Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Obsydianowe serce cz. 2
 
Katalog - dodano
 Kroniki Jaaru. Megapolis
- Adam Faber
 Syrena
- John Everson
 Siedem śmierci Evelyn Hardcastle
- Stuart Turton
 Gamedec. Czas silnych istot
- Marcin Przybyłek
 Europa w zimie
- Dave Hutchinson
 
- skomentowano
 Dynia i jemioła. Nietypowe historie świąteczne
- Aneta Jadowska
 Wiedźmie opowieści
- Olga Gromyko
 Pierwsze słowo
- Marta Kisiel
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Słońce Słońc'' - Karl Schroeder



Hayden Griffin oskubywał właśnie rybę, gdy rozbrzmiał dzwonek grawitacyjny. Jego głuchy odgłos przebił się nawet przez grube, drewniane ściany miejskiej gospody; był tak zaprojektowany, by dało się go słyszeć w każdym zakątku miasta. Hayden przerwał pracę, zmarszczył brwi, po czym na próbę wypuścił rybę z dłoni. Cztery spadające pióra błysnęły niczym płomienie świeczek w pojedynczym promieniu światła, który przesączał się pomiędzy deskami. Ryba wylądowała trzy stopy dalej. Hayden patrzył jak pióra opadają łagodnym łukiem, by ostatecznie spocząć obok niej.
– Trochę za wcześnie na nakręcanie, nie sądzisz? – zapytał. Miles odburknął coś nieprzytomnie. Były żołnierz, a obecnie miejski kucharz, zajęty był polewaniem sosem przypieczonego indyka, którego przed chwilą uratował z niewielkiego pożaru w piecu. Jego łysa czaszka lśniła w świetle ognia.
– Mimo wszystko mogą mnie potrzebować – ciągnął Hayden. – Pójdę zobaczyć.
Miles uniósł głowę.
– Matka zostawiła cię ze mną – rzekł. – Znów byłeś niegrzeczny. Podnieś tę rybę.
Hayden przysiadł na krawędzi stołu, krzyżując ręce na piersi. Próbował wymyślić jakąś odpowiedź, która nie brzmiałaby jak narzekanie, gdy dzwonek rozbrzmiał ponownie, tym razem natarczywiej.
– Widzisz? – powiedział. – Potrzebują kogoś. Nikt w całym mieście nie zna się na aerocyklach, tak jak ja. Tak czy inaczej, jak zamierzasz ugotować tę rybę, jeśli wysiądzie grawitacja?
– Grawitacja nie wysiądzie, chłopcze – uciął Miles. – Wszystko z nią w porządku.
– Więc lepiej pójdę tam i sam zobaczę, w czym rzecz.
– Po prostu chcesz obejrzeć, jak twoja staruszka zapala słońce – skwitował kucharz.
– A ty nie?
– To tylko testy. Poczekam do jutra, kiedy odpalą je naprawdę.
– Daj spokój, Miles. Zaraz wrócę.
Kucharz westchnął.
– Dobrze, idź. Ustaw aerocykle, a potem wracaj. – Gdy Hayden ruszył biegiem w stronę drzwi, usłyszał jeszcze głos za jego plecami: – Nie zostawiaj tej ryby na podłodze!
Idąc korytarzem w stronę wejścia do gospody, chłopak spostrzegł kolejny zbłąkany promyk światła przeświecający przez podłoże z desek. Był to zły znak; matka musiała czekać na duże zachmurzenie przed rozpaleniem nowego słońca, w przeciwnym razie mogliby je dostrzec Slipstreamowcy. Władza Slipstreamu nie zniosłaby innego słońca tak blisko ich własnego. Dlatego właśnie projekt był tajny – aż do teraz. Jutro miał się o nim dowiedzieć cały świat.
Hayden przecisnął się obok wypolerowanego baru, po czym niedbale wzruszając ramionami, rzekł:
– Dzwonią. Muszę zadbać o aerocykle.
Jeden z klientów obdarzył go powątpiewającym uśmieszkiem, a Mama Fifty zmierzyła go wymownym spojrzeniem ze swojego miejsca za kontuarem. Nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, chłopak był już przy drzwiach.
Jak zwykle wiał porywisty wiatr, świszcząc między deskami ulicy. Promienie słońca okalały krawędzie jej spadzistego dachu, a smugi i prostokąty światła prześlizgiwały się po odeskowaniu ścian budynków zajmujących wszystkie wolne przestrzenie. Drewniane podłoże sprężynowało pod stopami Haydena, który wbiegał w stromy łuk alei, niemal pustej o tej porze dnia.
Gavin Town ożywało o zmierzchu, gdy robotnicy, którzy tutaj sypiali, ciągnęli doń ze wszystkich sześciu kierunków, śmiejąc się i plotkując. Kupcy otwierali okiennice na czas nocnych targów, a wzdłuż ulic rozpalano lampy gazowe. Sala taneczna otwierała swoje podwoje dla tych, którym kondycja pozwalała jeszcze na zaliczenie kilku rundek na parkiecie. Czasami Hayden dorabiał sobie, zapalając światła uliczne. Koniec końców, całkiem nieźle radził sobie z ogniem.
Hayden wybrał okrężną drogę do stanowiska aerocykli, gdyż inaczej nie mógłby zobaczyć słońca. Przemknąwszy wąską alejką wciśniętą między dwa wysokie budynki, dotarł na jedną z dwóch zewnętrznych ulic miasta – będącą w zasadzie zaledwie wąskim, krytym pomostem. Dach tworzyły tutaj dobudówki domów i sklepów, których wejścia położone były po jego lewej stronie. Po jego prawej, wznosiło się ogrodzenie z nierównych desek zwieńczone na szczycie wąską szczeliną. Powierzchnię bariery od czasu do czasu przetykały framugi okien, ale Hayden postanowił nie zatrzymywać się przy żadnym z nich. Szybkim krokiem ruszył w stronę otwartej galerii położonej ćwierć długości ulicy dalej.
W takich chwilach – samotnych i pracowitych – chłopak z reguły zupełnie się zapominał albo pogrążał w żalu. Wciąż ciążyła mu śmierć ojca, choć minął od niej już niemal rok; czy naprawdę upłynęło aż tyle czasu odkąd przeprowadził się tu wraz z matką? Ona uważała, że tak będzie najlepiej; że jeśli zostaną w mieście Dwadzieścia–dwa będą nieustannie otoczeni pamiątkami po ojcu. Ale czy to na pewno było takie złe?
Ojciec nie mógł być świadkiem zapalenia nowego słońca – ukoronowania wysiłków całej rodziny. Zobaczyć, jak jego żona dokończyła zaczęty przez niego projekt. Za każdym razem, gdy Hayden przypominał sobie ich rozmowy na ten temat, w głowie słyszał jedynie głos ojca przepełniony nutami entuzjazmu i nadziei. Matka mówiła mniej, ale jej duma i miłość pobrzmiewały w szeptach, jakie dochodziły przez ścianę sypialni i kołysały Haydena do snu. Stworzyć własne słońce! Tak powstawały narody. Rozpalenie nowego słońca miało zostać zapamiętane na zawsze.
 
Gdy Hayden miał dwanaście lat, rodzice zabrali go na jego pierwszą przejażdżkę do Rushu. Narzekał, ponieważ niedługo wcześniej dowiedział się, że choć Slipstream był wspaniałym narodem, to nie był to jego naród. Przyjaciele naigrywali się z niego, że wyrusza na zwiad do obozowiska wroga, choć on sam nie do końca rozumiał, dlaczego Slipstreamowcy byli źli ani co to właściwie oznaczało być obywatelem Aerie.
– Dlatego właśnie tam jedziemy – powiedział jego ojciec. – Byś mógł zrozumieć.
– A przy okazji, żeby zobaczyć, co teraz nosi się w księstwach – dodała matka z uśmiechem. Ojciec spojrzał na nią spode łba - wydawało się, że ów grymas stworzony został specjalnie dla jego grubo ciosanej twarzy - ale ta zupełnie go zignorowała.
– Spodoba ci się – powiedziała, zwracając się do Haydena. – Przywieziemy ze sobą rzeczy, których będą ci zazdrościć twoi koledzy.
Ta myśl przypadła mu do gustu, lecz w pamięć zapadły mu głównie słowa ojca. Udawał się do Rushu, by zrozumieć.
I wydało mu się, że zrozumiał wszystko w chwili, kiedy ich statek przebił ostatnią warstwę chmur i po raz pierwszy dane mu było ujrzeć miasto. Gdy się przejaśniło, Hayden wraz z innymi dzieciakami podfrunął do ciasno zakratowanego okna – niewielki okręt nie posiadał wirówki, dlatego podróżowali w stanie nieważkości – i osłonił oczy, by przyjrzeć się celowi swojej podróży.
Okoliczna przestrzeń pełna była podróżnych; część z nich korzystała z aerocykli, inni poruszali się dzięki urządzeniom napędzanym pedałami, podczas gdy jeszcze inni przebierali nogami, by wprawiać w ruch ogromne, białe skrzydła przymocowane do ich pleców. Wieźli pakunki, holowali towary, a jeśli korzystali z napędów odrzutowych, zostawiali za sobą powoli blednące łuki przecinających niebo smug kondensacyjnych.
Ich cylindryczna fregata wyłoniła się spomiędzy chmur w pobliżu słońca Slipstreamu, przemieniającego połowę nieboskłonu w morze ognia. Choć wyłonili się z mgły zaledwie kilka sekund temu, temperatura wewnątrz zazwyczaj chłodnej kabiny pasażerskiej zaczęła rosnąć. Inni chłopcy wskazywali coś palcami, pokrzykując z podniecenia; Hayden spojrzał w tę stronę, próbując dociec, co rzucało ten niesamowity cień, przesłaniający niemal połowę widoczności. Ogromny kształt był nieregularny, podobnie jak skały, które mijali po drodze. Jednak podczas gdy one osiągały najwyżej rozmiary domu i z reguły porastało je zaledwie kilka sterczących drzew, to ten twór był znacznie oddalony, o czym świadczyłoby jego zszarzenie, a na dodatek pokrywał go regularny dywan zieleni. Haydenowi zabrało kilka sekund, by zdać sobie sprawę, że również w tym przypadku miał przed sobą skałę, lecz taką, której średnica wynosiła przynajmniej kilka mil.
Gapił się na nią z otwartymi ustami. Ze środka wiklinowego kosza restauracyjnego dobiegł go śmiech ojca siedzącego obok matki.
– To największa rzecz, jaką kiedykolwiek widziałeś, Haydenie. Wiedz jednak, że istnieją miejsca o wiele większe. Slipstream nie jest dużym księstwem. Pamiętaj o tym.
– Czy to Rush? – spytał chłopak, wskazując palcem.
Ojciec odepchnął się od kosza i zawisł obok syna. Szerokie barki robotnika oraz spracowane dłonie wyróżniały jego postać na tle gromadki dzieci, które zrobiły dla niego miejsce obok Haydena.
– Ta asteroida? Nie, to nie Rush. To jedynie źródło bogactwa Slipstreamu, nie licząc ich słońca. – Mężczyzna wychylił się przez reling i wyciągnął dłoń. – Nie... To jest Rush.
Być może stało się tak dlatego, że chłopak nigdy wcześniej nie widział czegoś podobnego, ale Hayden w ogóle nie zauważył miasta aż do tej chwili. Koniec końców, miasteczka Aerie rzadko miały więcej niż dwieście metrów szerokości i były zwykłymi kołami wykonanymi z drewnianych desek, które wiązano ze sobą kawałkami liny. Następnie całą konstrukcję nakręcało się i wznosiło budynki na wewnętrznej stronie koła. Proste. Nigdy też nie widział więcej niż pięć czy sześć takich kół w jednym miejscu.
Dziesiątki miasteczek tworzących Rush połyskiwały wypolerowanym na gładko metalem. Przypominały bardziej walce aniżeli pierścienie i żadne z nich nie miało mniej niż pięćset metrów średnicy. Najciekawsze było to, że wszystkie uwiązano do zalesionej asteroidy czwórkami; po zewnętrznej stronie każdego cylindra w powietrze wznosiły się czerwono-złote żagle, które przemieniały je ze zwykłych miast w przepiękne wiatraki.
– Asteroida jest zbyt duża, by wiatr miał na nią wpływ – rzekł ojciec. Hayden niespokojnie zmienił pozycję; ojciec nawet nie próbował ukryć gardłowego, prowincjonalnego brzmienia akcentu typowego dla Aerie. – Miasta są na tyle małe, że podróżują wraz z podmuchami wiatru. Tutejsi mieszkańcy korzystają z żagli, by utrzymywać koła w ruchu.
Dla Haydena brzmiało to sensownie, jako że wiatr powstawał wskutek poruszania się z inną prędkością niż otaczające cię masy powietrza. Przez większość czasu różne obiekty migrowały wewnątrz Virgi w rytm krążących powoli pływów. Zazwyczaj wiatr odczuwalny był jedynie na murach miast oraz podczas latania. Jednak Hayden wielokrotnie składał niewielkie wiatraki z papieru i wypuszczał je w przestrzeń na żyłkach. Ruch powietrza sprawiał, że wirowały. Podobnie było z miastami Rushu, tyle że na znacznie większą skalę.
Hayden zmarszczył brwi.
– Skoro ta wielka skała nie porusza się wraz z podmuchami wiatru, to dlaczego nie oddala się od reszty Slipstreamu?
– Trafiłeś tym pytaniem w samo sedno – odparł ojciec z uśmiechem. – Slipstream migruje szybciej niż większość narodów. Slipstreamowcy muszą podążać za orbitą swojej asteroidy wewnątrz Virgi. Stąd tego nie zobaczysz, ale ich słońce również przytwierdzone jest do tej skały. Dziesięć lat temu Slipstream wprost wleciał w Aerie. Przed tym wydarzeniem byliśmy mniejszym i biedniejszym narodem, ze względu na oddalenie wszystkich znaczących słońc. Lecz mieliśmy swoją dumę. Byliśmy kowalami własnego losu. A teraz, kim jesteśmy? Zaledwie wasalami Rushu.
Hayden prawie go nie słuchał. Nie mógł oderwać wzroku od miasta.
Ich okręt dotarł na miejsce w środku dnia, natrafiając na korek, który powstał przy osi jednego z największych cylindrów. Zejście na ląd zajęło im niemal godzinę, ale Hayden nie dbał o to. Cały ten czas spędził obserwując gęstą zabudowę wewnętrznej powierzchni miasta pozostającego w ciągłym ruchu. Szukał wzrokiem miejsc, które mógłby odwiedzić. Z osi cylindra, którego doki przypominały stos ogromnych, drewnianych kości do gry, odchodziły ścieżki kablowe do innych miasteczek, tworząc cały kompleks. Jedno z kół szczególnie przyciągnęło jego uwagę – ogromny walec, którego wnętrze wydawało się być pojedynczym budynkiem ozdobionym balkonami, arkadami oraz połyskującymi oknami ze szklanymi szybami. Cylinder otaczały okręty wojenne, które Hayden widywał na fotografiach, ale nigdy z bliska. Ciężkie, drewniane statki o kadłubach najeżonych otworami dział, ciągnęły za sobą strużki dymu, olinowanie oraz maszty przypominające kręgosłupy ryb. Wyglądały naprawdę dostojnie i fascynująco.
Tam nigdy się nie dostaniesz – rzekł oschle ojciec. – To pałac Pilota.
Po długo ciągnącym się oczekiwaniu mogli w końcu zejść długimi, spiralnymi schodami prowadzącymi na ulicę. Tutaj Hayden musiał znieść kolejne, wydające się nie mieć końca minuty, podczas których mężczyzna w mundurze przeglądał dokumenty jego ojca. Chłopiec był w tym momencie zbyt zaaferowany, by zauważyć ostentacyjnie jowialne zachowanie swego rodzica oraz to, jak opuścił on swe ramiona z ulgą, gdy w końcu wpuszczono ich do miasta. Po pewnym czasie ojciec zwrócił się do matki i całując ją, rzekł cicho:
– Wkrótce wrócę. Znajdź dla nas miejsce w hotelu, ale nie czekajcie na mnie. Pójdźcie na zakupy, to pozwoli ci nie myśleć o tym wszystkim.
– Dokąd on idzie? – spytał Hayden, patrząc jak ojciec znika w tłumie.
– Załatwić interesy – odparła kobieta, choć w jej głosie pobrzmiewał smutek.
Chłopiec szybko zapomniał o wszystkich obawach, jakie mogła wywołać ta rozmowa. Miasto było ogromne i fascynujące. Nawet grawitacja wydawała się inna, powodując wolniejszy obrót płynu w uchu wewnętrznym. Ponadto, istniały tutaj miejsca, z których nie było widać krawędzi cylindra. Hayden podążał za matką do różnych punktów sprzedaży i podczas gdy ona targowała się o cenę papieru dla gazety, którą pomagała prowadzić, on zadowalał się możliwością obserwowania przechodniów przez witryny sklepów.
Powoli jednak zaczął zauważać coś niezwykłego. Matka ubrana była w wielowarstwowy i kolorowy strój typowy dla mieszkańców zewnętrznych dystryktów Aerie i, podobnie jak ojciec, w ogóle nie kryła swojego akcentu. Nawet czarne włosy oraz ciemne oczy wyraźnie odróżniały ją od jasnowłosych i jasnookich mieszkańców miasta. I choć sklepikarze nie odnosili się do matki z wrogością, to nie byli również specjalnie mili. Podobnie rzecz miała się z dziećmi napotkanymi przez Haydena na ulicy. Uśmiechnął się do nich raz lub dwa razy, ale one jedynie odwracały spojrzenia.
Zapewne zapomniałby o wszystkich tych szczegółach, gdyby nie następne wydarzenia. Gdy późnym popołudniem wrócili do hotelu – Hayden objuczony pakunkami, a matka mrucząca wesoło pod nosem – zauważyli ojca stojącego z rękami za plecami przed hotelowym wejściem. Kiedy jednak chłopiec zaczął do niego machać i wołać, poczuł ucisk palców matki na ramieniu. Dopiero wtedy spostrzegł otaczających ojca mężczyzn w mundurach, którzy obrócili się jak jeden mąż na dźwięk jego głosu.
– Cholera – szepnęła matka, gdy policjanci ruszyli w jej kierunku. Hayden stał obok skołowany.
Reszta podróży upłynęła na oczekiwaniu w różnych bladozielonych, pustych pomieszczeniach, w których siedzieli razem. Matka była blada i nie odpowiadała na żadne z coraz bardziej natarczywych pytań Haydena. Na noc nie wrócili do hotelu. Zamiast tego zapewniono im dwa niewygodne sienniki w niewielkim pokoiku na tyłach komisariatu policji.
– To nie cela – powiedział odprowadzający ich sierżant. – To pokój gościnny dla krewnych.
Ojciec dołączył do nich następnego dnia. Był potargany, małomówny i miał siniaka na policzku. Matka wpadła z płaczem w jego objęcia, podczas gdy Hayden stał obok, ściskając ramiona w bezsilnej złości. Jeszcze tego samego dnia wsiedli na okręt pasażerski o zdecydowanie niższym standardzie od tego, którym przybyli na miejsce, a Hayden obserwował migoczące osie Rushu znikające w oddali i nieodkryte.
Wkrótce ojciec wyjaśnił mu, czym jest Ruch Oporu oraz skąd bierze się potrzeba gromadzenia uzdolnionych ludzi i surowców potrzebnych Aerie do wyzwolenia. Hayden myślał, że rozumie, choć polityka go nie interesowała; znacznie ważniejsze było wspomnienie obrazu – on, w tłumie mieszkańców Rushu, kroczący u boku ojca ze skutymi rękami za plecami.
 
Galeria była zaledwie odcinkiem ulicy pozbawionym ogrodzenia, jednak z relingiem, przez który można było się wychylić. Matka zwykła nazywać to miejsce „pomostem śmiałków”, jednak Miles używał znacznie bardziej intrygującej nazwy – „rzygowisko”. Hayden przypadł do barierki, ściskając ją obiema dłońmi.
Widok przesłonił mu ogromny kłąb chmur będących niemal na wyciągnięcie ręki. Nowe słońce musiało znajdować się za nimi; liny drogowe z Gavin Town do placu budowy przechodziły teraz prosto przez serce mlecznego oparu i znikały w jego wnętrzu. Hayden poczuł zawód; jeśli rozpalą słońce w tym momencie, nie będzie mógł go zobaczyć.
Nagle wybuchnął śmiechem. Och, będzie mógł. Ojciec powtarzał mu to w kółko: po rozpaleniu słońca, nie sposób będzie go przegapić.
– Chmury w zasięgu wielu mil wyparują. Ot, tak – powiedział, pstrykając palcami. – Temperatura gwałtownie wzrośnie. W zasadzie wszystkie rzeczy w odległości jednego kilometra staną w ogniu. Dlatego słońca umieszcza się tak daleko od miast. Oczywiście, mają na to jeszcze wpływ kwestie bezpieczeństwa. A światło... Haydenie, musisz mi obiecać, że nie będziesz na nie patrzeć. Będzie jaśniejsze niż wszystko, co do tej pory widziałeś. Z bliska poparzy twoją skórę i oślepi cię przez zamknięte powieki. Nigdy nie spoglądaj bezpośrednio w słońce, dopóki nie przesuniemy miasta.
Chmura wydawała się obracać na oczach Haydena; koniec końców, Gavin Town podobnie jak inne miasteczka przypominało koło, które wprawiano w ruch, by dostarczyć jego mieszkańcom wirówkowej grawitacji. Była to jej jedyna forma, jaką kiedykolwiek mieli poznać, dlatego też traktowano ją jako cenny zasób, kosztowny i wymagający dużych nakładów pracy. Grant’s Chance, inne najbliżej położone miasteczko, zlokalizowane było kilkanaście kilometrów za placem budowy słońca. Obecnie przesłaniały je chmury.
Pokrywa chmur była jednym z powodów, dla których Griffinowie wybrali to miejsce. Na skraju strefy oświetlonej przez Slipstream temperatura powietrza spadała i dochodziło do kondensacji. Mleczne opary w najróżniejszych kształtach tworzyły tutaj mur oddzielający słoneczne królestwo od pustych, bezkresnych przestrzeni zimy. Tu leżała granica. Tutaj można było ukryć istnienie wielu rzeczy – na przykład tajnych projektów.
Miasto nie przestawało się obracać, aż w końcu otworzyło się przed nim niebo bez zasłony z chmur – niebo pozbawione jakichkolwiek granic. Dwa odległe słońca wycięły okrąg bladego powietrza na nieskończonym firmamencie, którego bezkres definiowały setki tysięcy chmur w najróżniejszych kształtach i rozmiarach, większość w barwach różu i bursztynu. Poszarpane korony słoneczne oznaczały miejsca przepływu prądów i strumieni powietrza; tuż obok wyrastały mgliste purchawki oraz wieloramienne, gwiaździste kształty; wiele mil dalej, w miejscu, gdzie jakiś chłodny prąd zderzał się z wilgotnym powietrzem, formował się kapelusz muchomora, którego kształty częściowo przesłaniał sunący przez pustkę pył. Z dołu i z góry widoczność blokowały ściany bieli, zaś świat po drugiej stronie słońc przesłaniał złotawy blask.
Jako że światło to pokonywało setki mil otwartej przestrzeni, stopniowo słabło i czerwieniało, albo też zupełnie przesłaniały je niezliczone chmury oraz inne obiekty tworzące nację Aerie. Wędrując w górę lub w stronę środka, w kierunku bardziej ucywilizowanych obszarów, promienie światła z innych odległych słońc padłyby na podróżnika jeszcze zanim straciłby z oczu ich poprzedniczki; jednak obierając kurs w dół lub na zewnątrz, w końcu dotarłby on do miejsca, gdzie nie było już jakiegokolwiek blasku. Tam niepodzielnie rządziło przeszywające zimno. W mroku i chłodzie nic nie miało prawa rosnąć. Właśnie tam znajdowała się granica zimy, która panowała w większej części posiadającego rozmiary planety i wypełnionego powietrzem balonu zwanego Virgą, wewnątrz którego żył Hayden.
Gavin Town unosiło się na skraju cywilizacji, gdzie przefiltrowane światło odległych kul ognia z trudem wystarczało do podtrzymania roślin przy życiu. Nie istniało jednak w odosobnieniu; wszędzie wokół wisiały w powietrzu miejsca zamieszkiwane przez ludzi. Trzy mile dalej, po lewej stronie i nieco powyżej, jedna z farm chwytała promienie słońc: uprawiający ją rolnik zgromadził na ponadtrzydziestometrowej sieci sproszkowane skały oraz glebę, na których hodował żółty rzepak. Wszystkie rośliny wpijały się we własne, niewielkie kule błota, wirując powoli i chwytając promienie słoneczne lub tracąc je w cieniu sąsiadek. Obok farmy przebiegała ruchliwa autostrada. Przynajmniej tuzin małych pojazdów sunął teraz wzdłuż lin stanowiących zasadniczo samą drogę. Gruby sznur wydawał się ciągnąć w nieskończoność, prowadząc w stronę Rushu. Poniżej, po prawej stronie, połyskiwała kula wody wielkości domu. Nagły podmuch wiatru na chwilę zmącił jej gładką powierzchnię. Hayden spostrzegł ławicę wodnych ryb wirujących wewnątrz kuli niczym rozbiegane diamenciki.
Było tego zbyt wiele, by można było ogarnąć wszystko za jednym razem, dlatego Hayden niemal nie zauważył nagłego poruszenia. Jego uwagę zwrócił ruch dostrzegalny jedynie kącikiem oka; wychyliwszy się przez barierkę, powiódł wzrokiem w lewo wzdłuż zakrzywionej ściany miasta i zobaczył niezwykłe zagęszczenie smug kondensacyjnych. Ich pióropusze prowadziły w kierunku słońca. Na jego oczach z chmur wystrzeliły trzy połyskliwe kształty, mknąc dokładnie w tę samą stronę.
Dziwne.
Gdy zaczął się zastanawiać, co mogło to oznaczać, ponownie rozbrzmiał dzwonek grawitacyjny. Hayden odepchnął się od barierki i pomknął w kierunku głównej ulicy. Wolał, żeby nikt inny nie odpalał aerocykli, skoro już obiecał Milesowi, że się tym zajmie.
Prowadząca do silników grawitacyjnych klatka schodowa odchodziła od środka ulicy. Grawitacja była dobrem publicznym, dlatego ojcowie-założyciele miasta postanowili, że dostęp do związanych z nią urządzeń powinien być łatwy i otwarty dla wszystkich. Tym większe było zdziwienie Haydena, gdy po zejściu schodami do zimnej, wietrznej maszynowni, nie zastał na miejscu żywej duszy.
Aerocykl numer dwa wciąż wisiał na wysięgniku nad otwartym włazem w podłodze. W zasadzie nie był to aerocykl w klasycznym rozumieniu; dyszę turboodrzutową stanowiła zwykła, metalowa tuba otwarta z obu stron, z wiatrakiem po jednej stronie oraz palnikiem alkoholowym na środku. Trzeba było rozpędzić wiatrak przy użyciu pedałów, a następnie rozpalić palnik i można było ruszać. Należący do Haydena aerocykl leżał w kącie, częściowo rozłożony. Chłopak miał zamiar przywrócić go do użytku jeszcze tego samego wieczora.
Po odpaleniu i opuszczeniu przez właz w podłodze, oba aerocykle były w stanie wytworzyć dostatecznie silny odrzut, by nadać Gavin Town przyzwoite pięć obrotów na minutę. Czynność tę należało powtarzać raz lub dwa razy w ciągu dnia, dlatego z reguły w maszynowni można było zastać kogoś pracującego, czy to napełniającego baki aerocykli czy też wykonującego drobne naprawy. Zawsze, gdy rozbrzmiewał dzwonek grawitacyjny, w kilka sekund ktoś pojawiał się na miejscu, zaś aerocykle były gotowe do użytku w ciągu niecałej minuty.
Wiatr hulał pomiędzy łukowatymi ścianami pomieszczenia. Hayden nie słyszał dźwięku rozmów ani odgłosów biegnących stóp.
Jednak po kilku sekundach inny hałas odbił się echem od podłogi. Gdzieś w odległości jednej lub dwóch mil rozbrzmiał nieregularny huk wystrzałów.
Odgłosu broni palnej nie dało się pomylić z niczym innym.



* * *


– Kto by pomyślał, że w całej Virdze jest tak wiele pirackich statków? – mruknął załogant. Chaison Fanning pozornie zignorował ten komentarz, ale przez głowę przeszło mu dokładnie to samo. Czyżby zebrali flotę z całego świata, żeby tylko zaatakować ten mały korpus ekspedycyjny? W tej chwili wyglądało na to, że zima istotnie stała się ogromnym, ponurym imperium powietrznych rozbójników i korsarzy, o jakim opowiadały niektóre pieśni i bajania.
Już na początku stracili Strzałę Rushu. Eksplozja statku natychmiast osłabiła ducha walki marynarzy. Chaison krążył teraz po pokładach, wydając rozkazy i rzucając optymistyczne uwagi do mijanych żołnierzy. Musieli wiedzieć, że ufa Sembryemu w kwestii dowodzenia Gawronem, a oni są jego głównym zmartwieniem. Na każdym kroku towarzyszył mu wianuszek zauszników, dlatego mężczyzna przystawał przy każdym iluminatorze, by obserwować walkę i od czasu do czasu przekazywał zwięzłe rozkazy do ekipy semaforowej.
Na chwilę zajrzał do hangaru aerocykli. Pomieszczenie stało niemal puste; wszystkie maszyny ruszyły do boju, za wyjątkiem absurdalnego ścigacza Venery z tymi swoimi przyczepkami, przy którym pracował właśnie jego kierowca. Wrota hangaru stały otworem. Kilku mężczyzn ze strzelbami przycupnęło na ich krawędzi pod różnymi kątami, niczym dziwacznie poustawiane gargulce gotowe odeprzeć potencjalny atak. Na rozkaz admirała okręty wystrzeliły flary, przez co chmury na zewnątrz rozświetlał teraz zielonkawy blask.
W zasadzie w hangarze zapewniona była doskonała widoczność; znacznie lepsza niż z mostku. Chaison doskoczył do drzwi i zakotwiczył się obok zaskoczonego lotnika.
– Macie tego więcej? – spytał, wskazując na strzelbę mężczyzny. – Mam ochotę na moją małą zemstę za Strzałę.
Marynarz odpowiedział szerokim uśmiechem i krzyknął:
– Strzeblę dla admirała, chłopcy!
Podano mu broń. Ostatnich kilka dłoni, które jej dotykały, należało do członków jego świty. Na ich twarzach malowało się zakłopotanie i niezadowolenie. Fanning pokazał im, by do niego dołączyli.
– Poprowadźcie rurę głosową stąd na mostek – rozkazał. Chwilę później Gawron wykonał obrót, po którym pole widzenia przesłonił im czarny kadłub pirackiego statku. Przepływał w odległości nie więcej niż trzystu stóp; przez otwarte furty rakietowe widać było płonące wewnątrz światła.
– Celować w ten statek! – wrzasnął Fanning, po czym wystrzelił ze strzelby. Ludzie wokół niego wydali okrzyk aprobaty. Huknęły kolejne wystrzały. Chwilę po nich niebo przecięły jasne smugi rakiet z Gawrona oraz gdzieś zza niego. Admirał zgadywał, że była to salwa ze Zrywu, który utworzył trójkową formację z okrętem flagowym oraz Niewidzialną Dłonią.
– Skoncentrować ogień na silnikach! – Oddał kilka strzałów demonstracyjnych. W czasie walki takiej jak ta, statki pozostawały w ciągłym ruchu i jednocześnie nieustannie obracały się wokół własnej osi, zwracając swoje baterie rakietowe w kierunku wroga. Aby wykonać ten manewr, statek zmuszony był wysunąć gondole silnika i ustawić je pod kątem dziewięćdziesięciu stopni; to jednak sprawiało, że stawały się one łatwym łupem ognia z broni ręcznej, a także ostrzału rakietowego.
Gawron także się obracał, przez co zaczynała działać siła ciążenia; Chaison zmuszony był przekręcić się i wpić palce we właz wyjściowy, ponieważ dół chwilowo oznaczał również na zewnątrz, nie przestawał jednak strzelać. Właśnie dlatego na czas walki należało przypiąć się do jakiegokolwiek wolnego pierścienia. Zbyt łatwo można było wypaść.
Gdy załoga hangaru straciła korsarza z oczu, Chaison kątem oka spostrzegł jeszcze jednego ze swoich aerocyklistów, nurkującego w ślad za okrętem. Mężczyzna ściskał w dłoni granat, który cisnął z całej siły, przelatując obok z prędkością ponad stu mil na godzinę. Zielonkawa kula zniknęła w dyszy wylotowej pirackiego silnika i eksplodowała tuż przed tym jak wrota hangaru przesłoniły admirałowi widoczność.
Teraz mogli obserwować drugą część bitwy. Dręczyciel, Jasność oraz Areszt posiadały zdolne załogi i utrzymywały formację trójkową, mimo, że otaczało je sześć wrogich okrętów. Jeden z pirackich statków stał w ogniu i zaczął szukać schronienia pośród chmur. Skoordynowany atak rakietowy całej trójki okrył innego korsarza rozbłyskami wybuchów, które wstrząsnęły jego burtami. Ciemny i milczący okręt zaczął dryfować.
Do tej pory okręty i kłębowiska chmur rozjaśniał zielonkawe światło flar, ale teraz pośród obłoków rozbłysły żółte i czerwone punkty. Były to lampy sygnałowe pozostawione przez aerocyklistów, którzy natrafili we mgle najprawdopodobniej na blok lodu lub inną przeszkodę. Zwrócił się do swoich podkomendnych:
– Wszystkie aerocykle: przypuścić atak na wroga.
Kilka sekund później usłyszał bzyczenie silników odrzutowych, w miarę jak na miejscu zaczęły pojawiać się formacje ich własnych aerocykli, które natychmiast rzucały się w wir chaotycznych walk z aerocyklistami piratów.
Ryk silnika rozbrzmiał bardzo blisko. Mógł to być jeden z wracających chłopców z Gawrona, być może ranny, albo... Wychylił się poza krawędź hangaru i rozejrzał. W odległości zaledwie dziesięciu metrów spostrzegł czarną puszkę próbującą dostosować prędkość do obrotów Gawrona. Jej kierowca miał na sobie cytrynowo zieloną kurtkę oraz spodnie w kolorze bordo. Mężczyzna wychylił się tak, by o mijaną furtę artyleryjską zaczepić hak, na którym wisiał granat.
Chaison wychylił się jeszcze mocniej, stojąc teraz na samym skraju otwartych wrót. Z okrętem łączyła go jedynie obwiązana wokół pasa lina. Wycelował broń i wystrzelił jednym płynnym ruchem. Po chwili zobaczył, jak lotnik dostaje konwulsji, a jego aerocykl gwałtownie skręca. Zanim wskoczył z powrotem do środka, upewnił się, że granat zniknął wraz ze swoim właścicielem.
Wisząc tak, nie do końca świadom wiwatów dochodzących z góry, obserwował dalszy przebieg bitwy. Jego siły wyraźnie dominowały jeśli chodziło o uzbrojenie, opancerzenie oraz dyscyplinę, ale wróg miał przewagę liczebną. Piraci – czy też ekspatriowani lotnicy z Aerie – nieustannie wyłaniali się spośród chmur i na nowo w nich chowali. Najwyraźniej mieli też własnych ludzi na aerocyklach, którzy wyszukiwali flary sygnałowe Slipstreamowców; Chaison obserwował jak kolejne świetliste punkty znaczące przeszkody we mgle gasły jeden po drugim. Odnotowawszy uprzednio pozycję lodowców i skał na swoich wewnętrznych systemach nawigacyjnych, piraci nie potrzebowali świateł, by znać swoje położenie.
Kolejny obrót i w polu widzenia pojawił się Zryw oraz Niewidzialna Dłoń zaciekle wymieniające ogień z trzema czarnymi cylindrami. Ich formacja została rozerwana, a dwa okręty zaczęły oddalać się z coraz większą prędkością. Gdy Chaison miał właśnie zapytać, dlaczego Sembry ich nie goni, Gawron wykonał jeszcze pół obrotu, a niebo przesłoniło coś olbrzymiego.
Był to czarny kadłub pirackiego statku. W odległości zaledwie kilku metrów. Cholerne bękarty jakimś cudem podeszły Sembry’ego. Szybki rzut oka wystarczył Fanningowi, by zdać sobie sprawę, że piraci zarzucili linę na wirującego Gawrona. Gdyby nie zerwało jej tarcie lub jakiś wystający fragment, korsarze mogli ściągnąć okręt na kolczaste tarany, które rozmieszczano właśnie wzdłuż furt rakietowych.
– Sembry! – ryknął Chaison. Za coś takiego miał ochotę rozkazać ciągnąć kapitana za statkiem przez cały dzień. Stojący wokół karabinierzy stali, gapiąc się na niego z otwartymi ustami, więc wykrzyczał: – Strzelać w te furty! – Czemu sam dał przykład.
Następnie zwrócił się do swoich ludzi.
– Przygotujcie okręt do abordażu. I sprawdźcie, dlaczego Sembry nie rusza nas z miejsca!
– To miny – rzekł ktoś. – Zaminowali przestrzeń pomiędzy nami a pozostałymi.
W istocie, gdy statek obrócił się ponownie, admirał dostrzegł na zielonkawym tle nieba gwiaździste kształty pomiędzy Gawronem a oddalającym się Zrywem.
– Niech je ktoś usunie! – Mówiąc to, zdał sobie sprawę, że w pobliżu nie było żadnego aerocykla Slipstreamu. Większość z nich brała udział w olbrzymiej potyczce na drugim końcu pola bitwy. Część dryfowała, płonąc lub nie dając znaku życia. Reszta gdzieś znikła.
Obrócił się w stronę pilota Venery, wskazując go palcem.
– Ty! Masz za zadanie oczyścić pole z min.
– S-słucham? – Młodzieniec zamrugał kilka razy, robiąc głupią minę. Oczywiście, był jedynie cywilem.
Chaison zwrócił się do żołnierzy:
– Czy któryś z was umie latać aerocyklem?
– Nie, chwileczkę, zrobię to. – Młody lotnik mierzył Fanninga spojrzeniem, jakby ten właśnie śmiertelnie go obraził. – Ale... – Czarnowłosy chłopak z frantowską miną rozejrzał się na boki. – Będę potrzebował pomocy. – Wskazał obie przyczepki maszyny.
– Nie interesuje mnie to – rzekł Chaison, lekceważąco machając ręką. – Weź kogo tylko chcesz. – A teraz przynieście mi szablę i pistolet.
Czekając na wykonanie rozkazu, obserwował jak pilot prowadzi aerocykl do wrót hangaru. Venerze nie spodoba się, jeśli zepsuję jej taksóweczkę, pomyślał. Sama myśl o tym wywołała uśmiech na jego twarzy.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-07-18 (930 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej