Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Skradzione dusze
 
Katalog - dodano
 Lucyfer
- Jennifer L. Armentrout
 Heroina
- Mons Kallentoft
 Czarownica
- Małgorzata Lisińska
 Tropiciel
- Małgorzata Lisińska
 Szara siostra
- Mark Lawrence
 
- skomentowano
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Serce Demona'' - Lynn Raven



Podążał za nią. Od momentu, gdy wiatr przywiał mu jej zapach. Niespiesznie. W bezpiecznej odległości. Od drzewa do drzewa. Pod osłoną spowijającej las ciemności. Na tyle blisko, by słyszeć jej kroki, jej oddech. Bezgłośnie. Tylko raz wypłoszył jakieś zwierzę. Trzewia stały mu w ogniu. Gdy zatrzymał się przy niej samochód, przystanął, przeniósł ciężar ciała na zdrową nogę. Nasłuchiwał.
– Może podwieźć, paniusiu? – Głos mężczyzny. Młody. Bębnienie muzyki.
– Nie trzeba. Nie mam daleko. Ale dziękuję za fatygę. – Odgłos silnika zagłuszył jej kroki.
Odbił się od drzewa, i dalej podążył jej śladem.
– Ależ chętnie podrzucę. To żadna fatyga. – Silnik wozu mruczał na jej wysokości.
– Jak mówiłam: dziękuję za miłą propozycję, ale absolutnie nie ma takiej potrzeby.
– Na pewno?
Nagle jej kroki zachrzęściły na żwirowym poboczu.
– Absolutnie! Dziękuję!
Moja! Słyszał drżenie w jej głosie. Szybciej!
– Nie daj się prosić, wsiadaj!
– Nie, dziękuję!
Silnik zawył. Jej kroki umilkły gwałtownie.
– Nie kryguj się tak. Chodź no! Wsiadaj! Zabawimy się trochę!
MOJA! Warknął, przyśpieszył, ból w nodze wzmógł się, szarpiąc za tkanki pazurami. Zignorował go.
Szuranie, głośny oddech, paniczne kroki, trzask łamanych gałęzi i patyków. Uciekała w głąb lasu. Znowu zajęczał silnik. Reflektory omiotły światłem drzewa. Koła zachrzęściły po żwirze. Facet coś wrzeszczał. Pękały gałęzie.
Słyszał szelest jej kroków po liściach. Jej przyśpieszony oddech. Potknęła się, w ostatniej chwili złapała równowagę, biegła dalej, przedzierała się przez zarośla jak spłoszone zwierzę. Facet deptał jej po piętach, był tuż za nią!
Szybciej! Noga prawie ugięła się pod nim.
Znów usłyszał, jak się potyka, tym razem upadając, potem próbując się podnieść. Rumor, gdy facet pchnął ją na ziemię. Zaszeleściło listowie. Jego sapanie, przekleństwa.
– Nie! Zostaw! Puszczaj! – To jej głos. Boleśnie przenikliwy, nabrzmiały wściekłością. Chrobotanie i trzaski. Głuchy łoskot.
– Ty mała suko… Nie rób takich ceregieli. Chcesz przecież tego. – Zgrzytnięcie suwaka. Odgłos dartego materiału.
– Nie! – Raz po raz. – Nie, proszę! – Piskliwie, ze szlochem. – Nie!
– Chodź, zabawimy się.
– Nie! – Tym razem przeszywająco.
Znowu przekleństwo. Krzyk, przechodzący w kwilenie.
– A więc lubisz na ostro, co? Jak chcesz.
Leżała na ziemi. Facet był na niej. Buchnął mu w nozdrza smród potu, strachu i pożądania.
MOJA! Szał zgasił resztki klarownych myśli. Rzucił się na naprzód, szarpnięciem oderwał od niej gościa i potoczył się z nim po poszyciu, podniósł się. Ciało ryczało z bólu.
Typ pomału, zataczając, gramolił się na nogi. Jego zaskoczenie zamieniło się w furię.
– Szlag by cię, wymiataj stąd! – zapomniał o ofierze.
Schylił się. Oddychała z trudem oddech, zbyt prędko i zbyt płytko.
– Biegnij! – wydał z siebie odgłos, bardziej przypominający warknięcie. Na sekundę zastygła jak zamroczona, potem potykając się podźwignęła się i ruszyła do ucieczki.
– Chodź tu, ciołku, dam ci taki wpierdol!
Skoczył. Dłonie zakrzywione w szpony. Odsłonięte zęby. Prychnięcie. Razem padli na ziemię. Facet ryczał, bronił się, kopał na wszystkie strony, próbując zrzucić go z siebie. Serce mężczyzny waliło jak oszalałe. Dostał raz w ramię. Zawarczał z bólu i wściekłości. Oddał cios. Coś trzasnęło. Mężczyzna zawył. Nagle powietrze wypełniła woń krwi. Zacisnął dłonie na gardle przeciwnika. Poczuł, jak coś ściska mu wnętrzności. Dłonią wyczuwał jego tętno. Górna szczęka zapałała bólem. Nachylił się, przesunął rękę do góry, przekręcił głowę mężczyzny w bok. Ten wił się pod nim. Jakiś ruch. Ledwie zauważalny kątem oka. Minimalnie odwrócił głowę. Syk. Ból, gdy w twarz ugodziło go coś, co jak płynna lawa wżarło mu się w oczy i parząc spłynęło gardłem. Krzyknął, zakasłał, zakrztusił się, dźwignął chwiejnie na nogi, próbując jakoś pokonać ból.
– Teraz dostaniesz łomot! – Był tuż przy nim. Coś trafiło go w plecy, powaliło na kolana. W ostatniej chwili udało mu się powstrzymać upadek. Oczy paliły żywym ogniem. Twarz płonęła. Wszystko zlało się w plamy oślepiającej jaskrawej bieli i bezdennej czerni. Nie mógł oddychać. Cios w skroń. Chrupnęła kość. Upadł i potoczył się niezdarnie przez ramię. Prawie udało mu się powstać. Kopniak w zranioną nogę. I jeszcze jeden, między żebra. Kłujący ból przeszył mu bok. Zgiął się wpół. Zakasłał, łapczywie łapał powietrze. Kolejne ciosy, kopniaki. Ponownie spróbował się podnieść, ale nie dał rady. Był zbyt wolny! Zbyt słaby! Źle! Wszystko źle! Koszmarne palenie w oczach sprawiało, że oślepł i stracił orientację.
– A masz! – Nowy kopniak. I jeszcze jeden między żebra. Cios w szczękę. Zadzwoniły o siebie zęby. Głowa poleciała do tyłu. Ból eksplodował w potylicy, rozlał się po karku. Upadł na bok, dysząc bezradnie, odrętwiały i bez czucia.
Krzyk, wysoki i świdrujący. Zdumione chrząknięcie. Głuche razy. Dźwignął się na klęczki, sam nie wiedział, jakim sposobem. Nie dał rady podciągnąć się na nogi, osunął z powrotem w poszycie. Dłoń na jego ręku. Pociągnięcie.
– Niech pan wstaje! Szybko! Proszę, niech się pan pośpieszy!
Ona!
Choć bardzo chciał wstać, udało mu się zaledwie podźwignąć na kolana. Palący ból wżerał się coraz głębiej w oczy. Kłucie w karku, ogarniające całą czaszkę. Mrowienie palców. Jęcząc z rozpaczą podparła mu ramię własnym ciałem, pociągnęła w górę. Oślepiony chwiał się u jej boku. Z zaciśniętymi powiekami, z dłonią na oczach, ziając. Kolana co chwila uginały się pod nim. Czuł jej ramię na plecach, jej dłoń pod bokiem. Jej szyja była tuż tuż. W górnej szczęce mu pulsowało. Potknęła się i razem upadli na kolana. Z krtani wyrwał mu się jęk.
– Ciii! Proszę, cicho! – szepnęła błagalnie bez tchu.
Posłusznie zacisnął zęby, nasłuchując. Skądś dochodziły przekleństwa i odgłos stąpania, zbliżający się coraz bardziej. Wstrzymała oddech z ręką na ustach. Znowu przekleństwo. Potem kroki zmieniły kierunek i zaczęły się oddalać. Trzasnęły drzwiczki samochodu, silnik zaskoczył i jego ryk zaczął słabnąć w oddali, aż wreszcie zamilkł. Wypuściła powietrze z płuc.
Dłonią nakryła jego rękę. Podskoczył i jęknął pod wpływem nagłego ruchu.
– Chciałam wezwać pomoc, ale moja komórka… wyładowała się. Tak mi przykro. Proszę pokazać. Nic panu nie zrobię. – Delikatnie uniosła go jego podbródek, zabrała rękę, dotknęła twarzy.
– Ach! – cofnął się gwałtownie.
Jej spanikowany oddech.
– O Boże, nie! Mój gaz pieprzowy. Trafił pana prosto w oczy. Nie chciałam tego. – Nachyliła się nad nim, ujęła za rękę. – Trzeba pana zabrać do szpitala.
– Nie! – Nie do szpitala, nigdy! Nigdy więcej! – Nie… ja… nie! – Rany goiły się i tak. Choć nie teraz. Jej zapach wzmagał katusze w jego żuchwie, rozniecał płomień w wnętrznościach. Uwolnił się niezgrabnie, próbując odsunąć się od niej.
– Ale… Pan nie może… – Znowu poczuł jej dłoń na ręku. Wahanie. – W takim razie zabieram pana do siebie. Trzeba przemyć panu oczy. Poza tym… pan krwawi. Proszę mi przynajmniej pozwolić się obejrzeć. To znaczy… Nie żebym była lekarką czy coś w tym stylu, ale… pracowałam kiedyś w klinice weterynaryjnej i za rok chciałam rozpocząć studia, weterynarię. – Zaśmiała się jakoś tak bezradnie. – Niezbyt dobre referencje, prawda? – Ciągnęła cichutko, ledwie słyszalnie. – Proszę, uratował mnie pan przed… przed tym… Wybawił mnie pan. Niech mi pan pozwoli choć trochę się odwdzięczyć. Mieszkam niedaleko stąd.
Wiedział, gdzie mieszkała. Dom należał do jej babki. Wiedział też, gdzie jest wesołe miasteczko, w którym pracowała. Opiekowała się kotami, bo starsza pani leżała w szpitalu. Gdy lało jak z cebra, znalazł schronienie w jej komórce na rupiecie.
– Tylko przemyję panu oczy i opatrzę rany – zawahała się. – No i może zrobię panu coś do jedzenia i… może pan wziąć prysznic... albo kąpiel.
Ostatnie słowa przywołały znajome obrazy: gorąca woda pieszcząca skórę, ciepło, poczucie czystości, spokój, koniec ciągłego, niewytłumaczalnego strachu. „Dopilnujcie, żeby więcej się nie pojawił.”
– Proszę, niech pan pójdzie ze mną!
– Nie do szpitala! Żadnych lekarzy! – jego głos zabrzmiał okropnie chrapliwie. Jak długo go nie używał?
– Nie zrobię nic, czego pan nie będzie chciał. Słowo! Chodźmy.
Pozwolił się pociągnąć do góry. Jego ciało protestowało. O mały włos znowu nie straciłby władzy w kolanach. Podparła go ramieniem.
– Chodźmy, to niedaleko.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-07-16 (1570 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej