Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Urth Nowego Słońca (K.kieszonkowa)
 
Katalog - dodano
 Słupnik
- Jakub Bielawski
 Diablero
- F.G. Haghenbeck
 Opowieści z piasku i morza
- Alwyn Hamilton
 Letnia noc
- Dan Simmons
 Pójdę twoim śladem
- Ryszard Ćwirlej
 
- skomentowano
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Tae ekkejr!'' - Eleonora Ratkiewicz



Enneari


Enneari szedł tak, jak oddychał: lekko, miarowo, prężnie. Kamienie, licznie rozsypane po ścieżce, w ogóle mu nie przeszkadzały. Elf po prostu nie zwracał na nie żadnej uwagi... albo prawie żadnej. Dla młodego, gibkiego, silnego ciała te granitowe odłamki nie były przeszkodą. Nie trzeba być doświadczonym wspinaczem, żeby pokonać Śmiechową Przehybę. Człowiek przejdzie ją w ciągu dnia, a elf uwinie się nawet prędzej. Jeśli naturalnie wybierze lewą przełęcz, a nie prawą – bezpieczną, wygodną i szeroką, po której nawet wóz przejedzie, choć straci na tę podróż niemal trzy dni. Lewej, Wyżniej Przełęczy, nie pokonasz ani wozem, ani konno, jedynie pieszo. Za to można ją przebyć od wschodu do zachodu słońca.
Wiadomo, że nierzadko zdarzają się tu lawiny i osuwiska, ale jaki zdrowy na umyśle elf podejdzie pod spadające kamienie? Takie nieszczęście może się przytrafić człowiekowi, a elf zawczasu niebezpieczne miejsce wyczuje i obejdzie szerokim łukiem. A jeśli już mówić o niebezpieczeństwach – tamten głaz wcale nie jest tak stabilny, jak się może wydawać. Przyczaił się, rozwalił w poprzek ścieżki – taki wielgachny, taki niby nie do ruszenia... wręcz nie istnieje siła, zdolna ruszyć go z miejsca. Nie ma co zastanawiać się długo, łap za ten występ, tak wygodnie umieszczony, podciągnij się, hop na wierzch i już jesteś po drugiej stronie! A tak naprawdę starczy chwycić za to wybrzuszenie i cały głaz się przewróci, zwali na ufnego podróżnika i zmiażdży go swoim ciężarem.
Enneari zagwizdał cichutko, zadzierając głowę. Aha, można i tak... Głaz osunął się na ścieżkę nie w porę, włazić na niego nie tylko niebezpiecznie, ale wręcz samobójczo, ale po co włazić, kiedy można obejść? O, po tamtej ścianie. Wygląda groźnie, ale w odróżnieniu od głazu, jest naprawdę pewna. I sposobniejsza do wspinaczki, niż to się wydaje na pierwszy rzut oka. Pełno na niej szczerb i szczelin... jest gdzie nogę postawić. I nawet nie trzeba będzie aż tak wysoko włazić. Urwisko raptem tylko dziesięć razy wyższe od Enneariego... no dobrze, dwanaście. Nic szczególnego. A wierzchem biegnie jeszcze jedna ścieżka, bardzo wygodna, może nawet lepsza niż ta niżej. Tylko zejście nią potrwa odrobinę dłużej. A może jednak nie? Jeśli przyspieszy kroku, zmrok go nie zaskoczy. Zresztą i tak nie ma tu innej drogi, chyba że zawróci i spróbuje szczęścia na tym rozwidleniu, które schodzi kręto w dół zaraz za Barwnymi Kamieniami – i straci nie godzinę czy dwie, a pół dnia.
Jeszcze czego!
Enneari ponownie zmierzył spojrzeniem odległość do wierzchołka urwiska, niepotrzebnie poprawił kołczan i położył czubki palców na szorstkiej skale. Wspinaczka okazał się łatwa. Ręka ani razu nie omyliła się, szukając uchwytu, noga ani razu nie ześliznęła z chwilowej podpory. Sam nie wiedział, skąd wzięło się nieoczekiwane przeczucie niebezpieczeństwa. Jakby ktoś niewidzialny bębnił kułakami po jego plecach i dławił się niesłyszalnym krzykiem. Ów niesłyszalny krzyk rozbrzmiewał taką rozpaczą, że Enneari zrobił coś, czego absolutnie nie wolno robić podczas wspinaczki po pionowej ścianie. Pod wpływem gwałtownego rozkazu, niby niewypowiedzianego, ale jednak władczego, Enneari odwrócił się – odwrócił się już nie ku przeczuciu, a gniewnemu świstowi strzały, która miała wbić się w nasadę jego szyi, lecz zamiast tego rozcięła mu lewy policzek.
Pod wpływem ostrego bólu palce rozwarły się. W ostatniej chwili, zdając sobie sprawę, że nie zdąży, zaraz spadnie, Enneari próbował się ratować, ale pochwycił jedynie pustkę. Ta sama pustka zakołysała się przed jego oczami, uderzyła miękkimi łapami w uszy, szarpnęła za każdy mięsień i każde włókienko ciała, kierując je w złą, zgubną stronę... Pustka napełniła jego płuca, wlała się w umysł, zacierając góry i niebo, i ból zranionego policzka... a potem porwała ze sobą w dół, gdzie nie było nic, prócz ciemności.
Enneari stracił przytomność na krótko. Oprzytomniał szybko i zrozumiał, że znów nie zdążył. Zabrakło jednej marnej chwili by wstać... otworzyć oczy, wstać, zaleczyć rany... Nie zdążył.
– Ej, to nie ten! – rozległ się ochrypły głos. – To kto inny. Bydło ostrouche!
Okuty czubek buta z rozmachem ugodził elfa w żebra. Enneari już rozchylał zlepione krwią rzęsy, ale cios skłonił go do ponownego zaciśnięcia powiek. Ból był porażający. Jeszcze jeden kopniak. I jeszcze... Przekleństwa, ale głos kogoś innego. Kolejne uderzenie... Gdyby miał choć minutę, jedną, jedyną... albo choć pół minuty.
Jakże głupio: ledwo uniknąć zastrzelenia, odpaść od skały i trafić pod buty rozjątrzonych swoją pomyłką najemników, którzy nawet nie na niego polowali. I tak go wykończą – jeśli nie ze złości, to po to, żeby nie zostawić żywego świadka. Żadna wrodzona żywotność już go nie uratuje – zabrakło mu ledwie minuty... i nie zdążył, teraz już po raz ostatni w życiu.
Kiedy grad ciosów raptownie ustał, a przekleństwa zmieniły się we wrzaski przerażenia, Enneari nie miał siły nawet otworzyć oczu. Zdawało mu się, że jest gdzieś daleko i właśnie stamtąd bardziej odgadł niż usłyszał gwałtowne drganie – jakby trząsł się od śmiechu olbrzym. Nie na darmo Śmiechowa Przehyba nosiła właśnie taką nazwę. A w ślad za drganiem nadciągnął głuchy grzmot, wypełniając sobą całą przełęcz. Pochłonął ścieżkę, przedśmiertne krzyki zabójców – pożarł, zdławił bezwładne ciało Enneariego i powlókł ze sobą.
Jaki zdrowy na umyśle elf podejdzie pod spadające kamienie?
Za tą gasnącą myślą zdążyła przyjść jeszcze jedna, niewyraźna, jak echo.
Nie zdążyłem...



Niedobry sztylet



Enneari ułożył się wygodniej i przymknął powieki. Nie po to, by się zdrzemnąć, ale by bez przeszkód przyjrzeć się nieznajomemu. Nie chciał za nic obrazić swego wybawcy – a ludzie z jakiegoś powodu obrażają się, jeśli ich ogląda się wprost i jawnie. Co takiego złego może być w patrzeniu na kogoś, Enneari nie mógł zrozumieć, ale to, że ludzi lepiej obserwować ukradkiem, dobrze zapamiętał.
Patrzył na człowieka poprzez rzęsy. Naturalnie prościej było zapytać wprost: a kim ty właściwie jesteś...? Ale „prościej” nie zawsze znaczy „lepiej”. Po pierwsze, ludzie na takie pytanie czasami się obrażają. A po drugie, Enneari nieczęsto miał okazję samodzielnego odgadnięcia, co sobą reprezentuje nowy znajomy z grona ludzi. Ojciec nie akceptował takich znajomości, tymczasem Enneari bardzo był na nie łasy. I za każdym razem, kiedy los stykał go z ludźmi, uważnie obserwował wszelkie drobnostki: czy to wymykający się ze starannej fryzury lok, szerokość pasa, czy też kolor sznurówki na rękawach. Okazało się, że o ludziach wiele można się dowiedzieć z ich odzieży! U elfów ubranie odzwierciedla co najwyżej nastrój posiadacza, jego gust i upodobania. Nie to, co u ludzi – tam nawet najbłahsza szmatka mogła znaczyć bardzo wiele. Ludzie ubierają się zgodnie ze swoim statusem społecznym. Strach wspominać, ile trudu kosztowało Enneariego zrozumienie, na czym to polega! Prócz tego ludzie starsi ubierają się inaczej, niż młodzi – a do tego trzeba wziąć też pod uwagę konwenanse, maniery i tradycję... Na przykład, dlaczego narzeczony i narzeczona nie wkładają na ślub szat z połyskliwego jedwabiu? Dlaczego sznurówka na rękawach nie może być czarna? Zagadka, tajemnica – przyciągająca, jak wszystkie tajemnice. Wcześniej Enneari nie miał pojęcia o ludzkich zwyczajach dotyczących ubierania się – a kiedy je poznał, był nieskończenie oczarowany. Z upływem lat ta fascynacja nie gasła, wręcz przeciwnie. Ludzie musieli być wyjątkowo subtelnymi istotami: takie dążenie do wyrażania siebie za pośrednictwem symboli jest właściwe tylko naturom wzniosłym i nietuzinkowo utalentowanym. Przy tym jaką trzeba mieć wspaniałą pamięć, żeby zapamiętać całą tę odzieżową symbolikę, i nic nie poplątać, nie pomylić się. Przyjemnie jest odgadywać, kto przed tobą stoi: zubożały rycerz, średniozamożny kupiec, rolnik lub rzemieślnik! A jeśli pamiętać, że Enneari z ludźmi stykał się rzadko i nie miał gdzie nabrać doświadczenia, ulubiona gra w zgadywanki miała dla niego cudownie zwariowany urok. Czy można odmówić sobie przyjemności słuchania, co mówi o człowieku jego ubranie?
Natomiast ubranie tego dziwnego nieznajomego uparcie odmawiało odpowiedzi. Chociaż nie – paplało dużo, ochoczo i, o ile można było sądzić, szczerze i bez ukrywania się. Natomiast zrozumieć można było z tej gadaniny tylko jedno: łazić, podróżować, włóczyć się bez celu po drogach i w ogóle wędrować ten człowiek nie tylko kocha, ale też potrafi. Reszty nie dawało się rozgryźć.
Człowiek niewzruszenie popijał gorące wino, wyciągnąwszy do ognia długie nogi. Enneari oglądał jego strój z narastającym zdumieniem. Odzież ta nie mówiła o bogactwie, ale też nie krzyczała o biedzie. Ludzie bogaci nawet na polowanie nie włożą spodni z irchy, chociażby i najcieńszej. A tu proszę: miękkie niewysokie buty, proste, bez ozdób... Enneari ma dokładnie takie same. Ludziom zza przełęczy zdarza się kupować elfie obuwie, lecz nie dla siebie. Mieszkańcy Łęgowiny wolą sprzedawać je po potrójnej cenie gdzieś dalej, i człowieka nie tylko biednego, a nawet i średniozamożnego nie stać na takie zakupy. Czyżby po prostu jakiś miejscowy postanowił dać pierwszeństwo wygodzie przed zarobkiem? Jednak nie – miejscowi nie noszą majletów. Przy okazji, majlet tego chłopaka też jest dość dziwny. Odświętne majlety szyje się bez rękawów, od myśliwskich rękawów w ogóle nie można odjąć, a codzienne nie mają takiego kołnierza. Zresztą takiego kołnierza Enneari jak żyje nie widział. Zwykle podczas wędrówki po górach zapasową linkę wkłada się do pasa – a u nieznajomego była wetknięta do podwójnego kołnierza... nawet bardzo wygodnie. Ciekawe, co ma schowane w pasie? Też pewnie coś pożytecznego. I manierkę ma niezwyczajną: podwójną. Do wody i pewnie do wina. Co chcesz, to pij. Doskonały pomysł, trzeba będzie skopiować. Widać, że to człowiek doświadczony i bywały. Nieźle byłoby zrozumieć, jakiego rodzaju to doświadczenie... a to akurat Enneariemu nie szło.
No nie, kto to może być? Może jednak myśliwy? Ciekawy jednak myśliwy – bez łuku, bez sideł, bez rohatyny... za to z dwoma pierścieniami. Na prawej dłoni niewielka kwadratowa pieczątka herbowa – wygląda na to, że jego właściciel nie należy do biednych, bo na co ubogiemu osobista pieczęć i to jeszcze z lazurytu w złotej oprawie? A na lewej... na lewej, nie wiadomo czemu na najmniejszym palcu, pyszni się coś bardzo a bardzo dziwnego. Wąska złota obrączka bez kamienia, najbardziej ze wszystkiego podobna do malutkiej psiej obroży.
Pierścienie... A może to po prostu awanturnik szukający szczęścia i przygód? Jednak raczej nie – awanturnik nie ograniczyłby się do dwóch tylko pierścieni. Takie typy obwieszają się od stóp do głów łańcuszkami, kolczykami, sygnetami, albo i bransoletkami. Zastawiają te błyskotki, zgrawszy się do nitki – a nuż fortuna się uśmiechnie i pozwoli odegrać z nawiązką?! Takie świecidełka w końcu idą też na opłacenie całunu i pogrzebu, kiedy takiemu biedakowi zdarzy się zamknąć oczy w obcym kraju. Nie, to nie awanturnik i nie najemnik... po prostu skaranie boskie!
Nie ma co, niezwykłe ubranie. I dobór barw taki dziwny... Przyjemny dla oka, bez dwóch zdań, ale Enneari do tej pory nie widywał czegoś takiego u ludzi. Koszula barwy jasnokarmelowej. Majlet i spodnie zachwycającego, z niczym nieporównywalnego odcienia, jakiego nabierają wyschnięte, kruche jesienne liście. Sznurówka w tonacji sosnowej kory, zmoczonej deszczem. Przedziwna harmonia, utkana z przejrzystego smutku.
Nie pasował do tej ogólnej harmonii tylko sztylet. Nie pasował w ogóle do niczego. Natrafiwszy na niego spojrzeniem, Enneari aż na moment zacisnął powieki z zaskoczenia. Taki sztylet w podróży jest do niczego. Należałoby wziąć ze sobą nóż szerszy i cięższy. A ten drobiazg mówi o swoim właścicielu – zresztą nawet nie mówi, a krzyczy pełnym głosem: „Jestem nieszkodliwy, spokojny i bardzo, bardzo dobrze wychowany!” Taki strój i taki... taka wykałaczka! Do tego bardzo kosztowna, według ludzkiej miary, wykałaczka. Czarna pochwa wykładana macicą perłową i księżycowymi kamieniami, a w głowicy osadzono szafir – w otoczeniu perłowych płatków, jak środek kwiatu. Szafir niewielki, ale wyjątkowo czystej wody i przepięknej, głębokiej barwy. Powstaje pytanie, jak niby ta zabaweczka ma się do subtelnych jesiennych tonów ubrania? A może to w ogóle nie jego sztylet?
– Masz niedobry sztylet – stwierdził Enneari, napatrzywszy się aż do bólu głowy i nic nie wymyśliwszy.
Człowiek zamrugał ze zdumieniem i zapatrzył się na niego.
– Jaki?!
– Niedobry – powtórzył Enneari. – Nieprawidłowy. Nie od tego ubrania.
– A, ty o tym – uśmiechnął się nieznajomy. – Prawda, nie od tego. Strój do tego sztyletu mam schowany w torbie. Czarne spodnie, śnieżnobiała koszula, majlet też biały, wyszywany perłami, wykwintny obrzydliwie. Jak myślisz, pasuje?
Jakaś myśl przemknęła Enneariemu przez głowę przy tych słowach, ale zaraz zniknęła, nim zdążył ją uchwycić.
– Pasuje – zgodził się. – Nie w podróży, oczywiście, ale jeśli jakaś ważna persona ma pokazać swoje dostojeństwo, będzie w sam raz.
– No bo ja jestem ważną personą – skrzywił się człowiek. – Jego wysokość następca tronu książę Lermett. I muszę tym razem wykazywać swoją ważność tak, że mało nie pęknę z wysiłku. I jak dotrę na miejsce, to całą tę wykwintność na siebie naciągnę.
Oho! Nic dziwnego, że Enneari nie potrafił z niczym porównać jego sposobu ubierania. I rycerzy, i rolników w każdym kraju jest pełno, ale następca tronu jest tylko jeden. Któż inny miałby się ubierać na swój własny, jedyny w swoim rodzaju sposób, jak nie on? Tylko dlaczego postanowił przechwalać się swoją godnością akurat na zawalonej lawiną Śmiechowej Przehybie?
– A dokąd, jeśli to nie tajemnica, wybierasz się w takim stroju? – zainteresował się Enneari, bardzo ciekaw, jaka to sprawa, według mniemania ludzi, może wymagać takiej elegancji.
– Do was, za przełęcz. – Lermett wzruszył ramionami. – Mam sprawę do załatwienia w waszym kraju.
Coraz ciekawiej!
– Dostać się do naszej krainy nie jest tak prosto – zauważył Enneari. – Musi cię jeszcze wpuścić.
– Wiem – westchnął Lermett. – Na to też liczyłem. Żeby z daleka było widać: nie przyjechałem walczyć, nie dla zabawy i z pustej ciekawości, a w ważnej sprawie... chociaż to paskudna sprawa.
Ach tak... cóż to za sprawę książę może mieć za przełęczą – i to jeszcze taką, że na samo wspomnienie aż się krzywi? Dziwne. Może zapytać...? Chociaż nie, lepiej nie. I tak już dość Enneari nawypytywał. Jeszcze książę w tej ciekawości dostrzeże coś obraźliwego... Nie, nie należy niczego się dowiadywać. Przynajmniej nie dzisiaj.
– Ubranie w niczym ci nie pomoże, ani nie przeszkodzi – powiedział Enneari. – Nie tak się tam wchodzi.
– A jak? – spytał Lermett wprost. – Przepraszam, jeśli to jakiś sekret, ale ja nie mam czasu na koczowanie tygodniami koło przełęczy i czekanie, aż się któryś z was zlituje i mnie wpuści. – Zamilkł na chwilę, nad czymś się zastanawiając. – Wiesz, tak pomyślałem... Jak już się spotkaliśmy, może byś mnie przeprowadził? A może to ci nie na rękę? Słowo honoru, nie prosiłbym, gdybym naprawdę nie musiał.
– Prawdę mówiąc – westchnął Enneari – ja też mam sprawę, i też pilną. Ale po waszej stronie przełęczy. A który z nas kogo będzie prowadził, nie od nas zależy. – W zadumie splótł palce. – Kiedy rano się rozwidni, zobaczymy jak bardzo zawaliło ścieżkę i w których miejscach. Od razu się wyjaśni, kto pójdzie dalej, a kto będzie musiał zawrócić.
– Masz rację. – Lermett skinął głową. – Rano zobaczymy. Słuchaj, jak masz na imię?
– Enneari – odrzekł elf chętnie. – A dla przyjaciół Arien.


* * *



Najbardziej ze wszystkiego Lermett nienawidził się narzucać. A już wyjątkowy wstyd prosić uratowanego o wzajemną przysługę! Lermett starał się zachowywać swobodnie i niewymuszenie, ale w środku aż go skręcało i czuł się potwornie skrępowany. Już wcześniej, od pierwszej chwili rozmowy był nieco zmieszany – cóż począć, nigdy jeszcze nie spotykał się z elfami i generalnie nie miał pojęcia jak się wobec nich zachowywać. Lecz ta niezręczność nie miała żadnego porównania z jego obecnym zawstydzeniem. W dodatku elf przedstawił mu się nie tylko pełnym imieniem, lecz również zdrobnieniem. O nie, piękne dzięki! Z elfami się spoufalać – gra nie warta świeczki. Skąd ma wiedzieć, kiedy podobny zwrot jest dopuszczalny, a kiedy nie? Tak więc... żadnych Arienów.
Lermettowi doskonale starczy jego oficjalne imię. Gdyby to była inna sytuacja... Ale jeśli jest się posłem, do tego jeszcze w tak niecodziennej i nieprzyjemnej sprawie, lepiej nie ryzykować. Jedno nieostrożne słowo, jedna–jedyna niezręczność i... nie jest to najlepszy czas na takie wybryki. Już i tak zrobił głupstwo, popisując się elfickimi słówkami. Chociaż uszło mu to na sucho. Może dlatego, że zamrożony elf jeszcze nie całkiem odtajał – a gdyby był cały i zdrowy, nie wiadomo, jak to by się skończyło. Ludzie w większości źle mówią po elficku, a Lermett według Ilmerana nie był najlepszym z jego uczniów. Pogadał, pochwalił się – zupełnie jakby chromy kaleka chwalił się przed linoskoczkiem, że umie chodzić i się nie przewraca. Najprostszych słów nie umiał sobie przypomnieć. Jakby na widok Enneariego, pokrytego krwawym lodem, wszystkie z piskiem przerażenia umknęły mu z pamięci. I on się nazywa posłem! Z Ilmeranem Lermett mógł po elficku rozmawiać godzinami, dlaczego mu to nie wychodzi z prawdziwym elfem? Z jednym tylko. A przecież za przełęczą, będzie musiał rozmawiać z wieloma. Będzie tam pełno elfów. I nikogo poza nimi. Naturalnie Lermett na wszelki wypadek obmyślił swoją przemowę zawczasu i ufał we własne siły. A wyszło na to, że się przeliczył. No i sam pomyśl, panie pośle, co zrobisz, jak na widok elfa do głowy przychodzi ci nie jego język, a dziecięce wkuwanie słówek ze zwitków pergaminu? Tylko jedno słowo na dobre usadowiło się w pamięci księcia: „nalaion”. „Smarkacz”. To właśnie Lermett słyszał najczęściej od Ilmerana.
I w jakim stanie pokazał się pierwszemu w swym życiu elfowi! Nie chciał paradnego stroju zniszczyć? Wystraszył się podróżnego kurzu? No to jak sobie pościelił, tak się i wyspał. Ładna mi ważna osobistość – w koszuli z niebielonego płótna i wypłowiałych na słońcu podróżnych szmatach, które w ciągu zeszłego roku Lermett zdarł niemal dokumentnie. A jeśli weźmie się pod uwagę, że elfy dostrzegają i cenią piękno we wszystkim, w czym by się tylko nie objawiało, łatwo sobie wyobrazić, co Enneari o nim sobie pomyślał. Sam elf był tak akuratny, że nawet lusterko ze sobą nosił, by od razu dostrzec każdy uszczerbek w swoim wyglądzie i natychmiast go uładzić. A Lermett nie ma ze sobą żadnego lusterka. Może to i lepiej, bo i patrzeć nie ma na co. Lermett i tak wie, jak wygląda. Jak straszydło, ot co.
Poseł, a już zwłaszcza poseł wybierający się za przełęcz, powinien być schludny, majestatycznie opanowany i odziany ze szlachetną wytwornością – a on... sromota i tyle. Myśl, że elf z początku pokazał mu się w pokrwawionych łachmanach, a teraz w ogóle paraduje w zapasowym ubraniu Lermetta, jakoś była mało pocieszająca.
Nic dziwnego, że elf nawet nie patrzy w jego stronę. Pewnie się brzydzi. Spogląda z ukosa, ukradkiem, na to całe szkaradzieństwo, i znów odwraca oczy. Może go poprosić, żeby nie mówił swoim krajanom, w jakim stanie spotkał ambasadora? Aha, świetnie wymyślone, nie ma co mówić. Nie zdążyłeś jeszcze dobrze zawrzeć znajomości, a już się z ciebie prośby sypią, jedna za drugą. Nic lepszego do głowy ci przyjść nie mogło?
I żeby to po raz pierwszy jechał z poselstwem! A przecież nie – już czterokrotnie jeździł do koczowników. I zawsze wychodził na swoje. I wyglądał jak przystoi następcy tronu i posłowi, i myśli mu się w głowie nie bełtały. Starsi od niego nie umieli znaleźć wspólnego języka ze stepowcami, a on, Lermett, umiał. Wszak go nie tylko z powodu szlachetnego urodzenia do elfów z misją wysłano, ale właśnie z powodu poprzednich sukcesów. Z powodu talentu i doświadczenia. Właśnie dlatego. Za umiejętność porozumienia z ludźmi... no tak – z ludźmi. Z elfami jak dotąd los go nie zetknął. A teraz ni kroku zrobić, ni słowa powiedzieć bez gorączkowego rozmyślania. Ojciec powiedział mu na pożegnanie: „Człowiekowi trudno się porozumieć z elfami. Jeśli ty nie dasz rady, to znaczy, że nikt tego nie dokona”. Że trudno – to święta prawda. Pierwszy raz w życiu Lermett czuł się do tego stopnia zakłopotany. Oj, kiepsko... Od takich refleksji aż się niedobrze robi. Chociaż nie tylko od nich. Lermetta mdliło ze zwykłego głodu. Rankiem zjadł śniadanie, a od tamtej pory nic nie miał w ustach. Tyle, że wypił trochę wina. Na pusty żołądek, nawiasem mówiąc. A i potem, wygrzebywał Enneariego spod śniegu, też nie zdążył nic zjeść. O nie, jeśli Lermettowi znów się trafią jakieś elfy do ratowania, koniecznie najpierw się napcha do wypęku. Właśnie tak. Taszczenie rannych elfów na głodno to nic przyjemnego. Całe szczęście, że Lermett bez zapasu żywności nigdy nigdzie nie wyjeżdżał.
– Enneari... – odezwał się do elfa.
Ten obejrzał się na Lermetta jakby ze zdziwieniem. Dlaczego?
– Chcesz jeść? – zapytał Lermett, z góry tak pewny odpowiedzi, że jego ręka już rozpinała torbę.
– Chyba nie warto – odpowiedział Enneari po krótkim namyśle.
Ręka Lermetta zamarła w powietrzu.
– Ty nie jesteś głodny? – upewnił się, nie wierząc własnym uszom.
– A co za różnica? – Elf wzruszył ramionami. – Nie wiemy przecież, na jak długo tu utkwiliśmy. Na wszelki wypadek lepiej oszczędzać na jedzeniu. Nie bój się, my – elfy – możemy się długo obywać bez jedzenia.
– Jak uważasz – odparł Lermett, starając się, żeby zabrzmiało to spokojnie.
Teraz już bez trudu mógłby mówić po elficku! Język ten był równie bogaty jak inne w zakresie przekleństw – a Lermett znał ich tyle, ile mrówek w mrowisku. Najgorsze wulgaryzmy pamięć podsuwała mu bez najmniejszego trudu. Żeby go pokręciło, tego cholernego elfa! Bez jedzenia, widzicie go, może się obejść! Ale Lermett nie może – tak jak nie może wyciągnąć teraz placka i zeżreć go na oczach Enneariego. A jeść się chce...
Lermett sapnął z irytacją, a potem powiesił na powrót kociołek z resztką napoju nad ogniem i dolał wina z manierki. Nawalę się i położę się spać, pomyślał mrocznie. Obowiązkowo się nawalę. Jak nie mogę się najeść, to przynajmniej się napiję. Najlepsza rzecz dla głodnego człowieka, żeby mu się przez całą noc placuszki nie śniły. Kto powiedział, że posłowi nie wypada się zalewać? Bzdura. Jeśli posła głodem morzą, to nie takie rzeczy mu wolno...


* * *



Enneari nie spał. Był zakłopotany. Głównie dlatego, że nie mógł zdecydować, czy obrazić się na dobre, czy dać sobie z tym spokój. Jeszcze nikt nigdy nie odrzucił zaproponowanej przez niego przyjaźni. Tym bardziej nikt nie uczynił tego w sposób tak obraźliwy. Za kogo ten... ten książę się uważa? Myśli, że jak wyrwał kogoś z paszczy śmierci, to już mu wszystko wolno? Przecież nie każdy elf posiada, prócz imienia powszechnego, również imię osobiste – przeznaczone tylko dla krewnych i przyjaciół. Zasłużyć na takie imię to rzadki honor, tak samo jak dostąpić prawa używania go w rozmowie. A odrzucić prawo zwracania się osobistym imieniem – straszna obraza. Nawiasem mówiąc, Enneari nie każdemu pozwoliłby nazywać się Arienem, a tym bardziej nie każdemu człowiekowi. Okazał przecież Lermettowi największy szacunek, jaki mógł – a ten na odlew trzasnął go imieniem powszechnym. Za co?
A jeśli miał za co? Enneari nie zna przecież ludzkich obyczajów we wszystkich szczegółach. Może niechcący udało mu się czymś urazić swego wybawcę? Tak, wówczas to nie Enneari, a Lermett miałby prawo czuć się obrażony. Fatalnie...
Książę poruszył się we śnie i cicho kichnął. Enneari wstrzymał oddech, ale Lermett ani myślał się budzić. Wymamrotał tylko coś niewyraźnie przez sen i znów się uspokoił.
Enneari ze złości na własną niedomyślność bezgłośnie trzepnął się w prawy – zdrowy – policzek. Jaki z niego dureń! Dlaczego nie pomyślał o tym wcześniej? Sam się już rozgrzał, a człowiek zasnął wprost na kamieniu, bez koca, bez płaszcza... Elfowi taki nocleg by nie zaszkodził, ale człowiekowi nie wystarczy sam majlet. Jak wszystkie subtelne istoty, ludzie są wręcz niewiarygodnie delikatni. Ani się obejrzysz i Lermett się przeziębi, a może i złapie zapalenie płuc.
Enneari ściągnął niebieski płaszcz, którym był z wierzchu okryty i nie wstając narzucił go na śpiącego Lermetta. Ten od razu okręcił się płaszczem, ułożył wygodniej, westchnął sennie i znów ucichł.
No i dobrze, pomyślał Enneari z ulgą. Teraz człowiek do rana nie zamarznie. Do rana zaleczy się też rana na twarzy i zrosną się żebra... i w ogóle wszystko będzie dobrze.


* * *



Mimo wypitego wieczorem wina, poranne przebudzenie wcale nie okazało się ciężkie. Można je nazwać raczej idiotycznym. Na granicy jawy i snu, Lermettowi wydawało się, że przemienił się nie w kogo innego, jak w zamarzniętego elfa. Co więcej, choć taka myśl była wybitnie idiotyczna, zawierała nieco logicznych przesłanek. Oczywiście, na jawie na podobne argumenty nie chciałoby mu się nawet splunąć, ale między jawą i snem wydawały się całkiem uzasadnione.
Po pierwsze, uszy przez noc tak mu zmarzły, jakby lawina napchała w nie śniegu. Po drugie, do samych ramion okrywał go własny niebieski płaszcz – a przecież Lermett doskonale pamiętał, że otulił nim nieprzytomnego z zimna Enneariego.
Enneari?
Lermett podniósł się na łokciu i potrząsnął głową, odpędzając resztki senności. Z jego ust wyrwało się ledwie słyszalne westchnienie ulgi. Wszystko w porządku, nikt w nikogo się nie zmienił. O proszę, jest Enneari. Zakutał się w koc po sam nos i siedzi sobie u wygasłego ogniska. Całą noc tak przesiedział, gapiąc się w wystygły popiół, czy po prostu elfy mają zwyczaj budzić się o psiej porze? Dobrze, że Lermett nie zmienił się w elfa. Nie miał ochoty zrywać się bladym świtem tylko dlatego, że mu uszy nie w tę stronę sterczą. Tylko tego mu brakowało do pełnego szczęścia, stać się elfem! Co za bzdury mu się zwidują! Uśmiechnął się gniewnie i senne mary sczezły ostatecznie.
– Nie śpisz? – Zielone ślepia Enneariego patrzyły tak nieporannie świeżo, jasno i wesoło, że Lermett błyskawicznie poczuł się wymięty i niedospany. Strasznie zachciało mu się ziewać.
– Nie śpię – odezwał się nieco ochrypłym głosem.
– Zmarzłeś w nocy? – spytał elf.
– Trochę – przyznał książę, niechętnie wyłażąc spod płaszcza. – Oddaj rękawy.
Enneari wlepił w niego nierozumiejące spojrzenie.
– Masz na sobie rękawy od mojego majletu – wyjaśnił Lermett. – Jeśli nie masz nic przeciwko, chciałbym je odzyskać. Nie jest tu zbyt ciepło.
Enneari zrzucił z siebie koc i zapatrzył się na swoje ręce.
– To? – odezwał się dziwnym tonem. – Tak... naturalnie...
Zadziwiające stworzenia, te elfy. Można by pomyśleć, że nigdy w życiu rękawów nie widział.
Zaspany Lermett mało nie pomylił prawego rękawa z lewym, kiedy dowiązywał je z powrotem do majletu, Enneari tymczasem oglądał się, dosłownie jak jakieś niepojęte dziwo. Kręcił głową, próbował zajrzeć sobie za ramię, podnosił ręce, to znów miął w palcach fałdkę spodni.
Lermett zaczynał mieć tego dosyć. Oczywiście, że nie pożyczył elfowi ze swoich zasobów paradnego stroju, ale przecież nie były to szmaty! A innego ubrania nie wyczaruje, więc nie ma co się tak gapić! Uważasz, że książę powinien się wstydzić za swoje łachy? Co to, to nie. To ty się powinieneś wstydzić.
– Coś ci się nie podoba? – burknął Lermett, zirytowany elfimi wykrętasami.
– Nie, skądże! – zawołał elf. – To bardzo piękne ubranie.
Lermetta zatkało. Kpi sobie? Jednak nie – oczy Enneariego lśniły szczerym, autentycznym zachwytem, takim, że książę omal nie osłupiał ze zdumienia. Nic innego, tylko biedaczyna sobie rozumek odmroził. Nie, no jeżeli niebielona koszula i wytarte zamszowe spodnie są zdolne wywołać u elfa taki dziecinny zachwyt, to... to niech mu będzie! Koniec końców, w szczerość Enneariego nie ma co wątpić... a o własny rozum elf niech sam się martwi. Lermett i tak ma inne zmartwienie, a mianowicie – jak obdzielić jednym płaszczem dwie osoby, i przy tym nie zamarznąć.
– Niestety, nie mam ani drugiego płaszcza, ani majletu – rzekł w zadumie, podnosząc rzucony płaszcz.
– Nie szkodzi – odparł Enneari. – Jeśli tylko koca ci nie żal...
– A ile chcesz, tyle bierz. – Książę wzruszył ramionami.
– W takim razie użycz mi na chwilę tej swojej wykałaczki – poprosił elf.
Drogocenne głupstewko, przez pomyłkę nazywane sztyletem, Enneari określił tak celnie, że książę uśmiechnął się ciepło, aż sam się zdumiał. Jednak elf, jakby nie patrzeć, chłopak dorzeczny i można mu wybaczyć pewne dziwactwa. Lermett odpiął sztylet od pasa i rzucił elfowi. Ten złapał zręcznie za rękojeść i strząsnął z niego pochwę jednym ruchem. Tu książę zadał sam sobie naturalne pytanie: a po co właściwie elfowi sztylet?
Odpowiedź otrzymał natychmiast. Nie zdążył nawet mrugnąć – a już Enneari złapał koc, wyciął w nim dziurę i włożył w nią głowę. Przytupnął nogą, wyraźnie dumny z rezultatu.
– Ciepło! – radośnie oznajmił oszołomionemu Lermettowi. – Nawet lepszy niż płaszcz. Jeszcze nie wiadomo, któremu z nas będzie cieplej. Nie chcesz się zamienić?
Lermett mimo woli wyobraził sobie, jak by wyglądał poseł, ubrany w koc z dziurą i w szoku potrząsnął głową, nie mogąc wykrztusić ni słowa.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-07-20 (1067 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej