowali w tę planetę. Co prawda nie widać żadnej aktywności Marsjan, jednak…
– Proszę mi wybaczyć – powiedział pan Babbage – ale nie miałem pojęcia, że istnieje urządzenie optyczne zdolne do zaobserwowania powierzchni Marsa w stopniu pozwalającym na dostrzeżenie pojazdów kosmicznych.
– Właśnie teraz pracuję nad takim urządzeniem – oświadczył pan Tesla – jakkolwiek moje nie posiada optyki zbudowanej ze szkła, lecz z bardziej metafizycznych partykuł, które niesione falami radionicznymi przenikną przez eter przestrzeni kosmicznej.
– Właśnie. – Pan Gladstone uderzył w stół zaciśniętą pięścią. – Wszyscy jednak musimy się zgodzić, że prawdopodobieństwo kolejnego ataku jest wysokie.
Silas Faircloud pokiwał głową.
– Możemy jedynie spekulować, czy na Marsie w ogóle są jeszcze jakieś siły wojskowe. Możliwe, że przylecieli do nas z całą swoją potęgą. Że zatriumfowaliśmy nad całością.
– A pan co o tym myśli, panie Babbage? – spytał premier. – Jest to zgodne z prawami matematycznymi?
– Och, jak najbardziej, sir. – Pan Babbage uśmiechnął się, wysyłając ku wszystkim potężny, szeroki promień ciepła. – Jakkolwiek sposób myślenia Marsjan ma niewiele odniesień do naszego sposobu myślenia – i mam tu raporty z autopsji ciał Marsjan przeprowadzone przez lekarza jej królewskiej mości, sir Fredericka Trevesa, które sugerują, że mózg Marsjanina ma więcej wspólnego z mózgiem rekina lub morświna niż z mózgiem człowieka – to niezależnie od tych różnic, uniwersalna logika dyktuje, że jeśli decydujesz się na wojnę z inną planetą, najlepiej będzie, jeśli przytłoczysz wroga tak szybko i tak inteligentnie, jak to tylko możliwe. Inaczej mówiąc, leć na niego z całą swoją potęgą w jednym potężnym ataku.
Pan Gladstone przytaknął w zamyśleniu.
– I można powiedzieć – rzekł – że Wielka Brytania zwycięży ostatecznie, kiedy walki zostaną przeniesione na Marsa.
– Przeniesione na Marsa? – zdziwił się Silas Faircloud. – Jak to możliwe?
– Panie Babbage, proszę. – Premier wskazał na niego.
– Za pomocą procesu, który pan Tesla nazwał „wsteczną inżynierią”. Ujmując to prosto, naprawiamy i odtwarzamy marsjańskie statki kosmiczne. Przystosowujemy ich urządzenia kontrolne do ludzkich pilotów. Leci-my na Marsa i dokonujemy…
– Zemsty – dokończył pan Gladstone. – Obrzydliwe słowo, wiem, ale wojna to obrzydliwy interes. Zamierzam zasugerować, aby Elektryczni Muszkieterzy Królowej zostali postawieni w stan gotowości. Poproszę o pańskie zdanie, panie Faircloud.
– Cóż. – Królewski astronom się nadął. – Skoro ma to zostać zrobione, najlepiej, jeśli stanie się to szybko. Biorąc pod uwagę najbliższe lata, teraz Mars znajduje się najbliżej. Okazja sama się nasuwa, lecz konsekwencje mogą być przerażające.
– A dokładnie? – spytał premier.
– To tylko spekulacje. Być może na Marsie istnieją zjadliwe bakterie, na które jego mieszkańcy są uodpornieni, lecz które mogą zniszczyć żołnierzy z Ziemi.
– Mało prawdopodobne – stwierdził Nikola Tesla. – Moje badania sugerują, że marsjańska atmosfera jest cieńsza niż nasza, być może podobna do tej na górskich szczytach. W takim wypadku promieniowanie słoneczne oczyści planetę z bakterii. Uważam, że środowisko naturalne Marsa jest całkowicie sterylne. Mogę postawić na to swoją reputację.
– A jest to znakomita reputacja – zauważył pan Glad-stone. – Jak rozumiem, ostatnio dokonał pan wielkich odkryć na polu… Jak to się nazywa – telemównicy?
– Telekomunikacji – sprostował pan Tesla, przytakując skromnie. – Zdolność porozumiewania się słowami na wielkie odległości, bez korzystania z kabli, drutów czy podobnych środków transmisji.
– Niesamowite – wyrzęził królewski astronom. – Że też dożyliśmy takich cudów. Lecz nadal niepokoję się o naszych żołnierzy. Pojazdy Marsjan muszą zostać wyposażone w sprężone powietrze i wystarczające racje po-żywienia. Trzeba wszystko dobrze zaplanować. Kto wie, co nas będzie czekać na Marsie? Potężne armaty wycelowane w niebo? Kto to wie?
– Rzeczywiście, kto to wie. – Pan Gladstone wyjął cygarnicę, a z niej cygaro. Obciął koniuszek łańcuszkiem od zegarka i włożył między wargi. – Szybkość i siła – zabrzmiało to troszkę niewyraźnie – są podstawą, więc proponuję, żebyśmy korzystali z usług pewnego młodego dżentelmena, który ostatnio wyplątał się z kłopotów afrykańskich. Stawiam go na czele sił uderzeniowych. Panie Babbage, pan jest najbliżej – czy mógłby pan otworzyć drzwi i zaprosić go do środka?
Charles Babbage wstał od stołu, podszedł do drzwi i otworzył je. Stojący tam drobny mężczyzna o twarzy dziecka uśmiechnął się szeroko.
– Panowie – powiedział premier – pozwólcie przedstawić sobie pana Winstona Churchilla.



2



Historia nie zapisała, że Winston Churchill zorganizował atak na Marsa. Nie było o tym także nawet słowa w libretcie „Marsa i ludzkości”. Pojawiły się bowiem pewne kontrowersje.
Pan Gladstone zaprosił młodego mężczyznę do środka.
Pan Churchill wszedł z uśmiechem.
Pan Gladstone wskazał puste krzesło i pan Churchill na nim usiadł. Pan Gladstone oznajmił:
– To pańskie przedstawienie.
Pan Churchill podniósł się i ukłonił uprzejmie.
– Jestem wdzięczny, że zostałem wybrany do tego zadania. Zadania, które mnie osobiście nie przysporzy chwały, lecz które ma nieocenione znaczenie dla przyszłości brytyjskiego imperium.
Pan Faircloud zakaszlał leciutko.
– Sir, nie zostaliśmy sobie przedstawieni, lecz…
– Jest pan królewskim astronomem – wszedł mu w słowo pan Churchill. – A tu widzę bardzo znanego pana Babbage’a i też znanego pana Teslę. A ci dwaj pogrzebowi dżentelmeni to…
Pan Gladstone przyłożył palec do ust.
– Nikt nie powinien ujawniać nazwisk Dżentelmenów w Czerni.
– Właśnie – zgodził się, uśmiechając, pan Churchill.
– Ale jak… – zaczął Silas Faircloud.
– Mam swoje kontakty – wyjaśnił zwięźle pan Churchill. – Sieć wywiadowczą. Koniecznością jest wiedzieć, kto jest kim. I komu można w czym zaufać.
– Wszystkim tu obecnym można zaufać. – Premier skłonił głową w stronę pana Churchilla. – Dlaczego, jeśli mogę spytać, uważa pan, że udział w tym szlachetnym przedsięwzięciu nie przysporzy mu chwały?
Młody mężczyzna z twarzą dziecka wyciągnął z kieszeni plik papierów.
– Ponieważ w żadnym razie nie wolno nam ujawnić metody, dzięki której osiągniemy sukces. Powody staną się oczywiste, gdy tylko je wam wyjaśnię, panowie.
– Więc proszę, słuchamy, sir – powiedział pan Gladstone.
– Sir?
– Istnieje wiele sposobów na wynagrodzenie tych, którzy służą koronie.
I pan Churchill uśmiechnął się jeszcze raz.
– Pana sługa, sir – powiedział. I zaczął czytać z kartek zapisanych pismem maszynowym. – „Z ośmiu nieczynnych marsjańskich pojazdów międzyplanetarnych, które ocalały, trzy można przystosować do działania, wypełnić zbiorniki paliwem, będącym ekwiwalentem marsjańskiego paliwa rakietowego, załadować sprężone powietrze i żywność wystarczającą do…”.
– To jest mój raport – przerwał mu pan Babbage. – Jak…
– Jak, nie jest ważne. – Uśmiech pana Churchilla stał się co prawda szerszy, ale na pewno nie cieplejszy. – Trzy statki mogą polecieć na Marsa. Każdy statek może przewieźć pięciuset żołnierzy królowej z całym wyposażeniem i karabinami powtarzalnymi Królewskiego Enfielda. Półtora tysiąca żołnierzy przeciwko potędze całej planety.
– Brytyjskich żołnierzy – dodał z dumą pan Gladstone. – Najlepszych na świecie.
– Na tym świecie – poprawił pan Churchill. – Są jednak nieprzygotowani na nieznane warunki, jakie mogą znaleźć na innym.
– Mają wysokie umiejętności adaptacyjne – sprzeciwił się premier. – Kilka tysięcy ludzi służy w Afganistanie. Wkrótce ten buntowniczy naród zostanie przywołany do porządku i nie będzie już sprawiać kłopotów naszemu światu.
Pan Churchill powstrzymał się od komentarza.
– Mars – oświadczył – jest dla nas wyzwaniem. Moje rozwiązanie jest proste i okaże się efektywne. Jednakże, jak już powiedziałem, nie przysporzy mi chwały.
– Więc wysłuchajmy tego planu. – Gladstone skorzystał z okazji, żeby zapalić cygaro, które cały czas poruszało się w jego ustach, gdy mówił.
– Nie wyślemy żadnych oddziałów – stwierdził kategorycznie pan Churchill. I zamilkł, pozwalając, aby jego słowa nabrały mocy.
– Żadnych oddziałów? – Zdumiał się pan Babbage. – W takim razie jak…
– Półtora tysiąca cywilów – obwieścił pan Churchill. – Żadnego wyposażenia ani karabinów Królewskiego Enfielda. Tylko w ubraniu, w jakim stali. Lub być może leżeli.
– Proszę, niech pan to wyjaśni. – Pan Babbage nie ustępował.
– Ministerstwo Obrony ostatnio eksperymentowało z nowym rodzajem broni. Skomplikowanej współczesnej broni, która odłoży kule do muzeum.
Pan Babbage jęknął.
– Mówi pan o gazie trującym. Słyszałem pogłoski o tym okropieństwie.
– To ma coś wspólnego z muskatem, prawda? – spytał Silas Faircloud.
– Z musztardą – poprawił pan Churchill. – Gaz musztardowy. Straszliwie skuteczny. Ale Ministerstwo myśli o czymś więcej. W rzeczywistości, biorąc pod uwagę kampanię Marsjan i ich niewątpliwy brak odporności na ziemskie mikroby, możecie określić moją propozycję jako „broń biologiczną”.
Rozległ się świst wciąganych oddechów.
Pan Faircloud zakaszlał cicho i rzekł:
– To nie bardzo, jak by to powiedzieć, brytyjskie.
– Tak jak i metoda dystrybucji. – Pan Churchill przesunął wzrokiem po obecnych. – Półtora tysiąca dusz na pokładzie trzech marsjańskich statków to będą nieuleczalnie chorzy. Przypadki śmiertelne. Gruźlicy. Ci, którzy cierpią na koklusz, szkarlatynę, dyfteryt, cholerę, tyfus, wszy na genitaliach…
– Ludzie nie umierają z powodu wszy na genitaliach – sprzeciwił się pan Babbage.
– Owszem, jeśli zarażają mnie – odparł pan Churchill.
Na chwilę zapadła cisza, po czym odezwał się pan Gladstone:
– Trochę godności, panowie, proszę. Pozwoliłem, żeby wzmianka o „muskacie” przeszła niezauważona, ale jeżeli zamierzamy obniżyć nasze poczucie humoru do poziomu wodewilów, będę zmuszony przerwać to spotkanie.
– Bardzo przepraszam – odparł ze skruchą pan Churchill. – Syfilitycy, a także ci, którzy są w zaawansowanym stadium jakichkolwiek seksualnie lub w inny sposób przenoszonych chorób śmiertelnych. Trzy statki kosmiczne wypełnione plagą wysłane w podróż bez powrotu.
– Ufam, że nie zostanę zaproszony na tę beznadziejną wycieczkę – powiedział Silas Faircloud.
– W żadnym razie, sir. – Na twarzy Winstona Churchilla wciąż rozlewał się uśmiech. – Co więcej, za jednym zamachem zwolnimy półtora tysiąca łóżek na oddziałach chorób przewlekłych. Same zalety, żadnych wad.
– Jak długo nikt się o tym nie dowie. – Pan Faircloud lekko zadrżał. – To straszny pomysł. W pewien sposób nawet szlachetny. Patrząc na to bez emocji, pytam się, gdzie w tym jakaś szkoda? Lecz jako zwolennik działań humanitarnych wiem, że udzielenie zgody na coś takiego będzie…
– Nie musi się pan tym kłopotać. – Pan Churchill ukłonił się królewskiemu astronomowi. – Całą odpowiedzialność wezmę na siebie. Co znaczy, że zajmę się wszelkimi przygotowaniami. Dostarczymy tych nieszczęśników na Marsa. Miejmy nadzieję, że Marsjanie nie otworzą ognia do swoich statków. A kiedy już wylądują i otworzą włazy, natura zacznie działać. Sugeruję, żebyśmy za miesiąc czy dwa, kiedy już więcej marsjańskich statków zostanie poddanych „wstecznej inżynierii”, wysłali tam kontyngent muszkieterów. Miejmy nadzieję, że nie napotkają żadnego oporu ani żadnego żyjącego Marsjanina. Panowie, oto moja propozycja.
Pan Churchill usiadł na krześle.
Nie usłyszał jednakże oklasków.
– Zapali pan cygaro? – spytał pan Gladstone.
– Z przyjemnością – odparł młodzieńczy pan Churchill. – Zawsze się zastanawiałem, jak one smakują.


I tak to było. Odniesiono wielki sukces. Niewiele pojawiło się pytań o półtora tysiąca śmiertelnie chorych pacjentów, którzy zniknęli z łoży boleści. A na pytania zadane na forum Parlamentu o ludzkie ciała znalezione na Marsie, kiedy Elektryczni Muszkieterzy Królowej zeszli po długich trapach na powierzchnię teraz już martwej planety, sprawnie odpowiedział młody byczek o nazwisku Churchill, który powoli budował swoją reputację.
– Jestem świadom, że istnieje coś, co nazywam teorią spiskową, dotyczącą ludzkich ciał znalezionych – i pochowanych zgodnie z tradycją chrześcijańską – na Marsie. Zgodnie z tą teorią przez całe lata przed marsjańską inwazją na Ziemię istoty z Marsa przylatywały na naszą planetę i porywały ludzi, aby przeprowadzać na nich eksperymenty, które są zbyt straszliwe, aby się w nie zagłębiać. Teoria, jaką ostatnio usłyszałem, która może, ale nie musi mieć cokolwiek wspólnego z rzeczywistością, mówi, że władze Francji przez lata współpracowały z tymi ohydnymi obcymi, zaspokajając ich potrzeby w zamian za zaawansowaną technologię. Słyszałem, że informacja ta dotarła do uszu jej wysokości królowej Wiktorii, która rozkazała, aby odrażające transakcje zostały natychmiast zakończone. I że właśnie zakończenie współpracy skłoniło Marsjan do ataku na Anglię. Co nieuchronnie doprowadziło do odwetu, który zakończył się eksterminacją nikczemnych Marsjan i rozszerzeniem się imperium brytyjskiego na Marsa. Boże, chroń królową.


I tak to było.
Albo prawie.
Okazało się bowiem, że w tym, co mówił pan Churchill, tkwiło ziarno prawdy. Istoty z innych planet rzeczywiście przez dekady odwiedzały Ziemię. Jednakże nie pochodziły z Marsa.
Przylatywały z Wenus i z Jowisza. Czyli z dwóch pozostałych, z czterech ogółem, zamieszkanych planet w naszym systemie słonecznym. Te istoty przybywały w tajemnicy, ale w pokojowych zamiarach. Lecz kiedy Ziemianie zmietli odrażających Marsjan, ludzie z Wenus i Jowisza przedstawili się jej wysokości królowej. Ziemia dołączyła do kongresu planet i tak rozpoczęła się nowa era międzyplanetarnych podróży i przemów.


To był rok tysiąc osiemset osiemdziesiąty piąty, a dziesięć lat później, w roku Pańskim tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym piątym, „Imperatorowa Marsa”, kończąc swój dziewiczy rejs wycieczkowy, opadła na lądowisko w Londyńskim Królewskim Porcie Kosmicznym w Sydenham, na południe od Kryształowego Pałacu. Trapy zostały opuszczone i królowa Wiktoria, królowa Anglii, imperatorowa Indii i Marsa, rzuciła swój królewski cień na czerwony dywan, który biegł od statku kosmicznego, przez budynek Pierwszego Terminalu (perfekcyjnie odzwierciedlający architekturę Parlamentu), i dalej, w górę wzgórza aż na szczyt, do pałacu z kryształu, gdzie tego wieczoru odbędzie się koncert dla uczczenia dziesiątej rocznicy brytyjskiego triumfu nad Marsem.
Jej wysokość będzie cudownie się bawić podczas oglądania popisowych numerów z fikaniem koziołków komików Gilberta i Sullivana, i słuchając ich muzycznych ewokacji siły i męstwa Brytyjczyków. Jednakże prawdy królowa nigdy nie pozna.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-07-11 (934 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej